czwartek, 4 czerwca 2020

Bractwo Zielonego Smoka (63)


VII


Gedrena czekała w swoim namiocie rozbitym w obozowisku w Oazie Nawiedzonych Piramid. Oczekiwała na wysłanników Dachy, którzy mieli przywieźć jej tak długo oczekiwany artefakt. Potem już tylko wejdzie do sekretnego składowiska, wyjmie czarną skrzynkę, wprowadzi w nią sekretny kod ze złotej blaszki, naciśnie przyciski i…

No właśnie, tego „i” nie potrafiła sobie wyobrazić. Wprawdzie jej sprzymierzeńcy z latających talerzy ją ostrzegali przed możliwymi konsekwencjami, ale miała to w nosie. Chciała być panią świata i nie było takiej siły, która by ją od tego powstrzymała. Zeszłej nocy rozkazała zamordować arcykapłana Nem-mer-akheta, który zaoponował, kiedy oznajmiła Radzie Arcykapłańskiej swoją decyzję. Dziś rano jego ciało znaleziono wśród wydm. Był uduszony…
- Idiota… - królowa uśmiechnęła się sardonicznie do siebie. – Sądził, że jego sprzeciw będzie miał jakieś znaczenie. A poza tym odstraszyło to potencjalnych oponentów politycznych…

Zapadała zwolna noc i słudzy zapalili wszystkie lampy. Nad ciemnymi diunami zapłonęły srebrzyście gwiazdy.
- Królowo? – usłyszała za sobą. Odwróciła się, za nią stał kapłan Moeru.
- Czego chcesz, kapłanie? – zapytała go wyniośle.
- Chciałem ci donieść królowo, obyś żyła wiecznie, że stało się coś dziwnego na niebie – rzekł cicho, ale z napięciem w głosie.
- Co takiego? – zapytała.
- Wielki Przewodnik znikł – odparł kapłan.
- Taaaak? – zdziwiła się nieco – no i co z tego?
- To z tego, królowo obyś żyła wiecznie, że dzieje się coś, czego nie byliśmy w stanie przewidzieć – odparł spokojnie kapłan.
- No to co? – wzruszyła ramionami – no i co z tego? To tylko jakiś tam księżyc, do diabła z nim…
- Ależ…
- Nie nudź kapłanie… - Gedrena machnęła lekceważąco ręką. – Dzisiejszej nocy zamierzam sfinalizować moje plany i wreszcie skończyć z tymi, którzy mi przeszkadzają stać się panią świata… - wypowiedziała powoli akcentując te słowa i delektując się ich brzmieniem.

Naraz rozległy się jakieś głosy i odgłos szybkich kroków. Po chwili przed Gedreną wyrósł Szamari, który był jej wezyrem.
- Królowo, obyś żyła wiecznie! – wykrzyknął. – Przybyli wysłannicy od dziesięciotysięcznika Dachy i powiadamiają cię, pani, że mają dziewczynę oraz przysyłają to…
Wezyr wyciągnął rękę w której znajdowała się pozłacana blaszka na rzemyku. Gedrena chciwie sięgnęła po nią i po chwili jej oczy spoczęły na jej powierzchni, a wargi wykrzywił okrutny uśmiech.
- Wezyrze? – Gedrena ujęła blaszkę i zawiesiła sobie na szyi.
- Co rozkażesz królowo, obyś żyła wiecznie?
- Sprowadź Nikotrix i zbierz kolegium kapłańskie w Piramidzie Księżyca. Tylko dyskretnie. Nie chcę niepotrzebnego ruchu w obozowisku. Tamci nie mogą się dowiedzieć…

Nikotrix - sobowtór królowej zjawiła się niezwłocznie. Obie kobiety błyskawicznie zmieniły się szatami, poczym królowa wyszła ze swego namiotu kierując się w stronę wysokiej Piramidy Księżyca. Doszła do niej w ciągu kwadransa i zanurzyła się w chodnik wiodący pod jej podstawę, w głąb potężnych fundamentów. Wszystkie pomieszczenia piramidy zamieniono w magazyny w których znajdowało się niemal dwieście jednostek broni A, B, C i tej najgroźniejszej – broni D – dezintegracyjnej. Można ją było aktywizować tylko poprzez podłączenie do głowic D specjalnej czarnej skrzynki z szesnastoma wypukłymi klawiszami. Ale to jeszcze nie gwarantowało jej działania. Potrzeba było klucza, według którego naciskało się klawisze w określonym porządku. I to właśnie miała przy sobie Ilva. Bez niego cały zgromadzony arsenał czterdziestu czterech jednostek broni D był jedynie złomem.

