poniedziałek, 30 marca 2020

Bractwo Zielonego Smoka (7)


VII


- … a zatem należy sądzić, że komuś bardzo zależy na zamordowaniu członków Bractwa. Przyczyną są najprawdopodobniej artefakty, które znajdują się w jego posiadaniu – zakończyłem moje wystąpienie i usiadłem.

Siedzieliśmy wraz z Iris przed półokręgiem foteli, na których siedzieli Wielki Mistrz i jego dwóch zastępców oraz trzech doradców. Cała starszyzna Bractwa. Sekretarz, który spisywał protokół siedział po prawej stronie.
- Nie uważasz bracie, że twój wniosek jest przedwczesny i pochopny? – zapytał Mistrz Brontosphoros, jeden z doradców Wielkiego Mistrza. – Wszak usiłowano zamordować tylko ciebie? Pozostali kurierzy nie byli nagabywani czy napadani.
- A więc należy sądzić, że mogą być zagrożone nasze ekspozytury w Zamorze.
- Ekspozytura w Zamorze nie jest zagrożona, ale oczywiście zajmiemy się jej bezpieczeństwem – odparł Wielki Mistrz. – W tej chwili kilku braci jest w drodze do Zamory w celu zbadania sytuacji.
Mistrz Brontosphoros poruszył się w swym fotelu.
- Na razie, to zagrożony jesteś ty i twoja kobieta – rzekł powoli. - Najprawdopodobniej dlatego, że widzieliście czy usłyszeliście coś, co nie było przeznaczone dla waszych oczu i uszu.
Zamyślił się na chwilę.
- I jeszcze jedno – rzekł – powiedz nam, co to była za kobieta, którą widziałeś w oazie pod Yezud?
- Ta Stygijka, Mistrzu?
- Tak.
- Nie wiem. Wyglądała tak, jak ją opisałem. Kim była? Być może żoną albo krewną jakiegoś znaczącego Stygijczyka.
- Czy byłbyś w stanie rozpoznać ją na tych wizerunkach? – sekretarz podał mi plik rysunków, malunków i innych grafik przedstawiających twarze różnych kobiet. – Przyjrzyj się im dobrze.

Pierwsze cztery były mi nieznane. Piąta także, szósta była trochę podobna, ale jej oczy były zupełnie inne. Szósta i siódma znowu niepodobne, kilka innych także, dopiero osiemnasta…
- To ona Wielki Mistrzu – powiedziałem tonem absolutnej pewności, co wywołało poruszenie. Tylko Mistrz Brontosphoros nie był zdziwiony, a raczej zadowolony, jak człowiek, którego przewidywania sprawdziły się.
 Czy jesteś tego pewien? – zapytał Wielki Mistrz.
- Całkowicie – potwierdziłem – może ma trochę inne uczesanie, ale to ona.
- Wiesz, kim ona jest?
Pokręciłem głową.
- No to sobie przeczytaj na odwrocie.
Odwróciłem obrazek i przeczytałem: Ghe-drenh-ra najstarsza córka faraona Herkhrem-mer-amon-ra… Luxur i data sprzed roku.
- Gedrena! – wykrzyknąłem mimowolnie – to była ona???...
- Tak – potwierdził Wielki Mistrz – a to oznacza, że musimy zmienić nasze plany. Możesz odejść. Udaj się do swej kwatery i czekaj na rozkazy. Wygląda na to, że będziemy musieli poszukać tego, czego szukają Stygijczycy i inne ludy z tego regionu Ziemi. Być może jest to Serce Smoczycy, albo jeszcze coś innego, względnie to i coś jeszcze innego. 

