poniedziałek, 9 stycznia 2012

TAJEMNICA KSIĘŻYCOWEJ JASKINI (2)

 Stok góry i wejście do Księżycowego Szybu - rysunek z pamiętnika dr Horaka

 Widok na góry otaczające miejsce, gdzie znajdował się Księżycowy Szyb
 Wygląd stoku z wejściem do jaskini
Schemat korytarzy Księżycowej Jaskini

ROZDZIAŁ 1 – Zapiski kapitana Horáka

Relacja Jacquesa Bergiera – Niezwykłe opowiadanie powstańczego kapitana – Dr Horák znajduje dziwną jaskinię – Kronika niezwykłych wydarzeń dzień po dniu – Ślady Atlantydy na Słowacji?

Niniejszym chcieliśmy przedstawić Czytelnikowi stan naszej wiedzy na temat jednej z najciekawszych zagadek naszej planety i historii istniejących na niej cywilizacji. Jedną z nich jest Studnia o Ścianach z Metalu, odkryta przez słowackiego bojownika w czasie Słowackiego Narodowego Powstania pod koniec 1944 roku. Na zakończenie przedstawiamy wnioski, które nasuwają się po lekturze tego materiału.
Przedstawiamy Czytelnikowi chronologicznie materiały, które sami opracowaliśmy oraz które otrzymaliśmy od naszych przyjaciół ze Słowacji, Polski, Republiki Czeskiej i Stanów Zjednoczonych, a za które bardzo im dziękujemy. A oto pierwszy z nich – artykuł Miloša Jesenský’ego zamieszczony w „Wizjach Peryferyjnych” nr 2,1996.
 Słowacy i Czesi nazywają ją POLMESIAČNA JASKYNA, albo po prostu jak w tytule - MESIAČNA JASKYNA – co po polsku znaczy Półksiężycowa lub Księżycowa Jaskinia. W literaturze światowej pisze się najczęściej o niej – Jaskinia o Metalowych Ścianach, bądź po prostu – Księżycowa Studnia - Moonshaft, co jest o tyle nieprecyzyjne, że chodzi tu raczej o szyb, strome wyro­bisko, a nie formację naturalną, jaką jest jaskinia czy grota jako taka. Według wszystkich badaczy i entuzjastów hipotez o istnieniu zamierzchłych cywilizacji czy Cywilizacji Poza­ziemskich – Księżycowa Jaskinia stanowi ślad i dowód na to, że jakieś 20.000 lat temu na terenach dzisiejszej Europy Środkowej istniała cywilizacja Ery Hyboryjskiej, tak dokładnie i plastycznie opisanej przez Roberta E. Howarda, albo nastąpiło lądowanie przedstawi­cieli Innej Cywilizacji – ziemskiej (np. Szamballi, Agarty, podziemnej K'n-yan lub z legen­darnej wyspy Atlantydy), bądź pozaziemskiej. W Polsce temat związany z owymi osobliwościami, chociaż na całym świecie podobnych szybów istnieje wiele, jest raczej nieznany. Zaintere­sowanych odsyłamy do „Księgi tajemnic 2" Thomasa de Jeana, wydanej w Łodzi, w 1992 r., gdzie tekst o Księżycowej Jaskini znajduje się na stronach 79-88. Kompe­tentni tatrzańscy przewodnicy oraz wielu łowców osobliwości, traktują Księżycową Jaskinię jedynie jako legendę bez pokrycia w faktach. Rzecz w tym, że do chwili obecnej nikomu nie udało się odszukać miejsca, o którym w swoim dzienniku pisze Antonin T. Horák, a jest to jedyne źródło opisujące Księżycową Jaskinię. W latach 1992-95 sprawą tą zajął się słowacki badacz, lekarz i ufolog, dr Miloš Jesenský, który udostępnił nam wyniki swoich poszukiwań i tak oto mamy okazję zaprezentować rezultaty jego pracy.
Swego czasu Ronald D. Calais oznajmił światu o odkryciu w końcu lat 60. w kamieniołomach Mc Dermott (Ohio, USA), na głębokości około 15 metrów prehistorycznego szybu o okrągłym przekroju. Nikt nie zwrócił nań wcześniej uwagi, a robotnicy pracujący w kamieniołomach zasypali go odpadkami produkcyj­nymi, drobnymi kamieniami i żwirem.
Wydarzenia, o których piszę dalej, zostały przedstawione w pamiętniku, przez dziś już nieżyjącego kpt. dr Antonina T. Horáka, skąd cały tekst przytoczono niemal dosłownie w biuletynie Natio­nal Speological Society – „NSS News” nr 3/1965, skąd został prze­drukowany w pracy Jacquesa Bergiera i grupy INFO, „Le livre de l'inexplicable", Paryż, 1972. Autor pamiętnika – były oficer po­wstańczej armii sformowanej w czasie Słowackiego Narodowego Powstania, a potem językoznawca – próbuje w nim zachęcić spe­leologów, by znaleźli to, co Jacques Bergier nazwał „najdziwniejszą zagadką naszej planety" – stary szyb prehistorycz­nej kopalni, który odkrył w jednej z jaskiń na Słowacji. A oto, jak opisał to wszystko w dzienniku Antonin T. Horak, autor relacji, która spowodowała całe zamieszanie wokół Księżycowej Jaskini. (Bergier, J. Et al.: Le livre de l´inexplicable, Albin Michel, Paris 1972, čes. ed. Ivo Železný, Praha 1995, s. 38 – 49. Wytłuszczoną kursywą zaznaczono te partie tekstu, które zostały opuszczone w przekładzie francuskim.)

