środa, 18 stycznia 2012

TAJEMNICA KSIĘŻYCOWEJ JASKINI (10)

ROZDZIAŁ 9 -  Ogień z obłoków i pozaziemski obiekt pod Tatrami

Od Nieznanych Obiektów Orbitalnych do dziwnych bolidów – „Archiwum X” w polskim stylu: Wojsko poszukuje meteorytu – Trzęsienia ziemi i kamienie lecące z nieba – Podziemne sygnały spod Argentyny – Ufokatastrofa na Słowacji?

A teraz chcielibyśmy podzielić się z Czytelnikami innym dziwnym wydarzeniem, które wprawdzie nie ma zbyt dużo wspólnego z głównym tematem tej pracy, ale rzuca pewne światło na problem istnienia Księżycowej Jaskini i całych podziemnych światów.
 (Leśniakiewicz, R.: „Nieznane obiekty orbitalne” w „Nieznany Świat”, nr 3(99) (1999), ss.42-44, Leśniakiewicz, R.: „Projekt Tatry”, Kraków 2002, ss.192 – 196)

Światów mającymi związek z fenomenem nazwanym Meteorytem Jerzmanowice. Pisaliśmy już o dziwnych zjawiskach, które miały miejsce w okolicach Krakowa. Nazwa pochodzi od wsi Jerzmanowice, leżącej w odległości 19 km na północny-zachód od rogatek Krakowa, przy trasie nr 94 (E-40), na 15 km przed Olkuszem. Ponieważ wydarzenie to wpisuje się w zakres zainteresowań Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych w Krakowie jako Bliskie Spotkanie Drugiego Rodzaju, nadano tej sprawie sygnaturę CE2 Jerzmanowice 19930114-A i cały czas zbieramy materiały w nadziei, że kiedyś się ta tajemnica wyjaśni. A teraz przypomnimy pokrótce przebieg wydarzeń:

Wieczorem, dnia 14 stycznia 1993 roku, około godziny 19:00, w Jerzmanowicach coś straszliwie błysnęło, rozległ się porażający zmysły huk, który był słyszalny w promieniu co najmniej 30 km. W samej wsi przestały działać telewizory, telefony, radia i inne urządzenia elektryczne, co najmniej w promieniu 1.000 m od epicentrum eksplozji. W sieci energetycznej zabrakło prądu. Nikt nie potrafił znaleźć przyczyny tego zjawiska. W chwilę po eksplozji ludzie poczuli wstrętny zapach, jakby azotoxu czy innego ostrego środka owadobójczego. Przez cały następny tydzień czuli się albo nadmiernie pobudzeni, albo na odwrót – apatyczni i senni. Podobnie zwierzęta domowe. A potem zaczęły się rodzić... trojaczki – jak podały w swych gazetowych stories Anna Szulc („Gazeta Krakowska” z 1 października 1994 roku) i Izabela Pieczara („Gazeta Krakowska” z 28/29 stycznia 1995 roku)...

Epicentrum eksplozji znajdowało się na szczycie wzniesienia zwanego Babią Górą, położonego na 50o12’25”N - 019o45’30”E. Wybuch musiał być bardzo silny i jego energia rozniosła na drobne fragmenty o kilkucentymetrowej średnicy wierzchołek wapiennego ostańca zwanego także Skałką 502, zaś rozrzut tych odłamków ułożył się w kształcie elipsy o rozmiarach 200 x 700 m, z SE na NW. Obliczono, że taki efekt niszczący wywołałoby zdetonowanie na szczycie Babiej Góry ładunku 80-100 kg 2,4,6-trójnitrotoluenu – TNT, czyli po prostu trotylu. Błysk eksplozji widziano ponoć nawet w Zawoi – miejscowości odległej o około 70 km od punktu zerowego tajemniczej eksplozji. Trudno w to uwierzyć, bowiem Zawoja leży w dość głębokiej dolinie pomiędzy Pasmem Babiogórskim a Pasmem Jałowickim Beskidów, więc trudno przypuszczać, że widziano ten błysk we wsi – prędzej ze schronisk na Markowych Szczawinach i Hali Krupowej – skąd rozpościera się wspaniały widok aż do Gór Świętokrzyskich na północy.

A teraz najciekawsze. Dnia 15 stycznia 1993 roku, o godzinie 7:00, Babia Góra i pobliska Sikorka zostały otoczone kordonem Żandarmerii Wojskowej, która nie dopuszczała na teren eksplozji nikogo miejscowego. Zupełnie, jak w kiczowatym serialu made in Hollywood. Po jakimś czasie na miejsce ściągnęli inni żołnierze z Wojsk Chemicznych z Krakowa, którzy – według opowiadań świadków – coś zbierali, coś badali przy pomocy wykrywaczy metalu i liczników G-M. Prace te trwały na Babiej Górze i Sikorce. Po tygodniu, czy nawet dwóch, wojskowi opuścili teren twierdząc, że niczego nie znaleźli i wpuścili na to miejsce astronomów i meteorytologów z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz z innych uczelni krajowych i zagranicznych. Ci także niczego nie znaleźli. Nie pomogły wielkie sumy oferowane przez kolekcjonerów tym, którzy znaleźliby jakiś odłamek meteorytu – nie znaleziono niczego, poza drobnymi, wapiennymi kamykami, w które eksplozja obróciła wierzchołek wapiennego ostańca Babiej Góry.