Skłoniłem  się Radzie i wyszedłem, a Iris za mną. Przez moment zastanawialiśmy się nad tym, jaki jest prawdziwy obraz sytuacji i jak się ona może rozwinąć. Ale mieliśmy dość roztrząsania zawiłości politycznych, bo znów wezwano nas oboje do Wielkiego Mistrza. Był sam w sali audiencyjnej i bardzo zatroskany.
- Czemu wzywałeś nas Wielki Mistrzu? – zapytałem.
- Gdzie pozostawiliście tego najemnika, który na was napadł? – zapytał bez żadnego wstępu.
- W karczmie przy trakcie, o dziesięć mil od podegrodzia Belwerusu, to była karczma Pod Złotym Tygrysem…
- Czy mówiliście komuś o okolicznościach, w których ten najemnik stracił rękę?
- Nie, i przykazaliśmy mu się tym nie chwalić – odparłem.
- Na niewiele się to zdało – rzekł Wielki Mistrz ponuro.
- ???
- Posłałem po niego dwóch braci, bo chciałem by go przesłuchano – rzekł ponurym głosem – ale było już za późno.
- Uciekł? – zapytała Iris.
- W pewnym sensie tak – odparł Wielki Mistrz – znaleziono go martwego. Na ciele nie ma ran, poza tą, którą mu zadaliście.
- Może się wykrwawił na śmierć, w końcu to poważna rana o Wielki Mistrzu, a on stracił sporo krwi.

Wielki Mistrz pokręcił głową.
- To byłoby zbyt proste. W takim przypadku nieboszczyk jest blady i ma plamy opadowe sinego koloru. On był sino-czerwony i miał pianę na ustach.
- Trucizna? – zapytałem – a może to po prostu wścieklizna?
- Nie zabiła go choroba, ale rzadka mieszanka trucizn – wyjaśnił Wielki Mistrz – choroba zabija powoli, a on zmarł śmiercią, hmmm… bardzo gwałtowną. Według relacji braci, którzy przesłuchali świadków tego wydarzenia, on napił się przed śmiercią wina z korzeniami i w kilka minut potem zmarł, uprzednio miotając się w ataku przypominającym padaczkę. To musiały być bardzo silne trucizny działające na mózg i naczynia krwionośne, które popękały w całym ciele.
- Stygijczycy…
- Masz słuszność – rzekł Wielki Mistrz – a więc ich macki sięgają aż tutaj.
- A zatem musimy się mieć na baczności – stwierdziłem.
- Tak jest – potwierdził spokojnie Wielki Mistrz – i to wy jesteście ich celem. Ty i ona – wskazał na Iris. 
- Co robimy? – zapytałem.
- Macie dwie możliwości: albo ukrywać się tutaj, albo… - zawiesił na moment głos.
- Wolę to drugie „albo”, o Wielki Mistrzu, cokolwiek to oznacza…
- Wiedziałem, że to usłyszę – uśmiechnął się – w takim razie wracasz do Zamory, ale udasz się nie szlakiem, ale Drogą Królów i nie do Yezud, ale do Shadizaru. No i nie sam, tylko z Iris, bo mam pewność, że tylko we dwoje dacie tam sobie radę.
- A mogę wiedzieć, po co? – Iris zadała obcesowo to pytanie.
- Oczywiście. Waszym zadaniem będzie spowodowanie tego, by zamorańska Gwardia Królewska zainteresowała się Stygijczykami i przepędziła ich z Zamory. Macie stawić się jutro rano na omówienie szczegółów tego zadania. A na razie życzę wam… miłego wieczoru.

