wtorek, 17 stycznia 2012

TAJEMNICA KSIĘŻYCOWEJ JASKINI (9)

ROZDZIAŁ 8 – Tajemnica
Orawskich Beskidów

Dziwne zjawiska nad Magurą i tajemnicze światła na stokach – Bezdenna jama, zaginieni ludzie, grzmoty bez burzy po raz drugi – Przybysze z nocnego nieba – O meteorycie przekutym na motyki i lemiesze – Temat powraca: Dziwne odkrycie na Czerwonych Wierchach.

Ta historia ma pewne odniesienia do sprawy Księżycowej Jaskini. Autor tej relacji Augustín Víťaz opisał historię, która koresponduje zarówno z relacją dr Pająka o Tunelu w Babiej Górze, jak i z dziennikiem dr Horáka. Historia jest tak niezwykła, że nie można jej ominąć pisząc o tajemnicach słowackich gór. A oto ten zajmujący materiał. (Víťaz, A.: „Magurská záhada”, „UFO magazín”, vol. 12, nr 2 (2003), ss.13-15).

Także i na Słowacji są wciąż miejsca, na które ludzkie nogi wkraczają bardzo rzadko. Jednym z takich obszarów jest pasmo górskie Orawskich Beskidów na granicy słowacko-polskiej. Nawet dzisiaj północna część jest zasiedlona niezmiernie rzadko, a w gęstych lasach panuje cisza i spokój. I to właśnie tutaj, przed niemal 200 laty rozegrały się dziwne wydarzenia opisane poniżej.
W XIX wieku obszar Orawskich Beskidów był zapomnianą przez Boga krainą, w której diabeł właśnie powiedział „dobranoc”. Na stokach gór i w dolinach przysiadły małe wioski i osiedla ludzkie. W jednej – dzisiaj już całkiem zapomnianej osadzie – w czasie pewnej jesieni zaobserwowano całą serię niecodziennych zjawisk, o których wieści rozpowszechniały się tylko ustnie i nikt ich nie spisywał, ale i tak zachowały się do dziś dnia. Słyszałem o nich w połowie lat 60. od małżeństwa, którego przodkowie mieszkali w okolicy szczytu Magura – 1.018 m n.p.m. (Góra ta znajduje się pomiędzy przysiółkami Pientakova Ral’a a Vyšný Koniec – na 49o31’N - 019o22’56”E.) Dzisiaj jest bardzo trudno ustalić wiarygodność tego opowiadania, bowiem szczegóły pochodzą już nie z drugiej i trzeciej, ale z dziesiątej ręki. Opowiadali to, co usłyszeli od swoich rodziców, a ci od swoich, itd. Po tylu latach od tych wydarzeń, niezmiernie trudno oddzielić realne jądro od legend, które z biegiem czasu go omotały. Dlatego należy podejść do tych opowiadań z dozą rezerwy, jakkolwiek porównanie ich z legendami z różnych krańców świata pozwala na stwierdzenie, że nie są to jedynie opowieści wyssane z palca prostych wieśniaków.

Trudno określić datę początku serii zagadkowych wydarzeń i właściwie to niemożliwe. Na podstawie poniższego opowiadania można tylko wnioskować, że rozegrały się na jesieni, prawdopodobnie  przed rewolucyjnym rokiem 1848. Najbardziej prawdopodobny mógłby być rok 1813, ale nie jest to ani pewne, ani możliwe do udowodnienia.

Zaczęło się w pewne jesienne późne popołudnie. Pogoda była paskudna – szaruga trwała od kilku dni, wszystko było przemoczone, zaś niebo miało kolor ołowiu. Krótko po zachodzie Słońca, mieszkańcy osady stwierdzili dziwny niepokój wśród zwierząt gospodarskich. Prosięta niespokojnie tłukły się w chlewikach, krowy nerwowo muczały, psy wciąż warczały i chodziły po podwórkach ze zjeżoną na karku sierścią. Ludzie nie przypisywali temu żadnego znaczenia do czasu, kiedy zachowanie się zwierząt nie związało z tym, co się stało w nocy.

