piątek, 13 stycznia 2012

TAJEMNICA KSIĘŻYCOWEJ JASKINI (6)

ROZDIAŁ 5 – Spór o tożsamość 
dr Horáka

Jak to się wszystko zaczęło: poszukiwacze przygód, badacze i urzędnicy ministerialni – „You are wanted Captain Horak!” – Poszukiwania w terenie – Informacja Eduarda Piovarčego – Księżycowa Jaskinia jako element gry wywiadów?

W listopadowym i grudniowym numerze czeskiego czasopisma „Fantasticka Fakta” w roku 1998, opublikowaliśmy dwa obszerne materiały na temat Księżycowej Jaskini, jako przykład niepokojącej zagadki, na jaki może się natknąć badacz prehistorii badający tereny Słowacji. 
(Zob.: Jesenský, M. – Leśniakiewicz, R.: „Tajemství Měční jeskyně”, „Fantastická fakta”, nr 11 (1998), ss. 2 – 5, Leśniakiewicz, R.: „Měční jeskyně. Další díl záhady”, „Fantastická fakta”, nr 12(1998), ss.14-16)

Po upływie ponad czterech lat od opublikowania tych artykułów, problematyka wzbogaciła się o cały szereg informacji uzyskanych dzięki pracy takich poszukiwaczy, jak m.in. Eduard Piovarči z lat 1985-93.
(Piovarči, E.: „Správa o pátraní po osobách z príbehu Dr. Horáka publikovaného v Americkom speleologickom spravodaji NSS News č.3/1965 z 19.5. 1986”, Slovenská speleologická spoločnosť, Oblastná skupina nr 16, Terchová, Varín)

Za pierwszych poszukiwaczy Księżycowej Jaskini uważa się dwóch Czechów: inż. I. Mackerlego i M. Brumlika, którzy przedsięwzięli swoją wyprawę na Słowację w dniach 7-11 października 1982 roku, przy czym pozostaje niezbitym faktem to, że informacji o Księżycowej Jaskini i jej samej poszukiwał już w 1981 roku, z polecenia Ministerstwa Kultury geolog i speleolog dr Stanislav Pavlarčik.
(Pavlarčík, S.: „Legenda alebo skutočnosť?”, „Ľubovnianske noviny”, vol. 6, nr 49-50 (11.12.1980), s.2)

W Słowacji pierwszym, który zasięgał informacji u E. Piovarčego był już niestety nieżyjący speleolog i publicysta, pracownik naukowy Muzeum Słowackiego Krasu w Liptowskim Mikulaszu – doc. dr Pavol Mittner, który zapoznał się z artykułem dr Antonina Horáka już w roku 1976, dzięki uprzejmości S. Pavlarčika.

Nie jest zatem wykluczone, że poszukiwania zaczęły się już w 1976 roku i prowadzone były przez słowackich grotołazów, o czym nikt niczego nie publikował. W sześć lat później, dr Pavlarčik otrzymał list od Amerykanina Franka Brownleya skierowany do Czechosłowackiego Ministerstwa Kultury, co stało się początkiem poszukiwań prowadzonych w ramach programu zwanego „Ewidencja i dokumentacja zjawisk krasowych i pseudakrasowych na terenie Pienin, Lubowiańskiej Wierchowiny, Lewoczskich i Czerchowskich Wierchów”, zaczętego 3 stycznia 1982 roku. Czynności te realizowano przy pomocy Powiatowej Grupy Speleologicznej w Spiskiej Białej. Raport z tego programu, z roku 1982, zawiera mnóstwo danych interesujących z geologicznego punktu widzenia, ale grupa ta nie znalazła żadnych materialnych śladów Księżycowej Jaskini i nawet nie mogła potwierdzić danych podanych przez kpt. dr Horáka, dotyczących jego bojowego epizodu. Na apel dr Pavlarčika zamieszczonym w miejscowych gazetach nie odpowiedział nikt, nikt nie pamiętał bitwy stoczonej przez jego oddział w podanym przezeń miejscu i czasie. Czy jest czymś normalnym taki zanik pamięci u uczestników Słowackiego Narodowego Powstania oraz cywilów? Sam dr Pavlarčik w naszej korespondencji zrobił słuszną uwagę, że skoro uczestnicy milczą, zaczynają się tworzyć legendy. Wnioski z jego raportu są nie tylko sceptyczne, ale dodaje on do tego sprawę sobowtóra A. T. Horáka z Mniszka nad Popradem. Ten powstańczy kapitan też walczył na terenie Lubowiańskiej Wierchowiny, zaś dr Pavlarčikowi udało się ustalić jego prawdziwą tożsamość. Wedle informacji mieszkańców tej wsi nazywał się Ernest Hönig i był tam właścicielem tartaku. Na początku wojny z przyczyn rasowych (był Żydem) zmienił nazwisko. Po wejściu wojsk niemieckich, ukrywał się w lesie nad wsią Medzibrod (część Mniszka nad Popradem), gdzie miał przygotowaną podziemną kryjówkę, z której prowadził swoją przedsiębiorczą i partyzancką działalność, która się niezbyt podobała tamtejszym mieszkańcom.