Audiencja była skończona. Wyszliśmy z powrotem na wewnętrzny plac zalany popołudniowym słońcem. Iris zmieniła ubranie, i z mojego, nieco na nią przydużego, wskoczyła w krótką wiśniową tunikę i takież sandałki. Wyglądała jak kwiat, egzotyczny kwiat rosnący na bagnach dalekiego Południa. Gdyby nie opatrunki na plecach i podudziach, to wyglądałaby jak Izis czy inna bogini miłości. Objąłem ją i przez moment staliśmy patrząc na miasto skąpane w ostrym słońcu. Nie lubiłem Belverusu, zresztą jak każdego wielkiego miasta, jego smrodu dzielnic nędzy i blichtru dzielnic bogaczy. Nie pociągało mnie to. Wolałem świeże powietrze gór i stepów. Milsze mi były zapachy lasu czy soli morskiej. Miałem nadzieję, że Iris myśli i odczuwa podobnie.
- I jak ci się tu podoba? – zapytałem.
- Czy ja wiem? – powiedziała sceptycznym tonem. – Miasto jak miasto. Nie jestem zachwycona. Jest większe od Ianthe, ale o wiele brzydsze. Ianthe jest o wiele razy bardziej zielone, a to tutaj – wstrząsnęła się z obrzydzeniem – przypomina mi kamienne pustynie Shemu. 
Uśmiechnąłem się.
- Wolisz wieś?
- Owszem, jakieś mniejsze miasteczko, gdzie każdy zna każdego, gdzie wszyscy sobie pomagają. Gdzie wszyscy są sympatyczniejsi i milsi dla siebie.
- Może kiedyś w takim zamieszkamy – powiedziałem cicho – ty i ja. A na razie musimy stanąć twarzą w twarz z tym, co przyniesie nam jutro…

niedziela, 29 marca 2020

Bractwo Zielonego Smoka (6)


VI


Wichura się srożyła coraz bardziej, ale przestało sypać i niebo wyprzejrzyściało. Pojawiły się na nim gwiazdy. Zrobiło się zimno. A to zwiastowało, że będzie można przejść przez góry, gdzie śnieg już zamienił się w deszcz, bo po nocnych mrozach zawsze następne dni były ciepłe. Zasnęliśmy objęci i przytuleni do siebie. Iris od czasu do czasu jeszcze pojękiwała, kiedy zbyt mocno przytulałem ją do siebie – obite i skaleczone miejsca jednak ją bolały. Ale noc minęła spokojnie. Ogień na kominie wygasł, ale tylko szczelniej okryliśmy się skórami, których było pod dostatkiem i mocniej przywarliśmy do siebie. I tak dotrwaliśmy do rana.

A ranek powitał nas płomienistym wschodem słońca. Staliśmy przed schroniskiem rozglądając się dookoła. Jaskrawe światło szybko wydobywało górskie szczyty z cienia, wokół chaty panował porządek, bo śnieg został wymieciony przez wiatr, zaś od strony Brythunii wiał teraz ciepły zefir. Byłem przyzwyczajony do tego, że górska pogoda była tak nieprzewidywalna, jak kapryśna kobieta.
- I co teraz? – zapytała Iris – jedziemy?
- Poczekamy jeszcze jeden dzień – odrzekłem – póki nie spłynie woda z roztopionego śniegu.
- Czyli powoli pakujemy się do dalszej drogi?
- Mamy jeden dzień do tyłu przez tą śnieżycę – warknąłem.
- Żałujesz tego? – zapytała nieco żałosnym tonem.
Objąłem ją w miarę delikatnie.
- Nie, nie żałuję. Myślę, że wszystko, co najlepsze jest przed nami… - pocałowałem ją w usta. – Masz na to moje słowo. 