Królowa stała na środku sali. Pod ścianami leżały ułożone srebrzyste głowice, wszystkie 44 sztuki. Czekały na swój czas. A ten biegł nieubłaganie. Po chwili wszedł pierwszy kapłan. Za nim drugi i trzeci. Tak weszło ich dwunastu. Milcząc stanęli półokręgiem czekając na słowa królowej.
- Jesteśmy wszyscy, o królowo obyś żyła wiecznie – powiedział najstarszy z nich – a zatem?
- A zatem możemy zaczynać – powiedziała. – Uzbroimy głowice i wtedy staniemy się panami tego świata!
W swej naiwności liczyła na to, że samo uzbrojenie głowic jej coś da. Nie wiedziała, że głowice należy jeszcze przenieść i zdetonować nad lub w pobliżu celu… Jej przyjaciele z Twierdzy Andyjskiej nie podzielili się z nią ani z jej kapłanami swą wiedzą. 
- Podajcie mi skrzynkę – rozkazała wyciągając rękę w której znajdował się klucz.
Jeden z kapłanów podał jej czarny przedmiot i zaintrygowany patrzył, co będzie z nim robić. Tymczasem królowa podeszła do pierwszego srebrzystego stożka i podłączyła kable do gniazdka znajdującego się na obudowie. Czarna skrzynka naraz zalśniła cała zielonym światłem. Gedrena drgnęła. Światło oznaczało, że obydwa urządzenia są sprawne i gotowe do użycia. Podała blaszkę najstarszemu kapłanowi.
- Czytaj najpierw górne, a kiedy ci powiem, to dolne – rzekła.
Ten skinął tylko głową.
- Zaczynam – powiedziała. – Wprowadzam pierwszą sekwencję. Czytaj!
Jej smukłe palce dotknęły klawiszy.

- Pierwsza sekwencja: Ra, Osir, Beel, Ea, Ra, Thot, Loki, Ea, Sig, Num – czytał powoli kapłan.
- Mam – odparła Gedrena – teraz czytaj drugą.
- Isis, Are, Ka, Isis, Ea, Ursa, Ursa, Isis, Tyr, Gimel… Koniec… – powiedział kapłan.
- …koniec… - powiedziała Gedrena wciskając ostatni klawisz. 
Nastał moment najwyższego oczekiwania.
I nie stało się nic.

Na twarzach kapłanów zaczęły pojawiać się szydercze uśmieszki. Nareszcie pokażą tej parweniuszce jej miejsce.  Naraz uśmieszki zgasły jak zdmuchnięte. Skrzyneczka w ręku królowej najpierw zgasła, a potem zaświeciła ostrym, pomarańczowym światłem. Na jej bocznej powierzchni zaświeciły bielą jakieś znaczki. Jeden z kapłanów rozpoznał je.
- To są cyfry Armamen! – wykrzyknął – 18… 17… 16… 15… odliczał patrząc na display.
- Jeszcze chwila i będę panią świata! – pomyślała Gedrena. Na jej usta wypełzł uśmieszek jadowity jak kobra.
- 10… 9… 8…
- Jeszcze trochę… - pomyślała.
- 4… 3… 2… 1… 0… - powiedział kapłan i umilkł.
Skrzynka w ręku królowej rozbłysła na moment jak fotograficzny flesz i rozpadła się na drobny proszek.

- Co jest do diabła! – krzyknęła Gedrena.
Nie wiedziała, że wprowadziła niewłaściwy kod, i że wprowadzenie niewłaściwego kodu uruchamia mechanizm samozniszczenia głowicy. Jej komputer zinterpretował błędny kod jako próbę uzbrojenia jej przez wroga.

Na taki przypadek miał tylko jedną opcję.