23 października 1944 r.

Wczoraj wczesnym rankiem zostaliśmy znale­zieni przez Slavka i ukryci w tej jaskini. Dzisiaj o zmroku, powrócił do nas ze swoją córką Hanką i przyniósł jedzenie i lekar­stwa. Od piątku niczego nie mieliśmy w u­stach, a przedtem, w czasie ostatnich dwóch potyczek jedliśmy tylko kukurydziany chleb, a i tego było mało.
W sobotę po południu, resztki naszego ba­talionu (184 żołnierzy i oficerów, z których ¼ była ranna, a 16 ludzi było przenoszonych na noszach), kuśtykały po śniegu na północ­nym stoku. Moja kompania była w ariergardzie. W niedzielę o świcie zaatakowano nas z odległości 300 metrów, dwa 70-milimetrowe działa. Trzymaliśmy się przez 12 godzin, po­tem odparliśmy atak, ale lewe skrzydło nie wytrzymało, co kosztowało nas kilka ran. W czasie potyczki z nieprzyjacielem odniosłem rany bagnetem i kulą w lewą dłoń, a na doda­tek zostałem jeszcze raniony w głowę, co wy­darzyło się w następnym starciu. Z braku hełmu oberwałem solidnie po głowie – stąd dokuczliwa rana.
Odzyskałem przytomność, kiedy ktoś wycią­gnął mnie z okopu. Był to wysoki chłop. Na­cierał mi ręce i głowę śniegiem i uśmiechał się. Potem ten dobry Samarytanin zabrał się za Jurka. Zdjął mu spodnie, wyciągnął odła­mek z nogi i położył na śniegu. Martinowi zręcznie przewiązał głęboką ranę na brzuchu. Kiedy zrobił prowizoryczne nosze, przedsta­wił się nam jako pasterz (właściwie był ba­cą), Slavek, do którego należały okoliczne pastwiska. Do naszego schronienia dostaliśmy się przy jego pomocy po 4 godzinach.
(Slavek) odwalił kilka głazów i pokazał wąski otwór – wejście do przestrzennej ja­skini. Położył Martina w kącie, a potem go przeżegnał, przeżegnał także nas i jaski­nię, a potem z ukłonami żegnał się także przed tylną ścianą, gdzie widać było wejście do jej dalszej części.
Kiedy odchodził od nas, powtórzył ten sam rytuał i prosił mnie, bym nie szedł dalej w głąb jaskini. Poszedłem za nim kawałek mó­wiąc, że nazbieram czegoś do zjedzenia. Po­wiedział mi, że był w tej jaskini wraz z oj­cem i dziadkiem, że jest to rozległy labi­rynt pełen przepaści, którego nigdy nie mieli ochoty badać czy zwiedzać, że są tam trujące gazy i w ogóle „tam straszy". Powróciłem do jaskini około północy całkowicie wyczerpany. Ból głowy uśmierzałem śniegiem. Martin był nieprzytomny, a Jurek miał gorączkę. Zjedli­śmy skromną wieczerzę. Obłożyłem Martina na­grzanymi kamieniami, a Jurek objął pierwszą wartę.
To była paskudna noc. Martin wrócił do przytomności, podałem mu trzy aspiryny i nieco wody ze śliwowicą, dokładnie z dzie­sięcioma kroplami. Głodny Jurek kręcił się koło dwóch niemieckich hełmów, gdzie gotowa­ła się woda ze śniegu, do której dodałem po dziesięć kropli śliwowicy. Prawdopodobnie z powodu śniegu i zagrożenia lawinowego, a także licznych nieprzyjacielskich narciarskich patroli, które pałętały się w okolicy, Slavek nie przyjdzie do nas wcześniej niż za kilka dni. Z dwoma chorymi na kar­ku nie mogłem nawet marzyć o zapolowaniu na jakiegoś zwierza, nie mówiąc już o tym, że mógłbym zagubić się w nieznanym te­renie. Mamy wszak jaskinie, do której, jak mówił Slavek może być jeszcze inne wejście i nie wykluczone,  że nawet zimuje tu jakieś zwierzę. Rozważałem na głos takie możliwo­ści, a Jurek żuł jodłową korę i prosił mnie, bym jednak poszedł w głąb jaskini na polowa­nie.  