Rozchmurzyła się. Była kapłanką, ale takie czułe słówka lubiła jak każda kobieta.
Naraz zaświtała mi w głowie pewna myśl.
- Powiedz mi, czy prowadziliście jakąś operację przeciwko Stygijczykom?
Skinęła potakująco głową.
- Teraz ci mogę powiedzieć, bo to jest bez znaczenia. Kiedy na tron wstąpiła królowa Ghe-drenh-ra, po hyboryjsku będzie Gedrena, to stwierdziłyśmy, że to ona stoi za tą rzezią w Eleusis. Co więcej, to właśnie ona interesuje się czarną magią… Kazała nas wymordować dlatego, że ktoś doniósł jej, że mamy w swym posiadaniu klejnot, potężny przedmiot magiczny zwany Sercem Smoczycy.
- To bzdury, nie ma żadnej magii – zaoponowałem.
- Jak sobie chcesz – machnęła ręka i kontynuowała – jak ci już mówiłam Gedrena zwąchała się z arcykapłanem świątyni Seta, który zmienił imię na Mam-ehr-as-seth i przy jego poparciu ustanowiła kult Seta jako religię państwową w całej Stygii. No i teraz oboje poszukują po całym świecie magicznych przedmiotów do ich czarnoksięskich praktyk. Dlatego właśnie Sanktuarium Eleuzyńskie podjęło obserwację jej poczynań. Rozumiesz teraz?
- A ty? – zapytałem.
- Miałam na oku Stygijczyków, którzy przybywali do Yezud. Udało się nam ustalić, do kogo przybyli i z kim się kontaktowali. Niestety, tym zainteresowali się także Kothijczycy, a resztę znasz. Ten buhaj mnie porwał, zgwałcił i omal nie zabił. Gdyby nie ty, to…
Obróciła kciuk ku ziemi.
- Jasne. To zmienia postać rzeczy – mruknąłem – a zatem Bractwo jest w tej grze o dwa punkty do tyłu.
- A to czemu?
- A temu, że zanim zdążymy zareagować, to artefakty kupca Sarharadona przejdą w stygijskie ręce.
- Arte…co? – Iris na moment uniosła brwi.
- Artefakt, to coś stworzonego sztucznie – wyjaśniłem – a wracając do Stygijczyków, to albo go przekupią, albo zamordują i wywiozą to cichcem z miasta. Mimo wszystko Yezud jest miastem otwartym, więc zrobią to bez problemu… Zapłacą tylko kopytkowe i wyjadą bez przeszkód.
- A zatem?
- A zatem będę musiał natychmiast skontaktować się z Bractwem – postanowiłem – i jedziemy do Belverusu. Liczy się każda godzina. Czy Sanktuarium ma jakąś ekspozyturę w Nemedii?
- Z tego, co mi wiadomo, to nie. Z tej strony nie spodziewałyśmy się zagrożenia, więc nie było sensu jej tworzyć…

* * *

Byliśmy już piąty dzień w drodze. Góry pozostały za nami i jechaliśmy w kierunku granic Nemedii licząc się cały czas z możliwością napotkania na żądnych naszej krwi Kothijczyków, ale myliliśmy się. Nie było ich na naszej drodze. Szybko przekroczyliśmy granicę Brythunii ale nie wjechaliśmy na nemedyjski odcinek Drogi Królów. Mógł tam być ktoś, kto czekał na nas – albo na Iris albo na mnie. Albo na nas oboje. Opuszczając schronisko zabrała ze sobą trochę ciuchów i taki sam miecz, jak mój, więc nie była już tak bezbronna. Do tego za szeroki pas zatknęła ciężki kindżał. Straszna broń w walce wręcz. Poćwiczyliśmy kiedyś na postoju cięcia i pchnięcia – szło jej całkiem dobrze. I wkrótce się bardzo przydało.

A to było tak. Jechaliśmy traktem z Numalii do Belverusu. Po drodze postanowiliśmy trochę odpocząć i rozprostować kości. Jechaliśmy skrajem puszczy, więc z jednej strony wyrastał nam prastary las, a z drugiej mieliśmy step. Droga wiodła przez niezbyt głęboki parów, którym płynął strumyk. Miejsce zaciszne i przyjemne, wykorzystywane przez wędrowców do popasu. Także i my postanowiliśmy udać się tam na popas. Naraz dostrzegłem słabą wstążkę dymu i poczuliśmy oboje zapach spalenizny. Mogli to być tacy sami wędrowcy, jak my. Mogli to być także inni z niezbyt czystymi zamiarami. Powoli podjechaliśmy i naszym oczom ukazała się polanka nad potokiem, na której żarzyło się jeszcze ognisko. Arus warknął ostrzegawczo. Jacyś ludzie byli tuż.
- Uważaj – powiedziałem cicho do Iris.
Niepotrzebnie. Ona też była niespokojna. Gdyby oni nie mieli złych zamiarów, to już by wyszli zza drzew…