Jeden z konstruktorów bomby atomowej powiedział, że wybuch atomowy, to kwestia trzech merdnięć ogonem cielaka. Wybuch anihilacyjny był kwestią jego ułamka. W sekundę po samozniszczeniu urządzenia wprowadzającego kod, komputer głowicy otworzył zawór powodując ulot płynnego helu z pojemnika, w którym znajdowały się zamrożone antyprotony – jądra antywodoru. W ciągu następnej sekundy temperatura wewnątrz naczynia adiabatycznie podniosła się o pięć kelwinów. To wystarczyło i sto kilogramów antyprotonów połączyło się z równoważną ilością materii.

Ani Gedrena, ani żaden z kapłanów nie zobaczył już, jak głowica pęka pod wpływem potężnego uderzenia promieni gamma, które wyrwały się na wolność i rozprzestrzeniły z prędkością światła aktywizując wszystkie pozostałe głowice. Ludzie wyparowali w ułamku sekundy zanim nerwy wiodące impulsy od ich oczu do mózgów zdołały je przekazać. W promieniu kilkudziesięciu mil zanikło wszelkie życie wyjałowione lawiną promieni gamma. Straszliwy wybuch pozostałych głowic spowodował powstanie ogromnego krateru, a cząstki radioaktywnego pyłu wystrzelone do atmosfery zaczęły tworzyć ogromny grzyb, który wyrósł do dolnych warstw jonosfery. Straszliwe trzęsienie ziemi odczuli ludzie mieszkający setki mil od miejsca eksplozji. Zaktywizowały się wulkany Gór Ognistych, które plunęły strumieniami lawy. Kataklizm, który uruchomiła ręka Gedreny odczuli wszyscy mieszkańcy krajów hyboryjskich…

środa, 3 czerwca 2020

Bractwo Zielonego Smoka (62)


VI


Tymczasem dwaj posłańcy Dachy coraz bardziej zbliżali się do Oazy Nawiedzonych Piramid, których stało tam dokładnie pięćdziesiąt dwie. W ich podziemiach Gedrena gromadziła przechwycone na świecie głowice broni jądrowych, biologicznych, chemicznych i dezintegracyjnych. Robiła to jednak na zlecenie – suto opłacone złotem – neohitlerowskiej organizacji z Twierdzy Andyjskiej. Głowice te miały być zgromadzone i przetransportowane przy pomocy pojazdów Haunebu i Vril do roku 2012 i zdetonowane w jednej chwili w dniu 21 grudnia o godzinie 21:12. Taki był plan czwartego z kolei klona Adolfa Hitlera. Gedrena miała z tego mieć to, że część z tych głowic miała posłużyć do zniszczenia kilku głównych miast hyboryjskich, co pozwalało jej rzucić na kolana cały kontynent i następnie zawojowanie reszty świata. Obłąkańcze te plany wzbudzili w nich chciwi władzy i wpływów kapłani i prominentni przedstawiciele armii, a przede wszystkim Gwardii Królewskiej, która pełniła rolę tajnej policji politycznej wyłapując i zabijając wszelkich wrogów wewnętrznych i zewnętrznych Gedreny. Prawdziwą solą w oku Gedreny było Bractwo Zielonego Smoka, które konsekwentnie likwidowało wszelkie źródła głowic A, B, C, D oraz N i O uniemożliwiając tym samym wykonanie jej zamysłów.

Zlikwidowanie jednego z latających czasolotów SS na Bagnach Umarłych ukazało jej, że ma do czynienia z konsekwentnymi i bardzo groźnymi przeciwnikami. Toteż poprzez swoich szpiegów i służby specjalne postanowiła zadać Bractwu cios i to decydujący. Doniesiono jej, że córka Wielkiego Mistrza Bractwa – Ilva pojechała samotnie do swej starszej siostry w vendhyjskim Goa, gdzie onegdaj jej grupa operacyjno-dywersyjna odniosła sromotną porażkę, a gdzie znaleziono długo przez nią poszukiwaną tabelę kodów do aktywacji broni D – głowic dezintegracyjnych. Bez tej tabeli jej użycie nie byłoby możliwe. Szpiedzy donieśli, że dziewczyna będzie wracała drogą lądową poprzez Góry Himeliańskie traktem do Yuetshi a następnie przez Morze Vileyet do Aghrapuru, skąd dalej już Drogą Królów do Belverusu.