Przyrzekł mi,  że nikomu o tym nie po­wie. Nie czu­łem głodu, ale interesowało mnie, co mogło przestraszyć tak pewnego siebie Slavka, że aż wzywał Boga. Zabrałem ze sobą broń i pochodnię. Po półtorej go­dziny idąc dość wygodnym i bezpiecznym korytarzem, dostałem się do długiego jakby przed­sionka  zakoń­czonego nie­wielkim otwo­rem.
Wlazłem do tego otworu i stłukłem sobie kolano. Było tam coś podobnego do wiel­kiego czarnego silosu wpusz­czonego w bia­łe podłoże, coś jakby czarna lawa w otulinie soli czy lodu. Wytrą­ciło mnie to z równowagi i poczułem jakiś dziwny strach, bo zdałem sobie sprawę, że to, na co patrzę jest dziełem ludzkich rąk... Szyb był zakrzywiony, jakby odcisnął się w nim walec o promieniu 25 metrów. W miejscu, gdzie walec stykał się ze ścianą wytworzyły się białe stalaktyty i stalagmi­ty. Ściana była niebiesko-czarna, z materia­łu, który stanowił połączenie stali, szkła czy porcelany i kauczuku. Spróbowałem tej substancji nożem – nawet nie zarysowałem jej. Pomyślałem, że jestem w dzikiej kra­inie, gdzie nie było nic, co wytworzyłaby cywilizacja i znajduje się w niej artefakt wysoki jak wieża, niczym baszta zamku wpusz­czona w ziemię i pokryta naciekami... – mróz po kościach przeszedł mnie od tego wszyst­kiego.
W ścianie znajdowała się wąska i długa szczelina, na dole szeroka na jakieś 20-25 cm u samej góry ledwie 2-5 cm przez którą z biedą byłby w stanie przecisnąć się czło­wiek. Wnętrze jej jest zupełnie czarne i po­kryte ostrymi szczerbami, wielkimi jak pięść. Dno szczeliny ma kształt płytkiego koryta w ŻÓŁTYM PIASKOWCU i jest nachylone pod kątem około 60°. Wsunąłem tam zapaloną pochodnię, zasyczała jak węgle wrzucone do wody i zgasła.
Chciałem zbadać rzecz na miej­scu i stwierdziłem, że mogę prze­cisnąć się przez szczelinę. Naj­pierw przepchnąłem tam głowę i prawą rękę. Ręka ze świeczką (którą miałem) też przeszła, ale musiałem działać szybko, bo było mało stearyny. Chwilowo dałem więc za wygraną – na razie, bo zagadka bardzo mnie zafascynowa­ła. Zdecydowałem, że jeszcze tu wrócę.
Do naszej jaskini powróciłem około czwartej po południu. Jurek umył Martina i położył go między ciepłymi kamieniami. Dałem mu trzy aspiryny i ciepłej wody ze śliwo­wicą. Wyjaśniłem Jurkowi, że do polowania będzie mi potrzebny po­wróz, tyczka i pochodnia. Na szczęście przyszli Slavkowie z zapasami.
Potem poszedłem z nimi, by na­zbierać sucharów na pochodnie. Półmartwy ze zmęczenia powróciłem do jaskini około drugiej nad ra­nem – ale wreszcie się najedliśmy, Jurek aż za bardzo – więc jako drugi objąłem wartę.

