piątek, 20 lipca 2018

Powrót do Księżycowej Jaskini (12)

ROZDZIAŁ XI – Księżycowa Jaskinia – koniec mitu?


A zatem możemy powiedzieć, że wiemy, gdzie znajduje się Księżycowa Jaskinia. Jest na to kilka poszlak. Pierwsza poszlaka - historyczna:


XX wiek


Na początku I wojny światowej Sądecczyznę zajęły wojska rosyjskie, ale krótko potem zostały wyparte z udziałem polskich Legionów. Tworzące się w 1918 roku władze polskie objęły swym zasięgiem teren wyznaczony przez granicę dawnej Rzeczpospolitej, za Karpatami powstawała natomiast Czechosłowacja.
Ukonstytuowała się również Ruska Ludowa Republika Łemków, która starała się przygotować grunt dla przyłączenia Łemkowszczyzny do Czechosłowacji. Siedzibą narastającego już kilka lat wcześniej ruchu łemkowskiego była Florynka w dolinie Białej.

Tuż przed II wojną światową doszły do głosu polsko-czechosłowackie spory graniczne. Najpierw Polacy zajęli Łopatę Słowacką, półwysep utworzony przez zakole Popradu pod Żegiestowem oraz nieco gruntów koło Milika i Andrzejówki, potem Słowacy przyłączyli się do inwazji niemieckiej. Wojska niemieckie weszły na Sądecczyzne od południa – z Czerwonego Klasztoru, Bardejova i (razem ze Słowakami) z okolic Mniszka nad Popradem. [Sztab słowackiej armii znajdował się w Żegiestowie!]

Polski ruch oporu koncentrował się przez pierwsze lata okupacji na przerzucie kurierów [z GG na Słowacje i Węgry, a dalej do Londynu] świadomie dla ich ochrony ograniczając typową partyzantkę. Ostatni rok wojny [1944] przyniósł natomiast liczne walki ukrywających się w górach oddziałów; szczególnie wsławił się Julian Zubek pseudonim „Tatar”, który w 1944 roku został dowódcą kompanii Strzelców Podhalańskich regularnego Ludowego Wojska Polskiego. Jako żołnierz Armii Krajowej znany był z gotowości do współpracy z działającą również w Beskidzie Sądeckim partyzantką radziecką. Wojska radzieckie – oddziały 4. Frontu Ukraińskiego – zajęły Nowy Sącz w dniu 20.I.1945 roku, a całą Sądecczyznę w kilka dni później.

Koniec wojny oznaczał koniec Łemków na Sądecczyźnie. Większą ich część wyprowadzili na Ukrainę aktywiści przybyli w 1945 roku z wojskami radzieckimi, oddziałując [na nich] trochę obietnicami dobrobytu, trochę naciskiem (niektórzy przesiedleńcy zdążyli jeszcze wrócić). Cała reszta została wysiedlona w 1947 roku w ramach akcji „Wisła” w celu, (albo pod pretekstem), likwidacji zaplecza działającej w Bieszczadach Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Na miejsce Łemków sprowadzono ludność z okolic Nowego Sącza, Limanowej, Podhala, wiele wsi zamarło lub skurczyło się. Powrót na Sądecczyznę był dla wysiedlonych aż do 1980 roku bardzo utrudniony (łatwiej było wrócić Łemkom do powiatów położonych dalej na wschód), więc dziś mieszkają tam tylko nieliczni.

Źródło: Wojciech Nowicki – „Beskid Sądecki – Przewodnik”, Pascal, Bielsko-Biała 2001, ss. 17-18.


Druga poszlaka:


Marek Kroczek, Tadeusz Wieczorek

SZLAK PRZYRODNICZY PO MATECZNIKACH PUSZCZY KARPACKIEJ
IMIENIA ADAMA HRABIEGO STADNICKIEGO

Jedną z form obszarowej ochrony przyrody i szeroko pojętego krajobrazu w Polsce są Parki Krajobrazowe. W Beskidach utworzono dotąd dwa takie parki - Żywiecki Park Krajobrazowy i Popradzki Park Krajobrazowy. Popradzki Park Krajobrazowy został powołany 11 września 1987 roku. Zajmuje obszar 54 tys. ha, a wraz z otuliną 78 tys. ha, będąc jednym z największych parków krajobrazowych w Polsce. Prawie w całości obejmuje obszar Beskidu Sądeckiego. Celem utworzenia Parku jest kompleksowa ochrona walorów przyrodniczych, krajobrazowych, uzdrowiskowych i turystycznych realizowana poprzez dostosowanie działalności gospodarczej do wymogów ochrony przyrody. Utworzenie tego Parku w terenie zagospodarowanym, ale o dużych walorach krajobrazowych miało być przykładem koegzystencji gospodarki leśnej i turystycznej bazującej na racjonalnym wykorzystaniu istniejących zasobów przyrody.

Wśród czynników przyrodniczych wiodącą cechą w jego krajobrazie jest rzeźba terenu uwarunkowana budową geologiczną. Morfometryczne cechy rzeźby (nachylenie stoków, wysokości względne i bezwzględne) warunkują dostępność terenu, co w sposób pośredni lub bezpośredni wpływa na zachowanie krajobrazów naturalnych, lub do nich zbliżonych oraz kształtowanie krajobrazu kulturowego. Względy fizjograficzne Popradzkiego Parku Krajobrazowego oraz historycznie uwarunkowane osadnictwo zdecydowało o sposobie użytkowania ziemi. Prawie 70% jego powierzchni zajmują lasy, a tylko 27% użytki rolne.

W wyniku prac nad utworzeniem paneuropejskiego zintegrowanego systemu ochrony dziedzictwa przyrodniczego kontynentu jako całości, czyli Europejskiej Sieci Ekologicznej EECONET (European Ecological Network), obszar Popradzkiego Parku Krajobrazowego uzyskał największą rangę w waloryzacji terenów chronionych.

Stanowi on w Krajowej Sieci Ekologicznej obszar węzłowy o znaczeniu międzynarodowym z biocentrami i strefami buforowymi. Rzeka Dunajec została uznana za korytarz ekologiczny o znaczeniu międzynarodowym.

Na 14 rezerwatów przyrody utworzonych dotąd na terenie Beskidu Sądeckiego aż 12 to rezerwaty leśne. Niektóre z nich mają swe początki w rozumnej działalności dawnego właściciela większości lasów tego regionu Adama hrabiego Stadnickiego.

Najstarszy rezerwat przyrody powstał w jego dobrach około 1906 roku, a najmłodszy w Lasach Państwowych w 1996 roku. Niektóre z rezerwatów są łatwo dostępne (Łabowiec, Barnowiec) lub wręcz udostępnione (Las Lipowy Obrożyska), ale są także rezerwaty trudne do penetracji i niezbyt często odwiedzane (Hajnik, Żebracze).

Obecna powierzchnia rezerwatów wynosi około 500 ha, uzupełniona prawie 90 pomnikami przyrody.

Celem utworzenia szlaku przyrodniczego jest zapoznanie młodzieży i turystów odwiedzających tę przepiękną część Popradzkiego Parku Krajobrazowego z wartościami wspaniałej i niepowtarzalnej górskiej przyrody, imponującymi krajobrazami dolin z czystymi wodami potoków, urokami słonecznych hali polan rozciągających się pośród lasów. Jest to także odpowiedź na dużą penetrację turystyczną związaną z otwarciem kolejki gondolowej na Jaworzynę Krynicką.

Wyznaczone na trasie punkty przystankowe pozwalają dokładnie zapoznać się z piętrowym zróżnicowaniem roślinności, ze światem zwierząt, wskazują najcenniejsze formy terenu i ciekawe zjawiska hydrologiczne. Początek szlaku przyrodniczego znajduje się w centrum wsi Łabowa, obok przystanku PKS przy drodze Nowy Sącz - Krynica. Nazwa miejscowości pochodzi podobno od Łabów - szlachty ruskiej, która tu osiedliła się po najeździe tatarskim. Łabowa słynęła z hucznych jarmarków, na które zjeżdżano z całej okolicy. Dawniej wieś zamieszkiwali Łemkowie. Szlak biegnie od przystanku PKS w kierunku zachodnim. Przekraczamy most na rzece Kamienicy Nawojowskiej. Na dnie rzeki i wzdłuż jej brzegów odsłaniają się margle łąckie. Widoczny na dnie długości około 200 metrów i na brzegach kompleks piaskowców ubogi w łupki rozdzielają wkłady margli. Piaskowce są drobno - i średnioziarniste, źle przesortowane o spoiwie wapnistym. Zawierają one oprócz kwarcu także muskowit, glaukonit i kwarcyt, rzadziej okruchy wapieni i skaleni. Po prawej stronie mijamy drewniany kościół z 1930 roku z zabytkowym obrazem św. Jana Nepomucena z końca XVII wieku i późno barokowymi posągami św., Łukasza i św. Marka.

Dochodzimy do skrzyżowania i skręcamy w lewo drogą asfaltową. Po około 500 metrach z lewej strony możemy zobaczyć piękną murowaną cerkiew z 1784 roku z wieżą o cebulastym hełmie, fundowaną przez Lubomirskich. Po około 10 minutach dochodzimy do doliny Uhryńskiego Potoku. Po lewej stronie rozciągają się pięknie zalesione stoki Ośnikowskiego Wierchu (828 m npm.), po prawej stronie stoki Pereslihy (812 m npm.).

Możemy oglądać tutaj głęboko wciętą (odcinkami do 30 metrów) krętą dolinę Uhryńskiego Potoku, porośniętą lasem mieszanym z dorodnymi okazami sosny (projektowany rezerwat geologiczny). Obszar ten jest najlepiej dostępny od strony południowe-wschodniej, ścieżką leśną odchodzącą od szlaku w odległości około 100 metrów poniżej gajówki. Ścieżka ta biegnie ponad zakolami potoku i po drugim jego przekroczeniu sprowadza do doliny o stosunkowo łagodnych zboczach. Stąd należy rozpocząć wędrówkę w górę potoku jego meandrującym korytem, co jest możliwe jedynie przy niskim stanie wody. Na dnie potoku i na jego stromych brzegach, a zwłaszcza w zakolach podcinanych erozyjnie, odsłania się niemal w sposób ciągły profil utworów dolnego eocenu. Są to cienko - lub średnioławicowe piaskowce ze strzałką kalcytową przekładaną łupkami ilastymi. Dalej w górę potoku odsłania się kompleks łupków ilastych z nielicznymi cienkimi ławicami piaskowców. W dolnej części profilu występują łupki bezwapniste na ogół barwy czerwonej, które zawierają liczne otwornice. W wyższej części profilu charakterystycznym utworem jest tzw. pasiak, który składa się z naprzemianległych cienkich warstewek łupków czekoladowo - wiśniowych i mułowców marglistych o zabarwieniu niebieskoszarym. Te ostatnie dominują w najwyższej części kompleksu. Lesista dolina Uhryńskiego Potoku ma niezwykłe walory krajobrazowe, na które składają się jej znaczne głębokości, kręty przebieg i strome brzegi, jak też prawie pionowo zalegające tu różnobarwne skały odsłonięte na dnie potoku i na jego brzegach.

Po przejściu około 4 kilometrów od początku trasy, po prawej stronie usytuowane jest miejsce biwakowe przygotowane przez nadleśnictwo Nawojowa. Można tu odpocząć na ławeczkach, a także poszukać w pobliskim potoku źródeł wody mineralnej, które biją na dnie rzeczki.

Idąc dalej po około 2 kilometrach dochodzimy do wsi Uhryń. Znajdują się w niej ciekawe połemkowskie kapliczki. Już na początku wsi możemy zobaczyć odnowioną kapliczkę o bardzo ciekawej budowie. Przechodzimy przez całą wieś, około 500 metrów za ostatnimi zabudowaniami znajduje się szlaban. Z miejsca tego możemy zobaczyć całą przebytą do tej pory drogę od Łabowej.

Idziemy dalej drogą asfaltową. Po około 2 kilometrach dochodzimy do rozwidlenia dróg, w lewo skręcamy do rezerwatu Uhryń. Z lewej strony ścieżki możemy zaobserwować ciekawą jodłę. Z dwóch pni po złączeniu na wysokości około metra powstaje jeden wspólny pień. Dochodzimy do składu drewna. Około 100 metrów za nim dochodzimy do granicy rezerwatu Uhryń.

Rezerwat Uhryń - powstał w 1924 roku w prywatnych dobrach Adama hrabiego Stadnickiego, potwierdzony zarządzeniem Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego z 1957 roku. Dawna nazwa rezerwatu to Medwiczka. Powierzchnia rezerwatu wynosi 16,00 ha. Ochronie podlegają drzewostany bukowo - jodłowe, w wieku około 230 lat charakterystyczne dla dawnej puszczy karpackiej. W drzewostanach przeważa jodła przy niedużym na ogół udziale buka i mniejszej ilości świerka. Najstarsze jodły osiągają wysokość do 40 metrów i grubości pni do 115 centymetrów. W runie najczęściej występuje jeżyna gruczołowata, wietlica samicza, gwiazdnica gajowa i tojeść gajowa. Z roślin chronionych występuje w nim widłak wroniec, a z częściowo chronionych - kopytnik pospolity i marzanka wonna. Jest on jednym ze starszych rezerwatów polskich i przez ponad 100 lat nie prowadzono w nim działalności gospodarczej. Rezerwat leży na terenie Nadleśnictwa Nawojowa.