Przypomnimy jeszcze garść faktów o efektach dalszych poszukiwań. Ani dr Pavlarčik po przestudiowaniu wielu dzieł historycznych o SNP i działaniach bojowych, ani inni badacze nie natknęli się choćby na wzmiankę o oddziale, który 20-23 października 1944 roku wycofywał się w rejon Koszyc. My również nie znaleźliśmy ani jednego śladu kpt. dr Horáka – a poszukiwania prowadziliśmy we wszystkich archiwach byłej Czechosłowacji i literaturze na temat SNP. Już sama tożsamość dr Horáka jest wielką niewiadomą i wielką zagadką. Inż. Mackerle, a także i inni badacze zagadnienia, mieli o nim tylko tyle informacji, ile wynikało z artykułu w „NSS News”. Dr Horák, jak sam twierdzi, był rzeczywiście lingwistą i jak sam pisze – miał wykształcenie uniwersyteckie. Poszukiwanie po listach absolwentów uniwersytetów i innych szkół wyższych nie dało żadnego rezultatu i inż. Mackerle musiał przyznać, że A. Horák nie tylko nie uzyskał doktoratu, ale nawet nie studiował ani jednego semestru na żadnym filozoficznym czy przyrodoznawczym fakultecie w Republice Czechosłowackiej w latach 1920-1944. Już tutaj jego tożsamość wydaje się wątpliwa. Inż. Mackerle prowadząc korespondencyjne poszukiwania w USA doszedł to tego, że Tony Horák zmarł w 1976 roku, i siłą rzeczy, już niczego od niego nie dowiemy. Dowiedział się także, że Tony Horák miał restaurację w miejscowości Pueblo, w stanie Kolorado. Postanowił zatem poszukać jego małżonki i potomków, ale znów mu się nie udało. Co się jemu nie udało, powiodło się jego następcom. Walter Pavliš i mgr Ivo Hlásenský – speleolodzy z Pragi, którzy tą sprawą zajmują się już od roku 1994 – zrobili coś w husarskim stylu. Po prostu pojechali do USA i znaleźli potomków A. T. Horáka, co stało się przełomem w sprawie, uzyskali jego akt zgonu i inne informacje o jego pochodzeniu. Oczywiście je utajnili, ale w Internecie można się doczytać na ich stronie http://www.natur.cuni.cz/~karhu/jeskyne.htm, że nawet poszukiwania w jego rodzinnych stronach nie przyniosły efektów, bowiem po jego przodkach i nim samym we wskazanej miejscowości nie ma ani śladu. Nawet na cmentarzu nie było żadnego nagrobka z tym nazwiskiem!
Pierwsze poszukiwania w terenie prowadzone były w oparciu o dane geograficzne i koordynaty podane w artykule zamieszczonym w czasopiśmie „NSS News”z roku 1965: 49o12’N - 020o17’E.