24 października 1944 r.

Noc przebiegła spokojnie. Martin wypił ziołowy wywar z miodem przeciw gorączce. Mam nadzieje, że się z tego wygrzebie. Jurek nie ma już tak opuchłych pleców, ale moja głowa jeszcze nie jest w porządku. Pociąłem nasze pasy i rzemienie dzięki czemu zdobyłem ja­kieś 8 metrów mocnej liny. O godzinie 10 by­łem znów przy ścianie, gdzie przeciągnąłem pręt z uwiązaną linką, po której przelazłem na drugą stronę szczeliny ciemnego szybu. Tym razem miałem karbidówkę, którą przerzu­ciłem tam najpierw. Nie widziałem niczego, ale słyszałem coś, jakby dźwięk przepływa­jącej wody. Bałem się, że za szczeliną jest przepaść i że wpadnę tam głową w dół. Nie było w szczelinie żadnych luźnych kamieni, więc odłamałem kilka stalagmitów i rzuciłem je w ciemność. Słyszałem jak turlały się po spągu i zatrzymywały z trzaskiem, co upewni­ło mnie w tym, że jest tam jakieś dno. Potem rzuciłem zapalone łuczywo i wreszcie podąży­łem za nim. Wyleciałem ze szczeliny po dru­giej stronie, poturlałem się i zatrzymałem na ścianie, która była tak samo gładka, jak ta od strony jaskini. Lampa jeszcze się koło mnie paliła i słyszałem jakieś dziwne dźwię­ki. Kiedy zapaliłem pochodnie zauważyłem, że znajduję się w szybie o zakrzywionych czar­nych ścianach, które tworzyły niemal pionowy komin o przekroju sierpowatym. Nie jestem w stanie opisać tej ciemności ani zwielokrotnionego odgłosu mojego oddechu czy każdego ruchu. Dno szybu było wyłożone (a może wykute) solidnym wapieniem.
Całe światło, którym dysponowałem, nie było w stanie dokładnie oświetlić stropu, gdzie ściany się kończyły lub stykały. Pozioma odległość pomiędzy ścianami szybu wynosiła około 8 m, a pomiędzy „szpicami" sierpa aż 25 m. Do dalszych badań potrzebo­wałem więcej pochodni i dłuższych tyk, które jednak by się nie zmieściły w wejściowej szczelinie.
Wracałem umorusany, ale pełen nadziei, że uda mi się do końca zbadać tą niezwykłą strukturę, która była chyba jedyna na świe­cie. Tym razem udało mi się sforsować szcze­linę bez problemów. Wylazłem z szybu, zapa­liłem i poszedłem z powrotem do mych towa­rzyszy niedoli. W drodze powrotnej chciałem złapać jakiegoś nietoperza, ale nadaremnie. Jurek gotował ziemniaki i wybaczył mi niepo­wodzenie w polowaniu, potem namaścił moje rany na plecach i pozszywał koszulę. Martin zjadł kawałek chleba i popił wywarem z ziół doprawionym miodem. Po 18. wybrałem się po zapas drewna na ognisko i pochodnie i powró­ciłem około 22. Jurek pilnował cały czas ja­skini.

25 października 1944 r.