Zeskoczyłem z konia i podszedłem do ognia. Żar jeszcze się tlił, a zatem ktoś był tutaj niedawno. A potem wszystko potoczyło się lawinowo. Usłyszałem szczekanie Arusa i okrzyk Iris. Było ich pięciu. Jeden skoczył w stronę Iris, która stała nieporuszona przy swoim koniu, zaś czterech rzuciło się na mnie. Mężczyzna dopadł do niej i zobaczyłem tylko błysk miecza. Zwiodła go jej dziewczęca sylwetka i nie spodziewał się oporu, a teraz leżał na ziemi z rozpłataną głową. Czterech zbirów dopadło do mnie ich miecze wyglądały groźnie, ale wywijali nimi na modłę Zachodu.

Iris doskoczyła do mnie trzymając swą zakrwawioną katanę w obu rękach. Dwóch drabów runęło na nią, a dwóch na mnie. Dobyłem miecza i ciąłem pierwszego przez rękę, które odpadła od ciała. Jej właściciel przez chwilę patrzył na to z niedowierzaniem, i po chwili padł na ziemię brocząc krwią. Miecz drugiego świsnął mi koło ucha. Nie patyczkowałem się – odbiłem jego sztych i ciąłem przez szyję. Jego głowa powoli spadła na ziemię w deszczu krwi. Rozejrzałem się i zobaczyłem, jak Iris rzuca kindżałem w gardło jednego ze swoich przeciwników, w chwilę później jej miecz wbił się w pierś ostatniego stojącego na nogach mężczyzny. Było po walce.

Rozejrzeliśmy się znowu, ale wśród drzew nikogo już nie było. Usłyszałem jęk i odwróciłem się. Mężczyzna z odciętą prawą dłonią siedział na ziemi, a jego twarz wykrzywiał grymas przerażenia. Podszedłem do niego, zbladł jeszcze bardziej. Obszukałem go, ale nie miał ukrytej broni. Okaleczony i bezbronny sprawiał żałosne wrażenie. Sięgnąłem po pasek u jego spodni, zdjąłem go i zrobiłem opaskę uciskową na jego przedramieniu. Stracił dużo krwi.
- Będziesz gadał, czy mam cię tu zostawić, żebyś zdechł? – zapytałem go niezbyt uprzejmie.
Skinął głową.
- Kto wam kazał nas zabić? – zapytałem.
- Nie wiem – odrzekł.
- Nie wiesz? – no to twój problem – ale radzę ci sobie przypomnieć. Dla twego własnego dobra…
- Naprawdę nie wiem! – zawołał – przysięgam! Zlecenie i pieniądze przysłano nam przez umyślnego…
- Ile dostaliście? – zapytała Iris.
- Tysiąc drachm, po dwieście na każdego…
- Słono – pomyślałem – komuś cholernie musi zależeć na zgładzeniu nas…
- Skąd jesteście?
- Z Belverusu.
- Najemnicy – powiedziałem do Iris – od nich niczego się nie dowiemy.
Zostawiliśmy go w pierwszej lepszej karczmie i pojechaliśmy dalej.