S. Pavlarčik i I. Mackerle wkrótce odkryli, że te dane nie pochodzą od Horáka, ale redaktora naczelnego dr George’a W. Moore’a, który je wydedukował na podstawie podanych przez Horáka charakterystycznych punktów terenowych. Z informacji Pavlarčika wynika, że w okolicach szczytu Siminy (1.289 m n.p.m.) nie potwierdził się fakt sąsiadowania warstw wapiennych z piaskowcami z Paleogenu (65-23 mln lat temu). Swe badania robił na terenie wskazanym przez podane przez „NSS News” współrzędne geograficzne, za zezwoleniem dowództwa JW 1603 w Popradzie. Tak to dokładnie brzmi w jego sprawozdaniu. Tak się złożyło, że współrzędne geograficzne wyssane z palca przez naczelnego „NSS News” wypadały na terenie wojskowym tej właśnie JW 1603! Dlatego też uważaliśmy przez dłuższy czas, że być może był to fragment jakiejś gry wywiadowczej – ba, cała legenda o Księżycowej Jaskini mogła być przykrywką dla jakichś działań służb wywiadowczych obu Supermocarstw. Kiedy się zorientowaliśmy, że współrzędne te są diabła warte, zaczęliśmy poszukiwania wedle innych wskazówek podanych przez dr Horáka w jego dzienniku, czyli wzmiankami o Zdiarze, Plawnicy i Lubocni, a także informacją na końcu opowiadania o odwiedzinach po raz drugi stromych stoków Tatr, gdzie szukał jakichś znaków na powierzchni skał oraz jam i połączeń jaskiniowych z KJ. Tutaj właśnie po raz pierwszy i ostatni sytuuje KJ na stromych stokach Tatr, ale czy można brać poważnie jego informacje i traktować je jako wskazówki i konkretne punkty zaczepienia? Nie ma innych, a i nam nic innego nie pozostawało. Poszukiwania I. Mackerlego po metrykalnych rejestrach w Zdiarze i zwrócenie szczególnej uwagi na osoby występujące w tekście relacji: Jurek, Slávek, Hanka, Oľga, grób szer. Martina. Kiedy nie znaleziono żadnego śladu po nich na obszarze Ždiaru w Tatrach Bielskich, zaczęliśmy ponownie myśleć o Niskich Tatrach, w których także miały miejsce bojowe operacje SNP na terenie Słowacji.

W tej fazie poszukiwań, do E. Piovarčego dołączyła Powiatowa Grupa Speleologiczna z Terhovej, która zorganizowała terenową akcję w dniu 19 maja 1986 roku w Liptowskiej Tepliczce, nieopodal schroniska Ždiar, na wschodnim stoku Niskich Tatr. Nasze poszukiwania bacy Slávka i jego dwóch córek było bezowocne także po stronie Niskich Tatr przy Hronie – w okolicach wsi Pohorelá. Przejrzeliśmy geologiczną mapę i mapy roślinności tej części Niskich Tatr, wedle których da się znaleźć bezpośredni styk sosnowego lasu z kosówką, a także wyrębów. Szukaliśmy głównie w obszarach skał wapiennych – bezskutecznie. Żadnego śladu. Także historycznie nic nie wskazywało na to, że miała tu miejsce opisana w dzienniku sytuacja – nie było tu walk ustępujących wojsk powstańczych z Niemcami. Na tych terenach operował oddział partyzancki „Janošík”. Uporczywe walki z hitlerowcami trwały 20-21 października 1944 roku na południowej stronie Niskich Tatr, na obszarze Červenej Skaly i Telgártu. Po 26 października SNP wygasło i żołnierze przeszli na partyzancki sposób walki. Problem jeszcze był w tym, że w 1944 roku pierwszy śnieg spadł dopiero 3 listopada! I. Mackerle zatem zakłada, że dziennik dr Horáka był nieautentyczny, a został napisany w 1965 roku, dokładnie przed opublikowaniem artykułu w „NSS News”, kiedy autor zapomniał już część dat i danych. To właśnie dlatego nie można było uchwycić dokładnej daty bitwy oddziału autora z Niemcami. Pozostały zatem tylko takie fakty, jak: brnących w głębokim śniegu 184 mężczyzn z oddziału, z czego 1/3 rannych, 16 na noszach, którzy zostali w nocy z soboty na niedzielę ostrzelani z dwóch niemieckich dział 70 mm, położonych na bliskim głównym grzbiecie górskim, oddalonym o jakieś 300 metrów. Mieliśmy zatem taki pogląd, że nie szło o Niskie Tatry, ale o Tatry Bielskie. Być może śnieg tam spadł nieco wcześniej. Jednakże żadnej takiej bojowej sytuacji na terenie Tatr Bielskich nie odnotowano. Walki miały miejsce tylko w Lendaku, gdzie oddział partyzancki Biełowa-Kowalienki stoczył ciężki bój z faszystami, w dniu 27 października 1944 roku. Oddział ten w sile kompanii (około 100 żołnierzy) walczył tam tylko jeden dzień, jego ocalała część potem przeszła na polską stronę i dołączyła do sił Armii Czerwonej.