Noc upłynęła spokojnie. Martin ma się nie­źle. Jestem zadowolony także z tego, że rany Jurka już się goją i chciałby pójść ze mną. Lepiej byłoby jednak, aby nie wiedział nic o tajemnicy jaskini...
Tak jak poprzednio wślizgnąłem się w szczelinę uprzednio zdjąwszy ubranie, ale tym razem nogami do przodu. Mimo tego, że przywiązałem pochodnie do dwóch tyczek, nie byłem w stanie ujrzeć stropu szybu. Strzeli­łem dwukrotnie wzdłuż ściany do góry. Zahu­czało jak uderzenie pioruna, a właściwie przypominało to huk przejeżdżającego ekspre­su i to wszystko. Wystrzeliłem więc jeszcze raz w każdą ścianę po jednej kuli. Z miejsc trafień wyskoczyły niebiesko-zielone iskry na wysokości około 15 metrów nade mną, a łomot był taki, że musiałem zatkać uszy... Gdy uderzyłem w ścianę dziobem czekana, wywołałem kolejne fale dudnienia.
Następnie sondowałem zalegający na dnie szybu regolit, a potem zacząłem kopać w rogach „półksiężyca” tam, gdzie skała wapienna była najsłabsza. W prawym rogu był suchy ił, w lewym rogu pod półmetrową warstwą iłu znalazłem kości jakiegoś wielkiego zwierzęcia. Kopiąc dalej, po przekopaniu 150 cm natrafiłem na tylnej ścianie na gładkie żłobkowanie, jakby poziome sfalowania, które wydawały się być cieplejsze od reszty skały, a zbadałem te rysy jeszcze płatkami uszu i wiem, że się nie mylę. Pod warstwą iłu dno było zupełnie twarde.
Kiedy dopaliły mi się pochodnie, poczułem na sobie zimny pot. Opuściłem półksiężycowy szyb, ubrałem się i poszedłem na miejsce, gdzie znajdowały się nietoperze. Upolowałem ich siedem. Jurek zrobił potem z nich potrawkę z chleba, ziół i tych nietoperzy. Slavek i Olga, jego druga córka, przyszli o zmroku i przynieśli słomę, siano, owcze skóry i lecznicze zioła: tarninę, rozchodnik i ziarna kosaćca, które są doskonałą namiastką kawy. Tymczasem ja poszukałem sosnowych pochodni i dwóch długich tyczek i wróciłem z powrotem około północy. Martinowi podałem wodę i pozostałe aspiryny. Jurek znów strzegł nas przez całą noc.

26 października 1944 r.

Noc przeszła spokojnie. Wróciłem do szybu by kontynuować badania. I znów, mimo użycia przeze mnie najdłuższej tyczki i pochodni nie udało mi się oświetlić stropu. Strzeliłem nad oświetloną część – kule wydobyły ze ściany wielkie niebiesko-zielone iskry i dudnienie, ale nie odłupał się ani okruszek dziwnej wykładziny ściany. Jednakże pociski zrobiły w ścianie rysy na pół palca długie, z których wydobywał się ostry zapach. Ponownie zacząłem kopać w lewym rogu i stwierdziłem, że okładzina metalowa ciągnie się w głąb, czego nie było w prawym rogu.
Wydobyłem się z szybu i obejrzałem sobie zewnętrzną ścianę i jej otoczenie. W stalaktycie było kilka cętek podobnych do szkła. Gdy je skrobałem, otrzymałem bardzo drobny proszek, którego nie można było zebrać bez kleju. Postanowiłem otrzymać klej z pazurków nietoperzy. Chciałem zdobyć chociażby niewielką próbkę tego materiału, z którego były wykonane nad wyraz gładkie ściany półksiężycowego szybu. Mimo tego, że strzelałem zawsze w to samo miejsce, gdzie odbijały się kolejne kule, w efekcie nie uzyskałem niczego, poza ostrym zapachem i wibrującym dźwiękiem rykoszetujących pocisków.
W drodze powrotnej złapałem kilka nietoperzy i znowu mieliśmy je w „potrawce”... Powiedziałem Jurkowi, żeby odciął im nóżki. Wieczorem – jak zwykle – przyszedł Slavek z córką i przynieśli ze sobą ćwiartkę jelenia, pół kilo soli i torebkę karbidu. Jurek ponownie przez całą noc trzymał wartę.

27 października 1944 r.

