czwartek, 12 stycznia 2012

TAJEMNICA KSIĘŻYCOWEJ JASKINI (5)

 W Zamku Tropsztyn
 Zamek Dunajec z Niedzicy
 Dziedziniec Zamku Dunajec
 Przed Zamkiem Czorsztyn
U dołu - Zamek Tropsztyn 

ROZDZIAŁ 4 – Poszukiwacze skarbów kontra hiszpańska
Securitate

Egzotyczna legenda albo prawda – Na scenę wstępuje Sebastian Berzeviczy – Świadectwo pastora Bucholtza – Kogo poszukiwała hiszpańska „Securitate”?

Pomysł połączenia obydwu tych legend przyszedł nam do głowy, kiedy w połowie lat 90. zbieraliśmy materiały do naszej pierwszej wspólnej książki o kosmicznych technologiach hitlerowskich Niemiec. Już wtedy nasunęła się nam jeszcze jedna hipoteza, a mianowicie, że Księżycowa Jaskinia mogłaby znajdować się w Pieninach, gdzie miejscowa tradycja spaja w jedno legendy o skarbach Inków z osobą szlachcica, obieżyświata i awanturnika Sebastiana Berzeviczy’ego. Kiedy dokładnie analizowaliśmy tę historię stwierdziliśmy, że w naszej książce powinno znaleźć się miejsce dla tego kondotiera, jego niezwykłych przygód w Nowym Świecie, egzotycznej i wielkiej miłości, zdradzie i śmierci, królewskich wysłannikach oraz – rzecz jasna – ogromnych skarbach ukrytych w jaskiniach. (Jesenský, M.: „Posledný Inkov odkaz I. – III.”, „Slovenské národné noviny”, vol. 12 (16), nr 12 (5.6.2001), s.9, nr 13 (19.6.2001), s.9, nr 14 (3.7.2001), s.9, Leśniakiewicz, R.: „Księżycowa jaskinia na Spiszu?”, „Świat UFO”, vol. 22, nr 1(67)(2002), ss. 89-99).

W roku 1946, w zamku Dunajec w Niedzicy, stojącym nad Dunajcem, polsko-słowacką rzeką graniczną, pojawił się niejaki Andrzej Benesz z testamentem, który jego ojciec otrzymał z krakowskiego kościoła pod wezwaniem Św. Krzyża. (Tygodnik Świat wychodzący jeszcze w pierwszej połowie lat 60’ opublikował dwuodcinkową relację o Beneszu i jego znalezisku (kipu) pod progiem zamku. O ile dobrze pamiętam, warkocz sznurków został zdeponowany w tym kościele (dlaczego do cholery w kościele, zamiast np. w UJ lub wawelskim muzeum, tego nie rozumiem), ale wkrótce zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Dokończenie story miało być w następnym numerze, ale już się nigdy nie ukazało. Trudno się dziwić, bo Benesz był na topie PZPR-u i jakąś szychą w Sejmie. Kipu mogło równie dobrze wylądować w sejfach Watykanu (na wszelki słuczaj, bo może jakiś klecha kiedyś to odcyfruje i KK obłowi się jak nigdy dotąd.) Dokument ten był spisany pod koniec XVIII wieku na zamku Dunajec przez samego Sebastiana Berzeviczy’ego i wysłanników, którzy przybyli na zamek aż z ... Peru! Benesz w towarzystwie miejscowego sołtysa, komendanta posterunku Milicji Obywatelskiej i oficera Wojsk Ochrony Pogranicza odwalił ostatni stopień schodów wiodących do zamku i tam znalazł metalową rurkę zawierającą dokument w postaci indiańskiego kipu (quipu). Składało się ono z trzech sznurów zapętlonych w mnogie węzły i zakończonych nietypowo blaszkami z łacińskimi napisami: „Titicaca”, „Vigo” i „Dunajec”... Indiańskie kipu miało być wskazówką do lokalizacji ogromnego indiańskiego skarbu, którego dziedzicem miał być wnuk Berzeviczy’ego – Antonio Berzeviczy vel Benesz alias Condorcanqui vulgo Tupac Amaru III. I na razie, nie ma eksperta, który rozwiązałby tą zagadkę szlachcica, który władał niedzickim zamkiem przez tyle lat...