W pierwszym raporcie I. Mackerlego z dni 7-11 października 1982 roku, znaleźliśmy zajmujące wspomnienia płk Tomáša Zamiški, który twierdził, że na temat oddziału, który około 22 października 1944 roku wycofywał się w kierunku wschodnim przez Pogórze Lewoczskie, nic mu nie wiadomo. Był to najgorszy okres SNP, wszystkie siły powstańcze kierowały się do Niskich Tatr i przechodziły do partyzantki. Jest czymś nieprawdopodobnym, by ktoś szedł w kierunku przeciwnym – tj. na wschód, ale nie da się tego wykluczyć, bowiem mogła to być grupa ludzi ze wschodniej Słowacji, która wracała do domu w sposób wojskowy, a jej przywódcą mógł być jakiś oficer. A zatem istniała dalej jakaś alternatywa...

W drugiej połowie lat 90., do poszukiwań Księżycowego Szybu włączyła się na krótki okres czasu grupa mieszkańców Żyliny pod przewodnictwem inż. Gustava Skřivánka, który w roku 1997 opublikował kilka artykułów o swoich poszukiwaniach w Mniszku nad Popradem i Starej Lubowni. Godnym uwagi jest to, że także i on słyszał o tym, iż: Ów powstańczy kapitan wcale się nie nazywał Anton Horák, ale Honig (Hönig) albo Horning (Hörning), i był właścicielem wielkich piwnic na wino orazi że byli tam tacy bojownicy, którzy w nocy byli partyzantami, zaś w dzień współpracowali z Niemcami. Osobiście jednak sądzę – pisze inż. Skřivánek – że takie informacje są celowo rozsiewane po to, by ludzie stracili ochotę na poszukiwania Księżycowej Jaskini.

Ten zagadkowy sobowtór kpt. Horáka jest takim Czarnym Piotrusiem w naszej grze z zagadką Księżycowej Jaskini. Nikt tej karty nie trzyma długo w rękach. Mogłaby ona odrzeć całą sprawę z jej romantyki... A może to strach przed MOSSAD-em?  Tak czy owak, musimy zaakceptować tę zagadkową osobę, która złowieszczo wychynęła z szaroczarnych czasów wojennej, powstańczej przeszłości wsi Mniszek nad Popradem, jak widmo... Tego niemieckiego Żyda Höniga nie można nie akceptować. Ludzie w Mniszku nad Popradem jeszcze go dobrze pamiętają do dziś.
(Skřivánek, G.: „Mesačná šachta”, „UFO magazín”, nr 9 (1997), s.21, zob. także nr 8(1997), s.21 i 31)

 Zaś jego pseudonim „Kapitan Horák” dokładnie pokrywa się z nazwiskiem autora artykułu w „NSS News” o Księżycowej Jaskini. Inż. Skřivánek szukał w Kieżmarku, Starej Lubowni i w Mniszku nad Popradem jednego z rannych żołnierzy, który według jego Skřiváneka słów miał tam mieszkać, a którego Horák wspomina jako Jurka. W krótkiej informacji można przeczytać, że grupa poszukiwawcza spotkała się w Kieżmarku z człowiekiem, który rozmawiał z Jurkiem i przyrzekł mu, że na drugi dzień zaprowadzi go do Księżycowej Jaskini. Na drugi dzień człowiek ten wszystko odwołał i nie chciał nawet na ten temat rozmawiać.
(Skřivánek, G.: „Mesačná šachta”, UFO magazín, nr 8 (1997), s.21)

