poniedziałek, 16 stycznia 2012

TAJEMNICA KSIĘŻYCOWEJ JASKINI (8)

ROZDZIAŁ 7 – Od hitlerowskich uczonych do agentów NKWD

Na początek mała zachęta: dziwna fotografia Roberta – „Bronie odwetowe” pod Diablakiem – Wigilia na Luboniu – Co ukrywał wrak czołgu? – Rozmowa ze świadkiem tamtych dni – Poglądy Macieja Kuczyńskiego i dwie relacje o podziemnych przestrzeniach.

Już podczas prac nad tą książką, piękna kwietniowo-majowa pogoda stworzyła Robertowi okazję, aby wyruszył na przegląd okolicy. Niestety to, co zobaczył w lasach Jordanowszczyzny nie napawało  optymizmem, a wręcz odwrotnie. Masowy wyrąb drzew przez złodziei drewna, rozjeżdżone traktorami leśne dukty w miejscach, gdzie powinny być Rezerwaty Przyrody ożywionej i nieożywionej. Smutkiem napawał fakt, że w miejscu katastrofy samolotu AN-24 PLL LOT z rejsu LO-165, który w dniu 2 kwietnia 1969 roku rozbił się doszczętnie pod szczytem Policy, nie ma żadnej tablicy czy bodaj zwykłego krzyża, który upamiętniałby to wydarzenie. A przecież to była pierwsza wielka katastrofa w historii polskiego lotnictwa cywilnego! To przecież jest historia i to taka przez duże „H” – nie mówiąc o tym, że należałoby jakoś uczcić pamięć o tych 53 ofiarach tej katastrofy, w tym prof. dr Zenona Klemensiewicza, od nazwiska którego nosi nazwę tamtejszy Rezerwat Lasu Górnoreglowego.
1 maja 2002 roku Robert wybrał się wraz z dziećmi na szczyt Policy (1.369 m n.p.m.), by odwiedzić to miejsce. Pogoda była wspaniała – świeciło jasne słońce, niebo było bezchmurne, ale wiało silnie od południa; wiatr halny, początkowo zimny, ale potem – gdy wymiótł już zimne warstwy powietrza znad Nowego Targu i okolic – bardzo się ocieplił. Od południa można było podziwiać zębatą piłę ośnieżonych szczytów Tatr od Rohaczy na zachodzie po Spiską Magurę na wschodzie. Od północy rozciągał się rozległy widok na Małopolskę i część Górnego Śląska. Na ostatnim podejściu pod szczyt Policy Robert pstryknął zdjęcie dzieciakom. Ku jego zdumieniu, na pozytywie zobaczył sylwetkę czegoś, czego na pewno nie zauważył w czasie fotografowania. Ten obiekt, który uchwycił jego canon na pewno nie był samolotem, balonem lub helikopterem. Wisiał  nad głównym szczytem Babiej Góry – Diablakiem, czyli tam, gdzie wedle tutejszych ludowych gawęd i legend znajdować się ma system tuneli wiodący do (jakbyśmy to dziś powiedzieli) Agharty. Mówią o tunelach wiodących do Ameryki, czyli legendarnego „raju na Ziemi” – bo kto tylko tam pojechał, stawał się od razu bogaczem, co naturalnie działało na wyobraźnię biedaków z Małopolski.
Ale nie tylko, bowiem rozmawiając z mieszkańcami Bystrej Podhalańskiej i Sidziny, Robert dowiedział się, że cały ten teren jest podziurawiony tunelami wiodącymi na słowacką stronę, a niektóre z nich były wyrąbywane jeszcze w XIV i XV wieku przez gwarków z wielickich i bocheńskich kopalni soli. W lasach znajdowały się tajemnicze kamienie przypominające elementy, z których budowano piramidy, o rozmiarach 2 x 2 x 2 m! Co z nich budowano, do czego służyły – teraz nie wie nikt. Tak czy owak, te legendy są wciąż żywe i krążą po podbabiogórskich wioskach.
3 maja 2002 roku przysłał do mnie e-mail znany warszawski nestor polskiej ufologii pan Kazimierz Bzowski – były plutonowy-podchorąży Armii Krajowej walczący w Powstaniu Warszawskim, który już po wojnie otarł się o wiele tajemnic hitlerowskich tajnych broni V. W swym liście opisuje następujące wydarzenia:

[...] Ostatnio pisał Pan o Luboniu Wielkim. Tak się składa, że znam go nawet jeszcze z czasów, gdy nie było na nim schroniska. Spędzałem jako dziecko 9 razy wakacje w Rabce-Grzebieniówce, blisko miejsca, gdzie schodzą się szosy ze Skomielnej Białej do Rabki i Limanowej - w latach 1931-39. Pamiętam przedwojenną mapę turystyczną, która w Rabce-Zdroju była wystawiona na dużej ulicznej planszy. Tam na zboczu góry Szczebel było zaznaczone wejście do groty. Takie samo było na starych mapach wojskowych Austro-Węgier. Nie jest ono nigdzie zaznaczone na polskich powojennych mapach, nawet wojskowych, bo w grudniu 1944 roku wejście to zostało wysadzone w powietrze przez oddział partyzancki AK.
Mówiono później, że „oddział wyszedł tunelem z okrążenia”. Jeszcze przed wojną wieść głosiła, że ten tunel wiódł od wejścia na Szczeblu do Mszany Dolnej. Byłem w lipcu 1963 roku na przełęczy pod Szczeblem. Szukałem tam tego wysadzonego przejścia, ale wszystko było zarośnięte lasem, później w 1972 roku byłem już ostatni raz na Luboniu. Sądząc po opisach „Tunelu do Mszany Dolnej” jest wysoce prawdopodobne, że jest to taki sam tunel, jak pod Babią Górą, o jakim pisał prof. dr Jan Pająk. Warto by poszukać zatem na starych mapach tego wejścia. [...]
W swym następnym elektronicznym liście z 4 maja, pan Bzowski uzupełnia tą informację następująco:
  Pamiętam jeszcze z dwóch ostatnich przedwojennych lat, jak chodziłem wówczas kilka razy na Luboń, rozmowy turystów o tym tunelu na Szczeblu. W roku 1939 miałem 14 lat i nie odważyłem się na samotną wycieczkę. Po wojnie, w latach 1962 i 1963, również w trakcie kilku wypraw na Luboń i to w towarzystwie górali z Rabki, do których należała część lasów na Luboniu, słyszałem od nich, że jakoby „oddział ‘Węglarza’ uciekł z obławy w grudniu 1944 roku jakimś tunelem w szczeblu”. Wniosek stąd taki, że bynajmniej nie chodzi tu o jaskinię w Szczeblu, a o coś zupełnie innego – tunel wiodący do Mszany Górnej.
I jeszcze jedna zagadka tych gór.
Czy obiło się Panu o uszy cokolwiek na temat niemieckiego czołgu, który zimą 1945 roku uciekał z terenu zajętego przez Rosjan grzbietem Lubonia od zachodu – tj. od strony Jordanowa, i wpakował się w lasach w takie miejsce, że ani zawrócić, ani dalej jechać, i tam na zawsze został?
20 września 1972 roku, wybrałem się wraz ze Stanisławem Łopatą z Rabki na zbocze Lubonia do jego własnego lasu, by tam zbierać rydze, których ponoć rosło tam dużo. W lesie spadła na nas taka mgła, że nie było widać końca wyciągniętej własnej ręki. Krążyliśmy na oślep i na przełaj przez lasy i wleźliśmy na zardzewiałe szczątki jakiegoś pancernego pojazdu. Ze względu na mgłę, żółtą i gęstą jak grochówka, nie mogliśmy nawet określić miejsca, gdzie to było, ani nawet co to było, ale wyglądało to, jak rozerwane wewnętrzną eksplozją. W końcu trafiliśmy na koryto jakiegoś potoku i zeszliśmy w kierunku południowym idąc jego biegiem.

Z tego wynikałoby, że ów czołg jest gdzieś na zachodnim stoku Lubonia Wielkiego (1.022 m), poniżej grzbietu łączącego go z Luboniem Małym (869 m), nieopodal przysiółka Krzysie (Surówka – 860 m).
W kilka dni potem nadszedł kolejny list elektroniczny od pana Bzowskiego, w którym opisał inne wydarzenie ze swej bujnej młodości związane z Luboniem:

Po Powstaniu Warszawskim nie poszedłem do niewoli. Po wielu perypetiach już w 6 dni po wyjściu z Warszawy, 6-go października  byłem w Krakowie. Tam nawiązałem kontakt z tamtejszym AK. Kiedyś w rozmowie powiedziałem, że znam teren okolic Lubonia i Gorców.
Parę dni przed wigilią 1944 r. zaproponowano mi bym pojechał tam i poszedł jako łącznik do oddziału Węglarza. Ustaliliśmy termin na noc z 24 na 25 grudnia, gdy u Niemców jest obniżona czujność. To nie był „rozkaz’ bo nie podlegałem im, lecz „propozycja” Miałem dostarczyć kopertę owiniętą na rosyjskim granacie zaczepnym  i przylepioną przylepcem lekarskim, który w razie czego miałem  zdetonować. Całość umieszczono w „czerstwym” bochenku razowego „kartkowego” chleba, sprytnie spreparowanym z granatem w środku. Jaki Niemiec połaszczyłby się na tak nędzny chleb, w razie jakiejś kontroli w pociągu?                                                       
Pojechałem pociągiem osobowym do Chabówki, stamtąd pieszo do skrzyżowania szosy  biegnącej ze Skomielnej ku Rabce. Około trzysta metrów od tego skrzyżowania, idąc w kierunku Skomielnej jest po prawej stronie pensjonat „Gozdawa”. Był mi znany jeszcze z przed wojny, gdyż jego właścicielki pp.Janicka i Wiśniewska znały moją rodzinę. Te panie były kompletnie zaskoczone gdy zjawiłem się u nich w samą  wigilię... z „hasłem”.
Dostałem tam  biały płaszcz maskujący z kapturem i narty, zielonkawe z białym podłużnym  pasem, typowe dla niemieckich strzelców alpejskich, także szkic na kawałku papieru jak iść, z zaznaczeniem orientacyjnych punktów widocznych w nocy, szczególnie przy pełni księżyca. Wyszedłem około godziny 18-tej. Szedłem wpierw prosto w górę otwartym terenem, później skręciłem w prawo. Przeciąłem potok i szedłem dalej terenem mieszanym, dużo lasu i trochę polan zasypanych śniegiem. Z dołu, od Rabki dochodziły dalekie śpiewy „Stille Nacht” (niemiecka kolęda).
Szedłem już ponad półtorej godziny i z gęstszego lasu moja droga wychodziła na dość rozległą polanę bardzo jasno oświetloną światłem księżyca. Długo stałem w gęstwinie na skraju lasu obserwując teren i nasłuchując. Nic, kompletna cisza i ani znaku jakiegoś życia. Gdy mała chmurka zasłoniła księżyc wyjechałem na tą płaszczyznę. Kilka minut  słyszałem tylko słaby „suw” własnych nart po śniegu. Księżyc wyszedł zza chmurki i prawie natychmiast jakby ktoś rozdarł grube płótno... terkot, typowy dla niemieckiego  MG. Echo poszło po lesie a ja zaryłem nosem w śnieg przed sobą rozrzucając nogi z nartami na boki na kształt szeroko rozwartej litery „V”.
Znów dłuższe oczekiwanie, aż kolejna chmura zakryje księżyc.  Teraz podkurczając prawą nogę z nartą płasko po śniegu i nadrzucając lewą – przesuwałem się w lewo w bok po śniegu by znaleźć się bliżej ściany tego lasu, z którego dopiero co wyjechałem.
Księżyc znów wyszedł zza chmury.... długa przerwa w bezruchu..Księżyc schował się ponownie za chmurkę. Teraz ściągnąłem obie nogi ku sobie i zerwawszy się szusem rzuciłem się w dół. W prawo, w stronę ściany lasu .Gwałtowny terkot z tyłu za mną i widziałem pęk świetlnych zielonych pocisków, który przemknął w lewo ode mnie,  nad tym miejscem, gdzie poprzednio upadłem, ale ja już wjechałem w osłonę drzew. Odsunąwszy się na kilkadziesiąt metrów znów obserwowałem polanę. Niestety nie mając lornetki nie mogłem dostrzec gdzie  te SS-syny siedzą.
Nie było rady. Wiedziałem już, że nie dotrę do celu. Dalsza droga byłaby samobójstwem. Wyszedłem na skraj lasu gdy gęsta chmura zakryła księżyc i gdy zrobiło się ciemnawo. Przygiąłem rozwarte końce zawleczki granatu, wyrwałem  ją i z całej siły, jak najdalej rzuciłem granat w stronę Niemców. Potężne echo wybuchu przeleciało po górach.
26-go grudnia pod wieczór byłem z powrotem w Krakowie. Tam dowiedziałem się, że moja wyprawa była niepotrzebna. Oddziału już od kilku dni nie było ani w pobliżu Lubonia ani Szczebla. Wiedziano tylko tyle, że... nie wiadomo, gdzie się podział.
Swoją drogą, to była najdziwniejsza Wigilia w moim życiu..