Sebastian gnany chęcią zdobycia sławy i fortuny oraz przygód dostał się na dwóch hiszpańskiego króla, skąd wysłano go do Peru, gdzie służył wiernie hiszpańskiej koronie. Tam ożenił się z indiańską księżniczką, w której żyłach płynęła królewska krew Inków. Z tego małżeństwa urodziła się ich córka Umina, która wydała się za ostatniego pretendenta do tronu Inków – Jose Gabriela czyli Gabriela Condorcanqui vel Tupaca Amaru II, który w latach 1779-81 przewodził powstaniu przeciwko Hiszpanom. Po okrutnym zdławieniu rebelii i zamordowaniu przez nich Tupaca Amaru II, Sebastianowi udało się uciec z Umina i Antoniem do Starego Świata, ale mściwa ręka hiszpańskiej korony dosięgła uciekinierów w Wenecji. Ponowna ucieczka do Dunajca także nie była oderwaniem się od prześladowców – Uminę zamordowano w zamku, gdzie ponoć jej duch straszy do dziś dnia...

Berzeviczy pojął, ze jego wnuk nie jest tu bezpieczny i w tajemnicy wysłał go do morawskiego Krumlowa, gdzie przygotował mu fałszywą tożsamość w rodzinie Beneszów. Antonio – teraz już Antonin Benesz – przyjął nazwisko swych przybranych rodziców. Rodzina Beneszów spolonizowała się dzięki małżeństwom i pędziła biedne życie po północnej stronie Karpat.
(Zob.: Rowiński, A.: „Pod klątwą kapłanów”, Warszawa, 2000; Leśniakiewicz W. – „Skarb Inków – Szukajcie, ale czy znajdziecie?” w „Odkrywca” nr 6/2002 )

I tutaj się zaczyna nasze poszukiwanie odpowiedzi. Kto jak kto, ale Berzeviczy głupi nie był. Sebastian Berzeviczy, jeżeli miałby gdzieś ukrywać swe skarby, to tylko i wyłącznie w górach – a dokładniej w jaskiniach! Zamek Niedzicki czy Tropsztynski mogłyby być spenetrowane przez „hiszpańskich tajniaków” stosunkowo łatwo – czego zresztą dowiodło morderstwo Uminy. Ale szukać skarbów w jaskiniach Pienin czy Tatr – o! to już coś zupełnie innego. Wtedy te góry były jeszcze stosunkowo mało znane i były penetrowane tylko przez górali i poszukiwaczy skarbów zrzeszonych w Bractwie św. Wawrzyńca zwanego także Bractwem Siedmiu Gwiazd, którego centrale znajdowały się na ziemiach polskich w dwóch miastach: Krakowie – na Małym Rynku i Wrocławiu – na Rynku Solnym. Było to ponadnarodowe bractwo składające się z alchemików, obieżyświatów, obiboków, ex-żołnierzy, mieszczan i szlachetnie urodzonych – słowem ludzi wszystkich stanów i narodowości – w tym i Hiszpanów pozostających na usługach Inkwizycji i królewskich tajnych służb.

