poniedziałek, 21 października 2019

Stacja Księżyc (5)


Rozdział 4. Jak poleci człowiek?


Niektórzy Amerykanie całkowicie poważnie zaproponowali:
- Nie potrzebne jest jakieś tam rozpoznanie! Nie trzeba czekać na silniejsze rakiety! Dawajcie, wciśniemy do współczesnej maleńkiej rakiety jednego człowieka i wystrzelimy go na Księżyc. Jeżeli wyśle się go bez bagażu, to już nie będzie to taki duży ładunek i rakieta da radę. Pierwszeństwo będzie amerykańskie!
A co dalej?
- Dalej – powiedzieli autorzy projektu – poślemy mu takimi samymi małymi rakietami posiłki i wsparcie. Będzie w nich wszystko, co potrzebne: żywność, woda, tlen do oddychania, składany domek, książki, gramofon…
- A jeszcze dalej? Jak on wróci do domu?
- Z tym – powiedzieli – nie musimy się spieszyć. Amerykańscy konstruktorzy nie spieszą się z dużymi rakietami. Inżynierom nie spieszy się z ich budową. I tak w czasie trzech lat poślemy naszemu bohaterowi wielką luksusową rakietę z paliwem. I to przy jej pomocy powróci on na Ziemię.
Tak więc drogie dzieci, rozumiecie, że taki projekt nie może być traktowany serio. Wiemy, jak błądziły Pioneery i Rangery – już to wracały z połowy drogi, już to leciały w bezdeń Kosmosu. A przecież rakiety ze wsparciem powinny dolatywać precyzyjnie do Srebrnego Globu. One powinny lądować dokładnie w tym samym miejscu na Księżycu, gdzie znajduje się kosmonauta, wszak nie może za każdą puszką konserw wędrować setek kilometrów![1]
Tak by mu przyszło tachać ze sobą cały zapas i jeść obiad raz na tydzień.
Oczywiście ten projekt anulowano. Nie można się tak znęcać nad człowiekiem.

Aktualnie w Ameryce pracuje się nad drugim projektem lotu człowieka na Księżyc. Projekt ten nazywa się Apollo. Będą zbudowane potężne rakiety nośne – giganty Saturn-5. Wyobraźcie sobie taką machinę! Jej wysokość jak 25-piętrowy dom (111 m), średnica boostera przy ziemi – 10 m. Masa rakiety załadowanej paliwem – 3000 ton! – czyli tyle, co okręt wojenny - niszczyciel. Taka ogromna rakieta jest w stanie dostarczyć na orbitę wokółksiężycową statek kosmiczny wielkości wagonu kolejowego. W nim będą trzej kosmonauci.
Duży statek! Ale do takiego pojazdu nie da się wziąć tyle paliwa, żeby starczyło na lądowanie na Księżycu. Dlatego Amerykanie nie będą lądować nim na Księżycu. Oni zrobią go satelitą Księżyca. Statek będzie orbitował wokół niego. A do zdesantowania ludzi na Planecie Nocy będzie użyty specjalny lądownik – lekka, niewielka rakietka. To w niej dwóch kosmonautów wyląduje na Księżycu.[2]


Tam oni rozejrzą się dookoła siebie, zrobią zdjęcia, pobiorą próbki gruntu, zrobią pomiary temperatury i inne. No i oczywiście wetkną w księżycowy grunt amerykańską flagę. A potem polecą z powrotem na orbitę do swego statku-bazy.
I ten moment jest najsłabszym ogniwem Projektu Apollo.
Rakietowy lądownik powinien „podskoczyć” z Księżyca tak dokładnie, by od razu podlecieć do statku-bazy. Kosmonauci przesiądą się do niej i powrócą nim na Ziemię.
A co się stanie, jak kosmonauci choć trochę pomylą się w obliczeniach? Albo jak dojdzie do minimalnej awarii w mechanizmach? Jednym słowem, jak coś pójdzie nie tak i nie uda się documować do statku-bazy? Co wtedy? Dwóch nieszczęsnych kosmonautów zostanie skazanych na niechybną śmierć!