Krótko po zapadnięciu zmroku przestało mżyć, wiatr ustał i w wiosce nastała dosłownie grobowa cisza. Wieśniacy słyszeli huczenie wezbranych potoków górskich, czego nigdy wcześniej nie dało się usłyszeć. Głosy niosły się daleko, zaś każdy krok grzmiał jak tupot słonia. Na szczytach drzew pojawiły się maleńkie iskry i wszystko wskazywało na to, że zbiera się na silną burzę. Nagle wśród nocnej ciszy zaczęła trząść się ziemia. Nie wiadomo dokładnie, kiedy to było, ale można wywnioskować, że gdzieś pomiędzy północą a świtaniem. Silne wstrząsy i towarzyszące im podziemne huki i łomoty porządnie wystraszyły wieśniaków. Przerażeni ludzie wybiegli z domów. Zrazu ci, którzy służyli w c.k. armii sądzili, że to kanonada artyleryjska. Trzęsienie ziemi po pewnym czasie ustało, ale huk wciąż było słychać. Tych odgłosów nie mieli do czego porównać, bowiem nigdy nie spotkali się z czymś podobnym. Wedle podanego przez nich opisu, dźwięk można było porównać do ciągłego grzmotu lub odgłosu wydawanego przez hutniczy wielki piec.

Wieśniacy trochę się uspokoili, gdy okazało się, że nikt do nich nie strzela, a ich dobytek jest cały. Po chwili zlokalizowali kierunek, z którego te dziwne hałasy napływały – spoza przeciwnej strony Magury – z NE stoku, a że była mieprzenikniona ciemność, poza czekaniem na dalszy ciąg nie mogli zrobić niczego. Zgromadzili się tedy przed domami i czekali, co będzie dalej. Silny huk skończył się tak samo nagle, jak się zaczął. Z relacji można wywnioskować, że nie trwało to dłużej, niż kilkadziesiąt sekund.

Po chwili ciszy ludzie uznali nocny spektakl za skończony, ale pomylili się. Kiedy wrócili do swych domostw, usłyszeli nagle silny, wysoki pisk, który przenikał ich do kości. Dobiegał ze wszystkich kierunków i nie pomogło zatykanie uszu – słychać go było cały czas. Tym razem jednak dźwiękowi towarzyszyło światło. Z drugiej strony Magury leciały w kierunku zachmurzonego nieba jaskrawe błyski światła. Mogły to być zwyczajne błyskawice, ale wedle relacji, światła wylatywały z wnętrza góry w niebo, a nie na odwrót! Poza tym, poza niesamowitym piskiem, nie słychać było niczego innego – nawet grzmotów.

To widowisko „światło i dźwięk” nie trwało długo – tylko kilka lub kilkanaście sekund. Mieszkańcy wioski długo potem czekali, czy będzie jakiś dalszy ciąg, ale wokół panowała tylko cisza nocna przerywana głosami zwierząt i ptaków z okolicznych gęstych lasów.

Legenda twierdzi, że silny huk i światła obudziły także mieszkańców osad i wsi po drugiej stronie Magury. Pisk było ponoć słychać nawet w Oravskiej Polhore (około 7 km w linii prostej od Magury), ale nie ma na to żadnego potwierdzenia.

Na drugi dzień, grupa mężczyzn ze wsi wybrała się na rekonesans na przeciwległy stok Magury, gdzie widziano światła i skąd dopływały tajemnicze hałasy. Przez cały dzień przeszukiwali gęste lasy i nie znaleźli niczego. Nigdzie nie było nawet śladu po tym, co działo się na tam minionej nocy.

Po zajściu Słońca, wieśniacy ze strachem czekali na powrót zagadkowych zjawisk. Wystawili warty i posterunki obserwacyjne, które miały na oku szczyt Magury przez całą noc. Ale tym razem nie pojawiły się żadne światła i dźwięki.

Tak upłynęły trzy tygodnie, po których z tego samego miejsca ozwało się krótkie, ale silne dudnienie. Niektórzy porównali to do rżenia ogromnego konia. Wieczorem sąsiedzi stwierdzili zniknięcie pary staruszków mieszkających na skraju wsi przy ścianie lasu. W domu niczego nie ubyło, nie stwierdzono żadnych śladów walki czy przemocy. W piecu były jeszcze gorące popioły, co znaczyło, że staruszkowie musieli wyjść z chaty po południu.