 Kto wie, czy rzeczone Bractwo nie jest odpowiedzialne za tajemniczą śmierć jednego z najdziwniejszych ludzi XIX wieku mieszkających w Polsce – Niemca po ojcu i Polaku po matce, poczytnego pisarza, lekarza, obieżyświata i awanturnika – dr Teodora Teudolta Tripplina. Jeżeli istnieje reinkarnacja, jego kolejnym wcieleniem był inny niespokojny duch polskiej literatury – tym razem już XX wiecznej – Antoni Ferdynand Ossendowski... Obydwaj mieli do czynienia ze skarbami, obydwaj zginęli w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach i obydwaj byli niezwykle popularni w kraju. Dr Tripplin udał się do Italii, potem do Hiszpanii, a po powrocie do kraju od razu pojawia się na Zameku Dunajec, zwiedza Spisz. I jest wścibski, nawet bardzo wścibski... Pan Rowiński dziwi się, że w całej dostępnej twórczości dr Tripplina nie ma ani słowa o Inkach. Tripplin dopiero poszukiwał faktów i dokumentów i jeżeli mamy rację, to został zamordowany w 1881 roku  przez kogoś, komu bardzo zależało na tym, by nie ujrzały światła dziennego! Dokumenty i notatki dr Tripplina zostały zniszczone, lub ukryte tak, by ich nikt szybko nie znalazł... Nie ma tutaj miejsce na klątwę Inków, a na zwykłą sprawę kryminalną, w której ciekawość świata i chęć docieczenia prawdy historycznej splotły się z żądzą zysku i zemsty. Zainteresowanych odsyłam do książek wrocławskiego historyka dr Jacka Kolbuszewskiego – „Skarby Króla Gregoriusa”, „Bractwo Siedmiu Gwiazd”, „Dziwne podróże – dziwni podróżnicy” i innych. Bractwo Siedmiu Gwiazd było idealną – mówiąc fachowo – przykrywką dla działalności hiszpańskiego wywiadu politycznego, co umożliwiło eliminację Uminy. Niedzicka kryjówka przestała być bezpieczna i należało ukryć Antonia Benesza - Berzeviczy - Condorcanqui - Tupaca Amaru III w inny sposób – poprzez adopcję i rozmycie tropu. Współczujemy jedynie historykom bez krzty wyobraźni, którzy domagali się dokumentów i relacji świadków...  Jeżeli Berzeviczy liczył na coś, to właśnie na taki rodzaj głupoty, który nakazuje formalizm w poszukiwaniach celu – celem w tym przypadku był Antonio. Służby specjalne kierują się w działaniu specyficzną logiką operacyjną, która bazuje na informacjach i przewidywaniu. Jej przeciwieństwem jest formalne i sztywne podejście do problemu – Hiszpanie popełnili ten błąd i Antonio przeżył... (Zob.: Kolbuszewski J. – „Dziwne podróże, dziwni podróżnicy”, Katowice 1972)

 Skarbu też nie odnaleziono, ale podejrzewam, że Umina miała jedynie ułamek procenta tego, co udało się Inkom wywieźć z Eldorado!... Jeżeli skarb istniał i znajdował się w Niedzicy na Zamku Dunajec, to mógł zostać wyekspediowany na miejsce zdeponowania w trzy lokalizacje:

Zamek Tropsztyn nad Jeziorem Czchowskim i dalej do Gdańska, skąd wyekspediowano je do Kanady czy na Islandię lub gdziekolwiek;
Księżycowa Jaskinia w Levočskich Vrhach lub Spišskiej Magurze, albo...
Tatry Bielskie ewentualnie Tatry Wysokie.

W pierwszym przypadku, skarby popłynęły Bóg jeden raczy wiedzieć, dokąd – mogły się znaleźć na Islandii, w północnej Kanadzie, jak i na dnie Atlantyku. Mogą też znajdować się pod Zamkiem Tropsztyn, ale to jest akurat najmniej pewne.

W drugim przypadku – najbardziej prawdopodobnym – Sebastian Berzeviczy i jego Indianie ukryli skarb w jakiejś nieznanej nam jaskini – być może właśnie w Księżycowej Jaskini, za czym przemawiają fakty opisane przez  pastora Buchholtza Starszego.