 Przypomina to opowiadanie S. Pavlarčika o tym, jak pewnego razu w restauracji w Mniszku nad Popradem zetknął się z pewną osobą, która obiecała mu pokazać listy, jakie do niej przysyłał Ernest Hönig alias Anton Horák z Palestyny. Zagadkowy rozmówca na drugi dzień wszystko telefonicznie odwołał i nie pojawił się na umówione spotkanie... Takie wydarzenia są naprawdę godne uwagi i zagadkowe. Wygląda na to, że w czasie wojny rozegrała się tutaj niejedna tragedia z udziałem Höniga-Horáka i miejscowi wolą o tym nie mówić ludziom, którzy poszukują śladów horakowej tożsamości. Wynikałoby z tego, że ów Hönig-Horák ma pokręconą powstańczą przeszłość, która jeszcze do dnia dzisiejszego jest żywa w pamięci mieszkańców Mniszka nad Popradem i okolicznych miejscowości. NB, należy wspomnieć także i o tym, że inż. Skřivánek w Kieżmarku dowiedział się, że Księżycowa Jaskinia była poszukiwana przez licznych poszukiwaczy, wśród których byli także Amerykanie...

Wydaje się, że zagadka podwójnej tożsamości Höniga-Horáka jest jednak do rozwiązania, bowiem mógł on być „wtyką”, „kretem” Gestapo do ruchu oporu – co było proste dla Niemców, bowiem jako wpływowy Żyd mógł być łatwo przez nich pozyskany pod groźbą eksterminacji – i wykonywać nie tyle rozkazy płynące z dowództwa SNP, a z Berlina – takie rzeczy zdarzały się wszędzie na obszarze okupowanej przez hitlerowców Europy, bo Żydzi – o czym się teraz w ogóle nie mówi – także współpracowali z nazistowskimi okupantami przeciwko ludności krajów, w których mieszkali, a po wejściu wojsk radzieckich współpracowali z drugim okupantem. Po wojnie uciekł więc na Zachód i jako Żyd wyjechał potem do Izraela. Bał się, że Słowacy wydadzą go, jako współpracownika władz niemieckich, więc usiłował – jak widać z powodzeniem – ich zastraszyć. Dlatego istnieje możliwość, że w całą sprawę zamieszany jest m.in. izraelski wywiad wojskowy – osławiony MOSSAD – który po ujawnieniu jego przeszłości dał mu propozycję nie do odrzucenia... Stąd właśnie wzięli się rzekomi Amerykanie na Słowacji, ale o tym w dalszej części raportu.

Katalizatorem dalszej działalności badawczej był odzew na wyniki badań zamieszczonych na internetowej stronie praskiego speleologa mgr Waltera Pavliša. W Pradze doszło do roboczego spotkania Piovarčego i Pavlarčika, na którym wymienili swe wyniki. W czasie konfrontacji swoich archiwów i dokładnych map wytypowanych rejonów umiejscowili kilka wysokogórskich stanowisk artyleryjskich i skojarzyli je z sztucznie wytworzonymi kawernami, miniaturowymi jaskiniami, które – jak się dowiedział dr Pavlarčik – były obsadzone przez niemieckie załogi od września 1944 do stycznia 1945 roku. Zainteresowano się głównie dwiema takimi dziurami na głównym grzbiecie Tatr Bielskich. Odkrycie to automatycznie wniosło do debaty następne pytanie, czy oddziałek Horáka nie został w czasie przechodzenia głównego grzbietu ostrzelany właśnie z tych stanowisk przez działa... W tym kontekście, raz jeszcze rozpatrując tekst Horáka, dr Piovarči natknął się na ważki, ale zaniedbywany fakt. Istnieje wiele wersji czeskich i słowackich przekładów artykułu Horáka, ale wszystkie są niedokładne. Dzięki temu właśnie, wszyscy zasugerowaliśmy się tą 12-godzinną walką w czasie wycofywania się oddziału. Ten fragment nie powinien brzmieć: Utrzymując nasze pozycje przez 12 godzin, postanowiłem zarządzić odwrót z potyczki. Po prostu oddział utrzymywał się przez 12 godzin na pozycji, a potem doszło do potyczki, w wyniku której Horák zarządził odwrót. Nie było trwającej pół doby regularnej bitwy!