Martin umarł we śnie. Jurek, który zna jego rodzinę, wziął na siebie przekazanie jego dobytku – portfela z 643 koronami, zegarka z grawerką i aktu zgonu, który mu wystawiłem. Teraz możemy już odejść i dołączyć do naszego batalionu, który znajdował się na wschód od Koszyc. Jurek może przejść o kuli jakieś 10 km dziennie, ale musimy poruszać się ostrożnie. Jutro ruszamy.
O 10. byłem w jaskini i poszukiwałem możliwości dostania się do niej od tyłu bądź z góry. Na lód i trujące gazy nie natknąłem się, i chyba ich tam nie było mimo zapewnień Slavka. Potem wlazłem do szybu, dalej kopałem i myślałem nad tym problemem. Powróciłem do groty około 16. Kazałem Jurkowi zapakować nasze rzeczy, wyczyścić broń, przygotować jedzenie na 7 dni i zwrócić Slavkowi wszystko, co nam pożyczył. Slavek przyszedł z obiema córkami, jak tylko dowiedział się, że Martin zmarł. Przenieśliśmy go do okopu i tam pochowaliśmy zawiniętego w koce. Slavek obiecał, że na wiosnę ustawi tam porządny krzyż, na co dałem mu 150 koron. Donosił mi o ruchach nieprzyjaciela w kierunku wschodnim, jak mógł najlepiej. Jurek i ja wróciliśmy do jaskini około północy, a on znów wziął obie warty, bowiem może się wyspać jutro w dzień.

28 października 1944 r.

Spokojna noc i tym razem dobre śniadanie. Wyryłem swe imię i nazwisko, itd. na pasku, a wszystko to wpakowałem w złotą kopertę mojego zegarka, po czym włożyłem do butelki, którą zatkałem mieszaniną gliny i węgla drzewnego. Ten dowód mojej bytności włożyłem do „szybu księżycowego” na resztki spalonych pochodni. Wygląda na to, że pozostanie tam na długo, aż do czasu, kiedy nacieki wapienne przykryją całkowicie wejście do szybu. Slavek nie ma syna, któremu mógłby przekazać tajemnicę szybu, jego córki jej nie znają, zresztą zazwyczaj dziewczyny wydawały się za mąż w innych wsiach. Jeżeli nie wrócę do tej jaskini, za kilka dziesięcioleci zniknie ona z ludzkiej pamięci.
Siedziałem przy ogniu i zastanawiałem się, czemu miała służyć ta struktura ze ścianami grubymi na dwa metry i tak dziwnym kształtem, ale nic nie wymyśliłem. Jak głęboko była wbita w skałę? Czy jest tam coś innego oprócz tego szybu? Czy był to wytwór ludzkich rąk? Ile jest prawdy w legendach Platona o dawno znikłych cywilizacjach dysponujących magiczną techniką, jakiej sobie nawet nie możemy wyobrazić?...
Jestem człowiekiem ostrożnym w osądach, z wykształceniem uniwersyteckim, ale muszę przyznać, że tam pomiędzy tymi wysokimi, idealnie pochylonymi, wręcz z matematyczną dokładnością zakrzywionymi ścianami, czarnymi i gładkimi jak atłas, odczułem tchnienie jakiejś nieznanej potęgi. Teraz zrozumiałem dokładnie zachowanie Slavka i jego przodków, którzy swymi praktycznymi i prostymi rozumami widzieli w tym jakieś czary... Slavek ukrywał fakt istnienia Księżycowej Jaskini prawdopodobnie z obawy przed najazdem hord turystów i wszystkim, co taki najazd niesie. Czyżby przerażała go komercjalizacja jego prostego życia na łonie przyrody? Kiedy znowu tutaj powrócę, będzie to z ekipą związanych przysięgą milczenia ekspertów: geologów, metalurgów, speleologów, i nawet jeżeli obiekt ten ma znaczenie dla rozwoju nauki i naszej cywilizacji, to trzeba będzie uszanować poglądy Slavka.
W drodze powrotnej zamaskowałem otwory wiodące do jaskini. Być może ma ona jakieś wejścia, których Slavek nie zna, a przez które może wejść tam jakiś poszukiwacz „skarbów” czy speleolog. Wróciłem o 3. po południu. Około 5. przyszli Slavkowie przynosząc kilka jajek na twardo. Jurek poprosił Slavka o rozmowę w cztery oczy. Potem i tak Hanka powiedziała o co chodzi, a mianowicie o to, że chce go pojąć za męża. Śmiała się i płakała, Jurek dał jej swoje zdjęcie i złoty zegarek, który mu jego ojciec przywiózł z Ameryki. Jurek jest zamożnym stolarzem w Bratysławie. Jestem zaproszony na wesele i mam nadzieję, że tam dojadę. Aby przekonać ich, że myślę o tym poważnie, dałem Hance list do mojego przyjaciela jubilera i powiedziałem jej, żeby dał jej druzę czeskich granatów jako prezent ślubny. Slavek przyniósł ich rodzinną Biblię, a ja w niej dokonałem odpowiednie zapisy.  
Żegnając się po słowacku uścisnęliśmy sobie mocno ręce, zabraliśmy broń i nasze rzeczy i poszliśmy. Kiedy weszliśmy do lasu, obejrzeliśmy się i ujrzeliśmy Slavka maskującego wejście do jaskini. Jego córki zamazywały nasze ślady. Śnieg skrzył się w jasnym świetle wschodzącego Księżyca.