Osobiście nie spotkaliśmy się ani z jedną, ani z drugą historią, ani z trzecią też – co rzecz jasna nie dowodzi, że coś takiego nie miało miejsca. W przewodnikach po Beskidach Władysława Krygowskiego i najnowszym Pascala, nie ma ani słowa na temat „Tunelu w Szczeblu”, a pisze się jedynie o Jaskini Zimna Dziura w stoku tej góry. Wypytywałem także moich bliskich o historię z czołgiem, ale nikt nie pamiętał, by coś takiego się zdarzyło w zimie (styczniu lub lutym) 1945 roku. Historia ta jest o tyle dziwna, że gdyby to byli hitlerowcy, to dlaczego uciekali czołgiem, mogli przecież lasami, chyłkiem i boczkiem obchodzić posterunki radzieckie i polskie, kierując się na zachód czy południowy zachód, a nie na wschód! Może jakieś niedobitki Niemców porwały lub zdobyły radziecki czołg i próbowały uciec w las, ale dlaczego wspinały się akurat na Luboń, który jest najwyższym szczytem w okolicy? Wprawdzie Kazimierz Bzowski sugeruje, że skoro na Luboń Wielki można było wyjechać Junakiem, to i czołgiem też by się dało. Ba! – hitlerowcy wjechali swymi beemkami na Elbrus, ale co innego stukilowy motocykl, a co innego wielotonowy czołg. Na Luboń Wielki można wjechać terenowym samochodem od strony Rabki-Zarytego oraz od strony Skomielnej Białej też, bo są tam drogi dowozu prowiantów oraz obsługi schroniska i przekaźników TV, ale lekki samochód terenowy z potężnym silnikiem, to nie 25-30-tonowy czołg. A jeżeli jakiś Niemiec zdecydował się wyjechać na tą górę od zachodu, to daleko nie dojechał – nawet, gdyby jechał dzisiejszym niebieskim szlakiem z Jordanowa, bo wzrastająca szybko stromizna stoków Lubonia Małego szybko zatrzymałaby go w Lesie Czerniawa lub rolach Skomielnej Białej. Ewentualnie mógłby wpaść w którąś z odnóg Potoku Jama czy Lubońskiego Potoku i tam definitywnie się zagrzebać w rozmiękłym gruncie. W takim przypadku zgodziłbym się z panem Bzowskim, ale tylko w takim. Nawet nowoczesne czołgi nie byłyby w stanie sforsować takiej stromizny, a trzeba wiedzieć Czytelnikowi, że stoki gór Beskidu Wyspowego są najbardziej  stromymi stokami w całych Beskidach – poza oczywiście, północnymi zerwami Babiej Góry.
No, ewentualnie można przyjąć, że w tym szaleństwie jednak była metoda, i ci uciekinierzy wcale nie byli tacy głupi, na jakich wyglądali. Pojechali oni czołgiem na stoki Lubonia, bo być może właśnie stamtąd mógł ich podjąć hitlerowski latający talerz - dyskoplan V-7 Vril ... Być może byli to jacyś nazistowscy VIP-owie, którzy zaskoczeni przez Rosjan nie chcieli wpaść w ich ręce. Co mieli do ukrycia? Być może właśnie dokumenty i inne artefakty związane z tajemniczymi instalacjami broni „V” na Krowiarkach i Grzechyni. A że nikt ich nie widział? No bo i nie było komu - Polacy mieszkający w okolicy kryli się przed Niemcami i Rosjanami, więc nikt nie miał ochoty na wyjście na dwór, bo nikt nie ryzykowałby życia niepotrzebnie...      
Jest jeszcze jedna możliwość, a mianowicie taka, że hitlerowcy chcieli wyrwać się z okrążenia – bo Rosjanie szli od strony Rabki-Zdroju z jednej strony i od strony Łętowni z drugiej strony, tzn. od południowego-wschodu i od wschodu. W rejonie dzisiejszego jordanowskiego Osiedla Wrzosy na Flakówce doszło do ostrej wymiany ognia z Niemcami, którzy przeprowadzali działania opóźniające ów pochód radzieckich wojsk. Być może właśnie wtedy doszło do tego samotnego rajdu czołgu, który zakończył się na stoku Lubonia Wielkiego. Ciekawi jesteśmy, co takiego przewoził ten czołg? Może dokumentację Wehrmachtu albo Gestapo? A może coś związanego z badaniami nad bronią „V” przeprowadzanymi w okolicach Grzechyni koło Makowa Podhalańskiego? Tak też być mogło i tego nie da się wykluczyć. Tę zagadkę przekazałem red. Bogusławowi Wołoszańskiemu i jego „Klubowi sensacji XX wieku”. W każdym razie ta historia jest w dalszym ciągu niewyjaśniona. Po czołgu nie zostało zapewne nic, bo jeżeli został rozerwany eksplozją, to okoliczni chłopi zapewne zabrali go na jakieś złomowisko i skończył w martenie, w końcu to kilkadziesiąt ton niezłego żelaza. Na Luboniach znajduje się jeszcze jedno miejsce tajemniczej katastrofy z lat 60. Rozbił się tam w gęstej mgle czechosłowacki helikopter Mi-2 z dwoma Czechami na pokładzie. Katastrofa ta również nie została do końca wyjaśniona.
