niedziela, 8 stycznia 2012

TAJEMNICA KSIĘŻYCOWEJ JASKINI (1)


WSTĘP

Lewoczskie Wierchy, Słowacja

Dzień dzisiejszy

Chłopiec po raz ostatni rzucił okiem na porośnięty tarninami stok kąpiący się w świetle letniego poranka, a potem wstąpił w ciemny przestwór otworu jaskini ukrytej za skalnymi bałwanami, pod wysokimi reglowymi świerkami. Światła tutaj było mało i nie mógł sobie wyrobić jasnego zdania o tym, co go otaczało. W jego wyobraźni jaskinie składały się z podziemnych sal i korytarzy pełnych dziwów, marmurowych grzybów przyklejonych do ścian, z oponą kropli podziemnego deszczu, stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów utworzonych przez miliony lat pracy wody oraz innych cudów podziemnego świata. Tymczasem tutaj, wbrew jego wyobrażeniom była ciemna gładka komora zwężająca się w korytarz.

Wziął głęboki oddech i zanurzył się w ciemność i ciszę. Pod tenisówkami zatrzeszczały mu resztki spalonego drewna i konarów z dawnego ogniska, a nieco dalej z gliniastego spągu sterczało coś obłego i gładkiego jak piłka. Przemógł strach i znów westchnął, aż jaskinia odpowiedziała mu pogłosami i złowrogim echem gubiącym się gdzieś w jej czeluściach. Nie była to jednak rzecz, której bał się najbardziej – ludzka czaszka jakiegoś bezimiennego żołnierza Wehrmachtu, co poznał po charakterystycznym kształcie hełmu, a którego ciało zapewne zamieniło się w proch po upływie dziesiątek lat.

Chłopiec słyszał jedynie ciszę i odniósł wrażenie, że ta cisza jest niewypowiedzianą groźbą pod jego adresem. Mimo gęstej ciemności miał wrażenie, jakby ze ścian wychodziły cienie dawno poległych żołnierzy i wyciągają ku niemu swe kościotrupie ręce. Hełm wypadł mu z ręki i z grzechotem potoczył się po spągu jaskini, a chłopiec w porywie paniki nawet nie próbował go podnieść, tylko odwrócił się i pognał ku otworowi jaskini, w którym tańczyły drobiny kurzu w promieniach słońca.

Kiedy wydobył się na zewnątrz po kępkach traw i ostrych zębach skalnych otaczających wejście, usłyszał wołanie swego brata, który tymczasem rył saperką w niewielkim wykopie. Kiedy podszedł bliżej ku wykopowi, w jaskrawym świetle lipcowego słońca ta rzecz nie była już taka straszna, jakby była tam – w mrokach jaskini, ukrytej pod skałami i korzeniami świerków – rozcięta część ludzkiej czaszki, kilka kości, resztki butów, a wśród resztek wojskowej czapki znajdowała się zardzewiała odznaka powstańczej armii.

- Mamy problem – powiedział starszy z chłopców wkładając zardzewiały kawałek metalu do kieszeni spodni, w które wytarł potem zabrudzone gliną ręce. – Tutaj – machnął szeroko prawą ręką w kierunku wykopu, gdzie stał jego brat – mogły się znajdować jakieś granaty czy inne materiały wybuchowe. Trzeba będzie kogoś zawołać...

W kilka godzin później, na stok wspiął się wóz patrolu rozminowania jednostki saperskiej, a na stoku porytym niewielkimi wykopami chodzili mężczyźni poubierani w ciężkie kombinezony przeciwwybuchowe z detektorami min w dłoniach. Kiedy skończyli swoją pracę i uznali miejsce za bezpieczne, ich dowódca, który tymczasem obejrzał sobie wejście do nieznanej jaskini, długo rozmawiał ze swym przełożonym przez polową radiostację. W krótkim czasie pojawiły się zielone łady-nivy żandarmerii wojskowej, której żołnierze zamknęli wstęp na ten teren wszelkim osobom postronnym – włącznie z mieszkańcami okolicznych wsi, strażnikami ochrony przyrody, robotnikami leśnymi i leśnikami.

A było się czemu dziwić, bo na stoku powstało małe miasteczko namiotowe zakryte od góry sieciami maskującymi, anteny satelitarne, silne reflektory, sprzęt monitorujący, polowe generatory energii elektrycznej itp. Na godzinę przed zachodem słońca zdumieni mieszkańcy okolicznych wsi, przerażeni i zaciekawieni przejazdami kawalkad oliwkowo zielonych wojskowych ciężarówek, mieli jeszcze jedno ciekawe widowisko. Jakby z wnętrza krwawo zachodzącego słońca wynurzył się wojskowy helikopter, przeleciał nisko nad dachami i przepadł za górą. Nikt z nich nie znajdował się tak blisko, by widzieć, gdzie maszyna ta wylądowała. Nie widzieli też, jak z helikoptera wysiadł mężczyzna w cywilnym ubraniu, któremu towarzyszyli ludzie odziani w ochronne kombinezony przeciwchemiczne i maski przeciwgazowe, z rozmaitymi przyrządami u boku.

- Pozwolę sobie zameldować panu – powiedział energicznie do cywila mężczyzna w mundurze z dystynkcjami podpułkownika – że ją znaleźliśmy. Znaleźliśmy Księżycową Jaskinię!

 Tak to mogłoby wyglądać, gdyby to był kiepski film w rodzaju „Z Archiwum X” czy jakiś inny produkt made in Hollywood. My jednak – obok wielu innych ciekawych spraw – próbujemy w niniejszej książce ukazać Czytelnikowi chronologiczny przebieg badań i poszukiwań tego artefaktu, którego  pochodzenie być może sięga czasów Atlantydy, a może nawet Atlantyki.

Historia poszukiwań Księżycowej Jaskini przypomina meandry Dymitriady czy historii życia i dokonań takich postaci, jak: Kopernik, Retyka, Devius, Kelley, Sędziwój, dr Faust i innych znanych postaci polskiej i europejskiej historii, których cechuje ta „nieuchwytność” tak normalna dla czasów polskiego i europejskiego Renesansu. Wielu ludzi jej szukało, wielu zrezygnowało, ale fascynująca tajemnica niepokoi i wciąż ludzie poddają się jej złowrogiemu urokowi. A stawką jest nie tylko odkrycie niesamowitego artefaktu, ale być może nowych technologii czy nowych wiadomości o historii naszej planety!

W naszych poszukiwaniach pomagali nam specjaliści, uczeni, dziennikarze, ufolodzy, historycy i tacy sami badacze-outsajderzy jak my. Nie sposób jest ich wszystkich wymienić z nazwiska, więc  chociaż podziękujemy im wszystkim tu i teraz korzystając z tej okazji, jaką jest wydanie tej książki. Oczywiście szczególne podziękowania kierujemy do Wydawcy edycji czeskiej – pana Pavla Mészárosa z AOS Publishing oraz  pana Piotra Listkiewicza z australijskiego wydawnictwa Za Próg, wydawcy edycji polskiej, dzięki któremu ta nasza – druga już wspólna praca, stanowiąca wkład do wspólnego europejskiego dziedzictwa kulturowego – ujrzała światło dzienne. Stanowi ona kontynuację tematyki podjętej w naszych wcześniejszych pracach: „Bohové atomových válek” (Ústi nad Labem 1998) dr Jesenský’ego i mojego „Projektu Tatry” (Kraków 2002).

A teraz oddajemy głos faktom...