Co wynika z powyższego? A to, że w Beskidzie Sądeckim istnieją formacje geologiczne opisane przez dr Horáka: piaskowce leżące na skałach węglanowych!

I dalej:

Idziemy dalej ścieżką wzdłuż granicy rezerwatu (pozostawiamy rezerwat po prawej stronie). Po około 15 minutach dochodzimy do ścieżki obchodowej. Powyżej wychodnia skalna, na której możemy chwilę odpocząć i wejrzeć w głąb tego prapuszczańskiego kompleksu leśnego. Powyżej widzimy młody drzewostan, typowa sukcesja w lasach karpackich. Po przejściu następnych 10 minut dochodzimy do grzbietu i odbijamy w lewo wzdłuż granicy rezerwatu. Dochodzimy do skrzyżowania.

Znajduje się tutaj miejsce odpoczynku i schronienie na wypadek deszczu. Po prawej stronie pozostawiamy rezerwat, kierujemy się na wprost w górę stoku i po 200 metrach skręcamy w lewo za strzałką. Po około 20 minutach dochodzimy do szlaku czerwonego. Szlak skręca w prawo w kierunku na Halę Łabowską, znajdujemy się około 4 kilometrów od niej. Po około 40 minutach dochodzimy do Hali Jawor, która opada na południowy wschód w przepaścisty zwór dopływu Potaśni. Hala zarasta obecnie pięknym laskiem sosnowym. Idziemy dalej w kierunku północnym, po chwili dochodzimy do pomnika upamiętniającego śmierć partyzantów AK, następnie do Hali Łabowskiej i odejścia w prawo do rezerwatu Łabowiec.

Hala Łabowska (1061 m npm.) jest rozległą zarastającą lasem grzbietową halą opadającą ku północy, położona w pobliżu zwornika, gdzie do grzbietu głównego dołącza się od południa boczny grzbiet Parchowatki (1005 m npm.). Widok z hali jest wprawdzie ograniczony od północy i północnego wschodu, lecz bardzo urozmaicony.

Przed nami za doliną Kamienicy ciągnie się pasmo Margoni Niżnej i Wyżnej, Spalskiej Góry, Tokarni i Czerszli, z wystającym poza nim wałem Jaworza i Chełmem w prawo od niego. Na hali stanęło po ostatniej wojnie - staraniem Oddziału PTTK w Nowym Sączu - schronisko, które na Głównym Beskidzkim Szlaku, między Krynicą i Rytrem stanowi ważny punkt oparcia dla turystów. W czerwcu 1944 roku w czasie obławy gestapo zginął na hali Adam Kondolewicz, żołnierz oddziału AK „Tatara". W miejscu jego śmierci głaz z pamiątkowym napisem. W schronisku możemy zjeść posiłek (bardzo dobra kuchnia), a także przenocować przed dalszym marszem wzdłuż szlaku przyrodniczego. Hala Pisana. Tą nazwą określa się szczytową zarastającą obecnie halę, ciągnącą się w głównym grzbiecie między Zadnimi Górami od zachodu, a Wierchem nad Kamieniem od wschodu. Nazwa ta pochodzi z czasów, gdy geodeci dokonywali w oko lity pomiarów i „spisywali", jak mówili górale. Na hali znajduje się pamiątkowy głaz przypominający czas okupacji hitlerowskiej i walki partyzantów, mających w lasach Beskidu Sądeckiego swe kryjówki. Nad bukowymi lasami, które otaczają halę - oryginalny widok na zachód na gniazdo Radziejowej i Prehyby, dalekie Gorce i Beskid Wyspowy oraz Babią Górę w najdalszym planie. Ku północy ukazuje się plastyczna mapa Kotliny Sądeckiej, a ku południowemu wschodowi piękna Parchowatka, otoczenie Jaworzyny Krynickiej i Runka. Na południowy zachód przy przejrzystej pogodzie delikatnie zarysowane Tatry.

A zatem teren ten był aktywny pod względem działalności grup partyzanckich w czasie II Wojny Światowej. Ślady tego są upamiętnione do dziś dnia!

Idziemy dalej szlakiem czerwonym, któremu towarzyszą znaki żółte. Znaki prowadzą do mrocznego wilgotnego lasu, w którym przeważają stare, wiekowe buki, pełnego wykrotów i głazów, pokrytych roślinnością. Gdy ścieżka o kierunku północnozachodnim załamuje się i skręca w prawo na zachód - w pobliżu, w lewo, nieco w dół - źródełko. Niebawem wychodzimy z lasu na halę, której kulminacja Zadnie Góry (969 m npm.) pozostają nieco z lewej strony. Panorama z niej rozległa i warto podejść w lewo na południową stronę grzbietu, aby obejrzeć widok na Dolinę Popradu i kształtną Parchowatkę. Występuje tu rzadko spotykany w Karpatach grzbietowy rów rozpadlinowy tzw. podwójny grzbiet, będący przykładem procesów rozczłonkowujących grzbiety górskie. Towarzyszą mu liczne formy rzeźby typowe dla osuwisk, takie jak ściany i ambony skalne, rowy rozpadlinowe, ruchome blokowiska, szczeliny dylatacyjne i nabrzmienia koluwialne.

Z Zadnich Gór kierujemy się na zachód do węzła szlaków, w tym miejscu skręcamy w prawo i kierujemy się szlakiem zielonym na północny zachód. Po około 10 minutach dochodzimy do szlaku niebieskiego kierującego nas w stronę Makowicy. Pod szczytem szlak przyrodniczy odbiega od szlaku turystycznego i schodzi na zachodnie stoki Makowicy, na piękne polany. Usytuowany jest tu punkt widokowy, skąd możemy zobaczyć piękną panoramę Pasma Radziejowej i Doliny Popradu. Z Lego miejsca kierujemy się polanami i lasem w dolinę Potoku Rzyczanowskiego. Dochodząc do niego skręcamy w lewo i idziemy drogą leśną poprowadzoną dnem doliny.

Dochodzimy do przepięknego mostu drewnianego przerzuconego nad malowniczym przełomem Potoku Rzyczanowskiego. Płynie on na tym odcinku wąwozem skalnym o głębokości od kilku do kilkunastu metrów i szerokości w części dennej 5-10 metrów, a w części górnej od kilkunastu do 50 metrów. Wąwóz ten został wyerodowany w gruboławicowych i bardzo gruboławicowych piaskowcach magurskich. Istnienie fragmentów kilku poziomów wypłaszczeń dolinnych, w tym tarasów zbudowanych z osadów rzecznych, świadczy o wieloetapowym rozwoju doliny. Rozcięcie odpornych piaskowców i powstanie wąwozów jest świadectwem silnej erozji w ostatnim, holoceńskim etapie jej rozwoju. Kręty, meandrujący przebieg współczesnego koryta jest być może odziedziczony po starszym etapie formowania doliny. Piaskowce magurskie tworzą w ścianach wąwozu atrakcyjne krajobrazowo oraz interesujące morfologicznie urwiska i występy skalne, natomiast na jego dnie – niewielkie wodospady, kaskady (zespoły stopni skalnych) i szypoty (drobne występy na wychodniach ławic przegradzających koryto rzeki). Do najatrakcyjniejszych krajobrazowo obiektów można zaliczyć: dolną bramę skalną, bramę skalną przy moście oraz bramę górną. Wąwóz Potoku Rzyczanowskiego jest również miejscem współczesnego tworzenia się martwic wapiennych.

Najciekawsza z pokryw martwicowych tworzy się na stromym zboczu wąwozu, poniżej mostu. Być może jej powstanie jest związane z wypływem wód wzbogaconych w CO2 i silnie zmineralizowanych, migrujących wzdłuż strefy uskokowej. Najlepszym punktem widokowym jest drewniany most przerzucony nad potokiem na wysokości około 25 metrów. Możemy z niego oglądać uroki nieożywionej natury, ale także piękny drzewostan bukowo-jodłowy rosnący wzdłuż potoku. Ma on ponad 80 lat. Można spotkać w nim wiele roślin chronionych. Cały ten teren jest powierzchniowym pomnikiem przyrody. Za mostem znajduje się miejsce na odpoczynek.

Znowu zbieżność z opisami podanymi przez dr Horáka.

Dalsza część szlaku biegnie drogą leśną w kierunku wsi Rzyczanów. Przy pierwszych zabudowaniach skręcamy w lewo, schodząc ze szlaku turystycznego. Przechodzimy przez całą wieś, kierując się w stronę Popradu. Na końcu wsi znajduje się piękna, odnowiona kapliczka. Dochodzimy do mostu na Popradzie. Za mostem skręcamy w lewo i wzdłuż drogi Stary Sącz - Piwniczna idziemy do Rytra. Jest to wieś letniskowa położona u ujścia Roztoki do Popradu. Na stromym, stożkowatym pagórku na prawym brzegu rzeki ruiny rycerskiego zamku. Nazwa Rytro wzmiankowana jest już w 1240 roku. W XIII wieku zamek był własnością kasztelana sądeckiego Piotra Wyżgi, który zaprzedał się Krzyżakom i za karę po śmierci ponoć pokutuje w ruinach zamku.

(Notabene, ów Piotr Wyżga był także alchemikiem i poszukiwaczem złota, a więc postacią niezwykle ciekawą…)

Tutaj żegnamy się ze szlakiem przyrodniczym im. Adama hrabiego Stadnickiego po matecznikach puszczy karpackiej. Serdecznie zapraszamy do zwiedzenia szlaku i zapoznania się z pięknem przyrody Popradzkiego Parku Krajobrazowego.


* * *

A wiecie, co z tego wynika??? A wynika to, że mylnie zinterpretowaliśmy dane dr Horaka! Otóż on i jego ludzie odskoczyli Niemcom i hlinkowcom, a potem poszli na północ – w kierunku granicy z GG – czyli z Polską. Miejscowości, które wymienia były ostatnimi mu znanymi po słowackiej stronie granicy – dlatego je zapamiętał, bo poszedł w kierunku Sulina czy Lipnika, gdzie przekroczyli oni granicę na Popradzie. Potem pomógł im Slavek – a właściwie łemkowski przewodnik wraz z córkami, który mieszkał w Yzdarze – Izdworze koło Wierchomli Wielkiej. Nie mógł ich zatrzymać, bo to była chyba jakaś przemytnicza meta (melina) więc zaprowadził ich do jednej z partyzanckich kryjówek – w okolicy Hali Łabowej. Były one puste, bowiem partyzanci tymczasem poszli na wschód i połączyli się z Armią Radziecką – to jeszcze wymaga sprawdzenia, ale sądzę, że w październiku i listopadzie 1944 roku nie było już tam nikogo – nawet pasterzy. Slavek zaprowadził ich do znanej mu mety – Jaskini Niedźwiedziej. I rzeczywiście – znana jest z tego, że odkryto w niej kości niedźwiedzia jaskiniowego. W linii prostej jest to tylko 6 km od Yzdaru, więc Slavek i jego córki mogły odwiedzać ich w tej jaskini.

Wykreślona trasa ucieczki dr Horaka i jego dwóch towarzyszy prowadzi najlogiczniejszą drogą – po grzbietach górskich i duktach leśnych. Dzisiaj już zarosły, ale w latach 70. jeszcze się ich używało do zrywek drewna czy transportu leśnego.

Co się stało ze Slavkiem? Najprawdopodobniej wyjechał na Słowację w latach 1945-47 i ślad po nim zaginął. Mógł pracować dla Armii Krajowej, Anglików i partyzantki radzieckiej. Tacy ludzie byli na wagę złota. Mógł pracować także dla patriotów słowackich walczących w SNP.

Także budowa geologiczna odpowiadałaby z grubsza relacji dr Horaka – znajdują się tam poza fliszowymi piaskowcami – także pokłady skał węglanowych.