Drugiego dnia stwierdzono zniknięcie kilku gospodarskich zwierząt. Okazało się, że przepadło kilka kur, krowa, koza oraz jeden pies. Nie znaleziono żadnego śladu wskazującego na to, co się z nimi stało. W ciągu kilku następnych dni znikło kilka innych zwierząt.

Czwartego dnia od opisanych wydarzeń, jeden z wiejskich pasterzy szukał na stoku Magury zabłąkanej owcy. Niezbyt daleko w lesie natknął się na „bezdenną” dziurę w ziemi. Była idealnie okrągła i wydobywał się z niej straszliwy smród. Pasterz zauważył, że gałęzie iglastych drzew nad dziurą były bezlistne i pokręcone. Ponieważ wiedział o wydarzeniach sprzed czterech dni, zaalarmował chłopów z osady. Ci od razu połączyli dziwną dziurę z widowiskiem światło-dźwięku, które ich tak wystraszyły w ostatnich dniach. I znów posłyszeli dziwny grzmot, który jakby wydobywał się z głębin Ziemi. Brzmiał on tak, jakby z wielkiej odległości. Nie było wątpliwości, że tam na dole coś się porusza.

Z relacji można wnioskować, że dziura była wybita pionowo w stoku góry i przypominała studnię, której wewnętrzne ściany były idealnie gładkie. Jej średnica wynosiła jakieś 50-60 cm. Przestraszeni, ale zdeterminowani chłopi spuścili do tej studni kamień uwiązany na linie, by zmierzyć jej głębokość. Po rozwinięciu całej liny kamień nie sięgnął dna. Przeliczając głębokość na dzisiejsze miary, lina była długa na 25-30 m!

Żaden mężczyzna nie odważył się opuścić do tej dziury i stwierdzić, co się w niej kryje. Odrzucał ich ohydny zapach wydobywający się ze studni i stłumione pomruki spod ziemi. Ograniczyli się tylko do oględzin okolicy, w nadziei znalezienia śladów zwierzęcia, które w dziurze mogłoby mieć swój barłóg. Znaleźli jedynie kawałek płótna i krowi róg. Płótno wbrew wilgotnej pogodzie było suche i widocznie dostało się tam zupełnie niedawno. Pochodziło z jakiejś koszuli. Krowi róg też leżał w lesie krótko, zaś odcięty był czysto od głowy krowiej kilka dni temu.

Z tymi skromnymi wynikami poszukiwań wieśniacy wrócili do osady. Tego, co zobaczyli, nie potrafili wyjaśnić w żaden sposób. O dziurze w lesie nikt przedtem nie słyszał, chociaż niektóre rodziny mieszkały pod Magurą od wielu pokoleń.

Ziemia zatrzęsła się jeszcze tego samego wieczoru, tym razem przed północą. Wstrząsy trwały tylko kilka sekund (według legendy trwało to tyle czasu, ile zajmuje policzenie do dziesięciu, a zatem 8-12 sekund), co jednak wystarczyło, by ludzie wybiegli na zewnątrz chat. Dzięki temu zauważyli, że ponownie po drugiej stronie Magury płonie silne światło, którego łuna rozświetliła nocne niebo. Ponownie usłyszeli silny huk, podobny do tego, który wystraszył ich kilka tygodni wcześniej. Huk stopniowo przeszedł w wysoki pisk i naraz się urwał. W tym samym momencie znikła i łuna.

W kilka dni później, kilku najodważniejszych chłopów udało się na to miejsce, z którego dochodziło światło i dźwięk. Zauważyli, że doszło tam do osunięcia się ziemi. Było tam kilka wywróconych drzew, samo zbocze się trochę zmieniło, zagadkowa dziura znikła. Po prostu znikła. Nie pozostało po niej żadnego śladu!...