Nie poszlibyśmy na takie ryzyko. Uważamy, że życie kosmonautów jest droższe od wszystkiego. Należy tak się przygotować, by lecieć na pewniaka.
W teraz wyobraźcie sobie, że przeszło kilkanaście lat. Przez te lata dziesiątki automatów doleciało do Księżyca i bezdźwięcznie spenetrowało jego góry i równiny. Wiele z nich wpadło w szczeliny, utonęło w wydmach z popiołów, rozbiło się o sterczące kamienie. Bez tego się nie obeszło. Ale za to inne wypełniły swe zadania.[3]
Inteligentne maszyny nie spiesząc się rozejrzały się pracowicie potrzaskały swymi obwodami i doniosły nam drogą radiową w swoim języku bip-bip wszystko, co mogły rozpoznać.
One „obsłuchały”, „obejrzały” i „powąchały” księżycowy grunt. Niektóre z nich wystartowały z Księżyca w bezbrzeżny Kosmos i znalazły naszą Ziemię, gdzie bezpiecznie wylądowały na spadochronach. Jak wierne psy położyły nam do nóg garście księżycowego pyłu, odłamki księżycowych kamieni i probówki z księżycowymi gazami.

Za kilkanaście lat i sam człowiek także poleci w pobliże Srebrnego Globu. Obleci ją dookoła nie opuszczając się na jej powierzchnię. Z ciekawością będzie oglądał Księżyc wypatrując przyszłego miejsca do lądowania.
Już opracowano i wyćwiczono wszystkie potrzebne manewry. Kosmonauci nauczyli się np. łączyć w locie dwie rakiety w jedną całość, czy wychodzić w Kosmos w celu przesiadki.
A teraz wyobraźmy sobie, że ten ogrom przygotowań do lotu księżycowego jest już za nami.
I naraz zdarza się coś niewiarygodnego. W szkole zadzwonił telefon.
- Mówią z kosmodromu. W statku kosmicznym nieoczekiwanie zostały wolne miejsca! Możemy zabrać na Księżyc kilkoro odważnych i ciekawych dzieci! Niech się szybko zbierają! Odlot jutro rano!
Tak szybko i nieoczekiwanie dawne marzenie staje się prawdą. Zbieramy się szybko i oto…!


[1] Jako polonicum mogę dodać, że problem ten rozpracowywał już na początku XX wieku nasz rodak – Jerzy Żuławski w powieści „Na Srebrnym Globie” (Kraków 1905).
[2] Tak też się stało w dniu 20.VII.1969 roku, kiedy to statek kosmiczny Apollo-11 (Columbia) + lądownik LEM (Eagle) zbliżyły się do Księżyca, a następnie lądownik Eagle bezpiecznie wylądował na Morzu Spokoju.  
[3] Był to jeden z obiecujących kierunków rozwoju kosmonautyki radzieckiej – badanie i eksploracja Kosmosu przy pomocy automatów, które miały przygotować grunt pod przyszłe osadnictwo i kolonizację planet. Niestety, projekty te upadły wraz z ZSRR…

niedziela, 20 października 2019

Stacja Księżyc (4)


Rozdział 3. Zwiad na Księżycu


Rozpoznać Księżyc! Łatwo to powiedzieć!
Oczywiście najlepiej byłoby podejść do Księżyca, obejrzeć go z bliska, z odległości kilku kroków. Choćby jednym okiem! Ale w żaden sposób nie podejdziemy, nawet na 10 km nie więcej.
Trzeba to robić z daleka, ale z daleka wiele nie zobaczysz…
Jak nie zobaczysz? A telewizja?
Popatrzcie! Piłkarz prowadzi piłkę w Kijowie, a my w Leningradzie[1] na ekranie telewizora widzimy go zupełnie obok siebie. Możemy ujrzeć także inne detale: zmarszczki wymiętej koszulki, powieki przymrużonych oczu, rozwiane włosy. A przecież dzieli nas od niego ponad tysiąc kilometrów!
A zatem wszystko jasne. Należy wysłać na księżyc kamery TV. Taką jaka pracuje na stadionie.

Pierwszym aparatem zwiadowczym wyposażonym w kamery TV był amerykański Ranger, o którym już tu opowiedziałem. Amerykanie wyślą taki pojazd jeszcze nieraz.
Kamery TV Rangera były wycelowane do przodu. Pracują one w te minuty, kiedy Ranger dolatuje do Srebrnego Globu i przekazują obrazy poprzez radio na Ziemię. Tam obrazy te są nagrywane na taśmę filmową.
To drogocenne taśmy! Zdjęcia idą jedno za drugim. Na każdym z nich powierzchnia Księżyca jest coraz bliżej – księżycowe kamienie są sfilmowane niemal „nosek-w-nosek” z odległości kilkuset metrów. Można rozróżnić detale o średnicy poniżej metra. Zauważono by także człowieka.
Ostatnie zdjęcie Ranger przekazał na parę sekund przed roztrzaskaniem się o skały. Wysłał je ludziom i nastąpiło duże „bum” i aparatu już nie było!