* * *

W roku 2010 ruszyliśmy wreszcie na poszukiwania Księżycowej Jaskini. Założyliśmy wprost, że jest nią jedna z większych jaskiń Beskidu Sądeckiego. Dzięki pomocy prezesa Towarzystwa Miłośników Ziemi Jordanowskiej mgr inż. Stanisława Bednarza uzyskaliśmy wykaz jaskiń Beskidu Sądeckiego, z których wyselekcjonowaliśmy następujące formacje: 

WYKAZ NAJWIĘKSZYCH JASKIŃ BESKIDU SĄDECKIEGO
(o długości korytarzy >10 m)

Numer inwentarzowy Nazwa Długość Deniwelacja

K.Bsd-01.01 Jaskinia Siekiera 26,0 -8,0
K.Bsd-01.03 Dziurawa Studnia I 11,0 -3,0
K.Bsd-01.05 Wietrzna Dziura 43,0 -12,0
K.Bsd-01.07 Zawarta Studnia 10,0 -8,0
K.Bsd-01.12 Jaskinia Roztoczańska 140,0 -10,0
K.Bsd-01.13 Jaskinia Tam Gdzie Wpadły Czołgi 17,0 -5,0
K.Bsd-01.14 Wściekła Szczelina 11,0 -4,0
K.Bsd-01.17 Bania w Radziejowej 24,0 -9,0
K.Bsd-01.18 Jaworznicki Dzwon 20,0 -11,0
K.Bsd-02.07 Dziura za Zaciskiem 16,0 -4,0
K.Bsd-02.08 Szczelina w Urwisku 20,0
K.Bsd-02.14 Jaskinia Złotniańska 155,0 -12,0
K.Bsd-02.20 Jaskinia Kamiennej Rzeźby 12,0 -7,0
K.Bsd-02.22 Jaskinia w Pękniętej Kopie 13,0 -5,0
K.Bsd-02.23 Jaskinia św. Szczepana 41,1 -11,0
K.Bsd-02.28 Jaskinia Niedźwiedzia 340,0 -28,0
K.Bsd-02.31 Feleczyńska Dziura 46,0 -15,0
K.Bsd-02.36 Grota nad Pustą Wielką 3,0
K.Bsd-02.37 Smerczynowa Dziura 17,0 -3,0
K.Bsd-02.41 Jaskinia Czarnopotocka 20,0 -7,0
K.Bsd-02.38N Jaskinia Zbójnicka 57,0 -7,0

Do tego wszystkiego, co napisano na temat Księżycowej Jaskini pasują jedynie trzy z nich, które wyróżniono tłustym drukiem na wykazie. Długość ich korytarzy wynosi powyżej 100 metrów i ich deniwelacja jest stosunkowo duża – liczy sobie od 10 do 28 metrów.

Niektóre z nich, jak np. Smerczynowa Dziura w Zubrzym Wierchu były znane miejscowej ludności. Znajduje się ona w siodle pomiędzy dwoma wierzchołkami Żubrzego Wierchu. Poziomo usytuowany otwór jaskini znajduje się w środkowej części siodła, na północnym skraju zarastającej leśnej polany. Do wnętrza jaskini dostajemy się poprzez metrowej głębokości studzienkę i ciasny przełaz na jej dnie. Pierwsze 5 m to wysoki korytarz o obniżającym się dnie. Poprzez niskie przejście w zawalisku można dostać się do dalszych partii. Po 8 m szeroki i wysoki (na 2 m) korytarz zamyka ponownie zawalisko. (To właśnie tutaj mogło być przejście do dalszej części jaskini aż do Półksiężycowego Szybu) Leżą tutaj bukowe liście, które dostały się poprzez wąską szczelinę wychodzącą na powierzchnię w płytkim leju. Jaskinia utworzyła się w gruboławicowych piaskowcach krynickich (serii magurskiej). Dno pokrywa glina w rumorze. Światło sięga w bezpośrednie okolice otworu. […] Fauna i flora nie były obserwowane.

Smerczynową Dziurę po raz pierwszy opisał A. Rotter w 1976 roku. Przynajmniej od początku lat 80. otwór i studzienka wejściowa były zagruzowane, a jaskinia niedostępna. Według mieszkańców Wierchomli „zawarła się”. Dnia 21 stycznia 1990 roku Smerczynowa Dziura została odgruzowana i skartowana przez E. Berka i K. Farona. W październiku 1994 roku E. Berek pokonał końcowe zawalisko, za którym odkrył 4 m długości korytarz, kończącym się szczeliną biegnąca ku powierzchni.* To jest pierwsza „podejrzana” jaskinia, w której mogli się zatrzymać dr Horák ze swymi towarzyszami. Drugą jest Grota nad Pustą Wielką.

Słowo „grota” oddaje dość adekwatnie to, czym ta dziura naprawdę jest. Znajduje się ona na wysokości 1050 m n.p.m., w masywie góry Wielka Pusta. Można do niej dojść ze szczytu Wielkiej Pustej – grzbietem ok. 50 m ku zachodowi, do podnóża ambony skalnej. Szczelinowy otwór nr 1 znajduje się w północnej podstawie skały.

Schronisko tworzy wysoka i wąska szczelina prowadząca od otworu nr 1 ku południowi. Po 2 m zmienia ona kierunek pod katem prostym i poprzez 1,5 m wysoki prożek wyprowadza otworem nr 2 na powierzchnię. Schronisko powstało w gruboławicowych piaskowcach krynickich serii magurskiej. Światło sięga do końca. W otworze jaskini spotkano żmiję. Innych zwierząt nie widziano. Schronisko znane okolicznej ludności i zostało opisane przez speleologów.**

Zakładając, że dr Horák i jego ludzie nie mogli z powodu odniesionych ran iść daleko w góry i dokonywać forsownych marszów, można domniemywać, że mogli oni dojść tylko do jednej z tych dwóch jaskiń i w nich znaleźć schronienie. Być może to właśnie pod Smerczynową Dziurą znajduje się dalszy poziom – czy nawet kilka poziomów tworzących cały system jaskiniowy – w którym znajdował się także i Księżycowy Szyb.

Niestety nie mamy żadnych możliwości tego zbadać.

Istnieje także inna możliwość, że dr Horák i jego ludzie zostali przerzuceni przez granicę nie w rejonie Żegiestowa, ale w rejonie góry Eljaszówka i zaprowadzono ich do Jaskini Roztoczańskiej, pod którą należałoby poszukiwać formacji Księżycowego Szybu.

Innymi możliwymi lokalizacjami są: Jaskinia Złotniańska i Jaskinia Niedźwiedzia, które w czasie wojny do lata 1944 roku były bazami partyzantów AK. Slavek przeprowadził ich do opuszczonej bazy w jednej z tych jaskiń i tam właśnie dr Horák dokonał tych niezwykłych odkryć. A potem jaskinia „zawarła się” – już to wskutek trzęsienia ziemi, już to wskutek zdetonowania ładunków trotylu przez ludzi wiedzących o ich istnieniu, by nie wpadły w ręce Polaków czy Rosjan.

Teren ten był penetrowany przez speleologów i przyrodników w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia i coś tak wielkiego, jak system jaskiniowy na pewno nie uszedłby ich uwagi. A zatem można spokojnie założyć, że jeżeli Księżycowa Jaskinia istnieje naprawdę, to może się ona znajdować tylko w polskim Beskidzie Sądeckim albo w słowackiej Lubovniańskiej Vrhovinie. Innych możliwości po prostu n i e ma .


--------------------------------
*M. Pulina – „Jaskinie polskich Karpat fliszowych”, Warszawa 1992
** Ibidem



KONIEC - KONEC
Jordanów – Krasno nad Kysucou – Żylina,  2010

środa, 18 lipca 2018

Powrót do Księżycowej Jaskini (11)

ROZDZIAŁ X – Kurierskie szlaki

Szczawy, to wody mineralne zawierające powyżej 1 g wolnego dwutlenku węgla (CO2) w 1 dm³ wody. Szczawy to wody infiltracyjne, które wsiąkając w podłoże napotykają wyziewy dwutlenku węgla (w Polsce związane z wulkanizmem Karpat w Trzeciorzędzie). Nasycając się nim, stają się bardziej aktywne chemicznie i rozpuszczają skały, w których płyną (mineralizują się). Występują w południowej części Beskidu Sądeckiego i na wschodnim pograniczu Pienin, w Szczawnicy, Krościenku nad Dunajcem, Krynicy, Piwnicznej, Muszynie, Wysowej, Żegiestowie-Zdroju, także w Szczawnie-Zdroju. Dwutlenek węgla jest wulkanicznego pochodzenia.
Chemicznie jest to stężony kwas węglowy z domieszkami soli mineralnych. Jak widać, w okolicy Wielkiej Pustej znajduje się wiele źródeł wód mineralnych, a zatem mogą się również znajdować przestrzenie skalne wypełnione częściowo lub nawet całkowicie dwutlenkiem węgla. A właściwie na pewno.
Chcielibyśmy zwrócić tutaj uwagę Czytelnika na pewien arcyciekawy aspekt sprawy Księżycowej Jaskini i … zamachu na Gibraltarze na gen. Władysława Sikorskiego.
„Gdzie rzeka, a gdzie las?” – powie ktoś. A jednak jest coś wspólnego z tymi dwoma wydarzeniami. Ale po kolei. W trzeciej części trylogii na temat zamachu na Gibraltarze pt. „Gibraltar i Katyń”*, jej autor – Tadeusz A. Kisielewski pisze m.in. o kurierskich szlakach na Nowosądecczyźnie w czasie II Wojny Światowej.
Dlaczego sprawa kurierskich szlaków jest tak ważna? – ano dlatego, że kpt. Horak i jego ludzie jakoś musieli się dostać na teren Polski – czyli ówczesnej Generalnej Guberni – gdzie przechowano ich w Księżycowej Jaskini. W tym kontekście Slavek mógłby być kimś z polskiej czy słowackiej konspiry wyspecjalizowanym w przemycie ludzi przez granicę pomiędzy GG a Słowacją. Tacy ludzie mają zazwyczaj kilka met (melin) i jedną z takich melin mogła być właśnie Księżycowa Jaskinia.
W opisywanym przez nas odcinku granicy znajdowały się, według cytowanych przez Tadeusza Kisielewskiego dokumentów, co najmniej cztery szlaki albo kanały przerzutowe kurierów z terenów GG do Słowacji i dalej na Węgry. Cytuje on opinię Jana Cieślaka na temat kanałów przerzutowych na Nowosądecczyźnie:

Powiat Nowy Sącz:
Droga przerzutów używana tak dla wojskowych, jak i dla uchodzącej ludności żydowskiej prowadziła z Krynicy przez Tylicz do miejscowości Lenartec.** […] Druga droga prowadziła ze Szczawnicy do Krościenka przez Dunajec do Orlova na Słowacji i dalej do Koszyc. […] Drogami powiatu nowosądeckiego przeszło w okresie okupacji około 8.000 ludzi.
Powiat Limanowa:
Przerzuty z limanowskiego szły drogami na Krynicę - Muszynę i Orlovo*** po stronie słowackiej i na Żegiestów – Alverna**** na Słowacji. […]
Jan Cieślak podaje również ciekawą informację na temat ruchu granicznego na tych terenach, i tak: …istniał także taki odwrotny ruch przez granicę (tzn. ze Słowacji do Polski/GG) i był przez Niemców tolerowany.*****
Wymienia on również inne trasy przerzutów, które najczęściej były używane:
Wariant:
a) Nowy Sącz – Rytro – Komarzyska – Eliaszówka – Lubonia lub Kieżmark – Prešov – Koszyce – Budapeszt;
b) Nowy Sącz – Bardejov – Salgotarian – Sarospartak – Budapeszt;
c) Warszawa – Nowy Sącz – Szczawnica – Poprad – Dobšina – Rozsnyo – Budapeszt;