I tak się kończy relacja-legenda, którą przed ponad 40 laty opowiedziała mi para wieśniaków. Według nich, już potem nic się dalej nie działo. Żadnych świateł, ani nietypowych dźwięków nie zaobserwowano. Nie odnaleźli się zaginieni ludzie i zwierzęta. I nikt nie wie, co się naprawdę z nimi stało.

Ze względu na długi okres czasu nie można określić, czy opisane powyżej wydarzenia rozegrały się naprawdę, czy tylko w głowach i wyobraźni prostych wieśniaków. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że idzie jedynie o niezwykłą legendę, która podawana z ust do ust, z ojca na syna, została zniekształcona do cytowanej powyżej postaci. Studiując literaturę można jednak natknąć się na podobne informacje z różnych stron świata, o zaskakująco podobnych wydarzeniach.

Wydaje się nam, że istnieje pewne wytłumaczenie dziwnych zjawisk, które zaobserwowano w okolicach Magury. Jednym z elementów rozwiązania tej zagadki jest pogoda i związane z nią przemieszczania się mas skał, ziemi i wody – czyli osuwiska. W Beskidach zjawisko osuwisk jest znane i nikogo nie dziwi, szczególnie w czasie wilgotnych miesięcy letnich i szarugi jesiennej. Nawet w okolicach Jordanowa mamy takie miejsce, w którym zjawisko to występuje nader często. Pisze na ten temat mgr Stanisław Bednarz w swym artykule pt. „Osuwiska okolic Jordanowa” w „Echu Jordanowa” nr V-VI/2000, którego obszerne fragmenty pozwolimy sobie zacytować:

[...] W rejonie Jordanowa obszarem o wybitnie rozwiniętych osuwiskach jest masyw góry Przykrzec (741 m n.p.m.). wynika to ze specyficznej budowy geologicznej tego wzgórza. Gruboławicowe piaskowce budujące partie szczytowe podścielone są pakietem nawodnionych łupków ilastych. Stopniowe wymywanie podścielających utworów ilastych powoduje naruszenie stateczności partii szczytowych zbudowanych z piaskowca. Objawia się to licznymi i nagłymi osuwiskami. Procesy te wybitnie uaktywniły się w czasie deszczowych lat. Dokładne badania, które prowadziłem w latach 1982-85 stwierdziły występowanie 15 osuwisk. [...] Całe szczęście, że stoki Przykrzca są niezabudowane i nie występuje stąd zagrożenie dla obiektów. [...]
Największe osuwisko nr 1 obejmuje północne stoki bocznej odnogi Przykrzca – tzw. Grapy (700 m n.p.m.) - obejmuje powierzchnię ok. 30 ha. Obecnie jest nieczynne. Powstało około 5.000 lat temu w atlantyckiej fazie Holocenu, gdy klimat był wybitnie wilgotny. Jest to jedno z największych osuwisk w Karpatach. (Nawiasem mówiąc jest ono, obok Kamieniołomu Osieleckiego, doskonale widocznym obiektem na zdjęciach satelitarnych wykonanych z Landsata –1.) [...]
Innym osuwiskiem jest formacja nr 11 na południowym stoku Przykrzca i pochodzi z czasów współczesnych. Powstało podczas wybitnie deszczowego lata 1963 roku. [???] Fakt ten pamięta wielu mieszkańców Jordanowa, gdyż towarzyszył temu huk przesuwających się mas skalnych, słyszalny nawet w centrum Jordanowa. [...] Osuwisko to jest znane większości geologów w kraju, gdyż jego zdjęcie z 1948 roku znajduje się w czołowym podręczniku uniwersyteckiej geologii pt. „Geologia dynamiczna” prof. Mariana Książkiewicza. Ślad w postaci niezarośniętej blizny w stoku góry był widoczny do połowy lat 70.

