niedziela, 20 września 2020

OPOWIADANIA WAKACYJNE (56)

 

VI

 

Kiedy się obudziłem, Krystyna jeszcze spała. Było wpół do dziewiątej. Najpierw pogalopowałem  pod prysznic. Kiedy zmywałem z siebie resztę mydlin, do kabiny wsunęła się Krystyna. Ucałowałem ją, a ona objęła mnie i nadstawiła dzióbka do następnego pocałunku. Położyłem jej palec na usta.

- Wystarczy kochana – powiedziałem – bo jak znowu zaczniemy, to nie będziemy wiedzieli, kiedy skończyć.

Uśmiechnęła się.

- Masz rację – powiedziała.

- Idę zrobić jakieś śniadanie, co zjesz?

- Kawior z szampanem i do tego mule w śmietanie.

- Jajecznica z trzech jaj może być? – zapytałem.

- Aha, ale lekko ścięta i z papryką, jak u Milana!

Wyszedłem z kabiny, wytarłem się do sucha i w szlafroku poszedłem do kuchni. Argus stał przy drzwiach i poszczekiwał. Otworzyłem mu. Wyprysnął na podwórze i pogonił pod drzewka.

 

Wróciłem do kuchni i po kilku minutach wbijałem jajka na patelnię. Zapachniało jajecznicą na maśle. Krystyna weszła do kuchni z zamkniętymi oczami i węsząca jak pies.

- Siadaj i czekaj na żarełko – powiedziałem.

Nałożyłem jej porcję lekko ściętej jajecznicy na talerz. Sięgnęła po bułkę, którą rozkroiła, posmarowała margaryną i sięgnęła po widelec. Nalałem nam kawy i patrzyłem, jak ona je. Odgryzała małe kęsy żując je ze smakiem. Zawsze celebrowała każdy posiłek, co dla mnie było czymś niezrozumiałym – rzucałem się na jedzenie i unicestwiałem swoją porcję w mgnieniu oka. Krystyna rozkoszowała się każdym kęsem. To była jedna z tych rzeczy, za którą ja podziwiałem. Ja tego nie potrafiłem…

- Co zamierzasz zrobić? – zapytała przerywając tą jajeczno-kawową kontemplację.

- Wyślę informację dla profesora i do tego bubka z Krakowa, może to ich naprowadzi na jakiś trop. A ty?

- A ja mam pewien pomysł – powiedziała w natchnieniu – otóż interesuje mnie czakram z Velehradu. 

- To jest czakram Saturna, a zatem związany z Czasem i Śmiercią – bąknąłem.

- No właśnie – powiedziała z namysłem – a teraz powiedz mi, czy istnieje taka możliwość, że czakram Velehradu ma punkt wspólny z Czakramem Wawelskim w postaci…

- … Śnieżki – szepnąłem – ty możesz mieć rację!

- A zatem trzeba będzie poszukać u Praetoriusa – ciągnęła w natchnieniu. Miała na myśli legendy karkonoskie Paula Johannesa Praetoriusa zebrane w jego dziele pod tytułem „Krakonosz – Pravdivé a nadmíru žertovné, ale i straszidelné přibêhy které se udály w Čechách a ve Slezsku”, wydane w  Lipsku w latach 1662-1665, jako część jego trzytomowej pracy pt. „Daemonologia Rubenzalii Silezii”.

- Dobry pomysł – pochwaliłem ją – a ja tymczasem napiszę do Milana Jaronský’ego i zapytam, czy nie orientuje się gdzie znajdują się czakramy satelitarne do Velehradzkiego Czakramu Saturna.

 

Tak też zrobiliśmy. Krystyna studiowała Praetoriusa, a ja wystukiwałem emaile do znajomych ezoteryków. Uprzednio jednak napisałem obszerny email do Janczewskiego i profesora Milczarka.

- Zauważyłeś, że Czesi mówią nie Karkonosz, ale Krakonosz – Krystyna powiedziała to nie podnosząc wzroku znad książki – nie kojarzy ci się to z Krakowem?