W którym miejscu przekraczano granicę:
W wariancie A – przez szczyt Eliaszówki i Koszycki Las;
W wariancie B wprost na słowacką wieś Lenartovo, a na Węgry i na wieś Garany;
W wariancie C ze Szczawnicy na wieś Leśnicę, a na Węgry przez Park Andrassych nad Velko Polono do Rożniawy.
Miałem jeszcze inne przejścia, np. Sanok – Użgorod lub Zakopane – Wysokie Tatry – Poprad. […]******
Następny ślad znaleźliśmy na stronie „Internetowego Przewodnika po Polsce”, gdzie pod hasłem „Żegiestów Zdrój” znaleźliśmy następujący passus:
W czasie II wojny światowej Żegiestów był jednym z ośrodków kurierskich organizujących przerzuty na Węgry. W czasie działań wojennych uzdrowisko nie ucierpiało, dzięki czemu mogło rozwijać się bez większych przeszkód.*******
Kolejny ślad wskazuje Józef Bieniek w artykule pt. „Sądeczanie na granicznym szlaku” ze strony internetowej „Dawno temu w Nowym Sączu…” - http://www.nsi.pl/almanach/art-ludzie/sadeczanie_na_kurierskim_szlaku.htm:
Przygraniczne położenie Sądecczyzny i jej topograficzna specyfika narzuciły tutejszym ziemiom w latach II wojny światowej dodatkowe zadania, związane ściśle z antyhitlerowskim ruchem oporu. Były nimi: przerzuty przez granicę polsko - słowacką osób uchodzących z kraju do armii polskiej na Zachodzie oraz kurierstwo, czyli służba łącznościowa na liniach wiążących władze krajowego podziemia z rządem i Naczelnym Wodzem na emigracji.
Zaczęło się to 17 września 1939 roku, kiedy - w wyniku uzgodnień władz polskich z rządami Węgier i Rumunii - zostały otwarte granice i w bramy naszych południowych sąsiadów weszły człony rozbitych armii, a z nimi naczelne dowództwo i władze zwierzchnie RP oraz tysiące osób z międzywojennej czołówki politycznej, społecznej i kulturalnej. To przejście kierowniczych sfer przedwrześniowej Polski na obczyznę i stopniowe z biegiem czasu ich oddalanie się od ojczystych granic, z równoczesnym powstawaniem krajowego podziemia, stworzyło w pierwszym rzędzie konieczność zorganizowania stałej sieci łącznościowej, która by wiązała ośrodki dyspozycyjne polskich władz na emigracji z kierownictwem krajowego ruchu oporu.
Problemem zbudowania „mostu" łącznościowego ponad granicami i państwami zajęły się już w październiku 1939 r. specjalne wydziały przy rządzie polskim w Paryżu i Komendzie Głównej SZP ZWZ w Warszawie. „Filarami" pierwszego „mostu" na linii Warszawa – Paryż stały się, tworzone równocześnie, bazy i placówki pomocnicze w Budapeszcie, Bukareszcie i Belgradzie.
Głównymi barykadami na trasach „mostu" były granice międzypaństwowe. Z tym, że specyfika zaistniałej sytuacji wojennej wyłączyła z możliwości operacyjnych granicę wschodnią i częściowo północną, przesuwając główny ciężar problemu łączności zewnętrznej na kierunek zachodni i południowy.
Nurt łącznościowy, rozgrywający się wyłącznie na płaszczyznach konspiracyjnych, a więc pozbawiony jawności działania, podstaw prawnych i ochrony ze strony oficjalnego ustawodawstwa, nie mógł istnieć i działać w społecznej próżni. Chcąc egzystować i operować na wyznaczonych kierunkach, musiał sobie stwarzać własne formy organizacyjne i cały szereg ogniw specjalnych, z szeroko rozwiniętym zapleczem i służbami pomocniczymi. Mowa oczywiście o łączności konwencjonalnej, czyli o kurierstwie lądowo - morskim, które, zwłaszcza w początkowym okresie wojny, było jedyną formą wiązania krajowego podziemia z wolnym światem. Dopiero później została uruchomiona łączność radiowa, a od 15 lutego 1941 r. w sukurs kurierstwu i radiostacjom przyszło lotnictwo, które z baz angielskich, a później włoskich dokonywało lotów ze zrzutami ludzi, poczty, pieniędzy i broni dla ruchu oporu w Polsce. Kurierstwo jednak istniało i działało do końca wojny, wykonując te zadania, których ani radio, ani zrzuty nie były w stanie zrealizować.
A więc o kurierstwie. A raczej o tych jego odcinkach, na których operowali przez wszystkie lata wojny Sądeczanie, czołowi żołnierze kurierskiego frontu, na etatach Wojskowej Bazy Przerzutu i łączności nr 1, kryptonim: „Romek", „Liszt" i „Pestka" oraz rządowej placówki „W" w Budapeszcie. Byli nimi: Jan Freisler ps. „Sądecki", Franciszek Krzyżak ps. „Karol", Leopold Kwiatkowski ps. „Tomek", Zbigniew Ryś ps. „Zbyszek" i Roman Stramka ps. „Bardyjowski" i inni. Wszyscy zresztą mieli po kilka pseudonimów i tyle samo „lewych" nazwisk", zmienianych co pewien czas, gdy stawały się zbyt znane, lub gdy w kręgu „zielonych granic" zaistniała wsypa.
Swoistym dramatem dla piszącego o tych sprawach jest fakt, że kurierstwo stanowi temat o nieprawdopodobnym bogactwie wątków, spraw i zdarzeń, których w kalendarzowym skrócie szerzej potraktować nie można. Ukażemy więc tylko ważniejsze fragmenty większej całości.
Jako pierwsza, lub jedna z pierwszych, rozpoczęła pracę na sądeckim odcinku przerzutu i łączności trasa zorganizowana na zlecenie warszawskiej komórki Związku Oficerów Rezerwy (ZOR) przez sądeczanina, wychowanka kolejarskiej rodziny Zenglów (ul. Zygmuntowska 38), por. Klemensa Konstantego Gucwę ps. „Góral".
„Góral" po koleżeńsku „Kostek", wychowanek Kolejowego Przysposobienia Wojskowego, bardzo popularny i lubiany, był właściwie twórcą głównego w Sądecczyźnie zespołu kurierskiego, który pracował od marca 1940 r. do końca wojny, wpisując się złotymi literami do historii łączności zagranicznej. Zespół „Górala" zaczynał od przerzutów. Pierwszymi klientami byli oficerowie nadsyłani przez centralę ZOR w Warszawie. Z czasem lista uchodźców poszerzyła się na całą Polskę. „Szli na Górala" wszyscy, którym udało się zdobyć z nim kontakt.
„Góral" skompletował doskonały zespół złożony przeważnie z kolejarskich synów, byłych kolegów z Kolejowego Przysposobienia