Po kilku miesiącach pojawiają się pierwsze analizy zjawiska opracowane przez naukowców: dr Jana Mietelskiego w „Wiedzy i Życiu” nr 5,1993; Janusza Płeszki i Tomasza Ściężora w „Postępach astronomii” nr 4,1994 i „Uranii” nr 6,1993 oraz Krzysztofa Włodarczyka tamże i w „Młodym Techniku” nr 5,1993.

No i zaczęły się schody...

Okazuje się bowiem, że nie wiadomo tak oczywistej rzeczy jaką jest kierunek, z którego ten dziwny gość z Wszechświata przyleciał do Jerzmanowic! Istnieją cztery wersje przylotu Jerzmanowickiego Dziwa tak, jak widzieli to mieszkańcy: Rudnika, Jerzmanowic, Przegini, Krakowa, Szklar, Sąspowa, Zabieżowa, Brzezinki, Psar, Siedlca, Żbika, Miękini, Pisar, Łaz, Balic, Skawiny i Zawoi – miejscowości położonych w odległości 0,5 do 70 km od epicentrum. Świadkowie widzieli przelot ognistej kuli zostawiającej ślad jakby smugi kondensacyjnej. Kula miała barwę od złociście-czerwonej do pomarańczowej. Ów BOL wyrżnął w skałę Babiej Góry i rozniósł jej górną część w bardzo silnym, biało-niebieskim błysku światła, dzięki czemu oszacowano energię tej eksplozji – wynosiła ona 100 MJ.

 I tutaj druga zagadka – wybuch o tej mocy powinien dać lokalne trzęsienie ziemi. Stacja sejsmiczna Instytutu Geofizyki PAN w Ojcowie, odległa o 3 km od punktu zerowego, rejestruje w godzinach 18h58m54s pierwszy wstrząs, zaś o 19h00m17s drugi wstrząs sejsmiczny dobiegający z kierunku Jerzmanowic, przy czym ich charakterystyka wskazuje na to, że w Babią Górę trafiły... dwa „pioruny”! Prawdą jest, że tego dnia i o tej godzinie ponad tym terenem przemieszczał się zimny front atmosferyczny, któremu towarzyszyły chmury burzowe, z których strzelały wyładowania. W porządku – w takim razie skąd się wziął wstrząs od eksplozji Jerzmanowickiego Dziwa?

Trzecia tajemnica – po eksplozji, która rozniosła wierzchołek wapiennego ostańca Babiej Góry – nie znaleziono na odłamkach działania wysokiej temperatury. A powinny tam być, chociażby dlatego, że biało-niebieski błysk eksplozji wskazuje na działanie temperatur rzędu 100.000 K. A to jest temperatura syntezy termojądrowej. Wprawdzie znaleziono „znaki piorunowe” na Babiej Górze, ale w takim razie, gdzie się podział meteoryt, który musiał trafić w Babią Górę, bo w innym przypadku powstałby zapewne astroblem czyli krater poimpaktowy w wypadku uderzenia w rolę.

Czwarta tajemnica: co spowodowało awarię sieci elektrycznej i wszystkich odbiorników do niej przyłączonych? Znaleziono wprawdzie wytłumaczenie – mógł to być meteoryt elektrofoniczny. I tutaj słowo wyjaśnienia. Są to takie meteoryty, które lecąc przez atmosferę produkują różne efekty audiowizualne, dzięki temu, ze ich przelot wytwarza chłodną plazmę – wysoko zjonizowany gaz, który z kolei jest źródłem fal elektromagnetycznych powodujących efekt PM – pulsu magnetycznego i różnych odgłosów słyszalnych (a właściwie odbieranych jako efekty akustyczne) nie przez uszy, ale przez mózg człowieka.
Prof. L. P. Drawert obliczył, że do 1950 roku na Ziemię spadło 267 meteorytów elektrofonicznych. Jerzmanowickie Dziwo też wpisuje się w ten schemat. Przyjęto zatem, że najpierw spadł meteoryt, który zgasł tuż nad powierzchnią Ziemi, a zaraz potem uderzyły tam dwa pioruny, które wykorzystały kanał zjonizowanego powietrza i spowodowały wybuch – a właściwie elektrowybuch zgromadzonej w szczelinach wapiennej skały wody z opadu deszczu. Takie właśnie było „wyjaśnienie” uczonych.

Co do Meteorytu Skomielna Biała, to mógł to być kawał kosmicznego lodu, który spadł na Ziemię w lesie otaczającym Luboń Wielki od strony wsi Skomielna Biała i tam stopniał, zaś świst był po prostu odgłosem rozdzieranego przezeń powietrza, jednak nie jesteśmy tego pewni do końca.