- No chyba tylko dlatego, że w Krakowie były dziady kalwaryjskie, a Karkonosz też był Dziadem Karkonoszem, więc miał związki z Krakowem – roześmiałem się – ale masz rację, coś w tym jest. Poszukiwacze skarbów z Bractwa Świętego Wawrzyńca czy Bractwa Siedmiu Gwiazd faktycznie spotykali się na Rynku Solnym we Wrocławiu i Małym Rynku w Krakowie. Poza tym słowo Krak oznacza warowny zamek. Czyli Kraków to po prostu nie miasto króla Kraka, ale warowny zamek na Wawelskim Wzgórzu?...

- Sam w to nie wierzysz – mruknęła wracając do lektury.

 

Po trzech godzinach napłynął do nas email od Milana i Kvetoslavy. Wydrukowałem go i przeczytałem na głos:

 

Ahoj Daniel!

 

Jak zawsze masz jakieś dziwne pytania, ale u Ciebie to normalne. Jeżeli idzie o Czakram Velehradu, to  ma on sześć czakramów satelitarnych:

Pierwszy z nich, to Praga, a konkretnie Ulica Alchemików;

Drugi to Přibram;

Trzeci to góra Snežka w Karkonoszach;

Czwarty to słowacki Devin;

Piąty to okolice miejscowości Klokočov na pograniczu słowacko-czeskim i…

Szósty to okolice Starej Lubovni na północnej Słowacji.

Według czeskich i naszych ezoteryków, moc tych czakramów chroni cały obszar Słowacji, Czech i Moraw oraz Waszego Dolnego Śląska i Beskidu Sądeckiego.

Wasze domysły, co do Śnieżki są w zasadzie prawidłowe – tu właśnie spotykają się dwa czakramy, dlatego też w Karkonoszach grasuje diabeł Rübezahl alias Rubecal albo po polsku Liczyrzepa, a tak naprawdę to Duch Gór, który potrafi być wyjątkowo złośliwy! Szczegóły znajdziesz u Praetoriusa. Karkonosz jest u niego tożsamy z Liczyrzepą i jego figlami godnymi Tilla Eulenspielera – znanego u Was i u nas jako Dyl Sowizdrzał. Karkonosze to teren, na którym krzyżowały się kultury czeskie, polskie i niemieckie a także istniała endemiczna kultura Ślązaków odmienna od wszystkich trzech tu wymienionych. Poza tym krzyżowały się wpływy słowackie, walońskie i flamandzkie, co widać choćby po nazewnictwie. Góry te były penetrowane przez poszukiwaczy skarbów z połowy Europy, więc nie ma się co dziwić, że powstały takie legendy, jakie podaje właśnie ten autor.  

 

Pozdrawiamy Was wszystkich serdecznie, etc. etc.

 

Milan a Kveta

 

Spojrzeliśmy na siebie. 

- Czyż ci nie mówiłem, że jesteś genialna? – zapytałem.

- No to co robimy? – odpowiedziała pytaniem.

- Wytypujemy kolejny punkt, w który spróbuje uderzyć Siła Nocy – powiedziałem – to będzie szczyt Śnieżki. A raczej jakiś punkt, który znajduje się w pobliżu czakramu pod szczytem Śnieżki. Zakładam, że oni też studiują dokładnie mapy czakramów i doszli do identycznego wniosku.

- A jeżeli nie? – zapytała przekornie.

- Kochanie, nawet najczarniejsza magia kieruje się swoją logiką, od której nie ma odstępstw – rzekłem cytując Milana.

 

Sięgnąłem po mapę Karkonoszy. Rozłożyłem ją i zagłębiliśmy się w topografii okolic najwyższego wzniesienia tych gór.

- Widzę takie dwa miejsca – powiedziała Krystyna.

- Jar Łomniczki po naszej stronie – rzekłem – albo Kocioł Łomniczki to tylko 1100 metrów nad poziomem morza.