Jak widać, przyrządy mogą „się poświęcać”. To przyrządy – bohaterowie! W przyszłości ludzie będą w stanie wysyłać na Księżyc przyrządy w całości i bezpiecznie. Opowiemy dalej, jak to można zrobić. Tak więc elektroniczna kamera TV będzie mogła rozejrzeć się po Księżycu. Automat ja włączy i zacznie nią powoli obracać.
To wszystko, co kamera tylko zobaczy, przekaże nam drogą radiową na Ziemię. A my będziemy sobie siedzieli w domu przed telewizorem, wygodnie rozwaliwszy się w fotelu, i patrzeć na Srebrny Glob tak jakbyśmy tam byli. Będą widoczne księżycowe kamienie, szczelinki i jamki.

Jak widać, można zobaczyć Planetę Nocy z bliska. Ale czy to wystarczy? Czy nas oczy nie będą myliły? Czyż nie bywa tak, że przyjmujemy za suchą łączkę zarośnięte bagno, przegniłą zgniliznę za zdrowy pień a przyprószony śniegiem świeży lód za solidne, twarde pole lodowe?
Tak więc widzieć, to jeszcze mało – trzeba dotknąć. Ale co tam. My to jesteśmy w stanie zrobić. Wraz z kamerą TV my postawimy na Księżycu różne przyrządy naukowe. One dotkną księżycowego gruntu i przez radio przekażą nam, co poczuły. Jaki ten Księżyc okazał się być – miękki czy twardy, zimny czy gorący, gładki czy szorstki.
Ale to wszystko mało. Przydałoby się wiedzieć, co znajduje się w głębi, pod jego powierzchnią. Oczywiście jest to zadanie niełatwe, ale uczeni i tutaj znaleźli sposób rozpoznania.
Jeżeli czytaliście o trzęsieniach ziemi, to zapewne słyszeliście o sejsmografach. To są przyrządy, które odnotowują wstrząsy podziemne. Jak tylko ziemia zadrży, to pisak utrwali to wydarzenie na papierowej taśmie.
Tak więc postawimy na Księżycu sejsmograf, a potem zrobimy sztuczne trzęsienie ziemi. A właściwie księżycowe. Jak? – bardzo prosto. Zrzucimy nieopodal bombę. Ona eksploduje. Grunt zadrży. Sejsmograf zapisze wstrząs i prześle zapis przez radio na Ziemię.[2]    
   
No i co z tego? A oto – co:
Okazuje się, że luźny i gęsty grunt przekazuje wstrząsy zupełnie inaczej, i wedle zapisów przyrządów można się domyślić się jak jest w tym miejscu zbudowany Księżyc. Czy składa się on z luźnego materiału skalnego czy z litej skały.
Można ustawić wokół różne inne przyrządy, które będą pracowały bez człowieka – automatycznie. One są w stanie zmierzyć aktywność słoneczną i liczyć spadające na Księżyc meteoryty. Mogą także zbadać, czy księżycowe kamienie nie wydzielają szkodliwego dla ludzi promieniowania. To się nazywa zbadaniem gruntu na radioaktywność.
Urządzenia są w stanie przewiercić skałę i wyciągnąć z jej głębin kawałki jakiegoś kamienia i powiedzieć nam przez radio czym jest i z czego się składa. Potem automaty będą mogły nawet dostarczyć nam próbki księżycowego gruntu na Ziemię.
Ale badać Księżyc przy pomocy automatów nie jest tak całkiem wygodnie. No bo wyobraźmy sobie, że rakieta wylądowała na księżycowej równinie, a kiedy siadała, to opaliła ogniem swych silników grunt pod spodem. Wychodzi na to, że ten obszar jest już do niczego. Nie ma sensu go fotografować czy brać próbki. A to oznacza, że nasze aparaty powinny przenosić się na „czyste” miejsca.