 Wojskowego, rozkochanych w łażeniu po beskidzkich „zbyrkach", świetnych narciarzy i sportowców. Pierwszymi, którzy poszli na graniczną służbę byli: Jan Freisler, Leopold Kwiatkowski, Franciszek Krzyżak i Roman Stramka. Oni też pierwsi, zdając „żywy towar" w attachacie polskim przy Vaciutca, „wpadli w oko" kierującym sprawami uchodźców oficerom i zostali zaangażowani na etaty kurierów na linii Budapeszt - Warszawa. Z dniem 1 kwietnia 1940 roku, po złożeniu przysięgi na rotę ZWZ, cała czwórka rozpoczęła służbę łącznościową na etacie Wojskowej Bazy Przerzutu i Łączności Nr 1, kryptonim „Romek", w Budapeszcie.
Służba kurierska przebiegała według z góry ułożonego harmonogramu. Wyznaczonego dnia i godziny, w ustalonym punkcie, kurier otrzymywał pocztę szyfrowaną w postaci mikrofilmów i innych utajnionych dokumentów, najczęściej w tak małej postaci, że kryły się w obsadce wiecznego pióra, tubce po paście do zębów, puderniczce, czy uchwycie walizki - no i ruszał w drogę. Najpierw pociągiem w stronę słowackiej granicy. Jeden czy dwa przystanki przed granicą wysiadał i znając teren, czekał na melinie do zmroku. Nocą przekraczał węgiersko - słowacką granicę, po czym koleją lub umówioną wcześniej taksówką docierał w pobliże granicy polskiej, gdzie znów czekał nocy, pod której osłoną „przeskakiwał" granicę i lądował na ojczystej ziemi. Oczywiście, jeśli mu szczęście sprzyjało i nie „nadział" się na patrol słowacki lub Grenzschutzu. Bo wtedy albo ginął w walce, albo pochłaniał go Auschwitz.
Oczywiście podany wyżej przebieg rajdu jest bardzo uproszczony i schematyczny, W rzeczywistości bowiem bywało różnie: na kurierskim szlaku wyrastały setki przeszkód i nieprzewidzianych zdarzeń, z których cało wychodzili tylko ci, którzy dysponowali maksymalnym zasobem sił fizyczno - psychicznych, odpowiednią zaprawą, zimną krwią, sprytem i odwagą, lub tacy, do których uśmiechnął się w krytycznym momencie łaskawy los.
Ale wróćmy znów do naszych Sądeczan i śledźmy dalej ich losy. Główne punkty kurierskiej przysięgi złożonej na rzecz Bazy Wojskowej brzmiały: nie kontaktować się z żadnymi organizacjami prowadzącymi łączność z krajem, służbę w Bazie utrzymać w najgłębszej tajemnicy, nie przyjmować żadnych zleceń od instytucji i osób, poza pocztą Bazy „Romek". Chodziło oczywiście o zachowanie absolutnej konspiracji i dyscypliny oraz bezpieczeństwa ludzi i spraw, co w Budapeszcie, gdzie roiło się od agentur wywiadowczych wszystkich zainteresowanych wojną państw, było bezwzględną koniecznością. Wszystkie te uwarunkowania i zastrzeżenia nie dotarły do przekonania naszej czwórki. To byli przede wszystkim wspaniali patrioci, pragnący służyć wszystkim i wszystkiemu, co nosiło miano: Polska - Ojczyzna. Przy tym szalenie koleżeńscy i życzliwi dla całego świata, nie byli w stanie odmówić prośbom różnych działaczy budapeszteńskiej Polonii i, idąc w rejs do kraju, zabierali podrzuconą im pocztę, z obowiązkiem doręczenia pod wskazanym adresem. Przyłapani przez kontrwywiad na tego rodzaju „usługach obcych", zostali zwolnieni z Bazy i rozkazem Komendanta Głównego ZWZ, gen. Grota - Roweckiego z dnia 31.10.1940 r. przekazani do dyspozycji powstałej właśnie w Budapeszcie placówki „W" (Węgry), będącej „filarem" dla „mostu" łączności cywilnej między władzami na emigracji a Delegaturą Rządu w Warszawie.
Kurierstwo, wbrew pozorom spokojnego pokonywania wyznaczonych i zorganizowanych tras, było w rzeczywistości swoistym frontem, na którym nocami w obustronnych rejonach pogranicza huczały strzały i ginęli lub wpadali w ręce wroga żołnierze łączności, względnie holowane przez nich osoby. Było takich zdarzeń wiele. Ale tu wspomnimy tylko o kilku poważniejszych. W lutym 1940 roku na szlak „Górala" weszła kurierka Komendy Głównej ZWZ Krystyna Michalska ps. „Michcik". Jej punktem etapowym na terenie Nowego Sącza był współpracujący żywo z siatką „Górala" dom Harsdorfów przy ul. Batorego 78. Któryś z kolei rajd wypadł Michalskiej w maju 1940 r. 23 maja znalazła się u Harsdorfów i tu ją właśnie, idące jej śladem Gestapo dopadło. Aresztowana, zginęła rozstrzelana koło Tarnowa. W międzyczasie szereg organizacji warszawskich, które obsługiwał „Góral", scaliło się, tworząc tzw. Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych (CKON), z inż. Ryszardem Świętochowskim na czele. Świętochowski, głośny polityk z grupy Paderewskiego i gen. Sikorskiego (Front Morges), zajął zdecydowanie wrogą postawę w stosunku do oficjalnej formacji wojskowej, jaką był Związek Walki Zbrojnej. Popadł więc w konflikt ze swoim najbliższym przyjacielem, gen. Sikorskim, i, aby sytuację wyklarować, wybrał się w podróż do Paryża. Człowiek zamożny, przyzwyczajony do luksusowych warunków jazdy w międzynarodowych ekspresach, a przy tym typowy mieszczuch, wybrał się w daleką drogę jak na spacer w Aleje Ujazdowskie, w eleganckim garniturze i w... lakierkach. Toteż gdy zjawił się w melinie „Górala" z prośbą a pomoc w drodze do Paryża, „Góral" z miejsca zadecydował: „Dobrze, panie inżynierze, pomóc panu jest moim służbowym obowiązkiem, ale ostrzegam, że w pańskim wieku, przy braku sportowej zaprawy, nie będzie to sprawa łatwa. Lat panu nie ujmiemy, pokonywać górskich stromizn nie nauczymy, ale ubrać pana w odpowiedni garnitur możemy i musimy". W pierwszej połowie maja, Świętochowski, przebrany za turystę i oddany pod opiekę „lepszego z najlepszych", Jana Freislera ps. „Sądecki", ruszył w drogę. Z Nowego Sącza taksówką do Jazowskiej Obidzy, gdzie czekało dwóch szczawnickich górali (bracia Mastalscy), którzy mieli doprowadzić Świętochowskiego na pierwszy pod granicą punkt etapowy. Ale po kilku kilometrach, gdzieś w rejonach Przystopia, Świętochowski upadł i powiedział: - „Ni kroku dalej. Nie dam rady!" Zrobiono więc z gałęzi nosze i doniesiono pechowego „turystę" do Szczawnicy. Po drodze złapał zapalenie płuc i o dalszej drodze nie było mowy. Chorym zajęli się: zaprzysiężony lekarz Zdzisław Kołączkowski i dyplomowana pielęgniarka (na ideowym etacie ruchu oporu) Melania Czamara ps. „Jedlina". Po dwóch tygodniach, gdy Świętochowski czuł się lepiej, Freisler zorganizował przerzut inżyniera do leżącej po słowackiej stronie wioski Leśnica. W Leśnicy czekał umówiony taksówkarz, Józef Lach z Popradu, który przewiózł Świętochowskiego z Freislerem i obstawą do miejscowości Mala Veska, leżącej tuż pod wałem lesistych wzgórz, których wierzchołkiem biegła granica między Słowacją i Węgrami. O zmroku ruszono w drogę. Niestety, los znów stanął w poprzek zamiarom inżyniera. W pewnym momencie natknęli się na patrol słowackich „pohraniczników", którzy krzycząc: - „Stojte! Ruki hore!" - zaczęli biec w ich stronę. Ochrona inżyniera - cwaniaki zielonych granic - zniknęli w leśnej gęstwinie. Freisler, niosąc bagaże Świętochowskiego z kupą forsy i ważną pocztą dla gen. Sikorskiego, też nie miał na co czekać. Osamotniony inżynier próbował uciekać, ale zaplątał się w korzenie i upadł, dostając się w ręce Słowaków. Kolejny etap jego losu - to więzienie gestapowskie w Nowym Sączu i wyjazd 11 września 1940 r. do Auschwitz. Od tego momentu wszelki ślad po Świętochowskim zaginął. Odnotowano w tej sprawie tylko fakt, że Freisler za uratowanie poczty Świętochowskiego otrzymał od Sikorskiego wysokie odznaczenie i pochwałę.
Wciąż tkwimy w 1940 r., bo właśnie w tym roku na sądeckich szlakach kurierskich wydarzył się jeszcze jeden szczególniejszy fakt: aresztowanie i odbicie ze szpitala w Nowym Sączu emisariusza Jana Kozielewskiego, vel Piaseckiego, vel Karskiego. Oprócz wspomnianych już linii, działała trasa przerzutu i łączności w ramach powstałego właśnie rejonu ZWZ, zwanego Inspektoratem Nowy Sącz, kryptonim „Sarna". W zespole inspektorackim wybijał się odwagą i sprytem młody podchorąży, były komendant placówki Straży Granicznej, Zbigniew Ryś ps. „Zbyszek". Ryś, po powrocie z wrześniowego frontu, zajął się przerzutem znajomych oficerów i kolegów. Miał własną linię via Barcice - Prehyba - Szczawnica -Leśnica. W styczniu 1940 r. wszedł w szeregi ZWZ i oddał swoją trasę w służbę Inspektoratu, którego szef, mjr Franciszek Żak ps. „Franek" lub „Siwosz", zlecił Rysiowi zorganizowanie i dowodzenie Oddziałem Ochrony Przerzutów i Łączności. Któregoś dnia, w ostatniej dekadzie maja 1940 roku, do domu Rysiów przy ul. Matejki 2, łącznik przyprowadził młodego mężczyznę, który przedstawił się jako Jan Piasecki i, podając ustalone dla „Zbyszka" hasło, prosił o pomoc w drodze do Budapesztu. Ryś ulokował Piaseckiego w domu p. Żaroffe przy ul. Lwowskiej 13 i po porozumieniu się z mjr Żakiem, przekazał petenta w ręce najlepszego z przewodników, Franciszka Musiała ps. „Myszka" z Piwnicznej, który miał już za sobą 33 „bezawaryjne" kursy na linii Nowy Sącz - Budapeszt. Trzydziesty czwarty zakończył się dramatem.
Wyszli wieczorem 12 czerwca. Prowadził Musiał z kolegą, Władysławem Gardoniem, który ubezpieczał. Późną nocą dotarli pod węgierską granicę, do wioski Demjata, gdzie u Franciszka Muszyńskiego „Myszka" miał swój punkt odpoczynku przed „skokiem" przez granicę. Nie wiedział, że jego wierny dotąd meliniarz przeszedł w międzyczasie na służbę słowackiej żandarmerii jako „łapacz" uchodźców, po tyle a tyle od sztuki. Przyjął zespół „Myszki" niby serdecznie, ugościł, ułożył do snu i zniknął. Za pół godziny wrócił, ale z grupą żandarmów. Piasecki miał tylko tyle czasu, by zniszczyć niesione filmy ze zdjęciami egzekucji dokonywanych przez gestapo na ludności polskiej. Aresztowanych przewieziono do aresztu w Kapusanach, gdzie Piasecki, obawiając się tortur, wyciągnął ze skrytki w podeszwie buta żyletkę i przeciął sobie żyły obydwu rąk. Na alarm współwięźniów zjawiła się żandarmeria i założywszy prowizoryczne opatrunki, jeszcze tej samej nocy odwiozła rannego do szpitala w Nowym Sączu, zawiadamiając o tym fakcie Gestapo, które postawiło przy Piaseckim dwóch granatowych policjantów. Emisariuszem zajął się mający właśnie dyżur lekarz zakonspirowany w inspektorackiej komórce sanitarnej, Jan Słowikowski, który pierwszy zawiadomił komendanta „Sarny" o losie Piaseckiego. Mjr Żak z miejsca zajął się losem emisariusza i polecił Rysiowi zorganizować odbicie rannego w możliwie szybkim tempie, nim przewiozą go na gestapo. Tym bardziej, że sprawą zainteresowały się wojskowe i cywilne władze Okręgu w Krakowie, jako że emisariusz był postacią wysoko notowaną w dyplomatycznym świecie i właśnie wiózł do Paryża bardzo ważne ustalenia ze strony rodzących się władz krajowego podziemia, dla rządu emigracyjnego w Angers. Wspólnym wysiłkiem dr Słowikowskiego i zespołu Rysia w składzie: Ryś, por. Karol Głód, mgr Tadeusz Szafran, Józef Jennet i łączniczka Zofia Rysiówna Piasecki został uprowadzony nocą do Marcinkowic, gdzie pod opieką Jana Morawskiego i Feliksa Widła wrócił do zdrowia. Dalsze koleje jego losu to sprawa na cały tom. Ograniczymy się tylko do wzmianki, że przez wiele powojennych lat Piasecki, pod przyjętym na stałe nazwiskiem Jan Karski, był wykładowcą na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. W 1990 roku słuchaliśmy go w telewizji.
Kiedy jednak wspomnieliśmy o Rysiu, to trzeba pokazać go w szerszym aspekcie, jako jednego z najwybitniejszych żołnierzy budapeszteńskiej Bazy „Romek", późniejsze kryptonimy „Liszt" i „Pestka". Sądeczanin, rocznik 1914, do wybuchu wojny ukończył dwa lata studiów prawniczych i Szkołę Podchorążych, po której jakiś czas pracował na stanowisku komendanta Straży Granicznej. Po opisanej już akcji uwolnienia Piaseckiego, zagrożony aresztowaniem, wyjechał do mieszkających w Warszawie sióstr, zgłaszając się do dyspozycji Komendy Głównej ZWZ. Skierowany do komórki łączności zagranicznej, przeszedł kilkumiesięczne przeszkolenie w zakresie zasad kurierskiej służby oraz języków: słowackiego i węgierskiego, po czym został przerzucony do Budapesztu na etat kuriera Bazy Wojskowej „Romek", w której pracował do końca wojny. W końcowej fazie pełnił obowiązki kierownika łączności na kraj, a od kwietnia 1944 roku, gdy Niemcy zajęli Budapeszt, a Baza pod nazwą „Pestka" przeniosła się do Bratysławy, Ryś zajął stanowisko zastępcy komendanta „Pestki", pułkownika Franciszka Matuszczaka ps. „Dodo". Jedyny z sądeczan, pozostał wierny Wojskowej Bazie do końca. Ogromnie aktywny, wykonał 108 rajdów na różnych odcinkach linii, głównie na trasie zwanej „Karczmą": Budapeszt - Roznawa - Słowacja, do punktów przygranicznych „Karczmy" u Dominika Staszka w Łapszach Wyżnych, lub u Pajorów w Dursztynie.
Aresztowany w kwietniu 1945 r. przez NKWD w Bratysławie, uniknął wprawdzie wywózki na Sybir, ale przesiedział parę lat. Zwolniony, dokończył studia we Wrocławiu, gdzie od 1959 roku prowadził kancelarię adwokacką. Zmarł 29 września 1990 r. we Wrocławiu. Za trumną niesiono szereg odznaczeń, między innymi trzykrotnie nadany Krzyż Walecznych i Virtuti Militari. A kompania wojska pożegnała por. Rysia salwą honorową. Po żołniersku.
Rok 1941 zaznaczył się bolesną dla kurierstwa stratą: 18 marca zginął od kul słowackiej straży granicznej, idący do Budapesztu, szef linii „Świętochowszczaków", por. Gucwa „Góral", lewe nazwisko Adam Opyrchał. Ciężko ranny i wyniesiony przez kolegów z placu potyczki na węgierską stronę, zmarł następnego dnia w koszyckim szpitalu.
Jego miejsce w ekipie zajął Jan Freisler, który z kolei podlegał pracownikowi placówki „W", z funkcją kierownika łączności na kraj, mgr Wacławowi Felczakowi ps. „Madziar”. Zespół Freislera był zespołem tylko przy... szklance wina. W pracy każdy z ekipy był indywidualistą z indywidualnymi zadaniami i chodzący, jak Kiplingów kot, własnymi drogami. Freisler należał do elity i przeznaczony był do zadań specjalnych; Stramka - wyjątkowy indywidualista i spryciarz, obsługiwał Stronnictwo Ludowe; Krzyżak - wychowanek OMTUR, pracował na rzecz PPS. Kwiatkowski pełnił zlecenia różne. Ale jego trzeba potraktować odrębnie.
Z wielu wariantów trasowych, którymi wędrowali Sądeczanie, wyklarowały się ostatecznie trzy:
1) Nowy Sącz - Krynica - Tylicz - Muszynka - Bardejov - Koszyce - Budapeszt,
2) Nowy Sącz - Kosarzyska - Sucha Dolina - Eliaszówka - Jarabina - Kieżmark - Budimir - Koszyce - Budapeszt,
3) Nowy Sącz - Szczawnica - Poprad - Mala Veska - Roznava - Budapeszt.
Te trzy trasy po słowackiej stronie obsługiwali, pracujący na etatach Bazy „Romek" i placówki „W" taksówkarze: Józef Lach z Popradu, Otto Ludwigh z Kieżmarku i Istvan Burger z Dobsiny. W 1941 r. ruch łącznościowy na wspomnianych trasach bardzo się zagęścił i przekroczył daleko normy bezpieczeństwa. Aby uniknąć wpadek i wsyp, szef łączności na kraj w placówce „W", W. Felczak, polecił Kwiatkowskiemu zorganizować nową trasę przez Orawę. Kwiatkowski zakwaterował się w Rabie Wyżnej u swej ciotki Katarzyny Kwiatkowskiej i w oparciu o dom Sabiny i Jana Obertaczów w Orawce, leżącej wówczas po słowackiej stronie - uruchomił nową trasę: Raba Wyżna - Orawka - Kieżmark - Koszyce - Budapeszt. Nie miała ona oficjalnej nazwy, a w potocznym języku nosiła miano „Orawa". Pracowali na niej głównie Polacy z terenów przyłączonych do Słowacji i ich znajomi, Słowacy o propolskiej orientacji. Kurierem na polskim odcinku Kraków - Warszawa był znany muzykolog, profesor konserwatorium, mający obywatelstwo szwajcarskie, Konstanty Regame. „Orawa" pracowała do wyzwolenia, z małą przerwą w okresach powstań warszawskiego i słowackiego. Sam Kwiatkowski po różnych perturbacjach osiadł w rodzinnym mieście, gdzie zmarł 11.02.1968 r.
A inni? A więc „wódz" Freisler zszedł z granicznego frontu w marcu 1944 roku, po zajęciu Budapesztu przez Niemców i krwawej rozprawie Gestapo z wybitniejszymi działaczami polskimi na Węgrzech. Zszedł z jednego frontu, aby wejść na drugi. W czerwcu 1944 r. zorganizował zalążki oddziału partyzanckiego „Świerk", z którym w sierpniu wszedł w skład oddziału por. Juliana Zubka ps. „Tatar". Dowodząc plutonem wykonał wiele udanych akcji. W styczniu 1945 r. zszedł z oddziałem z gór i ujawnił się w Urzędzie Bezpieczeństwa. Ujawnienie kosztowało go parę lat ciężkiego więzienia, jako że każdy kurier w oczach ówczesnej władzy był imperialistycznym szpiegiem i potencjalnym wrogiem Polski Ludowej. Po odbyciu kary wegetował na marginesie społecznym. Ciągle inwigilowany i nękany - zmarł w Warszawie na zawał 10.10.1964 r.
W kwietniu 1944 r. gestapo aresztowało na dworcu w Budapeszcie Stramkę i Lenza. Skazani zostali na obóz koncentracyjny w Gusen. Ale do celu dotarł tylko Lenz. Stramka, który już cztery razy uciekał z więzienia, tym razem także zdążył zbiec z transportu i wrócić do Budapesztu, gdzie, ukrywając się u znajomych Węgrów, doczekał wolności. Po wojnie wrócił do kraju i zadekował się w sporcie i turystyce. Już nawet jako tako się urządził i zaczął legalizować niespokojny żywot. I oto on, który tyle razy na kurierskim szlaku wyrwał się z zimnych łap śmierci, zginął w najgłupszy sposób w wypadku motocyklowym dnia 1.09.1965 r.
Najłagodniej wylądował z postkurierskich tarapatów Franciszek Krzyżak. Gdy jesienią 1942 r. aresztowany został cały aktyw podziemnej PPS, noszącej nazwę Wolność - Równość – Niepodległość (WRN), Krzyżakowi, jako czołowemu działaczowi w latach przedwojennych pepeesowskiej młodzieżówki, polecono przerzucić się z kurierstwa na robotę polityczną i odbudować sądeckie podziemie.
Krzyżak kurierstwa całkowicie nie porzucił, ale z nałożonych zadań organizacyjnych wywiązał się szybko, regenerując rozbite kierownictwo WRN, w którym objął funkcję Komendanta Powiatowego Gwardii Ludowej, Wiosną 1943 roku, gdy powstała Rada Pomocy Żydom, zwana „Żegotą", Krzyżak wszedł w jej skład i uruchomił linię przerzutu Żydów na Słowację. Linią tą, obsługiwaną przez braci Władysława i Kazimierza Świerczków, poszło na wolny świat ponad 50 osób. Tego samego roku zorganizował Krzyżak oddział bojowy Gwardii Ludowej, którym, dowodząc do wyzwolenia, przeprowadził szereg akcji o charakterze sabotażowo - dywersyjnym i partyzanckim. Po wyzwoleniu przez jakiś czas szukał swego miejsca pod niebem Polski Ludowej. Ale, lewicujący od młodości, nie miał specjalnych oporów w stosunku do nowego ustroju. Włączył się więc w nurt życia politycznego, ukończył studia zdobywając dyplom inżyniera budownictwa lądowego. Osiadł na stałe w Tarnowie, gdzie przez wiele lat pracował na stanowisku dyrektora Miejskiego Przedsiębiorstwa Remontowo - Budowlanego. Zmarł w latach osiemdziesiątych. […]
A więc, jak widać z tego tekstu – granica ta była bardzo „gorąca” i ludzie kursowali przez nią w dwie strony. Współpracowali tutaj ze sobą Polacy, Słowacy, Węgrzy, Rumuni… i nie tylko. Innym interesującym – i to bardzo! – śladem są wspomnienia spisane przez Seweryna A. Wisłockiego w artykule pt. „Kurierskie szlaki przez Łemkowszczyznę” zamieszczonym na stronie internetowej samorządu Beskidu Niskiego – http://www.beskid-niski.pl/index.php?pos=/lemkowie/historia/kurier, a który brzmi dosłownie tak:
W świadomości przeciętnego Polaka utrwaliło się przekonanie, iż łączność kurierska między dowództwem konspiracyjnego podziemia w Polsce a agendami rządu na uchodźctwie w Budapeszcie czy Bukareszcie utrzymywana była wyłącznie... przez Tatry. Jest to efekt literackich, szeroko dostępnych opisów przygód kurierskich, wypromowania w świadomości zbiorowej narodu bohaterskich i tragicznych perypetii Heleny Marusarzówny, Bronisława Czecha czy Stanisława Marusarza, zwanego później "Dziadkiem".
Jest to tylko część prawdy a obraz szlaków przerzutowych i kurierskich powinien zostać w społeczeństwie polskim rozszerzony i to znacznie rozszerzony o wiedzę na temat działalności polskiego podziemia w pasie przygranicznym Sądeczczyzny i Beskidu Niskiego, w tym o udział w nim Łemków. Praktycznie, na ten temat pisał kompetentnie i uczciwie jeden człowiek. Był nim Józef Bieniek z Nowego Sącza, autor źródłowych, mających charakter dokumentu, publikacji. Na szczególną uwagę zasługuje praca zamieszczona w "Roczniku Sądeckim t.9", Nowy Sącz 1968 r., zatytułowana: "Między Warszawą a Budapesztem. (O Nowym Sączu w latach okupacji)".
"Rocznik Sądecki" jest wydawnictwem Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego w Nowym Sączu. Wówczas miał nakład 1 tysiąc egzemplarzy. Któż czyta wydawnictwa specjalistyczne, no i jaka jest jego sił przebicia przy tak niskim nakładzie? Władze komunistyczne promowały to, co było im z jakichś względów potrzebne lub wygodne, a nie dopuszczały do szerszego obiegu informacji mogących kompromitować politykę PRL-u na terenie Łemkowszczyzny.
Proszę tylko pomyśleć jak wygląda w świetle faktów walki ramię w ramię Łemków i Polaków w szeregach AK przeciw Niemcom, ich współpracy przy organizowaniu i utrzymywaniu szlaków kurierskich i przerzutowych do Budapesztu - podstawowa motywacja Akcji "Wisła" o powszechnie wrogim nastawieniu Łemków do Polski, Polaków i wyłącznym wspieraniu przez nich oddziałów UPA?!
W ogóle w tej sprawie, jak i innych dotyczących bolesnych doświadczeń historycznych, nie wolno niczego uogólniać, generalizować ani stosować zasadę odpowiedzialności zbiorowej.
Musimy powolutku i uparcie odsiewać ziarno od plew, tak, żeby sprawiedliwości dziejowej stało się zadość, jak zresztą słusznie uważał Józef Bieniek. On jest także autorem ważnej publikacji "Łemkowie w służbie Polski Podziemnej" zamieszczonej na łamach "Tygodnika Powszechnego” nr 15 z dn. 14 V 1985 r. Po jej ukazaniu się, nawiązałem kontakt listowny, a później osobisty z p. Bieńkiem i przekazałem mu uzupełnienia oraz zwróciłem uwagę na drobne błędy, jak np. przekręcenie (z braku innych materiałów źródłowych) nazwiska mojego dziadka: Harasym Gromościak - zamiast Harasym Gromosiak. Wiem, że wszystkie te uwagi i materiały przyjął bardzo serdecznie, niemniej jednak, będąc schorowanym i w podeszłym wieku (miał wówczas 74 lata), nie zdążył ich już opublikować. Tak więc w oparciu o skrót publikacji Bieńka, jako szkic podstawowy, przytoczę informacje uzyskane od Bazylego Sowy, wybitnego działacza z Krynicy.
(Rodzina Sowów z Łabowej była zaprzyjaźniona od czasów przedwojnia z naszą rodziną tj. Hromosiaków w Krynicy).
Na początku przytoczę najważniejsze fragmenty publikacji Bieńka, a potem będzie czas na uzupełnienia.
"Na terenie objętym treścią niniejszych wspomnień, Łemkowie stanowili wał etniczny, dzielący zwartą enklawą osiedla polskie od granicy słowackiej. Od Szlachtowej w Nowotarskiem, z małą przerwą w rejonie Piwnicznej, do granicy powiatu jasielskiego zajmowali oni ponad sto wsi. w takim układzie narodowościowym, skoro wszystkie drogi wiodły przez tereny łemkowskie - nie było mowy o szerszej działalności przerzutowej bez zaangażowania miejscowej ludności. (...)
Taka postawa Zachodniej Łemkowszczyzna stała się dla ZWZ-AK w jego granicznych operacjach zasadniczą szansą działania (...).
Uchodźcy wybierający kierunek sądecki - lądowali przede wszystkim w Nowym Sączu, skąd działacze agend przerzutowych kierowali ich na odpowiednie adresy w Muszynie, Tyliczu i Krynicy, przy czym ta ostatnia odegrała główna rolę w przerzutach obsługiwanych przez Łemków.
Punkty takie mieściły się w prywatnych domach wczasowych, których właściciele utrzymywali przyjazne stosunki z Łemkami w okolicznych wioskach, z racji dostaw płodów rolnych i leśnych.********
Kiedy więc jesienią 1939 roku zjawili się onegdajsi kuracjusze i wczasowicze z prośbą o pomoc w przekroczeniu granicy - sprawa była najprostsza w świecie, a wyjście jedno - zaufani Łemkowie. Zwłaszcza Ci, którzy trudnili się przemytem. Oni bowiem, najlepiej znali tajne furtki w granicznym "murze", zwyczaje straży granicznych; mieli też krewnych bądź znajomych po słowackiej stronie. Co, rzecz jasna, dla akcji przerzutowej miało kapitalne znaczenie. Na takich właśnie zasadach prowadziły robotę przerzutową dziesiątki domów w różnych miejscowościach pogranicza.
(...) Łemkowie znani byli przede wszystkim z absolutnej uczciwości. Poza tym cechowała ich rzadko spotykana prostolinijność, surowy tradycjonalizm, wielka bezpośredniość i serdeczna gościnność. Te właśnie walory, połączone ze świetną znajomością terenu po obu stronach granicy - stworzyły w pewnych kręgach uchodźctwa swoiste przeświadczenie, że kto odda swój los w ręce Łemka przewodnika - osiągnie zamierzony cel z absolutną pewnością.
Przeświadczenia takie narastały w miarę napływu do kraju wiadomości z Węgier, od tych, którzy właśnie przy pomocy Łemków osiągnęli pierwszy etap tułaczej drogi - Budapeszt, i którzy wybierającym się w ich ślady polecali łemkowskie usługi (...).
Ponieważ niektórzy z polskich przewodników, pragnąc zdobyć klientów do przerzutu (płatnego) podszywali się pod miano Łemków - uchodźcy ustalili sposób, przy którego pomocy poznawali bezbłędnie czy nastręczony przewodnik jest Łemkiem. Sposobem takim był swoisty egzamin ze znajomości pacierza. Oczywiście w języku Łemkowskim i według rytu greckokatolickiego, przy czym sam moment przeżegnania się już wyjaśniał sprawę w sposób niezawodny (...).
W Sądeczczyźnie współpraca polsko-łemkowska zaczynała się w Grybowie, gdzie przerzuty prowadzone przez tamtejszą placówkę ZWZ obsługiwali dwaj Łemkowie, bracia Grzegorz i Józef Wilczaccy z Florynki. Najaktywniejsza w niesieniu pomocy uchodźcom była Muszynka. Wieś wciśnięta klinem między zespół osiedli słowackich, zamieszkana w całości przez Łemków - miała idealne warunki do przekraczania granicy. Tędy też przeszła największa liczba uchodźców kierowanych tu przez krynickich przerzutowców: Zofię Sas-Bojatską, Helenę Witkowską, Michalinę Piszową, Stanisława Kmietowicza, Jana Tryszczyłę i innych. W Muszynce pomagała uchodźcom niemal cala wieś a rolę przewodników pełnili bracia Izydor i Jan Cieniawscy, bracia Daniło i Teodor Kostyszakowie, Wasyl Łychański, Teofil Chowaniec, Włodzimierz Nesterek i inni. W Tyliczu funkcje przewodników pełnili, między innymi, Andrzej Garbera, Jan Koczański, Teodor Dutka i Anastazja Pawliszak oraz bracia Stefan i Włodzimierz Rystwejowie.
Obsługiwali oni miejscową placówkę przerzutową kierowana przez Kazimierza Janieca oraz szereg punktów przerzutowych w Krynicy. Właśnie w Tyliczu skala służby łemkowskiej na rzecz Polski Podziemnej przybrała wyjątkowo rozległy charakter, na co złożyło się kilka powodów (...) M.in. życzliwa postawa, dla Polaków wójta gminy Tylicz, Tymoteusza Rybińskiego i proboszcza greckokatolickiej parafii ks. Włodzimierza Mochnackiego. (...) Również wysoce pozytywną postawę wobec uchodźców polskich wykazała łemkowska ludność Powroźnika. Wieś ta, leżąca między dwoma uzdrowiskami - Muszyną i Krynicą - miała codzienną możliwość obcowania z elementem polskim, co sprawiło, że w okresie okupacji ludność tutejsza w całości stanęła po stronie polskiej. Postawa taka została okupiona szeregiem ofiar. (...) Zginęli w Oświęcimiu Łemkowie: Józefa Bartosz, Dymitr Galik, Konstanty Galik, Wasyl Halczak, Marek Kapuściński, Ludwik Smoczyński, Grzegorz Węgrzynowicz i jego brat Władysław. Powrócili z więzień i obozów: Mikołaj Halczak i Józef Pańczak.
W Powroźniku zbiegły się dwa nurty przerzutowe: muszyński i krynicki. Tu w dziesiątkach domów łemkowskich uchodźcy gromadzili się i wyczekiwali na moment "skoku" przez pobliską granicę. Stąd zabierali ich łemkowscy przewodnicy i szlakiem Wojkowa - Dubne - Obrucne - Lenartów prowadzili do stacji kolejowej w Bardejovie.
Wśród wielu powroźnickich Łemków największe zasługi sprawie polskiej oddali Jan Galik i Jan Peregryn, którego dom stojący na uboczu, nad Szczawniczym Potokiem, był jedną wielką "meliną" dla uchodźców kierowanych tu przez muszyńskie punkty przerzutowe. W muszyńsko-powroźnickiej siatce pracowali także w charakterze przewodników Łemkowie z sąsiednich wiosek: Maksym Kieblisz i Aleksander Lelito z Wojkowej oraz Filip Polaczek i Adam Pyda z Dubnego.
Z tą siatką współpracował Harasym Gromosiak z Krynicy Wsi, który aresztowany w styczniu 1940 roku za przetrzymywanie w swym domu uchodzących za granicę oficerów polskich - doznał szczególniejszych szykan. Wreszcie straciwszy wzrok wskutek pobicia – został rozstrzelany w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich.
Poza Sądeczczyzną, łemkowską służbę na rzecz przerzutów odnotowano w powiatach gorlickim i jasielskim. W gorlickim pracowały dwie siatki: wspólna Groblewskich z Bystrzycy Szymbarskiej i Zgórniaków z Nowodworza oraz "harcerska", prowadzona przez nauczycielkę, harcmistrzynię Marię Rydarowską. W obydwu, łemkowscy przewodnicy odegrali bardzo ważną rolę. Podobnie było na jasielskiej trasie, kryptonim "Korytarz", która wiodąc przez Przełęcz Dukielską i operując zespołem Łemków wyprowadziła w świat parę setek przyszłych żołnierzy generała Sikorskiego.
Świetna znajomość terenu i ludzi oraz wielka dyskrecja z jaką Łemkowie traktowali problem przerzutów - zachowała ich od wsyp i zdrad. Wsypy zdarzały się tu o wiele rzadziej, niż to miało miejsce w rejonach, gdzie przerzuty odbywały się wyłącznie w oparciu o element polski (...). Główną przyczyną strat łemkowskich byli sami uchodźcy, którzy aresztowani na Słowacji i przekazaniu gestapo nie zawsze zdołali wytrzymać tortury śledztwa i załamywali się, ujawniając adresy łemkowskich przewodników.
Poza wspomnianym już Gromosiakiem, zginęli w więzieniach i obozach za udział w podziemiu: Antoni Demczak i dr med. Stefan Durkot z Nowego Sącza, mgr praw Aleksander Hnatyszak z Grybowa, Wasyl Dubec, Grzegorz Klucznik, Jan i Grzegorz Wilczaccy z Florynki, Wasyl Porucznik i Piotr Rydzanicz z Mochnaczki Niżnej, Jan Peregryn z Powroźnika, dr praw Orest Hnatyszak wraz z synem Igorem z Krynicy, Teodor Rusyniak z Wierchomli Wielkiej oraz Danyło Kostyszak, Teodor Kostyszak, Jan Cieniawski, Izydor Cieniawski i Wasyl Łychański z Muszynki. Do listy ofiar łemkowskich, zaliczyć trzeba także krynickiego studenta, Igora Trochanowicza, który aresztowany za przeprowadzenie grupy Polaków w listopadzie 1939 roku - trzy lata przebywał w więzieniach i obozach.
(...) Są to oczywiście okruchy wielkiej całości, której opracowanie jest bardzo trudne ze względu na brak materiałów źródłowych i rozproszenie Łemków po różnych rejonach Ukrainy oraz ziem nad Odrą i Nysą. Ale gdziekolwiek są - niech będą przekonani, że ich często bohaterska postawa na wspólnym froncie z Polakami, froncie walki z hitlerowskim najeźdźcą nie została zapomniana.(...).
Józef Bieniek opublikował dużo materiałów źródłowych na temat, w tym również sylwetki znaczniejszych kurierów łemkowskich, jak choćby słynnego z bohaterstwa i nieprawdopodobnej pomysłowości Stefana Węgrynowicza. Jednak, jak sam przyznaje, na skutek rozproszenia Łemków, do wielu informacji nie mógł dotrzeć.
W dniu 5 sierpnia 1985 roku przebywając z żoną Lucyną i córką Oliwią w Krynicy, w części domu dziedziczonego po moim dziadku Harasymie Gromosiaku nagrałem szereg rozmów z Bazylim Sową na temat szlaków kurierskich przez Łemkowszczyznę i sytuacji na tym terenie w okresie okupacji hitlerowskiej. Św. pamięci Bazyli Sowa sam był łącznikiem między placówką przerzutową w Łabowej a Krynicą. Do czasu aresztowania mojego dziadka Harasyma, prowadził ludzi do niego, do kryjówki jaka znajdowała się w piwniczce pod stodołą, od strony potoku Kryniczanka. W piwniczce tej trzymało się wielkie kamionkowe gary z mlekiem, śmietaną, beki z kiszoną kapustą. Wśród nich siedzieli oficerowie polscy i inni ludzie oczekujący na bezpieczne przejście przez "śtrekę" i las do Tylicza. Nie ocalało żadne z zabudowań bogatego gazdy Harasyma, ale, zdarzeniem losu, piwniczka tak!
- Bieniek napisał o Łemkach uczciwie - mówił Bazyli Sowa - ale dużo pominął, bo nasi ludzie wyjechali. Nie mógł wiedzieć o różnych placówkach, bo u nas była taka konspiracja, że mało co który wiedział o drugim. I nic się nie gadało. To nas chroniło od wsypy. Polak, nieraz i to bardzo odważny, wypił wódki i za dużo gadał, a drugiego dnia już wisiał za wykręcone do tyłu ręce na haku u sufitu na Gestapo w Muszynie. Ci ludzie z Polski nie mogli przyjść do nas, na nasze placówki nad samą granicą, ot tak sobie, sami od siebie. Byli kierowani z Nawojowej albo Nowego Sącza przez łączników, którzy tym się specjalnie zajmowali. Nasi ludzie ich przejmowali i potem przekazywali dalej. Tego już nigdy nie odtworzymy, bo wysiedlili ich na Ukrainę, resztę na zachód i tak się zgubiły ślady tych placówek konspiracyjnych, przez które prowadziły szlaki przerzutowe. To były bardzo skomplikowane działania i zawsze niebezpieczne. Nie można było wtedy ot, tak sobie iść drogą. Wszędzie była niemiecka żandarmeria, polska granatowa policja i sprowadzona tutaj policja ukraińska - "siczowcy".
Bazyli Sowa na moją prośbę przekazał informacje o tych placówkach z którymi współpracował i o ludziach z konspiracji łemkowskiej, których znał. Ważną rolę na szlaku przerzutowym do Krynicy pełniła placówka w Łabowej i placówka w Nowej Wsi. w Łabowej w konspiracji był wójt Osip (Józef) Wisłocki i do niego przyprowadzano ludzi z innych placówek od strony wsi polskich. W ten sposób trafiali oni do Łabowej i Nowej Wsi. W Nowej Wsi placówka przerzutowa znajdowała się u Jerzego Steranki. Miał on spichlerz od strony rzeki i tam ludzi, których mu przyprowadzano, lokował.
- Strasznie za tym policja węszyła, bo w Łabowej był już posterunek tych "siczowyków" - opowiadał Bazyli Sowa - i najgorzej było się przez nią przedostać. Tam był Czech komendantem. To nie byli nasi ludzie. Ich nasyłali gdzieś z Galicji (czyli z terenu dawnego księstwa halickiego - przyp. SAW), szczególnie z okolic Lwowa. Ja z nimi rozmawiałem, to wiem.
Z Nowej Wsi trzeba było tych uciekinierów przeprowadzić na Kozub, na Werch, bo drogą ani co było marzyć. Na Krzyżówce stała kolumna ukraińskiej policji. Stali też Niemcy i polska policja granatowa. Kontrolowali wszystko a szczególnie mleko, które wieziono niby do mleczarni na przymusowe dostawy a ludzie mieli często w tych konwiach nielegalnie mięso na sprzedaż. Przez Krzyżówkę ciężko było się przedostać, przez te stałe rewizje. Trzeba było wierchami ponad Berest, ponad Nową Wieś i tak trzeba było dojść tym grzbietem jak się kończy w lasach za Berestem a dalej na Mochnaczkę, gdzie najwięcej przyprowadzano do księdza greckokatolickiego – Emiliana Węgrynowicza, ojca Stefana. To właśnie on, stamtąd dalej tych polskich oficerów prowadził na Izby, czy od razu na Słowację. W Mochnaczce i w Izbach byli też inni kurierzy, którzy prowadzili dalej.
Chcę jeszcze dodać, że Stefanowi Węgrynowiczowi krzywdę zrobili, że go nie uhonorowali, za to ile on dal z siebie jako kurier. Nikt o tym oficjalnie nie chciał pamiętać a przecież w tej służbie człowiek codziennie się narażał ciężko, a Węgrynowicz był odważny do szaleństwa. Można było życie stracić w ciężkich męczarniach. Ja wiem jak było na Sterankiwci, u tego Jurka Steranki w Nowej Wsi. Tam się wszyscy bali, bo za utrzymanie takiego punktu mogła zginąć cała rodzina.
Był piękny zwyczaj łemkowski wyposażania idących przez granicę uciekinierów w jedzenie. Od wieków nie wypuszczano u nas nikogo w daleką drogę bez jedzenia. Było tak: wypiekano ogromne, okrągłe chleby wiejskie, potem cięto je na ćwiartki, a w każdej wykrawano taką "studzienkę". Jak chleb ostygł, ładowano do niej masło i zakrywano zdjętą z wykrojonego miękiszu skórką. Każdy z uciekinierów dostawał taką porcję chleba i masła na drogę. To się nazywało "meryndia". Ładnie brzmiące słowo, pochodzenia chyba rumuńskiego.
Policja, jeżeli ktoś wydał się jej podejrzanym, to sprawdzała, czy on jest prawdziwy Łemko, przez modlitwę. Kazali wtedy szybko i bez zająknięcia modlić się po łemkowsku lub ukraińsku. Gdy ktoś się pomylił, zająknął, źle przeżegnał - to już był koniec. Wpadka. Był to jeden z głównych powodów, dla którego Polacy działający w podziemiu na naszym terenie musieli być chronieni przez Łemków, musieli korzystać z ich opieki i instruktażu.
- Trzeba koniecznie sprostować - postulował śp. Bazyli Sowa - to, co piszą po wszystkich rocznikach i innych wydawnictwach, że Łemkowie przekazywali Polaków po drugiej stronie granicy Słowakom. Przecież to nieprawda. Oddawali tamtejszym Rusinom (Łemkom). Słowacy byli bardzo niepewni. To byli wredni ludzie, a "hlinkowcy" byli zażarci jak psy wściekłe, gorsi od "siczowyków". Nasi kurierzy i przewodnicy w ogóle im nie ufali. Myśmy mieli swoje, łemkowskie szlaki i nigdy na nich nie było żadnych wpadek. Wpadki, jakie zdarzały się na Słowacji ludziom przeprowadzonym przez Łemków, wszystkie miały miejsce poza terenem słowackiej Łemkowszczyzny.
Pozostaje jeszcze uzupełnić i poprawić informacje na temat mojego dziadka - Harasyma Gromosiaka. Według znanych mnie przekazów ustnych był on w pierwszej trójce założycielskiej ZWZ w Krynicy, wraz ze swoim przyjacielem Stanisławem Kmietowiczem. Obaj byli zamiłowanymi myśliwymi, łączyło ich wiele osobistych więzów, m. in. raz na polowaniu Harasym celnym strzałem uratował mu życie, kiedy lekkomyślnie podbiegł do postrzelonego odyńca. Mieli do siebie bezgraniczne zaufanie, dlatego też Kmietowicz (ps. "Storczyk" lub "Groszek") wciągnął Gromosiaka do konspiracji wojskowej na terenie
Krynicy.
Harasym Gromosiak został aresztowany razem ze Sławkiem Łohazą, swoim siostrzeńcem, w wyniku denuncjacji przez prowokatora z Muszyny, który będąc konfidentem Gestapo, przyprowadził dziadkowi grupę polskich oficerów do przerzutu. Trzymano ich w więzieniu na Montelupich w Krakowie, byli bici i torturowani. Wszelkie próby wydobycia okazały się nieskuteczne. Rodzina sądziła, iż prawdą jest, jak ogłosili Niemcy, że aresztowano go za ukrycie broni myśliwskiej. Dziadek nie wydał nikogo, a Sławko nic nie wiedział, poza tym, że pomagał Harasymowi. W tej samej celi siedział z nimi złapany też za szlaki kurierskie Stanisław Marusarz, słynny skoczek narciarski z Zakopanego. W przeddzień egzekucji, w nocy udało mu się uciec, skacząc z drugiego piętra. Harasyma Gromosiaka i Sławka Łohazę wraz z innymi więźniami rozstrzelano w fosach fortu austriackiego w Krzesławicach pod Krakowem, obecnie dzielnicy Nowej Huty. Identyfikacji zwłok dokonała moja matka, Olga. Byłem przy tym; rzecz miała miejsce gdzieś na początku 1946 r.