Ta wiadomość była jak balsam na jej serce. Wezwała od razu dziesięciotysięcznika Dachę i wydała mu rozkaz schwytania dziewczyny i dostarczenia całej i zdrowej do Oazy Nawiedzonych Piramid, gdzie znajdował się główny skład broni masowej zagłady królowej Gedreny i jej neohitlerowskich popleczników. Tak też się stało i Dacha zdołał zająć pozycje na trasie jej przejazdu. Czekała teraz niecierpliwie na rezultaty tej akcji. Zamierzała zmusić Wielkiego Mistrza do uległości i wydania jej wszystkich tajemnic będących w jego posiadaniu. Oczywiście nie zamierzała dotrzymywać słowa i postanowiła nieodwołalnie zabić Wielkiego Mistrza i jego rodzinę. Bolesna pamięć wydarzeń sprzed kilku lat, kiedy to przejęła w swe posiadanie pierwszą głowicę jądrową, która okazała się niestabilna i musiała ją wrzucić do czeluści Ognistych Gór i spowodowało to wybuch wulkanu, który pozbawił życia jedną szóstą obywateli Stygii tam zamieszkałych, a ją oszpecił do końca jej dni. Jej twarz nosiła szpetne blizny, które przykrywała maską. Była tam także inna rana zadana jej przez Czerwonowłosą Sonję, kiedy usiłowała odbić jej przystojnego księcia Halidora. W sercu krwawiła jeszcze rana po tym wydarzeniu… Kiedy dowiedziała się, że Sonja i Halidor przebywają w Vendhyi postanowiła zabić ich także. Liczyła na to, że Dacha – jej faworyt – da sobie radę z oboma tymi zadaniami.

* * *

A tymczasem w odległości kilkuset mil na wschód od konwoju wiozącego Ilvę do Oazy Nawiedzonych Piramid stary karczmarz Yorestes instruował swego syna, który gotów do drogi siodłał właśnie swego wierzchowca.
- Ari, synu mój – rzekł do niego – śpiesz się, bo ta wieść musi dotrzeć do Yuetshi bardzo szybko. Im szybciej, tym lepiej. Pamiętaj: masz odnaleźć Mistrza Omahra i powiedzieć mu, że wszystkie barwne ptaki wyfrunęły z klatki i poleciały na zachód. Powtórz.
Ari powtórzył.
- Pamiętaj – rzekł Yorestes – masz powiedzieć mu to, i nic ponadto. I tylko w ten sposób, bo wszelka zmiana w zdaniu zmieni jego znaczenie. Pamiętaj: wszystkie barwne ptaki wyfrunęły z klatki i poleciały na zachód – powtórzył komunikat z naciskiem.
Syn skinął głową. Miał osiemnaście lat i pragnął zobaczyć daleki świat. Pod kurtą z jeleniej skóry biło odważne serce. Rwał się do czynu i oto po raz pierwszy przyszło mu stanąć do egzaminu, wypełnić misję, którą zlecił mu ojciec.
- Jedź Ari – rzekł starzec niespodziewanie miękkim głosem – niech cię rozum prowadzi. I wróć…
- Wrócę ojcze – rzekł Ari wskakując na konia i postaram się wrócić, a gdyby nie, to Beera jest z tobą…
Beera była starszą siostrą Ariego. Wysoka, czarnowłosa przypominała matkę. Matkę, która odeszła, kiedy w górach zginęła od eksplozji jakiegoś śmiercionośnego urządzenia. Od tej pory Yorestes i jego rodzina związali się na dobre i na złe z Bractwem służąc jego Kurierom za punkt przystankowy w ich drodze na Szlaku Himeliańskim.
- Nie żegnam się z wami, bo wkrótce się zobaczymy – rzekł Ari i spiął konia, a następnie ruszył traktem w dół doliny ku Fort Ghori. Starzec i dziewczyna odprowadzili go wzrokiem, a następnie wrócili do karczmy pełnej podróżnych.