Trzecia możliwość jest mniej prawdopodobna, bowiem Sebastian Berzeviczy  wiedział o tym, że Tatry Bielskie, Wysokie, Niskie i Zachodnie są przedmiotem szczególnej eksploracji ze strony Bractwa Siedmiu Gwiazd i kamuflujących się pod tym szyldem agentów „hiszpańskiej Securitate”, którzy tylko czekali na to, by ktoś schował jakieś kosztowności w Tatrach! Tymczasem, jak wynika z zapisków pastora Buchholtza, Pieniny były już wyeksploatowane i wyeksplorowane – wszak pisze on o starych sztolniach po kopalniach miedzi! A zatem mało kto już zapuściłby się w te rejony w poszukiwaniu czegokolwiek. Jednak w swym artykule Wiktoria Leśniakiewicz twierdzi, że tego magicznego skarbu Inków już de facto nie ma... Według niej został on w całości zużyty na powstania Wiosny Ludów w Polsce i na Węgrzech, a poza tym Berzeviczy musiał zapewnić potomkowi władcy Inków jakieś godziwe bytowanie – nieprawdaż? A zatem nie ma co go szukać i została po nim tylko piękna legenda aż pięciu narodów. W przeciwieństwie do Księżycowej Jaskini, której istnienie jest według nas realnym faktem... (Leśniakiewicz W. – „Skarb Inków...”, ibidem)

I to jest pierwsza przesłanka mówiąca za tym, by Księżycowej Jaskini czy Tunelu o Szklistych Ścianach szukać na terenie Pienin lub Lewoczskich Wierchów, ale jest i druga – otóż na terenie tych ostatnich znajdują się dwie miejscowości o dziwne znajomych (z raportu dr Horáka) nazwach: Plavnica alias Plavnice i Stara L’ubovňa alias Lubocna... Wprawdzie nie ma tam żadnej wioski o nazwie Ždiar alias Yzdar, (NB, po polskiej stronie istnieje góra o nazwie Żdziar, która znajduje się około 1 km na południe od Muszyny), ale może tu chodzić o... polski Żegiestów?! Czego jak czego, ale takiej  możliwości nikt nie brał pod uwagę! Nazwa Yzdar występuje w angielskim tekście raportu dr Horáka, a to, że chodzi o słowacki Ždiar, było sugestią Czechów i Słowaków, którzy badali tą sprawę.

Nazwa Żegiestów mogła zostać zniekształcona, bowiem Anglosasi mają tendencję do zniekształcania i skracania nazw i nazwisk słowiańskich; są one dla nich – delikatnie mówiąc – nieprzyswajalne. Opowiadanie dr Horáka było trzykrotnie tłumaczone za słowackiego na czeski, potem na angielski, a potem znowu na czeski i finalnie na polski – starczy? Takie wielokrotne przekłady, to mina poślizgowa, na której położył się niejeden tekst!

W Żegiestowie czy okolicy mógł mieszkać niejeden Słowak z córkami Anką i Olgą. Mógł nosić nazwisko Slavek lub spolonizowane Sławek, względnie Slavomir czy polskie Sławomir. To pogranicze, gdzie obie kultury przenikały się wzajemnie, podobnie jak grunty – przecież jeszcze dzisiaj Polacy mają swe grunty na terenie Słowacji i vice-versa. NB, jak już tu powiedziano, Slavek wcale nie musiał być stałym mieszkańcem Żdiaru czy Ždiaru, a przebywać tam w czasie wojny czy SNP tymczasowo z córkami. Dlatego nie można było umiejscowić ich w tym rejonie. To by mogło tłumaczyć, dlaczego na ślad Slavka, Hanki i Olgi nie wpadli poszukiwacze Księżycowej Jaskini.