Ale jak można poruszać się po Srebrnym Globie?
Należałoby zatem posadzić na powierzchni Księżyca jakiś pojazd. Np. podobny do czołgu, z gąsienicami by mógł poruszać się po bezdrożach.
To nie byłoby jeszcze takie trudne. Ale problem jest nie tylko w dziurach i wybojach. Jakakolwiek ziemska maszyna po przejechaniu na Księżycu kilkunastu metrów stanie. I to nie dlatego, że wpakuje się w jakiś wybój ale dlatego, że wszystkie ruchome części się zakleszczą, a oto dlaczego:

Na Księżycu nie ma powietrza. Olej w częściach ruchomych od razu wyparuje, a metalowe części w próżni „sklejają” się od razu jedne z drugimi. Nawet zwyczajne gwoździe ułożone w pęk po pewnym czasie trzeba będzie odrywać jedne od drugich! Na Srebrnym Globie nie będą pracowały nożyczki i migawki aparatów fotograficznych, zatrzymają się zegarki mechaniczne.
Trzeba będzie to jakoś ominąć. Wszystkie łożyska nie mogą być metalowe ale ceramiczne. Smary należy dobrać takie, które parują powoli – np. proszek z grafitu. A gdzie tylko się da, wszystkie ruchome części trzymać w pomieszczeniach z powietrzem.
A teraz zobaczcie, jaką chytrą sztuczkę wymyślili uczeni. Ona jest w stanie przenieść platformę z przyrządami poza rejon lądowania. I nie ma w niej ani jednej części ruchomej! Żadnych kół, żadnych gąsienic, żadnych dźwigni, żadnych zawiasów.
Zagadka – nieprawdaż?
A ta sztuczka jest nader prosta.
Uczeni zamierzają zapakować swe przyrządy do metalicznej kuli. Rakieta wyląduje na łagodny stok księżycowej góry i wyrzuci z siebie tą kulę. Ona potoczy się wzdłuż stoku. A kiedy się zatrzyma, to będzie daleko od strefy lądowania.
Dobrze pomyślane – nieprawdaż?

A jeżeli nie będzie to stok? No to można spróbować przy pomocy łazika.
Zrobili. Zawieźli na Księżyc. Wytaskali z rakiety. Teraz tylko trzeba nim sterować. A on jest bezludny. A to znaczy, że trzeba nim kierować przez radio z Ziemi. Ale czy wiecie, że sygnał radiowy leci do Księżyca przez około 1,3-1,5 sekundy? Wyobraźcie sobie: jedzie nasz łazik, jedzie powoli z prędkością idącego człowieka, jakieś 5 km/h. i naraz, o kilka kroków od siebie ujrzał on przed sobą przepaść. Łazik natychmiast informuje o tym przez radio Ziemię.
Sygnał leci do Ziemi przez 1,5 s, ale łazik w tym czasie wciąż jedzie do przodu. Po 1,5 s kontroler na Ziemi zobaczył na monitorze TV przepaść i wydał łazikowi rozkaz STOP. Przez kolejne 1,5 s sygnał leci na Księżyc. A łazik wciąż jedzie!
Jednym słowem, kiedy łazik przez 3-4 s otrzyma rozkaz STOP, to on już będzie leciał w przepaść „do góry nogami”. Tak więc maszyny sterowane radiem z Ziemi są zbyt „wolnomyślne”.[3] One po prostu za długo „się zastanawiają” i dlatego są nieefektywne.
Potrzebujemy maszyn, które decydowałyby same o sobie, od razu na miejscu, nie pytając nas o zgodę. A takie samostanowiące o sobie, cybernetyczne maszyny rzecz jasna jest zbudować jeszcze trudniej i będą one jeszcze cięższe.[4]

Być może, w celu wysłania ludzi, trzeba będzie skontrolować wszystkie detale lotu i wysłać na Srebrny Glob zwierzęta. Amerykanie już nieraz wysyłali w Kosmos małpki. Aktualnie przygotowują do kosmicznej podróży … niedźwiedzie. No a my najprawdopodobniej wyślemy naszych starych, wypróbowanych przyjaciół – pieski.[5]  