 NB, przy szczycie Lubonia też znajduje się mała jaskinia, do której można dotrzeć tzw. Percią Borkowskiego – szlak nr 7 (żółte znaki) w przewodniku Pascala lub droga nr 26 u Krygowskiego, a znajdująca się na pozycji: 49o38’59”N - 019o59’50”E.
Postanowiliśmy zbadać sprawę tunelu w Szczeblu czy Strzeblu (977 m) – jak brzmi druga wersja nazwy tej góry. W jej stoku na pozycji 49o41’44”N - 020o00’30”E znajduje się jaskinia Zimna Dziura (Zimna Grota), której łączna długość korytarzy wynosi 25 m. Nazwa jej bierze się stąd, że nawet w lecie panuje tu niska temperatura i istnieje jedyny w Beskidach lodowiec jaskiniowy. Dowodzi to zatem, że z Zimnej Dziury (470 m) nie ma żadnego sekretnego przejścia czy ukrytego korytarza – w innym przypadku lód zostałby szybko roztopiony przez cyrkulujące powietrze. Dotrzeć do niej można drogami nr 1 i 2 opisanymi w przewodniku Pascala, lub drogi nr 33 i 34 u Krygowskiego. Jaskinia była zbadana w dniu 25 maja 1835 roku przez Ludwika Zejsznera i na pewno była umieszczona na wszystkich mapach turystycznych i wojskowych masywu Szczebla, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Używano wtedy nazwy Strzebel nawet na mapach c.k. armii. Ale...
W Beskidach uporczywie krążą legendy o tajemnych podziemnych tunelach i przejściach wykutych przez górników z Wieliczki lub przez poszukiwaczy skarbów z Bractwa św. Wawrzyńca zwanego także Bractwem Siedmiu Gwiazd, w celu znalezienia złota, srebra, kamieni szlachetnych i innych, mniej cennych kruszców. Same wychodnie piaskowcowe sprawiają niesamowite wrażenie i wcale się nie dziwię, że ludzie patrząc na fantastyczne czasem kształty skalnych bałwanów zaczęli wymyślać różne legendy – bo to, czego nie widziało oko, dopowiadała wyobraźnia. Wprawdzie pod tym względem Beskidom daleko jest do Karkonoszy, ale działa tu dokładnie ten sam mechanizm: zmęczenie wejściem czy zejściem po stromym i trudnym stoku, (a Szczebel jest jedną z najbardziej stromych gór w Beskidach w ogóle!), rozigrana wyobraźnia, podniecenie przygodą, specyficzne warunki świetlne... To wystarczy, by człowiek zaczął widzieć coś niezwykłego w każdej kupie kamieni.
Z drugiej strony, te kupy kamieni mogą ukrywać wejścia do jaskiń, tuneli, korytarzy i przejść podziemnych, o których nie wie nawet miejscowa ludność, a jeżeli nawet wie, nie kwapi się do zdradzania sekretów ceprom, bo i z jakiej racji. A zatem relacja pana Bzowskiego może być prawdziwa, przynajmniej częściowo. Skąd miałyby się wziąć te tunele? Nie wierzymy za bardzo w relację prof. Pająka, jakoby mieli je zrobić Kosmici czy inne „wszechmocne stwory” z głębin naszej planety, bo obaj już nie wierzymy w istnienie Kosmitów. Najbardziej trafia do nas hipoteza o istniejącej przed nami jakiejś Supercywilizacji sprzed 20.000 lat, której budowle - a raczej to, co z nich pozostało po Wielkim Konflikcie Bogów-Astronautów - mamy jeszcze przed oczami, ale traktujemy je jak coś normalnego, bo patrzymy na nie od urodzenia... I dlatego tak trudno jest to nam przyjąć do wiadomości! Tunelu wprawdzie nie znaleźliśmy, ale pewności do końca nie mamy, czy nie ma go w innym miejscu...
To tylko cząstka tego, co czeka nas w Beskidach i innych miejscach naszego kraju. Bieda w tym, że zachłysnęliśmy się światem i nie dostrzegamy tego, co mamy za progiem. A największe tajemnice zazwyczaj znajdują się na wyciągnięcie ręki.
Robertowi udało się znaleźć w Jordanowie człowieka, który pamięta tamte czasy, to 90-letni sierżant Armii Krajowej Józef Durek, który w latach 1942-45 walczył w szeregach oddziału dowodzonego przez kpt. „Lamparta” na terenie Beskidów i Gorców. W dniu 5 czerwca 2002 roku przeprowadził z nim wywiad na temat tego, co się działo na Jordanowszczyźnie w ostatnie dni wojny i tuż po wkroczeniu wojsk sowieckich. Wywiad ten jest o tyle ciekawy, że rzuca pewne światło na wydarzenia w okolicach Jordanowa w ostatnie dni panowania III Rzeszy na tych terenach:

Pytanie: Czy wie Pan coś na temat tego tajemniczego tunelu z opowiadania pana Bzowskiego?
Odpowiedź: Nie, nic nie wiem. Przeczytałem to, ale nic na ten temat nie mogę Panu powiedzieć. Nie znam tej sprawy, kompletnie nie znam... Nic mi na ten temat nie wiadomo.
P.: A wie Pan coś na temat tego czołgu czy czołgów?
O.: Też nic. Pełniłem w obozie (bazie partyzantów oddziału „Lamparta”) funkcję szefa naszej 10. kompanii. Brałem udział w wyprawach na Słowację, Biała, Frydman, walka o Ochotnicę, większa potyczka w Rdzawce, gdzie Janik był ciężko ranny. No i moja praca jako szefa kompanii na miejscu, służba wartownicza, itd.,  ćwiczenia z młodzieżą, która pierwszy raz się zetknęła z bronią. To było w listopadzie, jak się znalazłem na tym terenie. Odnowiło mi się serduszko, ostry gościec stawowy i to był koniec mojej wojaczki. Musiałem się wycofać z tamtego terenu. Potem była demobilizacja pułku, a wciąż wzrastała groźba ze strony partyzantki radzieckiej z oddziału Zołotara.
P.: Co to byli za ludzie, ci Rosjanie?
O.: Najpierw to był Alosza Petrow, który prowadził tę grupę, a potem, we wrześniu został zrzucony Zołotar. Zołotar był członkiem NKWD, który pracował na terenach polskich; jak Sowieci szli, on działał przy likwidacji Akowców, z 27. Dywizji AK na Wołyniu i tu został zrzucony w tym samym celu. W pierwszych dniach, tośmy razem współpracowali – wspólne wypady na wroga i walki o Ochotnicę. Ale w miarę posuwania się Armii Czerwonej ta współpraca nabierała innych kolorów. Nasz dowódca „Borowy” zabronił im dokonywania rabunków na naszej ludności polskiej, miejscowej, i nasze dowództwo się zobowiązało dostarczyć im żywność. I wiele razy ją otrzymali. Raz dostali aż 5 sztuk bydła z zajętego przez nich magazynu żywności. Ale to było wszystko niewystarczające. Zresztą potem, w trakcie pewnej akcji w Mszanie Dolnej, został przez sowiecką grupę zaatakowany sam „Borowy” z grupą swoją, ranny... Taka to robota była. [...]
P.: Chciałbym wiedzieć, czy w czasie wojny i krótko po niej Rosjanie czegoś tutaj poszukiwali w latach 1945-1947?
O.: Nie, nasze UB na terenie tutejszym poszukiwało dowódcy 3. PSP „Harnasi”. I wszędzie ich szukali.
P.: Czy Rosjanie po wojnie poszukiwali niemieckich specjalistów zajmujących się tajnymi broniami?
O.: Nie, nie.
P.: Pytam dlatego, że w czasie wojny były prowadzone przez Niemców badania nad tajnymi broniami – np. strzelano z Krowiarek w Tatry z dział V-3, zaś w Grzechyni zbudowano pasmo bunkrów, które nie wiadomo, czego miały bronić...
O.: Oczywiście, że takie próby były! A u nas za stacją kolejową w Jordanowie, tam, gdzie dzisiaj znajdują się Krakowskie Zakłady „Armatury” były przygotowania do produkcji broni atomowej... I ta wiadomość została opublikowana w RWE i tą droga to do nas doszło. I tam jeszcze powiedziano, kto z naszych ludzi z Jordanowa tam pracuje, żeby się ich wystrzegać. To RWE dała taką wiadomość.
P.: Kiedy to było?
O.: To było w latach 50. na pewno lub w 60.
P.: Tam były jakieś magazyny wojskowe? Przynajmniej tak mówili mi rodzice, no i sam to pamiętam, jeszcze jak byłem mały.
O.: Tam była właśnie produkcja części do broni atomowej, gdzie dziś są „Armatury”. Oni to potem zlikwidowali, bo jak Pan rozumie, kiedy taka wiadomość się rozeszła, to trzeba było ten zakład gdzieś przenieść.
P.: I to było dla Rosjan?
O.: A tylko! Na pewno! My nie mieliśmy broni atomowej. [...]
P.: Jak długo tutaj działali Rosjanie z NKWD?
O.: Rosjanie bywali tutaj w 1945 roku, ale w 1946 już nie.
P.: Czy ci z NKWD nie węszyli za rudami uranu w latach 1945-46?
O.: Nie, czegoś takiego tutaj nie było na Jordanowszczyźnie. Chociaż nie, zaraz, zaraz – jak uczyłem w Osielcu w latach 1947-48, dowiedziałem się, że w jednym z domów na Kamieńcu pomiędzy Bystrą a Osielcem, NKWD założyło kocioł. Poszukiwali jakiegoś VIP-a z podziemia, a konkretnie z Rządu Emigracyjnego w Londynie. Nikogo nie złapali, ale NKWD wymordowało żywy inwentarz tym ludziom i ich samych ciężko poturbowało... Do dziś dnia nie wiadomo, na kogo czekała sowiecka bezpieka na Kamieńcu...