 Czym jednak mógł być Meteoryt Jerzmanowice? Zgadza się on z definicją Nieznanego Obiektu Latającego – UFO, ale do dziś dnia nie wiemy, co to właściwie było. Tak samo, jak w przypadku Meteorytu Tunguskiego wpadamy w pułapkę terminologii. To coś uległo w czasie wybuchu całkowitej dezintegracji i to w czasie wybuchu powietrznego, bo w przypadku wybuchu naziemnego ziemia zatrzęsłaby się i to zostałoby natychmiast odnotowane w Ojcowie. Ale mogło być i tak, czego nikt nie wziął pod uwagę, że pierwszy wstrząs – ten o godzinie 18:58.54 – był wstrząsem wywołanym eksplozją Jerzmanowickiego Dziwa, zaś drugi – o godzinie 19:00.17 był jego „echem sejsmicznym” odbitym od czegoś, co znajdowało się pod epicentrum eksplozji. Być może jest jakaś duża i pusta przestrzeń, znajdująca się pod Ojcowskim Parkiem Narodowym, jakaś pieczara czy jaskinia.

Kolejna rzecz – to coś, co tam eksplodowało, musiało być sztucznego pochodzenia, bowiem na miejscu impaktu nie znaleziono typowej materii meteorytowej, a zamiast niej znaleziono... aluminiowe kuleczki wyraźnie sztucznego pochodzenia, co wykazały badania przy użyciu mikroskopów skaningowych i elektronowych, dzięki którym uzyskano widmo EDS badanych próbek. Widma SEM-EDS wykazały dużą ilość glinu – Al, i nieco mniej żelaza – Fe w dwóch próbkach, przy całkowitej nieobecności   innych pierwiastków, zaś w innej próbce znajduje się: krzem – Si, glin – Al, wapń – Ca, potas – K i wyższa, niż w dwóch pozostałych zawartość żelaza. Uczeni uznali trzecią próbkę za typowo ziemską, ze względu na zanieczyszczenia potasem, wapniem i krzemem, natomiast pozostałe dwie jako typowo pozaziemskie – być może pochodzące z meteorytu. Autorzy twierdzą, że być może był on odłamkiem asteroidy 6344 P-L z grupy Apollo, która „zgubiła się” przed kilku laty. Z obliczeń astronomów wynika, że asteroida 6344 P-L w dniach 14 i 30 stycznia 1993 roku niemal otarła się o ziemską atmosferę.

Jeżeli tak, to skład Jerzmanowickiego Dziwa był nadzwyczaj ciekawy: niemal chemicznie czyste aluminium z domieszką żelaza! Przecież to pasuje do sztucznego satelity Ziemi, a nie do meteorytu! A może było tak, że asteroida 6344 P-L wrzuciła w atmosferę ziemską jakiegoś sztucznego satelitę, który spadł akurat pod Jerzmanowicami? NB, coś podobnego mogło wydarzyć się 15 kwietnia 1995 roku w okolicach Węgorzewa, gdzie spadł jakiś Nieznany Obiekt Latający, który został zabrany potem przez chłopców z GROM-u i kilku smutnych panów z Warszawy w nieznanym kierunku – o czym pisał swego czasu Bronisław Rzepecki na łamach „Czasu UFO”. To mógł być tajny, wojskowy, sztuczny satelita Ziemi. Wcześniej, 21 stycznia 1959 roku jakiś radziecki lub amerykański SSZ wpadł do basenu portowego nr IV w Gdyni, stąd poszła fama o katastrofie UFO na Wybrzeżu. Jeszcze wcześniej, pod koniec lat 40. wydarzenie w okolicach Ustki, które opisałem w „Nieznanym Świecie” w 2002 roku. Czy na pewno rozbił się tam latający spodek? Może już wtedy nad polskie Wybrzeże nadleciał radziecki aparat kosmiczny, który potem ewakuowano do bazy wojsk radzieckich w Bornem-Sulinowie, a następnie do ZSRR.  We wszystkich przypadkach zadziałało wojsko, które wywoziło artefakty w nieznanym kierunku – podejrzewam, że do Moskwy, a po 1989 roku – do Waszyngtonu... Tam też mogły pojechać zebrane szczątki satelity, który spadł na Jerzmanowice.

Jest jeszcze druga strona tego medalu, o której pisałem do kwartalnika Polskiego Towarzystwa Meteorytowego „Meteoryt”. Pozwolę sobie przytoczyć lwią część tego artykułu, bo też stanowi pewne wyjaśnienie tego przypadku:

[...]Właściwie nie wiadomo, co to naprawdę było. Meteoryt? – w takim razie czemu nie ma jego szczątków? Wojsko je pozbierało, ale po co? Uderzenia pioruna?Wątpliwe, by akurat dwa pioruny uderzyły w to samo miejsce w krótkim odstępie czasu i wywołały taki efekt. Elektryczność spływa po powierzchni skały do ziemi, a nie od razu wnika w skałę i powoduje odparowanie wody, czy nawet jej dysocjację na wodór i tlen, co mogło spowodować wybuch wskutek wytworzenia się mieszaniny piorunującej. I wreszcie katastrofa samolotu-szpiega, wybuch bomby, pocisku rakietowego czy artyleryjskiego – to jest najbardziej wiarygodne tłumaczenie i uzasadnia przebywanie tam ŻW i specjalistów wojskowych, którzy z wiadomych względów pozbierali szczątki tego „czegoś”, by nie wpadły w czyjeś niepowołane ręce.
Jest jednak jeszcze jedna ewentualność, o której zaczyna się dopiero mówić na świecie, a ma ona związek z toczącą się wojną z terroryzmem. Chodzi konkretnie o zamach na indonezyjskiej wyspie Bali, do którego przyznała się oficjalnie na swych stronach internetowych, organizacja al-Quaeda. Rzecz jednak nie w tym, jak ten zamach zorganizowano, ale przy pomocy czego. Oficjalnie mówi się o kilkuset kilogramach 2,4,6-trinitrotoluenu – czyli trotylu (TNT), które zdetonowano w okolicach lokali rozrywkowych z wiadomym efektem: kilkuset zabitych i rannych, ogromne straty materialne, panika i szok. Ale czy to był trotyl? Specjaliści policyjni i wojskowi mają coraz więcej wątpliwości, bowiem taka ilość TNT jakiej należałoby użyć do osiągnięcia takiego efektu niszczącego musiałaby zostać przewieziona ciężarówką – tymczasem żyjący świadkowie zgodnym chórem twierdzą, że nie widziano tam żadnej lory. Cóż zatem pozostaje?
Na początku lat 90. XX wieku, polskie służby specjalne zostały postawione w stan alarmu przez informacje napływające z WNP, mówiące o tym, że z magazynów uzbrojenia byłej Armii Radzieckiej znikło w niewyjaśnionych okolicznościach i bez śladu około 100 miniaturowych ładunków jądrowych o niewielkiej mocy. Głowice te miały formę walizki (stąd nazwa – „bomby walizkowe”) o przybliżonych wymiarach 75 x 60 x 30 cm, masie 30 – 50 kg, wykonanej z aluminium. Moc ich wahała się w granicach 0,0001 – 1 kt TNT, czyli od 100 kg do 1.000 ton trotylu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że po eksplozji takiego ładunku praktycznie nie ma żadnego radioaktywnego fall-out’u, zaś pozostałości emitują promieniowania β i γ w ilościach leżących w granicach błędu pomiarowego i dzięki temu niemal niewykrywalnego dla normalnie używanych radiometrów, natomiast promieniowanie α szybko zanika – zresztą nie jest ono tak groźne, bo zatrzymuje je nawet kartka papieru. Czynnikiem roboczym w tych bombach jest niewielka ilość plutonu-239 stabilizowanego plutonem-240 zanurzonego w reflektorze i zarazem źródle neutronów – znanego pod mianem „czerwonej rtęci” – RM-20/20. Nie jest to rtęć, ale sześcio- lub siedmiotlenek dwurtęciowo-dwuantymonowy – Hg2Sb2O6 lub Hg2Sb2O7. Całość wielkości piłki do tenisa ziemnego. Czerwona barwa tego silnie radioaktywnego związku chemicznego, (bowiem do jego wytworzenia stosuje się radioizotopy rtęci lub antymonu), jest jego znakiem rozpoznawczym. Nie wiem, czy jest on możliwy, ale pamiętam, jak we wczesnych latach 90. wszystkie służby operacyjne, operacyjno-kontrolerskie i liniowe Straży Granicznej oraz Urzędy Celne we wszystkich przejściach granicznych w Polsce były uwrażliwiane na możliwy przemyt tego związku i innych składników mogących posłużyć do zbudowania bomby jądrowej czy termojądrowej, z krajów WNP do Unii Europejskiej i dalej do Libii, Iranu, Iraku, ChRL, Korei Płn., na Kubę czy do innych krajów o niestabilnych czy wrogich systemach politycznych, jak np. Jugosławii. Także WSI i UOP (teraz ABW) prowadziły niezależne postępowania w tej sprawie.
NB, w trakcie tych działań wyszło na jaw, że radzieccy/rosyjscy atomiści spotykali się z Jugosłowainami od Milošewicia i emisariuszami Saddama m.in. w Polsce, Słowacji i innych krajach Europy Środkowej. I to dlatego właśnie do Kosowa pojechali w pierwszym rzucie saperzy i specjaliści o broni masowego rażenia. Spodziewano się bowiem, że część ze skradzionych Rosjanom „mateczek” znajdzie się w arsenałach kosowskich Albańczyków i Serbów...
Jak się to ma do sprawy Meteorytu Jerzmanowickiego? Ano tak, że na dobrą sprawę nikt spadku tego meteorytu nie widział, wszyscy świadkowie widzieli najpierw błysk, potem słyszeli straszliwy huk, od którego poleciały szyby i popękały bębenki w uszach, jednocześnie w promieniu kilometra od punktu zero przepaliły się wszystkie urządzenia elektryczne, bez względu na to, czy były one włączone do sieci, czy nie. Wybuch rozrzucił szczątki wierzchołka Babiej Skały na odległość 200 – 700 m wokół – większe kamienie podziurawiły dachy i rozwaliły mniej odporne przybudówki. [..]
Jak widać, efekty wybuchu jerzmanowickiego przypominają dość dokładnie miokroeksplozję jądrową. Jest efekt pulsu magnetycznego (MPE), który niszczy wszelkie obwody elektryczne, jest dziwny, duszący zapach jakiejś substancji drażniącej drogi oddechowe po wybuchu, poczucie osłabienia czy pobudzenia czynności nerwowych, które ustąpiły po tygodniu. No i brak błysku neutronowego i radioaktywnego fall-out’u, a zamiast niego znalezione mikrocząstki aluminium w glebie koło Babiej Skały.