* * *   

Nad obozowiskiem Stygijczyków zapadła ciemność. Rozświetlały ją tylko blaski ognisk. Szary cień podkradł się do wozu, na którym spała Ilva przykryta grubymi derkami. Po chwili rozległo się ciche skrobanie w deski burty pojazdu.
- Ilva! To ja – Kheram! – rozległ się cichy szept. – Ilvo, nie śpisz jeszcze?
- Nie – odpowiedział równie cichy szept z głębi wozu – czy coś się stało?
- Będziemy musieli uciekać – szepnął Kheram – ale okazja po temu będzie dopiero na pustyni.
- Ty też chcesz uciec? – Ilva omal nie usiadła ze zdumienia.
- Tak, pomogę ci w ucieczce – odpowiedział – nie chcę przyłożyć ręki do twej śmierci.
– Dacha zamierza mnie zabić? – zapytała.
- Nie on, ale bardziej Gedrena. Podsłuchałem dzisiaj wieczorem rozmowę Dachy z Untanem, jego zastępcą. Dacha powiedział, że Gedrena zabije ciebie i twoją rodzinę bez względu na wyniki negocjacji. Musisz nawiać. A ja z tobą, bo jak Dacha się zorientuje, że ci pomogłem, to też mnie zabije. Mam dosyć tej służby i tych ludzi – westchnął. – Zabierzesz mnie ze sobą?
- A co z twoją rodziną? – zapytała Ilva – czy Gedrena nie będzie jej prześladowała?
- Tego nie wiem – odparł i zafrasował się. – Ale najważniejsze teraz jest to, żebyś ty stąd uciekła. Tutaj grozi ci śmierć. A ja… ja nie chcę cię stracić… - szepnął to tonem wyznania, a Ilvie naraz zrobiło się ciepło na sercu. Niewiele myśląc podniosła się i ucałowała Kherama w policzek, a potem w usta. Ten zaczerwienił się i cieszył się, że ciemność skryła jego rumieniec. Szybko ochłonął, ta noc przeważyła o jego losach, bo właśnie dokonał wyboru.

„Śmierć przy tobie i niewidzialna śmierć po jasności w nocy” – tymczasem Ilva przypomniała sobie słowa Brahytmy. Ta pierwsza to Gedrena i Dacha, a druga? Aha, no i jeszcze to: „twój wróg pomoże ci, możesz na niego liczyć”, czy jakoś tam. To o Kheramie, to oczywiste. Co to za jasność w nocy?
- Kiedy zobaczymy Wielkiego Przewodnika? – zapytała Ilva.
- Za jakieś dwa, trzy dni jazdy po pustyni. Będzie widoczny na południowym-zachodzie.
- Może chodziło o to? – pomyślała. – W takim razie za dwa lub trzy dni będziemy mogli uciec.
- Dlaczego? – zdumiał się Kheram.
- Bo będzie wtedy jasno w nocy – odpowiedziała niepewnie – zresztą zobaczymy…

Następnego dnia przejechali rzekę Ilbars i wyjechali na step przechodzący powoli w skalistą i kamienistą pustynię mając wciąż po lewej ręce niebosiężne szczyty Gór Ilbaryjskich. Po dwóch dniach przed nimi otworzył się widok na morze płowych i żółtych piasków, a góry zaczęły rozpływać się w niebieskawej mgiełce oddalenia.
- Jak daleko mamy do Oazy? – zapytała Ilva, kiedy Kheram przyniósł jej wieczorny posiłek.
- Około trzystu mil lotem ptaka – odpowiedział. – Jeżeli mamy nawiewać, to tylko teraz…
- A zatem dzisiaj w nocy – powiedziała wierząc, że im się uda, choć nie miała zielonego pojęcia, jak to zrobi.

Tymczasem zapadła całkowita ciemność.
- Wiesz Ilvo? – rzekł – to dziwne, ale nie widzę Wielkiego Przewodnika. Powinien już znajdować się na swoim miejscu. Wniosek stąd, że albo jesteśmy dalej na wschód, niż to oblicza Untan, albo…
- … albo Wielki Przewodnik znikł – dokończyła Ilva.
Spojrzeli na siebie w blasku gwiazd.
- Niemożliwe – powiedział Kheram, ale zabrzmiało to niepewnie.
Ilva ucałowała go delikatnie w usta. Kheram oddał jej pocałunek.
- Bądźmy gotowi o północy, kiedy pierwszy sen jest najmocniejszy – powiedziała. – A teraz uwolnij mi ręce.
Kheram uwolnił ją jednym cięciem noża. Ilva zaczęła sobie rozmasowywać obtarte przeguby.
- Idź już, żeby nie zaczęli czegoś podejrzewać – rzekła – jak tylko…

Nie dokończyła. Wydarzyło się bowiem coś dziwnego…

sobota, 30 maja 2020

Bractwo Zielonego Smoka (61)


V


Niebo zaczynało bieleć, kiedy Ilva pożegnała się z Kiri i zanurzyła się w czeluść tunelu. Wiedziała, że wróci w ten sam punkt czasowy, w jakim weszła dzień wcześniej do tunelu i wychodząc po drugiej stronie była gotowa do walki. Nie bała się – już nie.