Jeśli tak było, jednostka Horáka mogła być zaatakowana w czasie forsowania grani Tatr Bielskich przez półbaterię dział 70 mm, strzelającą z odległości 300 metrów. Być może chcieli wydostać się z niemieckiego okrążenia w kierunku wschodnim na Koszyce i w tym celu musieli sforsować grań Tatr Bielskich, bowiem dolinne szlaki komunikacyjne były w tym czasie już obsadzone przez Niemców?

Pavlišov tym samym doprowadził do czwartych poszukiwań Księżycowej Jaskini na terenie powiatu Stara Lubownia, z którego wynikami zapoznał społeczeństwo w dniu 30 czerwca 1999 roku, w programie TV pt. „Klekánice” wyemitowanym przez kanał czeskiej telewizji ČT-1. Grupa poszukiwawcza pracowała w rejonie Osieho Vrhu – 859 m n.p.m. w okolicach Małego Lipnika. Jaskinia, w której pracowali nie miała takiej budowy i charakteru, jak opisana w dzienniku Horáka. Nie znaleziono tam ani wyrytych na ścianie liter A. H. – inicjałów autora relacji o Księżycowej Jaskini, ani sześciu rys symbolizujących sześć przeżytych tam dni, nie mówiąc już o dacie. Budowa geologiczna jaskini także nie pasuje do opisu budowy geologicznej Księżycowej Jaskini. Jedyną godną uwagi była wzmianka o tym, że grupa Pavliša kontaktowała się z potomkiem A. T. Horáka tu na Słowacji czy w Czechach, bowiem poznał on go osobiście i przekonał, co do tego, że jego opowiadanie należy wziąć całkowicie poważnie. (Jak się udało nam ustalić, dr Horak ma syna, który podobno mieszka w USA – przyp. aut.)

Czy przypadek Księżycowej Jaskini jest tylko fragmentem gry wywiadów i kontrwywiadów, w której użyto relacji już zmarłego A. T. Horáka? Tej możliwości nie da się całkiem wykluczyć. (Zob.: www.quest.cz/moonshaft)

Walter Pavliš wskazuje na to, że Horák opublikował artykuł o Księżycowej Jaskini w wyspecjalizowanym magazynie naukowym, aby stworzyć wrażenie, że jego źródło jest poważne i cały przebieg wydarzeń ma realny podkład faktograficzny. Dla tego badacza było godnym uwagi także odkrycie, że Jacques Bergier miał zgodę autora na cytowanie artykułu, a zatem istnieje tu możliwość, że Bergier miał bliskie kontakty z autorem. Szkoda, że Bergier zmarł w 1978 roku, co przekreśliło wszelkie możliwości weryfikacji tych informacji.