Osobiście pamiętamy powstanie mniejszego osuwiska na Przykcu pewnego deszczowego lata w połowie lat 60. W nocy obudził nas donośny łoskot i odczuliśmy wstrząs podziemny. Rankiem ujrzeliśmy szerokie pęknięcie w południowo-wschodnim stoku tej góry. Teraz – w 2003 roku blizna jest już niewidoczna, bo zakrywa ją gęsty las świerkowy, ale wtedy kilkudziesięciometrowej wysokości urwisko budziło grozę, a potem stanowiło cel wycieczek ludzi miejscowych i letników. A zatem można  założyć, że wspomniane w relacji osuwisko na stoku Magury powstało wskutek wstrząsów podziemnych i uruchomienia przez nie przesyconych wodą tysięcy ton ziemi i skał, które spłynęły w dół tworząc potężną lawinę niszczącą wszystko, co jej stanęło na drodze. To jest pierwszy aspekt tej sprawy.

Znacznie trudniej będzie wytłumaczyć dziwne światła i hałasy, które obserwowano na tym terenie, jednakże i na to jest pewne rozwiązanie. Istnieje możliwość, że wieśniacy zachowali pamięć o upadku na Ziemię dwóch żelaznych meteorytów:  Meteorytu Lenarto (1813) - ML i Meteorytu (Oravska) Magura (1830-1840) - MOM – w nawiasach podaję lata ich odkrycia, bowiem wszystko wskazuje na to, że spadły znacznie wcześniej. (Wszystkie dane ze stron internetowych: www.meteorite.fr oraz www.meteorites.ru.)

Jak twierdzą słowaccy i węgierscy astronomowie  i meteorytolodzy, (w tym czasie Słowacja wchodziła w skład c.k. Monarchii Austro-Węgierskiej, stąd fragmenty obu meteorytów znalazły się zrazu w jednym z muzeów w Budapeszcie), spadek tych dwóch meteorytów otacza gęsta mgła tajemnicy. Jak dotąd, nikt nie ustalił, kiedy właściwie spadły na Ziemię, być może gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku. ML o typie klasyfikacyjnym IIIA-Om, spadł w okolicy wsi Lenartovo k/Bardejowa, na przybliżonej pozycji 49ºN - 021ºE – jak podają astronomowie, 2 km na południe od granicy z Polską – czyli dokładniej na 49º18’33”N - 021º01’19”E, gdzie znajduje się centrum Lenartova. Po drugiej stronie granicy znajduje się polska wieś Dubne. MOM o typie klasyfikacyjnym IA-Og, spadł na przybliżonej pozycji 49º20’N - 019º29’E – czyli w odległości ok. 4,5 km na zachód od miejscowości Tvrdošín i 2 km na NW-W od wsi Zemanska Dedina, również w niewielkiej odległości od granic Polski – około 10-12 km w linii powietrznej. Główna masa tego meteorytu spoczywa w okolicach byłej wsi Slanica, czyli tam, gdzie dzisiaj szumią wody Jeziora Orawskiego – jak pisze słowacki astronom dr Vladimír Porubčan na stronie internetowej Maticy Slovenskej.

Jest jeszcze trzeci tajemniczy obiekt latający, który spadł w samo południe dnia 6 sierpnia 1662 roku, na szczytową kopułę Sławskowskiego Szczytu – dzisiaj mierzącego 2.452 m n.p.m. – w słowackich Tatrach Wysokich na 49o09’54”N – 020o11’18”E, roznosząc je na bałwany skalne, które w dniu dzisiejszym tworzą rozległe gołoborze na jego stokach. Tak wydarzenie to opisał dr Jacek Kolbuszewski w swej książce „Skarby króla Gregoriusa” (Katowice 1972):