Wyjechała z tunelu i skała zamknęła się za nią. Ilva spojrzała na księżyc wiszący nad doliną i na jadących w jej stronę stygijskich żołnierzy. Na ich czele jechał wysoki wojownik – ich dowódca. Na jej widok podniósł się w siodle.
- Brać tą sukę! – wrzasnął – tylko żywcem!
Kilku Stygijczyków runęło na Ilvę, która stała nieporuszona z mieczem w dłoniach. Wiedziała, że mając skałę za plecami tak łatwo z nią im nie pójdzie. Tak też się stało. Szybka wymiana ciosów, jedna, druga i dwaj Stygijczycy spadli z koni brocząc krwią czarną w świetle księżyca.
- Psy! Wszarze! – dowódca zakipiał wściekłością – boicie się jednej dziewki?

Znowu runęli na nią i cofnęli się, a dalsze trzy kolejne skrwawione ciała rozścieliły się na ziemi. Kilku żołnierzy chwyciło za łuki.
- Stać kretyni!!! – zapienił się dowódca – ma być żywa!
- Ale… - ktoś zaoponował, ale nie dokończył.
- Naprzód durnie! – krzyknął wódz – siecią na nią!
Czterech gwardzistów chwyciło sieć i ruszyło galopem w stronę Ilvy, która ruszyła w stronę pierwszego przebijając go sztychem. Niestety, sieć opadła na nią i skrępowała. Poczuła jak spada z konia na ziemię i poczuła potężne uderzenie w głowę, które pozbawiło ją przytomności.


* * *
       

Ocknęła się nagle. Ktoś wylał na nią kubeł lodowatej wody.
- Żyje wodzu – usłyszała czyjś głos nad sobą.
Leżała skrępowana jak baleron. Ilość liny, jaką użyto do jej związania wystarczyłaby do unieruchomienia nosorożca. Kiedy to sobie uświadomiła zachciało się jej śmiać. Musieli się jej nieźle bać – przemknęło jej przez obolałą głowę. Bo następnym wrażeniem był ból głowy. Ktoś musiał zdrowo zdzielić ją w głowę pałką czy maczugą. Znowu pogrążyła się w czarnym niebycie.

Otworzyła oczy.

Był już jasny dzień. Nad nią pochylał się młody, może dwudziestoletni chłopiec. Miał na sobie mundur królewskiego gwardzisty. Delikatnie owijał jej głowę bandażem. Potrząsnęła głową. Eksplozja bólu spowodowała, że pociemniało jej przed oczami.
- Nie ruszaj się – gwardzista ostrzegł ją spokojnym głosem – masz ranę na głowie, będzie bolało. Opatrzyłem ją, więc nie powinno wdać się zakażenie.
Wydobył jakąś flaszeczkę, odkorkował ją i przytknął jej do warg.
- Pij – rozkazał – to jest ohydne, ale poczujesz się lepiej.

Wypiła kilka łyków. Wstrętna, piekąca gorycz rozlała się w jej ustach, ale po kilku minutach ból zelżał i mogła myśleć jaśniej.  
- Dziękuję – powiedziała po stygijsku z trudem przypominając sobie słowa. – Gdzie ja jestem? I w czyich rękach?
- Jedziemy do Stygii, a jesteś w ręku dziesięciotysięcznika Dachy.

Z radością skonstatowała, że ma związane tylko ręce i nogi, co pozwalało jej na poruszanie się w ograniczonym zakresie, ale wystarczającym, by móc uwolnić się i uciec. Jechali na północ w kierunku Ghori i zjechali ze szlaku na Trakt Ghulistański. Usiadła na wozie, którym ją wieziono i rozejrzała się po okolicy. Ucieczka w zasadzie była możliwa, ale nie miała szans – otaczała ją co najmniej setka ludzi. Dobrze uzbrojonych, na rączych koniach i mających wygląd dobrych wojowników.