Dotarliśmy wkrótce do Belverusu i od razu udaliśmy się do siedziby Bractwa na przedmieściu. Zostaliśmy przyjęci przez sekretarza Wielkiego Mistrza, któremu złożyłem na piśmie mój raport z wydarzeń, które przeżyliśmy. Przeczytał go z coraz bardziej chmurną twarzą.
- Wielki Mistrz będzie musiał to przeczytać, i to natychmiast – oświadczył – sytuacja staje się bardzo poważna.
- Ja też tak myślę – odparłem – a najgorsze jest to, że nie za bardzo wiadomo, co się dzieje.
- A zatem jutro w południe masz audiencję u Wielkiego Mistrza – rzekł – i na wszystkich bogów miejmy nadzieję, że będziemy w stanie ją przeniknąć…

Potem udaliśmy się do mojej kwatery. Byliśmy tak zmęczeni, że padliśmy na łóżko i zasnęliśmy kamiennym snem. Był nam potrzebny po tylu trudach drogi…

sobota, 28 marca 2020

Bractwo Zielonego Smoka (5)


V


Nacisnąłem na spust. Bełt świsnął lecąc ku niemu i trafił Kothijczyka w szyję. Ten złapał się za gardło i bezgłośnie osunął w przepaść razem z koniem, którego przerażone chrapanie przecięło ciszę poranka. Błyskawicznie załadowałem kuszę i posłałem długi bełt drugiemu jeźdźcowi, który także zwalił się z konia. Zdezorientowane zwierzę stanęło jak wryte nie dając przejechać dwóm pozostałym. Kothijczycy byli dobrymi żołnierzami. Nie wpadli w panikę, tylko dobyli broni rozglądając się dookoła usiłowali wypatrzyć swoich przeciwników.

Załadowałem kuszę i posłałem kolejny bełt temu, który stał po lewej. A potem kolejnym strzałem zmiotłem z konia ostatniego. Nie miałem jakichkolwiek wyrzutów sumienia. To oni chcieli nas zabić, gdyby tak nie było, nie byłoby ich tutaj. Podszedłem do trzech trupów. Wyjąłem strzały i wsunąłem do kołczanu. Ciała wrzuciłem w przepaść. Przez moment zastanowiłem się, co zrobić z ich końmi wreszcie wskoczyłem na pierwszego i ruszyłem w górę. Arus zagonił za mną dwa pozostałe.

Podjechałem pod chatę. Słysząc tętent i parskanie koni Iris wyszła przede mnie.
- Zabiłeś ich – to było stwierdzenie, a nie pytanie.
Skinąłem głową.
- Z kuszy? – zapytała.
- Tak, sam nie dałbym rady – odparłem – to byli świetnie wyszkoleni żołnierze. Teraz jednak są w przepaści.
Zeskoczyłem z konia i rozsiodłałem pozostałe. Przejrzenie juków zostawiłem na potem.
- Pokaż to – Iris wyciągnęła rękę po moją kuszę. – Jeszcze czegoś takiego nie widziałam!

Uśmiechnąłem się. Pewnie, że nie widziała! To była unikalna broń o zupełnie nowatorskich rozwiązaniach. Jej łuczysko było wykonany nie z drewna, ale sprężystej stali. Podobnie jak prowadnica strzały czyli łoże. Była cięższa od standardowej kuszy będącej na wyposażeniu wielu armii hyboryjskich, ale to jej nadawało większą stabilność przy strzelaniu, minimalny odrzut i podrzut przy strzale. Zamiast cięciwy z flaków zwierzęcych czy sznurka zastosowałem stalową linkę napinaną lewarkiem, zamiast palcami czy pokrętką, co pozwoliło ją załadować w przeciągu kilku sekund i oddać drugi strzał. Minusem było to, że stalowa linka rozciągała się po pewnym czasie i trzeba było ją wymieniać. Stalowa cięciwa dawała dodatkowego „dubla” strzale, tak że prędkość początkowa pocisku była co najmniej czterokrotnie większa od zwykłej kuszy. Na tysiąc kroków długa strzała ze stalowym, hartowanym grotem przebijała na wylot każdy pancerz czy tarczę. Straszliwa broń do szarpanej wojny. No i celownik zrobiony z kawałka prostej rury, dzięki czemu można było kuszę naprowadzić na cel i trafić weń z niewiarygodną precyzją. Też nowatorskie rozwiązane, z którym się nigdzie nie spotkałem, a którego zastosowanie zwielokrotniło celność tej broni.