... Dzień 6 sierpnia 1662 roku na długo pozostał w pamięci mieszkańców północnej części Słowacji. Tego bowiem dnia ziemia nagle zadrżała – a trzęsienie było tak silne, że nie tylko zarysowały się ściany domów w Lewoczy, Kieżmarku i Spiskiej Nowej Wsi, a nawet pozapadały się niektóre (zasobne w szlachetne trunki!) piwnice. Ci zaś, których oczy w momencie trzęsienia były zwrócone w stronę Tatr, mogli na własne oczy ujrzeć, jak wali się w gruzy cały wierzchołek Sławskowskiego Szczytu, jak skalna lawina miażdży lasy, jak nad górami tworzy się wielka, czarna chmura. Obdarzeni zaś największą spostrzegawczością widzieli sprawcę całego incydentu – ogromnego smoka lecącego wysoko nad Tatrami. Wydarzenie to upamiętnił Gaszpar Hain, kronikarz miasta Lewoczy, człowiek opanowany i rozsądny, imponujacy dociekliwością umysłu. On to bowiem ustalił bezbłędnie, że smok wybrał sobie za leże tzw. Hochwald – czyli okolice dzisiejszej wsi Štrba. Tam jednakże – niestety – po owym smoku nie ma już dziś żadnych śladów... 
(Zob.: Kolbuszewski J. – „Skarby króla Gregoriusa”, Katowice 1972; Antologia „Bolid Syberyjski”, Jordanów 2002 [skrypt]; Leśniakiewicz R. – „Projekt Tatry”, Kraków 2002)

Wcześniej Slavkowski Szczyt musiał mierzyć co najmniej 200-300 m więcej, i był równy lub nawet wyższy od Gerlacha, który mierzy 2.655 m n.p.m.! Przynajmniej w XVII wieku tak uważano. Dzisiaj można to skalne rumowisko zobaczyć idąc na szczyt szlakiem turystycznym drogą nr 2906 (niebieskie znaki), ze Starego Smokowca. Wstrząs po impakcie był tak silny, że w pobliskich miejscowościach zarysowały się ściany domów i pozapadały piwnice. A zatem musiało tam być już koło 4º,0 - 4º,5 MSK. Jeżeli wierzyć przekazom piśmiennym z tych czasów, odłamek tego ciała kosmicznego zrykoszetował i spadł gdzieś w okolicach wsi Hochwald – dzisiejszej miejscowości Štrba, znajdującej się pomiędzy Popradem a Liptovským Mikulašem. (Opis tego wydarzenia sporządzono w językach węgierskim i niemieckim. W czasie II Wojny Światowej, kronika została wywieziona do Pragi i tam przepadła bez wieści, dr Miloš Jesenský poszukiwał jej w latach 90. ub. wieku, i stąd wiemy, że do dziś dnia zachowała się jedynie jej kopia.)

Proponujemy dlań nazwę Meteorytu Wysokie Tatry - MVT. Jesteśmy przekonani, że MVT był meteorytem (o ile był nim w ogóle – sic!) kamiennym, w przeciwnym wypadku jego metalowe szczątki zostałyby szybko znalezione i odpowiednio wykorzystane. Istnieje wyjaśnienie alternatywne, co do pochodzenia tego ciała kosmicznego – otóż mógł to być sztuczny obiekt kosmiczny, który pozostał na orbicie od czasów atomowych wojen bogów-astronautów i spadł z orbity na Tatry owego fatalnego dnia 6 sierpnia 1662 roku.

Orawska Magura znajduje się w odległości około 15 km w linii powietrznej na południe-południowy wschód od góry Magury w Orawskich Beskidach. Mniej więcej w tym samym kierunku znajduje się Lenartovo – z tym, że odległość jest już znacznie większa i w linii prostej wynosi około 100 km w linii prostej. Być może ludzie widzieli najpierw spadek MOM, a po kilku tygodniach ML? Impakt tych meteorytów spowodował wstrząsy ziemi,  może po prostu zbiegły się wydarzenia – impakty meteorytów i lokalne trzęsienia ziemi. Wszak ten obszar Karpat jest obszarem pensejsmicznym i od czasu do czasu ziemi drży tutaj także. Ostatnio w 1995 roku, kiedy ziemia zatrzęsła się w pasie od Czarnego Dunajca do Bukowiny Tatrzańskiej i Jurgowa. Były to wstrząsy niewielkie – wszystkiego 3oMSK, ale to wystarczyło, by spowodować niepokój u ludzi i zwierząt. Szczególnie te ostatnie zachowywały się niespokojnie jeszcze przed wstrząsami: psy szczekały i wyły, krowy ryczały, konie rżały i kopały itd. 
(„Trzęsienie ziemi na Podhalu” w „Tygodnik Podhalański” nr 44/1995; „Ziemia zatrzęsła się w Czarnym Dunajcu” w „Nasze Strony” nr 44/1995; Leśniakiewicz R. – „Koniec świata na Podhalu?” w „TP” nr 45/1995)

 A zatem tym można wyjaśnić ich niezwykłe zachowanie. Tak samo odgłosy pisku czy świstu – mógł to być meteoryt elektrofoniczny, tj. taki, który lecąc przez atmosferę wytwarza fale elektromagnetyczne wywierające wpływ na ludzki ośrodek słuchu w mózgu. Efekty takie obserwowano niejednokrotnie, więc takie wyjaśnienie też wiele tłumaczy.