30 października 1944 r.

Poruszaliśmy się powoli, bo było ciemno na leśnych ścieżkach. Przez kilka dni obozowaliśmy w lasach sosnowych i słuchaliśmy huku dział. Widzieliśmy grupę powstańców, którzy walczyli ze strzelcami górskimi i niebieskimi policjantami faszystowskimi. Faszyści się wycofali, a my dołączyliśmy do powstańców i byliśmy ich gośćmi przez cały dzień. Była to mieszana grupa z Hechaluts-u, ŻOB i DROR-u z województwa rzeszowskiego w sąsiedniej Polsce, którzy pomagali naszym powstańcom i nie mogli powrócić – ze względu na głębokie śniegi – do swego obszaru operacyjnego pomiędzy Krakowem a Przemyślem. Ich lekarzem była Rachela W. – wdowa po zamordowanym żydowskim lekarzu. Opowiedziała nam o walkach grupy Jesia [Jasia] Frymana Bandy z hitlerowcami i dwukrotnie nakarmiła nas ciepłą strawą. Kiedy ci żydowscy bojownicy udali się na północ, my musieliśmy pójść na południe w kierunku Koszyc, gdzie doszliśmy szóstego dnia. W Koszycach otrzymaliśmy rozkaz udania się do naszego oddziału, który czekał na ofensywę Armii Czerwonej, by do niej dołączyć do końca wojny.   
W ostatnich dniach wojny jadąc do Czech odwiedziłem to miejsce ponownie. Slavkowie mieszkali tymczasowo w Ždiarze. Odwiedziłem grób Martina i poszedłem obejrzeć wejście do jaskini. Zęby zwierzęcia, które tam znalazłem, oddałem konserwatorowi w wydziale muzeum paleontologicznego w Użgorodzie [Ukraina]. Konserwator określił je jako zęby dorosłego niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spealeus). I znów wynikły z tego pytania: wejście jest bardzo ciasne – jak ten niedźwiedź się tam dostał? Wszak blok wapienia i stalaktyty były nienaruszone i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek je uszkodziło. Widocznie miś spadł do szybu wtedy, kiedy miał on jeszcze połączenie z powierzchnią?...
W korespondencji omawiającej plany wydania tego dziennika, dr George W. Moore skłaniał się ku teorii, że „księżycowy szyb” mógł powstać wskutek rozpuszczenia warstwy wapieni leżących pomiędzy równoległymi warstwami rogowca. Jestem sceptycznie nastawiony do tego, bowiem cała wewnętrzna powierzchnia „księżycowego szybu” ma charakter homogeniczny, jednorodny. Hipoteza ta  nie wyjaśnia dziwnego, równoległego żłobkowania na powierzchni ściany w lewym rogu.
W czasie ostatnich odwiedzin tamtego terenu zbadałem całe zbocze góry nad jaskinią i nie znalazłem żadnego otworu, który mógłby być połączony z „półksiężycowym szybem”. Jednak w tak młodych górach, jakimi są Tatry, mogło je zatarasować jakieś obsunięcie skały, co tam się często zdarza.