Obok faktu, że całość zapisków horakowych brzmi niezbyt wiarygodnie, niektóre miejsca w jego opowiadaniu wzbudzają mnóstwo pytań i wątpliwości. Czy jest możliwe, że baca Slávek przyprowadzał do żołnierzy w jaskini w tak złożonej wojennej sytuacji swe jedyne córki? Wydaje się, że pomysł wystawiania dwu młodych dziewczyn na takie ryzyko nie był zbyt rozumny. Przecież – jak pisze sam Horák – trzymali przez całą noc wartę i nie chcieli pokazywać się na zewnątrz, by nie natknąć się na nieprzyjacielskie patrole na nartach. Horák twierdzi, że z Jurkiem dostali się do Koszyc w ciągu 6 dni. Z obszaru Niskich Tatr odległość ta wynosi około 90 km w linii powietrznej, co oznacza, że trzeba było przejść po górzystym terenie, najeżonym nieprzyjacielskimi patrolami i czatami jakieś 110-120 km. Czy mogli pokonać tą odległość w zimie, po śniegu, tylko w nocy w ciągu 6 dób? Nieco bliżej Koszyc jest obszar Starej Lubowni. W linii powietrznej do Koszyc jest stamtąd 80 km. Te uwagi nie są znów tak podejrzliwe, ale budzą wątpliwości. Plany Horáka zakładały przebycie 10 km dziennie, a zatem Księżycowej Jaskini od Koszyc oddzielał dystans około 60 km w linii powietrznej. Tej odległości odpowiada w przybliżeniu centrum Levočských Vrhov. Wygląda to tak, jakby celowo Horák umieścił miejsce swoich przygód w pobliżu przecięcia się współrzędnych geograficznych, które naczelny „NSS News” wziął z sufitu (lub szkolnego atlasu), a potem w dzienniku napisał o stromych stokach Tatr i bacy ze Ždiaru.

Następnym spornym punktem są sosnowe pochodnie, którymi Horàk oświetlał sobie jaskinię w czasie jej eksploracji. Używał także górniczej karbidówki. Ciekawe jest to, jaką techniką je wykonał? A przecież użył dużo tych pochodni. Sam sosnowy konar nie będzie się palić, a jeżeli nawet, to tylko przez chwilę. Każdy, kto spędza wolny czas na łonie natury wie, jak przygotować sobie pochodnię z tego, co się ma pod ręką. Do rozszczepionego na krzyż sosnowego polana wkłada się suche żywiczne gałązki i żywicę, a tej ostatniej trzeba dużo, by pochodnia mogła się palić 15-20 minut. Samo sporządzenie pochodni zabiera mnóstwo czasu, a najwięcej zbieranie żywicy. Horák nie opisuje, jak je przygotowywał, są one u niego taką oczywistością, jak dla nas elektryczna lampka. Wedle tego, co baca przyniósł do jaskini rannym żołnierzom w czasie swych sześciu wizyt, byłoby wykluczone, by kpt. Horák mógł zrobić pochodnie z materiału, ropy, itd. – bowiem każdy kęs materiału był w czasie tej srogiej zimy i w zimnej jaskini potrzebny do opatulenia się weń. Użycie wielu pochodni, jak to opisuje autor, wydaje się po prostu niemożliwe, a to ze względu na brak materiału do ich sporządzenia, a także ze względu na trudną sytuację, w której trzej rani powstańcy się znaleźli. Wyrób pochodni wymaga czasu, materiału i dwóch zdrowych rąk. Kpt. Horák był ranny w lewą rękę bagnetem i pociskiem, co zakłada znaczne ograniczenie swobody działania.

Tak więc zadziwiające jest, że ranny Horák był w stanie dokonać tak dokładnej penetracji jaskini, nieznanych mu korytarzy i podziemnych sztolni oraz sal całkowicie sam. Coś takiego wskazuje na to, że poza odwagą człowiek ten miał również wyrobiony zmysł orientacji w podziemiach i potrafił się w nich poruszać, a opis tego, jak pokonywał poszczególne partie jaskini wskazuje na doświadczonego speleologa, bowiem jest realistyczny i przekonujący. Tak, to mogło się naprawdę rozegrać. Sytuacja była taka jaka była i w zasadzie wszystko było możliwe. Ciekawe, że Jurek nie dziwił się, gdzie Horák znika na całe długie godziny i to bez opowiadania się, dokąd idzie. Troska o dwóch rannych żołnierzy powinna nakazać mu jako dowódcy, oficerowi i najbardziej sprawnemu z całej trójki pozostać przy nich przez większość czasu. Już samo znoszenie drewna na opał musiało zabierać wiele czasu i sił, i to nie tylko na pochodnie, ale także do opalania niegościnnych i zimnych pomieszczeń jaskiniowych. Jest jednak pewne wyjaśnienie tego problemu, o czym w dalszej części tego raportu. Dziwnie też wygląda taki fakt, że powstańczy żołnierze gotowali strawę w poniemieckich hełmach. To tak, jakby mieli pić wodę z buta poległego nieprzyjaciela. Gdyby nawet słowaccy żołnierze nie mieli swoich hełmów, co jest dosyć dziwne w opisanej sytuacji bojowej, to przecież posiadali jeszcze menażki i manierki. Jak więc się stało, że gotowali wodę w niemieckich hełmach, bo zdarli je z zabitych Niemców, a swoje pogubili w czasie ataku na niemieckie okopy? Dziwne. Horák najpierw opisuje, że dostali się w ogień krzyżowy dwóch dział 70-mm, a potem pisze o ataku na niemiecką piechotę – przy czym dostał kolbą po głowie, a potem odniósł rany bagnetem i kulą karabinową w lewą rękę. Cała ta akcja wygląda dość nieprawdopodobnie.