[1] Dzisiaj Sankt Petersburg.
[2] Amerykanie zamiast bomb używali trzecich stopni rakiet nośnych, które zrzucano na Księżyc. Energia uderzenia była wystarczająca do spowodowania niewielkiego trzęsienia Księżyca. W latach 50. planowano zrzucenie na Srebrny Glob niewielkiej bomby atomowej w celu wywołania wstrząsów i wyrzucenia odłamków skalnych na orbitę wokółksiężycową, gdzie miałby je zebrać krążący po niej orbiter. Na szczęście projekt zarzucono.
[3] Do tego należy jeszcze dodać tzw. czas reakcji kontrolera, który może trwać powyżej sekundy i czas przekazu rozkazu do mechanizmów wykonawczych łazika…
[4] A jednak takie maszyny już istnieją i poruszają się po Księżycu i Marsie! – że wspomnę radzieckie Łunochody, chiński Yutu – Jaspisowy Królik i amerykańskie Mars Explorery.
[5] Na szczęście do tego nie doszło i na Księżyc w rezultacie tego polecieli ludzie…

środa, 16 października 2019

Stacja Księżyc (3)


Rozdział 2. Szturm rozpoczęto


Loty kosmiczne – to bardzo złożona i kosztowna sprawa. Jest ona tylko dostępna dwóm najbogatszym krajom na naszej planecie – ZSRR i USA.
W 1957 roku wystrzeliliśmy pierwszego sztucznego satelitę Ziemi.
A w 1958 roku Amerykanie rozpoczęli szturmowanie Księżyca.
17.VIII.1958 roku wystrzelili oni w kierunku Księżyca pierwszą rakietę. Niestety, ona eksplodowała w atmosferze rozlatując się na kawałki. Nie wyszło.
Amerykanie jednak nie zniechęcili się. Po dwóch kolejnych miesiącach oni wystrzelili na Księżyc drugą rakietę. Przy jej pomocy postanowili wysłać na Księżyc mały próbnik Pioneer-1. On powinien obserwować księżyc z bliska i przekazać przez radio na Ziemię: „bip-bip, doleciałem!”
Ale rakieta „nie dociągnęła” i przeleciała zaledwie 1/3 część drogi na Księżyc, a potem „zmęczyła się” i poleciała z powrotem na Ziemię.
Uparci Amerykanie wystrzelili potem Pioneer-2 i Pioneer-3, ale i te rakiety nie mogły dolecieć do Księżyca i spadły na Ziemię.
Cztery starty – cztery niepowodzenia! Sprawa okazała się być trudniejsza, niż to się wydawało na początku. Amerykanie zastanawiali się…

A w tym samym czasie szturm Księżyca zaczął Związek Radziecki.
2.I.1959 roku wystrzeliliśmy w Kosmos naszą pierwszą automatyczną stację międzyplanetarną – w skrócie AMS. Za granicą nazwali ją Łunnik-1, my ją nazywamy Łuna-1. To była nasza pierwsza rakieta na Księżyc. AMS Łuna-1 przeleciała koło Księżyca, w odległości jego dwóch średnic Księżyca od niego.[1] Jak na pierwszy raz to było całkiem nieźle.

3.III.1959 roku, Amerykanie wystrzelili na Księżyc sondę Pioneer-4. Tym razem rakieta nośna pracowała dobrze i przeleciała założoną odległość. Ale zdarzył się błąd. Zawiodły przyrządy, które kierowały jej lotem. Rakieta zeszła z kursu i przeleciała koło Księżyca w odległości aż 17 księżycowych średnic![2] Trudno jest trafić w Księżyc!

W ZSRR w tym czasie też nie spali i przygotowywali nową rakietę. Dnia 12.IX.1959 roku wystrzelono AMS Łuna-2.
To był snajperski strzał! Cały świat zamilkł ze zgrozy: rakieta trafiła w Księżyc i to niemal w sam środek![3] Ona dostarczyła tam proporzec Związku Radzieckiego.
W trzy tygodnie później, 4 października tegoż roku poleciała tam jeszcze jedna AMS – Łuna-3. Ta maszyna obleciała Księżyc i sfotografowała jego niewidoczną stronę. A potem dokonała drugiego wyczynu: przekazała świeże zdjęcia drogą radiową na Ziemię. Ludzie po raz pierwszy zobaczyli, co znajduje się na niewidocznej stronie Srebrnego Globu. Wszyscy byli zdumieni i zazdrościli nam.

Potem przez dwa lata ani my, ani Amerykanie nie wypuszczaliśmy żadnych rakiet. Opanowywano Kosmos wokół Ziemi. Wypuszczano różne statki kosmiczne z ludźmi i bez.