Czy jest to jakieś wyjaśnienie? Patrząc na tę sprawę z punkty widzenia oficera rezerwy b. WOP i emerytowanego funkcjonariusza SG myślę, że tak. Uważam, że jest to problem nie dla meteorytologów i astronomów, ale dla fizyków jądrowych i odpowiednich służb wywiadowczych i antyterrorystycznych Polski i NATO. Przebieg wydarzeń sugeruje, że był to po prostu wypadek – jedna z ukradzionych „mateczek” przestała być stabilna i zaczęła promieniować, grożąc wybuchem. Złodzieje porzucili ją w pierwszej lepszej miejscowości, która im się nawinęła – pech chciał, że były to Jerzmanowice – i uciekli. Kim byli ci złodzieje? – możemy tylko przypuszczać. Może byli to walczący o wolność Czeczeńcy od gen. Dżochara Dudajewa, albo terroryści od Usamy ben-Ladena i jego al-Quaedy, czy po prostu rosyjscy mafiosi-przemytnicy – teraz możemy tylko zgadywać. Gdyby powyższe przypuszczenie okazało się prawdą, zamiast kosmicznej tajemnicy mielibyśmy do czynienia jedynie z walką o władzę i dominację z jednej strony albo ciemne interesy rosyjskiej mafii w Polsce z drugiej. W żadnym przypadku nie jest to dobre.

Jest to jednak tylko przypuszczenie, zaś prawda – jak zawsze – spoczywa zamknięta w pancernych safesach MON i MSWiA.

A może jednak była to tylko UFO-katastrofa? Wszak obsługa lotniska Kraków-Balice widziała przelot w kierunku Jerzmanowic jakiegoś świetlistego obiektu o godzinie 18:45, a zatem ok. 5 minut przed impaktem. Ów BOL unosił się pod podstawą chmur, czyli na wysokości 1.400 m n.p.m. Może to rzeczywiście było klasyczne UFO, które uległo katastrofie 19 km dalej? Mogła to być także pozostałość po atomowych wojnach bogów, która krążyła wokół Ziemi przez 12.000 lat i teraz wreszcie spadła strącona z orbity przez przechodzący blisko asteroid 6344 P-L. Dlaczego nie? Skoro taki obiekt, jak odkryty w ubiegłym roku quasi-asteroid J002E3, prawdopodobnie będący III stopniem rakiety Saturn V statku Apollo-12, który jest teraz sztuczną planetoidą i obiega Ziemię po skomplikowanej orbicie od 33 lat, utrzymał się tak długo, to dlaczego nie mogą utrzymać się pozostałości po atomowych wojnach bogów-astronautów? Gdyby na Babiej Górze stała np. stacja radiolokacyjna, to zostałaby ona nie tyle zniszczona, ale totalnie oślepiona przez wybuch takiego pocisku!

No i wreszcie na ostatek: to mógł być meteoryt z następujących rojów: δ-Kancerydy, Komaberenicydy i α-Lynxidy.

Jednakże wiele wskazuje na to, iż nie mógł to być żaden „normalny” meteoryt!
Byliśmy tam w dniu 11 kwietnia 1999 roku. Rozmawialiśmy ze świadkami, ale te rozmowy niewiele wniosły nowego do tego, co wiedzieliśmy już wcześniej. Dobrą stroną tej wycieczki było to, że na podstawie zebranych przez nas materiałów, TVN zrobiła dwuodcinkowy program z cyklu „Nie do wiary” poświęcony temu incydentowi. A oto co udało się nam jeszcze dodać do kolekcji faktów związanych z tym wydarzeniem:

Na krótko przed eksplozją na Babiej Górze przeleciał nad nią jakiś samolot odrzutowy na niewielkiej wysokości, poniżej 50 m;

Tuż po eksplozji świadkowie poczuli silny zapach palonego kamienia czy silnego środka owadobójczego. Ten smród trwał 24 godziny, potem zelżał;
Bezpośrednio po eksplozji ludzie i zwierzęta gospodarskie poczuli się źle. Wszystkie negatywne objawy ustąpiły mniej więcej po tygodniu;

Na ceglanych ścianach domów pojawiły się plamy powstałe wskutek wypaleń cegły przez wysoką temperaturę – co najmniej 1.000 K, co zmusiło gospodarzy do ponownego otynkowania ścian zwróconych ku epicentrum wybuchu. Cegły były wypalone grupami po 2-3, co sprawiało wrażenie, jakby budynki były łaciate.

W czasie II Wojny Światowej przez Jerzmanowice przebiegała linia obrony wojsk niemieckich. Na Babiej Górze znajdowało się stanowisko ogniowe dużego działa, które strzelało w kierunku Krzeszowic. Być może w babiej Górze zachował się jego park amunicyjny, którego nie zlokalizowali i unieszkodliwili radzieccy saperzy.

U podnóża Babiej Góry znaleziono podkowiasty odrost jasnozielonej trawy – dokładnie taki sam, jaki Bronisław Rzepecki i Marian Książek znaleźli na miejscu słynnego CE2 w Olsztynie k/Częstochowy, w listopadzie 1997 roku. Spenetrowaliśmy okoliczne skałki, ale zielona podkowa znajdowała się tylko pod Babią Górą!