- Aha, ale popatrz na czeską stronę – powiedziała wskazując mi na punkt położony na południe od szczytu Śnieżki – to Upska Jama i tylko 1051 metrów. Jeżeli ma to taką samą lub podobną budowę do Czakramu Wawelskiego, to zdetonowanie ładunku jądrowego właśnie tam odniesie większy skutek, niż odpalenie na szczycie Śnieżki, to są 1603 metry, a zatem będzie ponad pół kilometra mniej i energia eksplozji może rozwalić czakram i jego nośnik. I całą górę też przy okazji.

- Ale można obstawić obydwie lokalizacje i je zabezpieczyć… Miszy i Griszy już nie ma, Saszę dopadły nasze orły z policji. Pozostał zatem tylko ładunek o kryptonimie Pasza.   

 

Sięgnąłem po słuchawkę telefonu.

sobota, 19 września 2020

OPOWIADANIA WAKACYJNE (55)

 

V

 

Wieczorem umyłem się, przebrałem w szlafrok i  położyłem w łóżku bezmyślnie patrząc w ogłupiacz. Nadawali jakieś powtórki z kabaretonów opolskich, ale nawet nie chciało mi się śmiać. Wysłałem krótki email do Gemmy w którym zawiadamiałem ją, że mam niewielkie kłopoty i żeby się nie martwiła. W jej stanie nie powinna się przejmować byle czym. Skończyła właśnie hormonalną kurację przed zapłodnieniem in vitro i pojechała odpocząć od tego wszystkiego na Kanary. Miała już swoje lata i urodzenie dziecka mogło przysporzyć jej kłopotów. Lekarze kręcili nosami, ale miała doskonałe wyniki, więc wreszcie zdecydowali się na ten krok i Gemma była gotowa do ostatecznego zabiegu. Oczywiście nie w Polsce, gdzie panowało totalne paranoiczne skołtunienie na tle religijno-seksualnym, więc wybrała klinikę w Kadyksie. Miałem dojechać do niej po dwóch tygodniach. Teraz wszystko się pogmatwało. Dobrze, że była z nią Krystyna…

 

Około dziesiątej usnąłem wreszcie. Telewizor miał się wyłączyć samoczynnie, więc powoli odjechałem w sen. Nie wiem, co mi się śniło, w każdym razie kiedy otworzyłem oczy, w pokoju było jeszcze zupełnie ciemno. Spojrzałem na zegarek, była za siedem czwarta. Naraz zrozumiałem, co mi nie pasowało. Przytulona do mojego prawego boku leżała jakaś kobieta. Czułem ciepło jej ciała, oddech na piersi i delikatny zapach Préte-à-porter. Ciemne włosy rozsypały się kryjąc twarz. Krystyna? To było niemożliwe, wszak znajdowała się co najmniej cztery tysiące kilometrów ode mnie na południowy-zachód, na Gran Canaria…

 

Wyciągnąłem rękę i zaświeciłem lampkę-grzybka. Po chwili kobieta poruszyła się, i spojrzałem w rozradowane oczy Krystyny. Objęła mnie, a ja ją i ucałowaliśmy się serdecznie.

- Jak się tu wzięłaś? – zapytałem.

- Jak zwykle – uśmiechnęła się – tylko, że zostawiłam wszystkie ciuchy u Gemi i przyleciałam do ciebie, jak mnie widzisz.

Była zupełnie naga, więc musiała się jakoś transgresować tym swoim galaktycznym sposobem.

- Miałyście odpoczywać, opalać się, itede, itepe… - mruknąłem.

- Ale to ty masz kłopoty – Krystyna odgryzła się momentalnie – i nie mogę zostawić cię samego z nimi twarzą w twarz. Poza tym czytałam email od profesora. Sprawa jest naprawdę poważna.

- Prawdę powiedziawszy, to nie doczytałem go do końca – wyznałem ze skruchą.