W 1962 roku, szturm Księżyca ponowili Amerykanie. Oni to właśnie wystrzelili na księżyc AMS Ranger-3, ale ona za bardzo się rozpędziła i przeleciała koło Srebrnego Globu i zagubiła się gdzieś w Kosmosie.
23.IV.1962 roku, na Księżyc wyprawiono Rangera-4, jednakże on został zniszczony w czasie lotu. Przeleciał koło Księżyca, potem zakręcił i spadł – jak szacują Amerykanie – na ciemną stronę Planety Nocy.
Ranger-5 też przeleciał koło Księżyca i zaginął w Kosmosie.

W 1963 roku, ryk rakiet szturmujących Srebrny Glob znów rozległ się w Związku Radzieckim. 2 kwietnia poleciała w niebo Łuna-4 – my zastosowaliśmy nowy sposób startu – z pośredniej orbity. Łuna-4 przeleciała koło samego Księżyca wypełniając jedynie część misji. Cóż robić? Nie każde uderzenie w bramę daje odgłos…

W styczniu 1964 roku w Księżyc wbił się Ranger-6[4]. W czasie lotu cała jego naukowa aparatura po prostu padła. Nie mógł on przekazać żadnych danych na temat Księżyca, ale sam lot był udany. Było to duże osiągnięcie.[5]  
Amerykanie pracowali nadal uparcie i zrobili swój aparat kosmiczny bardziej nowoczesnym. I oto w lipcu 1964 roku w stronę Srebrnego Globu poleciał Ranger-7.
I tym razem udało się wszystko to, co zaplanowano! Udał się i lot i praca aparatury naukowej. Ranger-7 trafił w Księżyc[6], a podlatując do niego wykonał wielka ilość zdjęć jego powierzchni z niewielkiej odległości. Zdjęcia te przekazał na Ziemię przed samym twardym lądowaniem na powierzchni Księżyca.

Szturm na Planetę Nocy szedł coraz to szybciej.
Najważniejsze i najciekawsze rzeczy są wciąż przed nami.
Radzieccy i amerykańscy uczeni i inżynierowie pracują przez cały czas nad przygotowaniem załogowego lotu na Księżyc. A to zadanie niełatwe.
Amerykanie przejawiają w tej pracy nadzwyczajnie podekscytowanie. Oni pragną za wszelką cenę być pierwszymi ludźmi na Księżycu. My jednak uważamy, że najważniejszym nie jest jakiś rekord, ale postęp nauki. My pracujemy spokojnie, wedle dokładnie opracowanego planu, w sposób przemyślany. Nie chcemy ofiar i niepotrzebnych niepowodzeń.
Tak jest lepiej – nieprawdaż?
Tak czy inaczej, człowiek stanie na Księżycu.
Owszem, ale co należałoby w tym celu zrobić?
Co przeszkadza w wysłaniu człowieka na Srebrny Glob teraz, zaraz, natychmiast?

Wiele rzeczy.
Przed wylądowaniem człowieka na Księżycu trzeba wiedzieć, co tam go czeka. Gdzie on się tam znajdzie. Co powinien mieć ze sobą. Jak się ubrać.
Ziemię myśmy całą schodzili. Wiemy, gdzie czeka na nas zimno, gdzie upał, gdzie głębokie śniegi, gdzie sypiący się piasek, gdzie grząskie błota, a gdzie ostre kamienie. Na Ziemi łatwo jest nam przygotować się do jakiejś podróży. Wiemy, gdzie się nam przyda szuba, gdzie parasol, gdzie narty, gdzie rower, gdzie śniegowce i gdzie lina.

A co się przyda na Księżycu?
Nie ma kogo zapytać. Na Księżycu jeszcze nikt nie był. A lecieć na złamanie karku nie wiadomo dokąd – bez sensu.
Znaczy się należy przeprowadzić zwiad na Księżycu, choćby w przybliżeniu dowiedzieć się, czym ona nas powita.

Trzeba przeprowadzić zwiad na Księżycu!


[1] Czyli ok. 7000 km.
[2] Czyli ok. 57.500 km.
[3] Dokładniej na Mare Serenitatis, koło krateru Aristidesa i Archimedesa, na N 29,1° - 0°.
[4] Wschodni kraniec Mare Tranquillitatis, na N 9,33° - E 21°52.
[5] Ranger-6 spadł 300 m od miejsca zaplanowanego lądowania.
[6] Pomiędzy Mare Nubium a Oceanus Procellarum, na S 10,7° - E 339,33°.