A kiedy to było? Mogło to być nawet kilka wieków temu. Legendy podawane z ust do ust, z ojca na syna są niezwykle żywotne, z drugiej strony zaś, czas w takich małych, izolowanych od świata społecznościach płynie zupełnie innym, naturalnym rytmem przemian Przyrody, zatem legenda może sobie liczyć 200, 300, a może nawet 500 i więcej lat! Wydaje się więc, że być może do czynienia z dalekim echem dwóch (a może i więcej) upadków meteorytów na słowacko-polskie pogranicze w dalekiej przeszłości. Skąd ta pewność, że może tutaj chodzić o meteoryty? Proszę porównać opis tego, co się działo w okolicach Magury, z opisami podanymi przez świadków spadku Meteorytu Tunguskiego – a raczej bardziej adekwatnie – Tunguskiego Ciała Kosmicznego. Są one bardzo podobne, a zatem mogło to być zjawisko w rodzaju spadku TCK, z tym, że w o wiele mniejszej skali! Różnica polega na tym, że po TCK nie znaleziono żadnych śladów, natomiast po ML i MOM tak. Można je podziwiać w muzeach. W Muzeum Kraju Wschodniosłowackiego w Koszycach oglądałem kilkukilogramowe żelazne odłamy obu tych meteorytów. W orawskich muzeach regionalnych możemy podziwiać narzędzia rolnicze zrobione z żelaza meteorytowego, pochodzącego z MOM. 
(Zob. Żbik M. – „Tajemnice kamieni z nieba”, Warszawa 1987; Brzostkiewicz St. R. – „Komety -  ciała tajemnice”, Warszawa 1985; Pilski A. S. – „Nieziemskie skarby”, Warszawa 1999; Yeomans D. – „Komety”, Warszawa 1999)

Tymczasem nam te dziwne wydarzenia, opisane przez A. Vit’azia, kojarzą się jeszcze w inny sposób i w odniesieniu do innych zagadnień Mianowicie powstaje pytanie czy mogą mieć jakiś związek z Tunelem o Szklistych Ścianach w Babiej Górze z relacji prof. Jana Pająka i Księżycową Jaskinią według dziennika dr Antonina Horáka? Nie wydaje się na pierwszy rzut oka, ale...

Legendy o tajemniczych jaskiniach są powszechne na całym świecie. To, co uważamy za formacje naturalne sprzed kilkudziesięciu wieków, a nawet milionów lat mogło być dziełem człowieka. Kiedyś zwiedzaliśmy ruiny kompleksu Głównej Kwatery Hitlera Wolfsschanze w Gierłoży k/Kętrzyna i zwróciliśmy uwagę na tworzące się wapienne stalaktyty i stalagmity – czasami zabarwione związkami żelaza w całej gamie barw – od żółci do ciemnego brązu. To samo znajdowaliśmy w bunkrach umocnień Wału Pomorskiego, Międzyrzeckiego RU oraz w podziemnych kryptach Gór Sowich. Od powstania tych umocnień i ich zrujnowania minęło zaledwie 58 lat, a już pojawiły się tam typowe zjawiska krasowe! Podejrzewamy, że za sto lat pojawi się tam regularna szata naciekowa. A co będzie za lat tysiąc? A za 10.000? Podziemne sztolnie i szyby zamienią się w urocze, pełne stalaktytów stalagmitów, stalagnatów, pereł jaskiniowych, mleka wapiennego, makaronów, itp. zjawisk krasowych korytarze i tylko pewne szczegóły będą sugerowały, że nie są naturalnego pochodzenia. Dlatego uważamy, że część jaskiń – nawet tych w Tatrach, Pieninach, Beskidach, Sudetach czy Górach Świętokrzyskich, a nawet w okolicach Trójmiasta – może być pochodzenia sztucznego.