Powróćmy jeszcze do hipotezy, że Księżycowa Jaskinia jest elementem gry wywiadów. Oczywiście to jest możliwe, bowiem Czechosłowacją interesowały się wywiady Zachodu w czasie Zimnej Wojny. Nie zapominajmy, że na terenie tego państwa znajdowały się ośrodki szkoleniowe terrorystów z krajów arabskich, które były prowadzone przez specjalistów z radzieckiego KGB i czechosłowackiej Št.B. (To był czechosłowacki odpowiednik radzieckiego KGB, polskiej SB czy węgierskiej AVH, wschodnioniemieckiej STASI, rumuńskiej SECURITATE oraz bułgarskiej Drżavnej Sigurnosti. Wsławiona wieloma akcjami szpiegowskimi na Zachodzie policja polityczna byłej CSRS – przyp. aut.) Tatry Bielskie były poligonem wojskowym dla wysokogórskiej piechoty i komandosów z wojsk powietrzno-desantowych. W Liptowskim Mikulaszu stacjonowały wojska Północnej Grupy Wojsk Radzieckich w CSRS – były to wojska rakietowe, a kto wie, czy nie kosmiczne. Prawdopodobnie była tam składowana także operacyjna broń rakietowo-jądrowa, o czym – podobnie jak w przypadku Polski – nie wiedziały nawet najwyższe władze partyjne i państwowe CSRS!
(Por. Leśniakiewicz R. – „Raport: Ufologia i ekologia – Polskie doświadczenia” – referat na II Międzynarodową Konferencję Ufologiczną, Budapeszt, 13.II.2000 r. w „UFO i Atom”, Tolkmicko 2011)

Tereny te były rozpracowane przez CIA – co było o tyle łatwe, że są to obszary wybitnie turystyczne. Wzmianki o działalności Ernesta Höniga vel kpt. Antona Horáka pozwalają przypuszczać, że terenem tym i Księżycową Jaskinią mógł się interesować także izraelski MOSSAD. W związku z tym, na pewno był on zabezpieczony przez kontrwywiady radzieckiego KGB i GRU oraz dodatkowo przez kontrwywiad Št. B. i w strefie nadgranicznej dodatkowo przez służby operacyjne OOŠH (czechosłowacki odpowiednik naszego WOP-u). Każda z tych organizacji prowadziła własną Sprawę Obiektową na zabezpieczanym terenie, których nici wiodły do Pragi i Moskwy. Dlatego uważamy, że na temat Księżycowej Jaskini najwięcej dowiedzielibyśmy się nie tyle w archiwach wojskowych i kontrwywiadowczych Bratysławy i Pragi, ale Moskwy – na Łubiance - KGB i Chodynce – GRU, skąd jakaś część na pewno przeniknęła na Zachód – do Langley, Londynu i... Beer Shevy. Nie zapominajmy, że trwała Zimna Wojna i każdy punkt przewagi nad przeciwnikiem był na wagę złota lub uranu – a ten ostatni spodziewano się znaleźć w Księżycowej Jaskini – albo technologii rodem z platońskiego Imperium Atlantydy!