- Nie powiesz mi, że się na tym znasz? – zapytałem.
- Trochę – odpowiedziała z szelmowskim uśmiechem.
- Kapłanki uczyły cię robić bronią?
- Owszem, trochę. I jak widzisz nie na wiele się to zdało…
Usiedliśmy do śniadania, na które składała się gęsta pemmikanowa zupa i podpłomyki. Zjedliśmy to szybko i zabraliśmy się do przejrzenia zawartości juków i sakw naszych prześladowców. Nie było tam nic ciekawego, trochę suszonego mięsa i warzyw, niezbyt dokładna mapa tych terenów, na której nie było zaznaczonych żadnych mniej uczęszczanych szlaków.
- Ciekawy jestem, czego kothijscy wojskowi tej rangi szukali w Zamorze? – zastanawiałem się głośno – bo chyba nie tylko wygodnej kryjówki dla ciebie?
- Ja, to byłam tylko przygodą na drodze Savanaraba – Iris odrzuciła energicznym ruchem głowy pukle ciemnokasztanowych włosów – podejrzewam, że oni po prostu śledzili Stygijczyków.

- Co się do Perkuna dzieje w tej Stygii, że tak się tym wszyscy interesują? – zapytałem.
- To ty nie wiesz?
- Nie.
- No to wiedz, że doszło tam do zmiany osoby panującego. Po śmierci ich króla na tron wstąpiła jego córka, moda księżniczka Ghe-drenh-ra. Powiadają, że sama do rządzenia jest za głupia i tak naprawdę, to władzę za nią sprawuje kolegium kapłańskie Amona Ra i jego przewodniczący Mer-ankh-re-amer-ra czy tak jakoś.
- No, często tak bywa z młodymi władcami – powiedziałem.
- Oczywiście, ale nie jest dobrze, kiedy do władzy dorwą się kapłani – stwierdziła Iris.
- I kto to mówi? – powiedziałem z ironią.
- Była kapłanka, po niższych święceniach – odparła – i masz rację, trudno tu mówić o bogach. Wszyscy kapłani mają jednego boga, któremu na imię władza i pieniądze, teraz to widzę…
- Jakoś mnie to nie cieszy – mruknąłem.
- A zatem co robimy? – zapytała.

Spojrzałem w niebo. Zaciągało się ciemnymi chmurami od północy. To nie wróżyło niczego dobrego.
- Na razie posiedzimy tutaj, jak dwa zające pod miedzą – rzekłem. – Widzisz te chmury? Za parę godzin będzie tu śnieżyca.
Uśmiechnęła się i spojrzała mi w oczy.
- Jak długo to trwa? – zapytała.
- Czasem godzinę, czasem kilka dni… - odpowiedziałem.
- To świetnie – powiedziała cicho i ujęła moją dłoń – przynajmniej będzie okazja sobie odpocząć i… się lepiej poznać – czy nie? Co ty na to?
- Bardzo tego chcesz? – zapytałem przekornie.
- Bardzo – szepnęła.
Jej usta dotknęły mojej dłoni. Poczułem falę gorąca.
- No dobrze – rzekłem – idę oporządzić konie i przygotować nas do dujawicy.
- Do… czego??? – zapytała zdumiona.
- Dujawicy – odrzekłem – to tak u nas nazywa się zamieć i zawieję śnieżną. A zanosi się na to, że dłużej tu sobie poczekamy…

No i poczekaliśmy. Najpierw zrobiło się zupełnie ciemno, a potem na góry runęła masa śniegu. No i ten wiatr. Potężna wichura miotła masy śniegu zupełnie poziomo, jak wielka miotła. Pomyślałem, że zatrze wszelkie ślady naszej ucieczki. Syxtus, który pojechał o dobę wcześniej powinien dojechać do drugiego schroniska, albo już był na równinie Brythunii i zmierzał do Numalii. O niego mogłem być spokojny, zresztą znał szlak równie dobrze, jak ja sam.