Sprawa jest nadal otwarta. W tej chwili, stan naszej wiedzy na ten temat pozwala na trzymanie się hipotezy militarnej – tzn. że 10 lat temu spadł tam albo radziecki, amerykański, europejski czy chiński militarny satelita, który został następnie zabrany przez wojsko i odtransportowany gdzie trzeba, albo relikt atomowych wojen bogów-astronautów sprzed 12.000 lat, z którym postąpiono jak wyżej. Ewentualnie mógł to być jakiś „kosmiczny złom”: nieczynny już, nieaktywny SSZ, booster rakiety w rodzaju obiektu oznaczonego jako J002E3, czy coś w tym rodzaju. Mógł to być wreszcie jakiś ekstra-tajny pocisk lub głowica bojowa testowana bądź zgubiona przez nasze wojsko i cichcem stamtąd wywieziona do składowiska w Krakowie lub do laboratorium tamże. I taka – jak nam się wydaje – jest prawda o Meteorycie Jerzmanowice.
(Leśniakiewicz R. – „Jerzmanowice 1993: ostaniec w ogniu i pytania bez odpowiedzi” w „Nieznany Świat” nr 10/2003; Leśniakiewicz R. – „Jurajskie Bliskie Spotkania z UFO” w „Nieznany Świat” nr 10/1998; Leśniakiewicz R. – „Nieznane obiekty orbitalne” w „Nieznany Świat” nr 3/1999; widowisko telewizyjne pt. „Incydent Jerzmanowicki” z cyklu „Nie do wiary”, TVN, 1998 cz. 1 i 2.)

Sądziliśmy, że już nie wyjaśnimy tej zagadkowej sprawy, kiedy w dniu 14 kwietnia 2003 roku, wpadł Robertowi w ręce kwietniowy numer „Wiedzy i Życia”, w którym znalazł krótką notatkę napisaną przez kogoś podpisującego się, jako MM, a zatytułowaną „Humanitarne bomby”.

W notatce tej MM opisuje działanie bomb grafitowych, których użyto w trakcie działań w Kosowie i Jugosławii, a także tzw. bomb E:

Drugą „humanitarną” bronią jest tzw. bomba E, urządzenie emitujące krótkotrwały impuls elektryczny o ogromnej mocy. Powoduje on całkowite zniszczenie wszelkich systemów elektronicznych. Najnowsza bomba E zamienia w mikrofale energię wybuchu dwóch kilogramów trotylu, spalając całą elektronikę w promieniu kilometra.

W tym kontekście naraz zrozumiałe stają się wszelkie dziwne i tajemnicze okoliczności tego wydarzenia: spalona elektronika, obecność wojska i żandarmerii oraz knebel nałożony na media – po prostu jakiś samolot zgubił prototypową bombę E z ładunkiem materiału wybuchowego o masie 80-100 kg TNT, który eksplodując zniszczył urządzenia elektryczne i elektroniczne w promieniu 1 km od epicentrum – Babiej Góry w Jerzmanowicach. Nie zapominajmy, że był wtedy rok 1993 i od tego czasu technika wojskowa poszła znacznie do przodu!

 Co to oznacza? Może to oznaczać, że nasze wojsko miało taką broń już w roku 1993, a zatem na 6 lat przed wstąpieniem w struktury NATO. Możliwość taką zasugerowali polscy specjaliści z „Raportu” już w 1999 roku. 

No cóż, trochę szkoda, że znalazło się takie wyjaśnienie, a zatem nie Kosmici, nie tajemnicze meteoryty spoza naszego świata, ale zwyczajna NLW – Non Lethal Weapon – broń, która nie zabija, która wymknęła się wojsku spod kontroli.

Jak to wszystko ma się do sprawy Księżycowej Jaskini i innych podziemnych światów? Otóż ma – bo wydaje nam się, że owo dziwne wydarzenie odsłoniło zupełnie nowy widok na Jurę Krakowsko-Wieluńską. Zauważ Czytelniku, że rejestraty sejsmiczne z Ojcowa odnotowały dwa wstrząsy podziemne, podczas kiedy wszyscy świadkowie mówią o jednym impakcie. Otóż wydawało się to nie do pogodzenia, na szczęście zarysowała się pewna możliwość rozwiązania tej rozbieżności w faktach – i   wszyscy mają rację! Dlaczego? Świadkowie widzieli jedną eksplozję na Skałce 502, natomiast uczeni przy pomocy sejsmografów zarejestrowali tę eksplozję o godzinie 18:58.54, a w parę chwil później o godzinie 19:00.17 sejsmografy zarejestrowały falę uderzeniową eksplozji, która powróciła odbita od jakiegoś obiektu znajdującego się pod Jerzmanowicami! Interwał czasowy pomiędzy tymi dwoma wstrząsami wynosi 83 sekundy, tzn. to nieznane coś musiało znajdować się na głębokości 41,5 sekundy biegu fal sejsmicznych od epicentrum. Fale sejsmiczne rozchodzą się z prędkościami od 3,3 do 4,5 km/s, a zatem można łatwo wyliczyć, że domniemany obiekt, od którego odbiły się fale sejsmiczne jerzmanowickiej eksplozji znajduje się na głębokości 136,95 – 186,75 km pod powierzchnią gruntu. Z teorii wynika, że jest to o wiele więcej, niż wynosi grubość płyty litosferycznej – przeciętnie 100 km na obszarze kontynentalnym, a zatem zjawisko powrotu fali sejsmicznej mogło być spowodowane czymś innym, albo mamy do czynienia z wydarzeniem, którego natury jeszcze nie znamy.