- A trzeba było – powiedziała – okazuje się, że Misza i Grisza już nie istnieją. Eksplodowały samorzutnie na orbicie.

Wyskoczyłem z łóżka i pobiegłem po wydruk. Znalazłem go i przybiegłem z powrotem do Krystyny. Usiadłem obok niej.

 

… Obydwa te pociski już nie istnieją – Misza eksplodował w dniu 20 stycznia 2005 roku nad Włochami, zaś Grisza w dniu 26 kwietnia 2005 roku nad pograniczem duńsko-niemieckim. „Obydwa pociski wybuchły samorzutnie” – jak powiedział to rzecznik Kosmicznych Wojsk Federacji Rosyjskiej płk Wasilij Zubariew – „i nie spowodowały szkód na powierzchni Ziemi”. W rzeczywistości obydwa pociski eksplodowały z nieznanej przyczyny i dochodzenie wykazało, że samozniszczenie nastąpiło na sygnał wysłany z Ziemi przez nieznanych sprawców. Być może ma to związek z Waszym znaleziskiem. Doradzam Panu jak najdalej posuniętą ostrożność.

 

Marcin Mielczarek

 

- No i co ty na to? – zapytała.

- To jest chore – odpowiedziałem – popatrz: Kosmos-419 został wystrzelony piątego maja i spadł już siódmego maja. Oficjalnie była to sonda Mars-1971C, a w rzeczywistości to był Misza. Kosmos-496 był próbnym statkiem kosmicznym Sojuz-7 K-T – wystartował dwudziestego szóstego czerwca i spadł drugiego lipca. Miał to być test nowego statku kosmicznego. A tak naprawdę to był Grisza. Kompletna paranoja. I teraz dowiaduję się, że pociski eksplodowały i nie wyrządziły nikomu szkody.

- Jesteś pewien? – Krystyna przeciągnęła się jak leniwy kot. A mnie otworzyła się w mózgu właściwa klapka.

- Krysiu! Ty masz rację! – wykrzyknąłem – 20 stycznia 2005 roku w Aosta padły wszystkie urządzenia alarmowe od samochodów i garaży! Tego samego dnia w Rzymie eksplodowało ponad 2000 termometrów rtęciowych! Prasa włoska spekulowała na temat użycia satelitarnej broni mikrofalowej! Jaka szkoda, że profesora Schneeberga nie ma już na tym świecie – on by się w tym od razu połapał! No i 26 kwietnia 2005 roku, w Hamburgu-Altonie popękały żaby wskutek działania nieznanego czynnika, a pogodny przypadek miał miejsce w duńskim Låsby czy Laasby. Tam też eksplodowały żaby z nieznanej przyczyny. 

- A widzisz? – Krystyna uśmiechnęła się. – Skojarzyłeś prawidłowo. Zauważ że sygnał poleciał z powierzchni Ziemi, a zatem musiał go nadać ktoś, kto tam po prostu był i go wysłał.

- To oczywiste – powiedziałem – trzeba zawiadomić o tym kogo trzeba. Niech Włosi, Niemcy i Duńczycy poszukają, kto tam wtedy był obcy i niech typują potencjalnego sprawcę czy sprawców.

 

Nie zdążyłem powiedzieć już nic więcej, bo Krystyna objęła mnie za szyję i pociągnęła na siebie.

- Dosyć tego. Seks z rana jak śmietana – szepnęła mi do ucha.

- Masz na coś ochotę? – zapytałem.

Obróciłem się i położyłem ją na sobie. Nasze usta się spotkały i połączyły w namiętnym pocałunku.

- Chorego pytają – mruknęła wyciągając się na mnie i wtulając w moje ciało.

...

Osunąłem się na pościel kompletnie wyczerpany. Krystyna leżała dysząc gwałtownie, uwolniona od mojego ciężaru. Jej piersi falowały stercząc zwycięsko ku górze. Po paru minutach wróciliśmy z siódmego nieba.

- Jesteś cudowna – powiedziałem całując ją w usta.