A zatem nowy ślad! Czy tajemniczy baca Slavek był Łemkiem/Rusinem? W świetle tego, co podaje Seweryn Wisłocki możemy być pewni, że tak. Był on członkiem jednej w siatek przemytniczych działający na terenie Słowacji. Nie mogąc ukryć dr Horaka i jego towarzyszy na terenie Słowacji ze względu na Niemców i słowackich faszystów - hlinkowców – ukrył ich w swej mecie po polskiej stronie granicy przeprowadzając ich kanałem przerzutowym w okolicy Żegiestowa lub Tylicza. Ta część historii ma pokrycie w faktach.
Pozostaje jeszcze jedna rzecz do wyjaśnienia, a mianowicie – spotkanie dr Horaka z Żydami – uciekinierami z Powstania w Getto Warszawskim (19.IV – 16.V.1943 r.) i/albo (najprawdopodobniej) z Powstania Warszawskiego (1.VIII – 3.X.1944 r.).
Przypominamy jego dziennik:

30 października 1944r.
Poruszaliśmy się powoli, bo było ciemno na leśnych ścieżkach. Przez kilka dni obozowaliśmy w lasach sosnowych i słuchaliśmy huku dział. Widzieliśmy grupę powstańców, którzy walczyli ze strzelcami górskimi i niebieskimi policjantami faszystowskimi. Faszyści się wycofali, a my dołączyliśmy do powstańców i byliśmy ich gośćmi przez cały dzień. Była to mieszana grupa z Hechaluts-u, ŻOB i DROR-u z województwa rzeszowskiego w sąsiedniej Polsce, którzy pomagali naszym powstańcom i nie mogli powrócić – ze względu na głębokie śniegi – do swego obszaru operacyjnego pomiędzy Krakowem a Przemyślem. Ich lekarzem była Rachela W. – wdowa po zamordowanym żydowskim lekarzu. Opowiedziała nam o walkach grupy Jesia [Jasia] Frymana Bandy z hitlerowcami i dwukrotnie nakarmiła nas ciepłą strawą. Kiedy ci żydowscy bojownicy udali się na północ, my musieliśmy pójść na południe w kierunku Koszyc, gdzie doszliśmy szóstego dnia. W Koszycach otrzymaliśmy rozkaz udania się do naszego oddziału, który czekał na ofensywę Armii Czerwonej, by do niej dołączyć do końca wojny.