Rozpaliliśmy w kominku i zrobiło się przytulnie. Na zewnątrz srożyła się zamieć, a w środku kominek wysyłał fale ciepła. Rozesłaliśmy skóry niedźwiedzie opodal kominka. Iris zrzuciła odzienie i położyła się na brzuchu eksponując swe tylne krągłości.
- Rzuć proszę okiem na te moje plecy – poprosiła.
- Z przyjemnością – powiedziałem i zabrałem się za oględziny.
Wyglądało to nieźle. Rany się już zasklepiły i zaczynały się zabliźniać. Siniaki powoli zaczęły schodzić i wszystko zaczynało coraz szybciej dochodzić do normy.
- Jest dobrze – oznajmiłem – za tydzień nie pozostanie nawet śladu…
Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Iris usiadła i jej dłonie wsunęły się pod moją bluzę. Były delikatne i ciepłe. Jej usta naraz znalazły się niebezpiecznie blisko moich ust. Potem delikatnie ich dotknęły. Pocałunek był delikatny i słodki. 
- Zdejm to i chodź do mnie – powiedziała prosząco – nie mam zamiaru leżeć tutaj sama, a poza tym, co masz do roboty?
- Chyba nie chcesz… - powiedziałem.
- Jeszcze nie – uśmiechnęła się – ale…
Położyła się na wznak i nakryła misiurą.

Zdjąłem ubranie i nagi wsunąłem się pod skórę. Przytuliła się szybko do mnie obejmując rękami za szyję. Leżeliśmy milcząc. Każde z nas oswajało się ze sobą, ciepłą obecnością drugiej osoby.
- Co teraz zrobimy? – Iris przerwała milczenie.
- Czekamy – odrzekłem. – Szkoda, że nie mogę cię przygarnąć do siebie.
- Mogę się przytulić mocniej – i przytuliła się mocniej.
Znów zamilkliśmy.
- Muszę ci coś wyznać – powiedziała tonem zwierzenia – nie jestem byłą kapłanką Mitry.
- A kim? – zapytałem nie mogąc pohamować ciekawości.
- Jestem kapłanką należącą do Wewnętrznego Kręgu sanktuarium Matki Ziemi w Eleusis…
Poczułem narastające zdumienie.
- Eleusis? – zapytałem – przecież…
- Wiem o co ci chodzi: Stygijczycy napadli i wymordowali kapłanki Matki Ziemi, ale nie wszystkie – rzekła spokojnie – a ja jestem jedną z nich. Im się wydaje, że wprowadzili w Eleusis kult Seta Starej Żmii, ale to pozór. My nadal istniejemy.
- A zatem nie możesz być moją – wyrwało mi się.
- A właśnie, że mogę – odparła – tylko oczywiście nie będę już kapłanką, bo wszystkie kapłanki są dziewicami, ale mogę być nadal członkinią Wewnętrznego Kręgu, z tym, że bez prawa głosu i prawa zasiadania w nim. To taki tytuł honorowy. A ty?
- Jak już wiesz, pracuję dla Bractwa Zielonego Smoka. Jestem jego członkiem zwyczajnym.
- W Bractwie mogą być kobiety?
- Oczywiście, starsi Bracia są żonaci i mają rodziny. Nasz związek nie jest religijny. Są u nas wyznawcy Mitry, Kroma, Świętowida, Ramy i tacy jak ja… Religia dla nas nie ma znaczenia.
- Czyli możemy być razem? – zapytała z nadzieją w głosie.
- Myślę, że tak.
- A zatem nic nie stoi na przeszkodzie, bym była twoja?
- Jeżeli nie jesteś z kimś związana, to nic.
Odpowiedzią był gorący pocałunek.