Uczeni brytyjscy podejrzewali już w latach 60., że pod ziemią, w astenosferze znajdować się mogą jakieś puste przestrzenie wypełnione nie lawą, ale gazami pod ciśnieniem. Hipoteza ta została przedstawiona w opowiadaniu Arthura C. Clarke’a pt. „Ognie do wewnątrz”, (W wydaniu polskim zamieszczone w almanachu s-f  „Kroki w nieznane”, t.5, Warszawa 1974) w którym autor zakłada nawet istnienie tam rozumnej Cywilizacji Naukowo-Technicznej! Brzmi to fantastycznie, ale co my właściwie wiemy o wnętrzu naszej planety? Osobiście sądzę, że sprawa eksplozji jerzmanowickiej wygląda jeszcze inaczej, i że ta hipotetyczna pustka leży na głębokości do 10 km pod powierzchnią ziemi. Być może da się do niej dojść z terenu Jury – tutaj speleologia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Być może jest to jakiś twór powulkaniczny – nie zapominajmy bowiem o tym, że 200-220 MA temu był to teren silnego wulkanizmu, po którym pozostały skały wylewne w południowych partiach Jury Krakowsko-Wieluńskiej, a na miejscu dzisiejszych Krzeszowic znajdowała się kaldera wulkaniczna o średnicy 25 km.

W sierpniowym numerze brytyjskiego czasopisma „UFO Magazine” z roku 2003 znajduje się interesująca notatka, którą przytaczam w całości:

 DZIWNE RADIOSYGNAŁY WYCHWYCONE SPOD ZIEMI W ARGENTYNIE

Dwóch naukowców pracujących dla Fundacion Instituto Biof’sico – FICI w Argentynie, oświadczyło, że wykryli  nienaturalne poziomy radioaktywności, mikrofale, poziomy elektryczności i wibracje pochodzące z wnętrza Ziemi. Omar Hesse i Jorge Millstein prowadzili pomiary w górach w okolicach Cachi w Argentynie, w czerwcu bieżącego roku. Doszli do wniosku, że sygnały te – bo uznali je za sygnały – nie są naturalnego pochodzenia, a raczej pochodzą od jakiejś maszynerii pracującej bardzo głęboko pod ziemią.
Wibracje i drgania jasno wskazują na to, że wiele kilometrów pod powierzchnią gruntu są wytwarzane fale elektryczne, co oznacza istnienie tam źródła prądu elektrycznego – a to oznacza tam pracę jakichś maszyn – twierdzi Hesse.
Teren nie został wybrany przypadkowo, ot tak sobie. Wybór został oparty na podstawie czterech filmów nakręconych tam przez miejscowego górala Antonio Zuletę w 2002 roku. Wszystkie ukazują dziwne, szybko poruszające się światła, które wydają się wpadać w grunt w tym samym miejscu, w ten sam punkt.
Musimy powrócić w to miejsce ze sprzętem o większej czułości i precyzji – powiedział Millstein. – Jest to jedno z najbardziej gorących miejsc na planecie pod względem aktywności Pozaziemian. To jest pas gór rozciągający się od La Poma do Cayafate.
Dwaj badacze wierzą, że te sygnały nie są z tego świata.
Dla nas taka możliwość, że Obce statki penetrują Ziemię nie jest niczym nowym, tu w Andach. Zostało to pokazane na wielu naskalnych rysunkach i płaskorzeźbach.

A u nas?

W naszych stronach jeszcze nikt nie robił podobnych pomiarów, a przecież takie badania mogłyby przynieść ciekawe rezultaty w polskich i słowackich Tatrach, jak to miało miejsce w przypadku znalezienia zagadkowego obiektu w rejonie wsi Vikartovce, gdzie wylew małej rzeczki spowodował powstanie trzymetrowej głębokości wądołu, na dnie którego leżał zagadkowy obiekt, który wymykał się jakiejkolwiek klasyfikacji rzeczy stworzonych przez siły Natury.

Wioska Vikartovce w Niskich Tatrach o populacji 1.600 osób leży na przecięciu współrzędnych geograficznych: 48056’N – 020010’E, w uroczej dolince z widokiem na masyw Král’ovej hole i Kozí chrbát, który od północy przesłania widok na Wysokie Tatry. Znalezisko znajduje się w odległości 2 km na zachód, w kierunku na źródła Hornádu. Odkryli to pracownicy budujący sztuczny obiekt hydrotechniczny – w najgłębszym jego miejscu znaleziono wystający ze skalnej ściany regularny elipsoidalny przedmiot. Jego wierzchnia warstwa wyraźnie odcinała się od otaczającej go skały. Także jego gęstość i spoistość była dokładnie różna od warstw skalnych, w których leżał. Przypominał wyglądem jakiś pancerz poddany działaniu wysokiej temperatury.