W tym kontekście może chodzić o niemiecki Grenzschutz i polskich Granatowych Policjantów. Brzmiało to cokolwiek fantastycznie, bo trudno było spodziewać się tam Żydów po wysiedleniu ich do obozów zagłady i tam zlikwidowanych, ale…
No właśnie – w Internecie napotkaliśmy na ciekawy artykuł na temat Żydów na południu Nowosądecczyzny, w którym padają interesujące z naszego punktu widzenia informacje:

O szlaku kurierskim Tarnów – Piwniczna – Słowacja
Jerzy Reuter
W styczniu 1995 roku, obok cmentarza komunalnego w Piwnicznej zaparkowały trzy eleganckie samochody. Była pełnia zimy i odwiedziny cmentarza należały raczej do rzadkości. Z samochodów wyszli trzej ubrani na czarno starsi mężczyźni i nie rozglądając się na boki weszli pomiędzy groby. Spotkali się wszyscy przy jednej mogile i nawiązali pomiędzy sobą rozmowę. Po kilku kurtuazyjnych zdaniach nacisnęli mocniej kapelusze na głowy i zaintonowali w języku hebrajskim smutną pieśń, a następnie podjechali razem pod dom rodziny Dagnanów.
Piwniczańscy Dagnanowie wywodzą się w prostej linii od Stanisława Dagnana, tarnowskiego właściciela młyna. Jego syn Bolesław przeniósł się do Piwnicznej po pierwszej wojnie i założył swój młyn, tartak i kilka innych przedsiębiorstw, a wujek Bolesława Jan był w tym czasie piwniczańskim proboszczem. Bolesław był bardzo rzutkim człowiekiem i w krótkim czasie nadał Piwnicznej przemysłowy charakter, zatrudniając w swoich fabrykach wielu mieszkańców tej pięknej i uzdrowiskowej miejscowości.
Józef K. Anzelm L. i Mojżesz W. przybyli do Piwnicznej, by pokłonić się nad grobem człowieka, który przed kilkudziesięcioma laty uratował im życie. Tym człowiekiem był Bolesław. Wcześniej wzięli udział w rocznicowym spotkaniu w byłym obozie Auschwitz – Birkenau, gdzie stracili rodziców, braci i siostry. Historia zatoczyła koło i sprowadziła swoich uczestników do Piwnicznej, gdzie przed laty ukryci w młynie, oczekiwali na niepewną przyszłość. Przewiezieni z różnych zakątków Polski, przez etap w Tarnowie u Stanisława Dagnana, doczekali się na swojego przewodnika i bezpiecznie przeszli przez Słowację na Węgry.
Szlak kurierski przez Tarnów – Piwniczną – Słowację powstał pod koniec 1939 roku. Początkowo przewodnicy przeprowadzali polskich oficerów, udających się na zachód, najczęściej do Francji, a po kilku miesiącach z inicjatywy organizacji „Żegota” i Armii Krajowej przeprowadzano także ludność żydowską. Młyny w Tarnowie i Piwnicznej były doskonałymi kryjówkami dla oczekujących na przerzut. Skalę tej niebezpiecznej działalności najlepiej obrazuje relacja Michała Łomnickiego, jednego z najbardziej znanych przewodników. Łomnicki w swoich wspomnieniach pisze o dwustu przeprowadzonych przez siebie Żydach i kilkuset Polakach.
Jednym z pierwszych, a może pierwszym Żydem, który ukrywany przez rodzinę Dagnanów w Tarnowie dotarł do Piwnicznej, a potem na Węgry, był szwagier Anastazego Dagnana zapamiętany przez przewodników jako Fredek. Po zapłaceniu 200 dolarów został odebrany z piwniczańskiego młyna i przeprowadzony na Słowację przez braci Reichertów. Dalszym przewodnikiem Fredka, aż do Budapesztu, był Jan Podstawski, jeden z najuczciwszych piwniczańskich kurierów.
Adam Bartosz, dyrektor tarnowskiego muzeum w artykule „Zagadka młyna Dagnana” opisuje odkrycie, w trakcie wyburzania budynku, skrytki wymurowanej na strychu. Zamaskowane pomieszczenie miało 9 metrów kwadratowych i podobno ukrywała się w nim żydowska rodzina z Tarnowa. Czy oczekujący na wyjazd do Piwnicznej korzystali z tej skrytki? Czy może była jeszcze inna? Tego nie wiemy, ale jest pewne, że młyn tarnowskich Dagnanów był punktem pośrednim na trasie przerzutowej na Węgry. Potwierdzają to relacje uratowanych Żydów, którzy do dzisiaj odwiedzają Piwniczną, oraz opowieści byłych przewodników i kurierów. Wspomniany wcześniej Jan Podstawski opisał swoją matkę Katarzynę, która jeździła do Tarnowa po ukrywających się w młynie Dagnana.
Któregoś dnia Podstawska przywiozła z Tarnowa wylęknioną młodą kobietę i jej trzyletnią córkę. Kobieta owa była żoną niemieckiego urzędnika. Ślub wzięli cztery lata przed wybuchem wojny, ale po wkroczeniu hitlerowców musieli natychmiast wziąć rozwód i zerwać ze sobą wszelkie kontakty. Małżonek chcąc pomóc swojej rodzinie załatwił im przerzucenie na Węgry i w tym celu, poprzez znajomość ze Stanisławem Dagnanem, wszedł w kontakt z kurierami. Po przybyciu do Piwnicznej kobieta zamieszkała wraz z dzieckiem w młynie Bolesława, oczekując na przeprowadzenie przez granicę. Głód, rozłąka i ciągły strach o życie doprowadziły Żydówkę do całkowitej utraty samokontroli i obłędu. Którejś nocy uciekła z kryjówki i wsiadła z dzieckiem do pociągu jadącego do Tarnowa. Być może chciała jeszcze raz zobaczyć męża, albo po prostu nie zdawała już sobie sprawy z niebezpieczeństwa. W Bobowej do pociągu weszli esesmani i zaczęli sprawdzać dokumenty. Gdy zbliżali się do kobiety, ta wyjęła z kieszeni cyjanek i otruła córkę, a potem siebie. Były mąż, na wieść o tragedii, zastrzelił się w swoim tarnowskim mieszkaniu.
Szlaków kurierskich było wiele i działali na nich nie tylko uczciwi ludzie. Trafiali się zwykli bandyci, szmalcownicy i zdrajcy. Być może, z tej przyczyny ci uczciwi nie starali się w czasach powojennych ujawnić swoich historii. Często pozostawali w swojej skromności zapominani i wręcz odsuwani od chwały. Jan Podstawski, zaprzysiężony w Budapeszcie wraz ze Stanisławem Marusarzem przez pułkownika WP Jasiewicza, służył w AK pod pseudonimem „Rąbalski”. Działał pod dowództwem Pawła Libra ps. „Sprytny”, twórcy pierwszej siatki przerzutowej z Piwnicznej. Po wyzwoleniu żył bardzo skromnie i nikomu nie narzucał się ze swoją chlubną przeszłością.
Najmłodszy przewodnik Michał Łomnicki, aresztowany w 1942 roku nie wydał nikogo, pomimo okrutnych tortur. Wykupiony z rąk Gestapo przeprowadzał przez granicę ludzi do końca wojny. Spisał swoje wspomnienia, a w 1993 roku otrzymał odznaczenie Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, przyznane za ratowanie ludności żydowskiej, a szczególnie za pomoc udzieloną Henrykowi Zvi Zimmermannowi, działaczowi żydowskiego podziemia.
Losy trzech tajemniczych mężczyzn były tak pokrętne, jak tylko mogą być losy ludzi wyklętych przez sprawców wojny. Józef K. wpadł w ręce gestapo w Budapeszcie podczas modlitwy w synagodze i został przewieziony do Auschwitz. Przeżył piekło obozu i po wyzwoleniu zamieszkał w Argentynie. Anzelm L. na skutek różnych okoliczności znalazł się w Jugosławii i walczył w partyzantce - po wojnie zamieszkał w Australii. Mojżesza W. przechowali węgierscy gospodarze – po wojnie zamieszkał w Izraelu.
W 1995 roku odbyli swoją ostatnią podróż do przeszłości, do Piwnicznej i podarowanego im życia przez rodzinę Dagnanów.
Przez 45 lat po zakończeniu wojny historia polskich Żydów i związana z tym martyrologia były skrzętnie zamazywane przez ówczesne władze. Wiele faktów odeszło wraz ze świadkami wydarzeń, wiele wyparowało z pamięci ludzkiej, a przekaz ustny z pokolenia na pokolenie wykoślawia się coraz bardziej. Pokolenie Dagnanów pozostawiło jednak wiarę w wielkość prostych ludzi i doniosłość małych miasteczek.
/za Muzeum w Piwnicznej, Towarzystwo Miłośników Piwnicznej, „Piwniczańscy Żydzi na tle dziejów miasta” - W. Wdowiak, A. Talar / Artykuł, który ukazał się w „Gazecie Krakowskiej/Tygodniku Tarnowskim” 31.07.2009, zamieszczamy za zgodą autora.*********/

Jak widać z powyższego, dr Horak mógł spotkać się z żydowskimi bojownikami pod koniec 1944 roku na polsko-słowackim pograniczu. Ta część legendy o Księżycowej Jaskini też pasuje do faktów historycznych. Jednakże jest małe ale – nie udało nam się znaleźć niczego na temat oddziału czy też grupy bojowników Jasia Frymana Bandy. Możliwe, że jest to jakiś pseudonim…
Podsumujmy. Z powyższych informacji wynika, że w okolicach Żegiestowa istniały organizacje przerzutowe działające w obie strony granicy: z Polski/GG na Słowację i Węgry i vice-versa. Tą drogą mogli być przerzuceni ludzie dr Horaka i on sam do Polski, gdzie był przechowywany w Księżycowej Jaskini – melinie w jaskini u stóp Wielkiej Pustej lub – co jest mniej prawdopodobne – w jaskini na Zubrzym Wierchu.
Dlaczego ta lokalizacja jest mniej prawdopodobna? – to jest oczywiste – trzech rannych żołnierzy, w tym jeden bardzo ciężko w stanie krytycznym, a potem terminalnym nie było w stanie wejść na jakikolwiek szczyt, a baca Slavek nawet przy pomocy swych dwóch córek nie byłby w stanie ich skrycie tam wyprowadzić nie zwracając na siebie i innych uwagi Niemców czy Ukraińców. Cudów nie ma – mógł ich prowadzić tylko lasami i to tylko do jakiejś jaskini, która znajdowała się w masywie Wielkiej Pustej. Każda inna możliwość jest bardzo mało prawdopodobna.
Na początku rozdziału powiedzieliśmy, że istnieje pewien ciekawy i dziwny związek pomiędzy sprawą zabójstwa generała Władysława Sikorskiego a sprawą istnienia Księżycowej Jaskini. Otóż chodzi nam o losy osób, które są w nią zamieszane. Zabójcy (domniemani) gen. Sikorskiego i kpt. pilot Eduard Prhal, który pilotował jego Liberatora po wojnie znaleźli zatrudnienie w CIA i umieszczeni w luksusowych warunkach w USA lub Wielkiej Brytanii.
Kapitan dr Antonin Horak też wyjechał do Francji i potem do USA, gdzie prowadził jakąś knajpę w zapadłej dziurze Arizony czy Kolorado. A przecież stał w urzędniczej hierarchii o wiele wyżej od zabójców gen. Sikorskiego i kpt. Prhala! Jaki stąd wniosek?
Są dwa: pierwszy przemawia za tym, że za zamachem w Gibraltarze stoją przede wszystkim Amerykanie, którzy mieli w nim konkretny interes. Wniosek drugi – kpt. dr Horak przez cały czas trzymał język za zębami, dopiero kiedy doszedł do wniosku, że mu już nic w stanie nie jest zaszkodzić – zaczął mówić. I, paradoksalnie, jest to argument za jego prawdomównością. Podejrzewam, że nawet FBI nie bardzo wiedziało, co ma z nim zrobić – na co wskazuje fakt, że zezwolono na publikację jego wspomnień. Podejrzewamy jednak, że zostały one celowo okrojone i tropy zmylone tak, by nikt nie był w stanie na podstawie tej relacji odnaleźć Księżycową Jaskinię na terenie Słowacji.

----------------------------
* Wyd. Rebis, Poznań 2009.
** Chodzi o wieś Lenartovo.
*** Miejscowość Orlov k./Plavča.
**** Niestety nie udało mi się ustalić, co to za miejscowość i gdzie jest położona. Być może chodzi o jakąś
miejscowość położoną w należącej do Węgier części Słowacji lub na Węgrzech, która to nazwa została zmieniona po wojnie.
***** Papiery Cieślaka, Stanisława Groblewska, maszynopis, s. 1 i 2.
****** Ibidem.
******** Podkreślenia nasze.
********* Źródło: „Polscy sprawiedliwi” - http://www.sprawiedliwi.org.pl/?id=123&cid=31



    a