- Ty też – odpowiedziała oddając mi pocałunek.

- Która godzina? – zapytałem.

- Dochodzi szósta – odpowiedziała. – Wstaniemy o ósmej?

- Uhm… - odpowiedziałem, bo oczy kleiły mi się ze zmęczenia, jej zresztą też.

Znowu objęliśmy się i przytuleni do siebie osunęliśmy się w beztroski sen.

 

piątek, 18 września 2020

OPOWIADANIA WAKACYJNE (54)

 

IV

 

- Czy uważa pan, że te obiekty, które pan tu wymienił, mogą stać się celem ataku terrorystycznego? – zapytał pułkownik po chwili niezręcznego milczenia.

- Oczywiście – przytaknąłem.

- Z użyciem niekonwencjonalnych środków rażenia?

- No pewnie!

- No to niech się pan dowie, że ten gostek wiózł ten cholerny pocisk, tego Saszę, właśnie do Krakowa – wycedził – i że ten Sasza miał być zdetonowany pod Wawelem, wprost pod Wawelskim Wzgórzem. 

- No nie! Skąd ta informacja?

- Wprost ze źródła – Popiel uśmiechnął się jadowicie – a dokładniej z papierów pozostawionych w kabinie tej rozbitej scanii.

 

Otworzył teczkę i położył na stole kserokopie jakichś dokumentów.

- On miał ten plan i tąż mapkę, jak dojechać do Krakowa i jak stanąć samochodem, by wybuch wysyłając wiązkę mikrofal trafił w podziemia Wawelskiego Wzgórza. Wybuch usmażyłby połowę miasta w mikrofalach, a Kazimierz zrównałby z ziemią. Pan wie, to jest dzielnica żydowska…

- Podejrzewa pan al-Kaidę? – zapytałem. – To jest nawet w ich stylu. Maksimum ofiar przy minimum środków…

Pokręcił głową.

- Palestyńczycy? Al-Fatah? Hamas? Dżichad? Al-Ansar al-Islam? OWP? Talibowie? Jakieś nowe ugrupowanie?

Skinął głową.

- Obawiam się, że tak – potwierdził – mamy do czynienia z czymś nowym, nawet w świecie arabskim. Przesłuchiwani jeńcy Al-Kaidy i Państwa Islamskiego napomykali ze strachem o czymś, co nazywali Al-Gwura al-Naum. W wolnym tłumaczeniu oznacza to Siła Nocy. Niech pan nie zapomina, że to są prawowierni muzułmanie i wyznają to, co głosi Koran. Dla nich to jest coś takiego, jak dla nas sataniści czy szataniści. 

- No, to my już nie jesteśmy Wielkim Szatanem? – zapytałem ze zdumieniem.

- Okazuje się, że nie – odpowiedział znienacka fałszywy chemik – już nie. Zastąpiła nas Siła Nocy. Tym niemniej Al-Quaeda jest wciąż dla nas groźna, bo jej głównym celem jest walka z Ameryką i NATO. Natomiast Siłę Nocy można porównać jedynie z… hmmm… z sektą Haszyitów lub jak pan woli klanem Starca z Gór.

- No dobrze – odrzekłem – ale w takim razie z kim oni walczą i o co?

- Dobre pytanie, w zasadzie ze wszystkimi i z każdym na Bliskim i Środkowym  Wschodzie, a ich wpływy odnotowują służby w Japonii, Korei Południowej i kilku mniejszych krajach – w tym ChRL, Wietnamu i Mongolii. No i oczywiście Indonezji. A o co? O to, co zawsze tego pokroju ludzie – o władzę nad światem…

 

- No, to by tłumaczyło środki jakich chcą użyć – powiedziałem – każdy popapraniec z ambicjami pragnie dorwać się do BMR… Siła Nocy też, co jak widać na załączonym obrazku, poszło im raczej łatwo.

- Miłość może wiele, złoto wszystko – mruknął komendant. 

- Zgadza się – skinąłem głową – to możliwe. A właściwie pewne.