Tyle Józef Durek. Jak widać, Beskidy kryją niejedną tajemnicę z naszej historii najnowszej. Kim był tajemniczy „gość z Londynu”? Co składowano w okolicach jordanowskiej stacji kolejowej? Na te pytania nie odpowie nam już nikt, no chyba, że znajdziemy jakieś ślady w archiwach byłego UB, MON i MSWiA.
W maju 2003 roku, po serii publikacji słynnego polskiego podróżnika i literata Macieja Kuczyńskiego, zamieszczonych na łamach tygodnika „Gwiazdy mówią”, na temat planetarnych podziemi w Afganistanie i innych krajach Azji, zwróciłem się do niego z prośbą o skomentowanie informacji na temat Księżycowej Jaskini i innych tego rodzaju formacji w rodzaju Tunelu o Szklistych Ścianach opisanego przez prof. Jana Pająka. A oto, co mi odpowiedział w swym emailu z dnia 25 maja 2003 roku:

Panie Robercie!

[...] Pyta Pan, co o tym (Księżycowej Jaskini) sądzę. Poruszył Pan wiele aspektów, od Shambali do UFO, itp. ja chciałbym się odnieść tylko do tego, co napisał rzekomo naoczny świadek o słowackiej Jaskini Księżycowej. Sam byłem w setkach jaskiń wapiennych i piaskowcowych na kilku kontynentach, a zaczynałem odkrywając jaskinie tatrzańskie. Także liczne słowackie (mam własne odkrycia w Belanskej Jaskyni), również napisałem setki opisów jaskiń w książkach, dla prasy, w różnych raportach i sprawozdaniach oraz pracach naukowych. Z tego punktu widzenia w opisie Jaskini Księżycowej nie widzę ani jednego elementu, szczegółu czy tropu, który by wskazywał, że autor był w czymkolwiek innym, niż w naturalnej słowackiej jaskini, wydrążonej w wapieniu w toku normalnego, dobrze już zbadanego procesu krasowego. Dotyczy to nie tylko kształtu korytarzy, szczelin, studni, kominów podziemnych, ale także i form naciekowych z kalcytu, czyli krystalicznego węglanu wapnia, zabarwianego w jaskiniach przez tlenki różnych metali i minerały. Jest tam miejsce i dla śnieżno białej lub kremowej  „porcelany”, którą nożem trudno zarysować i dla czarnego (tlenki manganu), elastycznego „kauczuku” (plastyczna postać węglanu wapnia zwana mlekiem wapiennym). „Baszta zamku pokryta naciekami”, to oczywisty, typowy potężny stalagmit. „Ściany szczeliny pokryte szczerbami”, to pospolity obraz chemicznego rozpuszczania skały wapiennej przez wodę nasyconą CO2. „Koryto w żółtym piaskowcu” jest suchym łożyskiem jaskiniowego potoku z typowym osadem glinki jaskiniowej, która pozostaje po chemicznym rozpadzie wapienia. „Dno wyłożone wapieniem” – to już niemal „manipulacja” autora opisu. Istotnie, korytarze jaskiniowe są wyłożone wapieniem, ale przez przyrodę! Cały opis, to typowe wrażenia człowieka, nieco przestraszonego, który pierwszy raz znalazł się w jaskini. Przy tym, wszystko wydaje się mu większe i rozleglejsze, niż jest naprawdę, chociaż wiele korytarzy, także w słowackich jaskiniach, ma rozmiary tuneli metra i sale, jak katedry, a ich labirynty rozwinięte na wielu poziomach, połączonych studniami, ciągną się po kilkanaście i kilkadziesiąt km.
Moim zdaniem opisana jaskinia istnieje naprawdę, ale jest całkowicie naturalnym tworem przyrody. Co do jej długości, autor opisu chyba przesadził: półtorej godziny pochodu w głąb góry i powrót po zgaśnięciu pochodni i świeczki, to nieprawdopodobne! Cała reszta, o udziale inteligentnych istot w formowaniu jaskini jest do tej historii ewidentnie dodana, tylko na tej podstawie, że młodemu partyzantowi coś wydało się niezwykłe. To naprawdę za mało, by wysuwać tak daleko idące hipotezy.
Druga historia opisana przez dr Pająka, to już czysta fantazja, czy bajka. Chociaż nikt jej nie widział, bo świadectwo nieokreślonej osoby nie jest żadnym dowodem, buduje się na tym całe koncepcje podziemnych tuneli o światowym zasięgu, chociaż to przeczy geologicznej logice. Po pierwsze – takie tunele byłyby nieustannie zawalane i przerywane przez ruchy tektoniczne, czy zamykane ciśnieniem górotworu. Musiałyby też pokonywać ruchome miejsca styku dryfujących plyt kontynentalnych!
Po drugie – byłyby zalane wodą! – dlatego np. w każdej kopalni wciąż pracują stacje pomp.
No i wreszcie trudno wytłumaczyć, dlaczego 20 tys. lat temu, gdy Ziemia była niezwykle rzadko zaludniona, ktoś potężny, dysponujący „kosmiczną” technologią miałby sobie zadawać trud budowy tuneli pod oceanami, zamiast przepływać je czy przelatywać górą? Ale to prowadzi nas do zupełnie innych rozważań.
Generalnie, choć wszelkie hipotezy przyjmuję za prawdopodobne, dopóki sam ich nie sprawdzę, sądzę, w przypadku jaskiń, że istnieją tylko małe szyby i tunele oraz studnie wykute przez ludzi. Wszelkie rozległe labirynty na świecie (oprócz kopalni) są naturalne.
To, co mogłem, tzn. co było zlokalizowane przez autorów (np. Daenikena – jaskinie południowoamerykańskie), sam zwiedziłem i zawsze stwierdzałem, że autor nie miał pojęcia o czym pisze. Zawsze okazywało się, że chodzi o twory naturalne, a ich bogactwo form może istotnie zmylić laika.