  W swej książce na temat szklistego tunelu w Babiej Górze pt. „Tunele NOL popod Babią Górą” (Kraków 2001), prof. Jan Pająk cytuje relację osobnika o imieniu Wincenty, który pochodził z jednej z podbabiogórskich wiosek. Najprawdopodobniej z Lipnicy Wielkiej, Lipnicy Małej czy Zubrzycy, albo Sidziny (w której uporczywie krążą legendy o tajemniczych tunelach w stokach gór, z których jedne prowadzą podobno aż do Ameryki, a na pewno do Oravskej Polhory...), bowiem leżą na południowych stokach Babiej Góry i przy granicy ze Słowacją, tzn. tam, gdzie można było najłatwiej i najszybciej dotrzeć do wylotu tego szklistego korytarza. Trochę mnie to dziwi, że Wincenty zdradził sekret tego tunelu – bowiem tego rodzaju sekrety w góralskich rodzinach – a jeszcze jak chodzi o skarby czy chociażby tzw. spiski – są trzymane w największej tajemnicy i obowiązuje tutaj zmowa milczenia. Zachodzi pytanie: dlaczego Wincenty złamał to prawo omerty? Odpowiedź jest jedna – mógł to zrobić, jeżeli wylot Tunelu o Szklistych Ścianach został zawalony w połowie lat 40. przez Rosjan. Jak do tego doszło? Otóż pisząc książkę o broni V-7, w czasie zbierania materiałów zwróciliśmy uwagę na to, że w latach 1945-46 w rejonie Babiej Góry przebywali radzieccy żołnierze podający się za artylerzystów dokonujących pomiarów meteorologicznych. Czy to nie jest dziwne: artylerzyści i meteorolodzy robiący pomiary na Babiej Górze! Przecież to bzdura! Nie było ich dużo, jeden pluton, czyli 30 – 40 żołnierzy. Po zakończeniu „pomiarów” zeszli z gór przy okazji paląc schronisko na południowej stronie kopuły szczytowej Diablaka i wynieśli się do swoich.

Zestawiając z tym historycznym faktem wspomniane relacje, możemy się domyślać, czego oni tam szukali i jakie „pomiary” robili. Być może szukali Tunelu o Szklistych Ścianach tylko po to, by go zawalić i tym samym uniemożliwić ucieczkę z sowieckiej strefy okupacyjnej hitlerowskim zbrodniarzom i wszystkim tym, którzy mieli powody, by uciec z tego „raju dla ludu pracującego miast i wsi” do Ameryki czy gdziekolwiek indziej – a jak już nadmieniłem powyżej, NKWD i SMIERSZ dokładnie wiedziało o istnieniu tej i innych tajemnic od swych kolegów z Gestapo i SD, którzy z kolei mogli wydobyć je torturami z jakiegoś Polaka czy Słowaka, który miał pecha wpaść w ich łapy. Po wojnie tutejsi górale znaleźli zawał w miejscu wylotu Tunelu o Szklistych Ścianach i uznali, że można o tym powiedzieć komuś z zewnątrz. Tak treść Legendy dotarła do prof. Pająka...  Resztę znamy. Jest to tylko hipoteza, bo – jak twierdzi Piotr Listkiewicz - gdyby tam faktycznie było takie wejście i Niemcy wiedzieliby o nim, Babia Góra i cała okolica byłaby obstawiona SS-manami przez całą okupację. To wcale nie jest aż takie oczywiste, jak to się z pozoru wydaje, bo tajemnica ta mogła być znana tylko jednemu z hitlerowskich bonzów (z cała pewnością Himmlerowi), a wzmożona aktywność SS mogłaby naprowadzić resztę „czarnej konkurencji” na trop tego odkrycia, więc wolał rzecz całą utajnić... Historia III Rzeszy zna podobne przypadki.  Podobnie rzecz się mogła mieć z Księżycową Jaskinią, która – jak również podejrzewamy – może się znajdować gdzieś w słowackiej części Pienin. Tam z kolei mogli dotrzeć do niej Niemcy lub Rosjanie i znaleźć skarb Berzeviczych... W takim przypadku klątwa inkaskich kapłanów mogła spaść na nazistów lub/i stalinistów, z jednakowym skutkiem. Oba państwa totalitarne znikły z powierzchni Ziemi... Pozostało nam tylko wierzyć w to, że te skarby gdzieś jednak się znajdują w łonie Tatr, Beskidów czy Pienin i czekają na swego odkrywcę, który je weźmie i przeznaczy na odrestaurowanie Imperium Inków w Ameryce Łacińskiej...