Na postoju podszedł do niej Dacha. Nie owijał niczego w bawełnę.
- Gdzie to masz? – zapytał wprost i bez żadnych wstępów.
- Co mam? – zapytała naiwnie.
Dostała w twarz. Dacha uderzył ją nie ze złością czy nienawiścią. Zrobił to tak, jakby w sumie mało go to obchodziło i ze znużeniem wypisanym na twarzy. Usiadł obok niej.
- Klucz – Dacha powiedział to znudzonym tonem i wyciągnął rękę. – Chcesz jeszcze raz? – zapytał niemal uprzejmie.
- Nie, nie bij mnie – powiedziała.
- Gdzie to masz? – zapytał?
- Na szyi – odpowiedziała. Ujął za rzemyk i z niespodziewaną u niego delikatnością zdjął jej klucz z jej szyi. Spojrzał nań uważnie.
- To przez takie coś straciłem dwudziestu sześciu ludzi? – powiedział ze zdumieniem w głosie. – Nieźle, jak na taką osóbkę, jak ty. Dobrze cię wyszkolono – dodał z uznaniem.
- Dziękuję – Ilva warknęła to przez zaciśnięte zęby. – Ale nie porwaliście mnie, by tu prawić sobie dusery? Zabijesz mnie teraz, czy trochę później?
- Nie ja o tym decyduję – Dacha rzekł to z flegmą – o tym zadecyduje nasza pani, królowa Gedrena, oby żyła wiecznie. Mam rozkaz dowieźć cię w stanie nieuszkodzonym, a co dalej z tobą, to nie moja rzecz. Musisz być kimś cennym, bo mam obiecane za ciebie tyle złota, ile sama ważysz.
Podniósł się  i zeskoczył z wozu.
- Annuar! – krzyknął – do mnie!
Jeden z jeźdźców zawrócił, podjechał do Dachy i zeskoczył z konia.
- Co rozkażesz dowódco? – zapytał.
- Weźmiesz drugiego oficera i pojedziecie do Oazy Nawiedzonych Piramid, i oddacie to królowej, oby żyła wiecznie – Dacha rzekł to zdecydowanym tonem – masz zagonić konie, ale ta blaszka jest czymś dla niej bardzo ważnym, odpowiadacie za nią głową. I powiedz także, że mamy dziewczynę. Ruszaj!
- Rozkaz wodzu! – odkrzyknął Annuar i dosiadł konia. Po kwadransie dwaj jeźdźcy odłączyli się od konwoju i pognali traktem w kierunku północy, ku widniejącym w dali, białym wieżom Fortu Ghori.

Po dwóch dniach dojechali do rozwidlenia dróg, z których północna biegła w kierunku Morza Vileyet i portu Yuetshi, zaś zachodnia wzdłuż pasma górskiego w kierunku Zambouli, gdzie biegły odgałęzienia do miast zachodniego wybrzeża Morza Vileyet. Skręcili na zachód i pojechali półpustynną równiną mając na północy spalone słońcem brązowe góry, a od południa gigantyczne szczyty śnieżnych gór Himeliańskich. Ilva wracała do siebie i jej rana goiła się szybko. Opiekował się nią ten sam młody gwardzista, który udzielił jej pomocy po pojmaniu. Nazywał się Kheram i starał się jak najlepiej, by dziewczyna miała jak najmniej uciążliwe warunki podróży. Na postojach rozmawiali często, a kiedy Dacha nie widział, przynosił jej jakieś lepsze kąski z kuchni. Dwoje młodych ludzi zaprzyjaźniło się ze sobą, mimo tego, że stali po dwóch krańcowych stronach barykady. Kheram pochodził z Luxur – miasta na zachodzie Stygii i wstąpił do Gwardii by poprawić los swych rodziców i rodzeństwa, którym wiodło się nie najlepiej. Na tle okrutnych wojaków wydawał się być jakimś nieporozumieniem, człowiekiem, który znalazł się wśród nich przez przypadek. Ilva doskonale zdała sobie sprawę z tego, że jest to dla niej szansa ucieczki i dlatego starała się rozmawiać z nim jak najwięcej i na jak największą ilość tematów. Działała zgodnie z zasadą każącą jej piłować najsłabsze ogniwo łańcucha oddzielającego ją od wolności.