Maciej Kuczyński

No cóż – to człowiek, przed którym chylimy głowy, bo o wielu rzeczach my czytaliśmy czy słyszeliśmy, a on tam był. Zresztą nie zostaje się członkiem The Explorers Club w Nowym Jorku na piękne oczy. Krytyka Dänikena jest tu jak najbardziej na miejscu, bo sami się z nim nie zawsze zgadzamy. Teoria o wizytach Przybyszów z Kosmosu ma swe poważne ułomności i o wiele bardziej adekwatna jest hipoteza o zamierzchłych Supercywilizacjach, która tłumaczy zdecydowana większość zaobserwowanych anomalii.
I jeszcze jeden głos w dyskusji – tym razem z Podkarpacia. Rownież w maju 2003 roku, koordynator Podkarpackiego Oddziału CBZA, Arkadiusz Miazga, przesłał nam dwie ciekawe relacje na temat dziwnych konstrukcji podziemnych, o których krążą legendy na terenie województwa podkarpackiego, a oto one:

Relacja dotycząca rzekomych podziemnych tuneli znajdujących się na Podkarpaciu we wsi Pstrągowa, opowiedziana przez Kazimierza Skworzca w dniu 3 marca 2003 roku w Będzienicy. Poniższe opowiadanie słyszał pan Kazimierz jako mały chłopiec od swojego dziadka. Mogło to być w latach 40-stych.

Do odkrycia dziwnych tuneli miało dojść kilka lat przed wybuchem pierwszej wojny światowej w 1914 roku, we wsi Pstrągowa. Tamtejsi ludzie kopali studnię na wodę – pan Kazimierz powiedział że na około siedem betonów, z czego wynika, że była głęboka na jakieś 5-6 metrów.
Studnia była wykopana, woda się pomału napełniała, zaś po kilku dniach okazało się, że woda znikła, a studnia była pusta, co bardzo zdziwiło mieszkańców. Postanowili sprawdzić co mogło być powodem zniknięcia wody. Według Kazimierza Skworzca, podobno rozkopali i powiększyli studnię, aby następnie spuścić się na linach w dół.
Okazało się, że na dnie jest szczelina, przez którą najwyraźniej ucieka woda. Ciekawość ludzi okazała się silniejsza i postanowiono pogłębić otwór aby zobaczyć co jest pod dnem studni. Dwie osoby, które odważyły się zejść najniżej z lampami, powiedziały, że przebiega w tym miejscu jakiś tunel, który miał kształt półokrągły. Jego wielkość też musiała być znaczna ponieważ – jak twierdził pan Kazimierz – mógł tam bez trudu przejechać wóz zaprzęgnięty w konie.
Ponoć nie był to tylko jeden tunel, ponieważ nieco dalej znajdowało się kilka innych. Niestety więcej pan Kazimierz nie pamięta, oprócz tego opowiadania, które słyszał w dzieciństwie od swego dziadka. Nie wiadomo co się stało ze studnią – prawdopodobnie została zasypana.
Słyszeliśmy, że w Pstrągowej do dzisiaj istnieją otwory w ziemi o dużej głębokości. Niektórzy wrzucali przez niewielkie szczeliny kamienie nasłuchując po jakim czasie spadnie. Niestety nie wiadomo gdzie tego typu szczeliny się znajdują, ponieważ nikt tego nie wie, lecz jedynie słyszał.
Być może w powyższym przypadku chodzi o słynne „szkliste tunele”?

Śpiący rycerze pod Podkarpaciem.

Na terenie Podkarpacia istnieje jeszcze jedna przesłanka, która może wskazywać na istnienie podziemnych tuneli. Jest nią legenda o śpiących rycerzach.
Fragmenty tej legendy pochodzą z książki „Ziemia Gorlicka na tle legend” Anny i Tadeusza Pabisów, 2000 r.

„O tym, że we wnętrzu Salomonowej góry w Bieczu spoczywa śpiące wojsko, wiedziano w Bieczu i okolicach od tak dawna, jak daleko sięga legenda. Otóż pod byłym zamkiem królowej Świętej Jadwigi są uśpieni, zakuci od stóp do głów z zbroje rycerze. Według legendy są to młodzi, przystojni, nie starzejący się, ani nie umierający mężczyźni. Od wschodniej strony, obok drogi przelotowej z Gorlic do Biecza, u podnóża góry Zamkowej są drzwi żelazne prowadzące do piwnic, a w zamierzchłych czasach wejście to prowadziło w głąb tej góry i dalej tunelem aż pod miasto Biecz. Raz pewien śmiałek poszedł z łuczywem w głąb podziemi, gdzie zauważył olbrzymia komnatę, a w niej śpiące wojsko. Ów śmiałek pomimo swej odwagi stanął jak wryty. Strach go obleciał i zaczął uciekać. Niechcąco potrącił wystający kamień, który narobił wiele hałasu. Wtenczas jeden z czuwających rycerzy zapytał:
- Bracie czy już czas?
- Nie, nie czas jeszcze, śpijcie nadal spokojnie – mówił strwożony śmiałek.
W późniejszych latach to wejście zamurowano w obawie zasypywania się tunelu. Ale u szczytu wzniesienia była dziura głęboka i gdy w Bieczu groźna zaraza szalała, zmarłych wrzucano w tę czeluść a potem otwór zagracono i zasypano ziemią.”

To są wszystkie informacje dotyczące tej ciekawej legendy.

Arkadiusz Miazga
CBZA-Podkarpacie