- Ale jak pan sobie wyobraża atak na Kraków przy pomocy tego? – zapytał komendant.

- To nie Kraków był celem, ale jego czakram – odparłem. – Nie wiemy, jaki byłby efekt uderzenia silną, skoncentrowaną wiązką mikrofal w czakram, a właściwie w jego nośnik. Jego moc może wzrosnąć albo zniknąć.

- A czy wasi koledzy z pozostałych czakramów mieli jakieś kłopoty z terrorystami? – zapytałem.

- O ile wiem, to nie – odpowiedział cywil. – Czesi nie wiedzą nic i uważają, że czakram to bajka. W Jerozolimie cały czas jest stan wojenny i Shin Beth  zajmuje się terrorystami, a nie psychotronicznymi bredniami. Mossad  tak samo, choć tego ostatniego nie byłbym pewien. Ich katsa  mają niecodzienne pomysły, ale też czego się można spodziewać po ludziach, którzy całe życie znajdują się w stanie wojennym? Na ich miejscu byłbym taki sam. I wy też, panowie.

- Fakt – mruknąłem. – A zatem proponuję objąć Kraków strefą o podwyższonym ryzyku i uważać na każdy podejrzany sygnał, każdą podejrzaną osobę. I jest jeszcze jedna rzecz, która ułatwia nam sprawę…

- Jaka? – zapytał pułkownik.

- …ona ma związek z czakramami – odparłem – chodzi o to, że każdy czakram ma swe odgałęzienia. Takie czakramy satelitarne. W przypadku Wawelskiego Wzgórza są to: Babia Góra, Ślęża i Śnieżka. No i oczywiście Święty Krzyż oraz Częstochowa. To są łapy i ogon Wawelskiego Smoka, którego głowa znajduje się pod Wawelem. Tak twierdzą ezoterycy. Żeby unieszkodliwić czakram należy unieszkodliwić jego wszystkie części ciała. Nasi nieprzyjaciele z Siły Nocy musieliby mieć sześć ładunków jądrowych o dużej mocy, by unieszkodliwić cały czakram. Poza tym w przypadku zniszczenia jednego fragmentu czakramu, pozostałe podejmują jego funkcje. O tym chyba ci chłoptysie nie wiedzą, i niech tak zostanie…

- To co mamy robić? – zapytał fałszywy chemik – co pan nam radzi?

- Zachować wszystko w tajemnicy. Nie oddawać Rosjanom Saszy, choć to ich zabawka. Po prostu niech jak najmniej ludzi wie, że go mamy. Rozebrać do ostatniej śrubki i złożyć z powrotem. Ta wiedza może się nam przydać. Nie wolno nam powtórzyć błędu jaki popełnił generał Kaliski. Panowie wiedzą, o czym mówię?

- Wiemy – odezwał się milczący dotąd major. – I co dalej?

- No, a jak sprawa przyschnie, to po cichu im to oddać. W geście dobrej woli – odpowiedziałem. – I lepiej nie zawiadamiać o tym przyjaciół zza wielkiej wody. Też im nie ufam.

 

Dyskutowaliśmy jeszcze jakieś pół godziny, zaś po tym czasie cywil wydobył jakiś papier i podsunął mi pod nos.

- Proszę podpisać – rzekł podając mi długopis.

- Co to jest? – zapytałem. – Lojalka?

Skinął głową.

- Nie muszę panu mówić, że wszystko, o czym tu mówiliśmy ma zostać w ścianach tego pokoju?

- Rozumiem – przytaknąłem – miałem nadzieję, że to już przeszłość, ale okazuje się, że jej upiory dogoniły mnie i tutaj…

Podpisałem. Cywil zabrał papier jak diabeł cyrograf i włożył go do teczki. Wszyscy wstali i zaczęli się żegnać. Po chwili już ich nie było.

 

Zostałem naraz sam z przygniatającą świadomością tego, że znowu wróciłem do gry. I nie było mi z tym dobrze.