Po odkrywcach pojawiła się ekipa poszukiwawcza z Koszyc, wyposażona w łopaty, koparkę, mini-lab i licznik G-M pod kierownictwem dr Martina Schustera. Pobrała próbki z pancerza obiektu, jego wnętrza oraz dookolnej skały. Przy pomocy koparki odkopano część obiektu, ale trzeba było zaprzestać, ze względu na groźbę osunięcia się tysięcy ton ziemi i skał. Pod obiekt też nie udało się im dostać ze względu na rwący strumień. Niewiele więcej dokazała bratysławska grupa dr L’udomíra Valenčíka, która wprawdzie dokopała się do spodniej części obiektu, ale spowodowało to osunięcie się zbocza:

Zagadka na miejscu okazała się jeszcze bardziej tajemnicza – twierdzi dr Valenčík – złożone uwarstwienie, ślady działania wysokich temperatur, anomalie geofizyczne. Udało się nam częściowo odkopać główny obiekt. Jego rozmiary są imponujące. Zdołaliśmy zbadać przeszło 10-metrowy, wielowarstwowy twór przypominający tarczę olbrzyma cyklopa.

Na miejscu stwierdziliśmy – twierdzi dr Schuster – że woda wymyła erozyjny wąwóz głęboki na 0,5-3 m, szeroki na 3-5 m, na dnie którego znajduje się ów dziwny obiekt, mocno uwięźnięty w piaskowcowym podłożu. Woda prawdopodobnie zniszczyła końcową część tego dziwnego ciała; przy końcu znaleźliśmy tylko żelaziste minerały, być może naturalnego pochodzenia, choć wyglądały, jak bardzo stara żelazna konstrukcja. Obiekt ten był kiedyś pusty w środku, bowiem wypełniała go ziemia dokładnie taka sama, jak grunt dookoła. „Pancerz” obiektu miał grubość 2 cm, ze strony zewnętrznej był idealnie gładki, czarny, z widocznymi śladami uwarstwienia. Miejscami widoczne są otwory, które przypominają małe kratery wulkaniczne, spowodowane wpływem wysokiej temperatury z zewnątrz. Ze spodniej strony „pancerz” był perforowany i silnie zrośnięty ze skałą macierzystą. Zmierzona część – 2,6 m pod powierzchnią – była szeroka na 3 m, a wysoka na 1 m. 
(Zob. M. Schuster – „Zahádný objekt v zemi pod Tatrami” w „Fantastická Fakta” nr 9/2000, s. 10)

Analizy chemiczne materiału z wnętrza obiektu wykazały stosunkowo duże stężenia soli metali ciężkich w porównaniu do próbek z zewnętrznego gruntu i skał. Dotyczy to zwłaszcza zawartości takich pierwiastków, jak: żelaza - Fe, manganu - Mn, ołowiu - Pb, kobaltu - Co, niklu - Ni, chromu - Cr i tytanu - Ti. Ilość odkrytych pierwiastków zawiera się w granicach 1-5%.

Interesującym jest fakt, że w przypadku Vikartowskiego Znaleziska istnieje korelacja pozytywna pomiędzy nimi, a obecnością radioaktywnych minerałów. Odtajnione niedawno materiały wskazują na to, że prowadzono geologiczne badania okolic Koziego chrbata, które doprowadziły do odkrycia w odległości kilkuset metrów od znaleziska dość bogatych pokładów rud ołowiu i uranu z okresu permskiego (czyli 220-270 mln lat temu), które były nietypowo związane z pokładami węgla. I tu rzecz ciekawa, bowiem licznik G-M koszyckiej wyprawy nie wykazywał żadnych śladów podwyższonej radioaktywności.

W żadnym wypadku nasze analizy nie mówią o obecności uranu – twierdzi dr Schuster. – Znaleziono tutaj 40 innych pierwiastków – których zawartość w próbkach wynosiła 0,001% - ale uranu nie było nigdzie. I to w miejscu, gdzie zamierzano go eksploatować! Nie zapominajmy, że jest to kraina, gdzie diabeł powiedział dobranoc, koty po stołach chodzą, psy szczekają, a krowy mgła dusi...

Czym jest ten obiekt – i dwa inne mu towarzyszące, czym jest niebieska „skórka od chleba” i białe kulki znalezione w pobliżu tego artefaktu – jak dotąd nie wiadomo, nie wspomniawszy o zagadkowej, podobnej do plasteliny, ciemnozielonej substancji – czyżby zasuszone Małe Zielone Ludziki? Jeżeli to była osłona termiczna, obiekt, którego chroniła znajduje się poniżej – w piaskowcowej skale i jest zalany wodami podskórnymi.

A może meteoryt? Może jęzor lawy tworzący intruzję w postaci dajki czy sillu? Ale czym wytłumaczyć powstanie pustki skalnej? Może jest to ogromna geoda? Ale w takim razie dlaczego nie ma w niej wykształconych kryształów kwarcu? Kosmiczny artefakt?

Nie zapominajmy także, iż to właśnie w tym rejonie znajduje się pierwsza lokalizacja Księżycowej Jaskini. Wydaje się jednak, że na rozwiązanie tej zagadki przyjdzie nam długo poczekać.