Inną poszlaką jest fakt eksploatacji bogactw naturalnych w naszych górach. Wertując pracę pt. „Tatrzański Park Narodowy” (Kraków-Zakopane 1985) zespołu uczonych z kilku polskich uczelni, stwierdziliśmy, że polskie Tatry są niezwykle ubogie w minerały. Podobnie rzecz się ma ze słowacką ich częścią. Dlaczego? Przecież właśnie w górach znajdowano żyły rud rozmaitych metali, czy je same w postaci rodzimej: złoto, srebro, miedź, antymon, żelazo, arsen i inne. A tutaj nędzne resztki, nie zasługujące nawet na „uczciwą” rabunkową eksploatację. Dziwne to jest – prawda? A może pokłady te zostały już kiedyś wyeksploatowane, a nam pozostały tylko nędzne resztki i jaskinie, które kiedyś były szybami i sztolniami, a teraz pozarastały szatą naciekową, wyżłobiła je woda i przemieszczenia tektoniczne. Metalowe i drewniane wsporniki i stemple rozpadły się i skorodowały z biegiem stuleci, i dzisiaj pozostało nam podziwiać jedynie pozostałości po wspaniałych konstrukcjach podziemnych kopalni i zakładów przetwórczych, które za czasów np. Imperium Atlantydy pracowały całą parą. (W opracowaniach teozoficznych przedstawiających to imperium czytamy, że w końcowych okresach przeplatanych kolejnymi kataklizmami, społeczność atlantydzka przemieszczała się do Afryki via basen Morza Śródziemnego i Bliski Wschód do Azji oraz w drugą stronę, do obu Ameryk. Wprawdzie Słowianie (którzy mogą być potomkami – dziesiąta woda po kisielu – Atlantów) przywędrowali – jak się uważa – z Iranu, ale stało się to stosunkowo później i nie wydaje się, żeby przenieśli na tereny Karpat jakąś wiedzę i technologię atlantydzką. Być może stopniowo dziczeli w pre-starożytnej Persji, aby następnie jeszcze bardziej zdziczeć na terenie naszych krajów. Niektóre ludy atlantydzkie zostały na Wyspach Brytyjskich i być może nawet na Islandii, które są resztkami wielkich wysp stanowiących Atlantydę. Mowa tu więc o czasach, gdy na naszych terenach podkarpackich były skąpe liczebnie ludy tubylcze, być może z niewielkim dodatkiem Gotów i plemion germańskich, o ile w ogóle tu ktoś był zważywszy na obecność lodowca. Nawiasem mówiąc wcale nie bierzesz lodowca pod uwagę – dlaczego? To, co powyżej napisałem nie jest dopiskiem, lecz moją uwagą, zresztą bardzo skrótową, bo to jest materiał na obszerną książkę – uwaga Piotra Listkiewicza)

A przecież resztki urządzeń mogły pozostać w postaci wrostków w buły kalcytowe, alabastrowe czy aragonitowe. Trzeba byłoby ich poszukać na najniższych piętrach osadów spągowych jaskiń, tam, gdzie kalcyt szybko zapływał pozostawione na dnie jaskiń przedmioty. Kto wie, czy któregoś pięknego dnia nie odnajdziemy zatopionego w stale wapiennej artefaktu w rodzaju, ot chociażby „kalkulatora astronomicznego z Rodos” czy „świecy samochodowej” z geoidy z Coso? Uważamy, że takie poszukiwania powinno się wreszcie zacząć. Oczywiście nie liczę na znalezienie całych artefaktów, czy chociażby ich szczątków, ale ich śladów w postaci osadów z tlenków nietypowych metali: np. manganu, niklu, chromu, niobu, tantalu germanu czy REE towarzyszących tlenkom żelaza. Coś takiego byłoby bardzo poważną poszlaką, że mamy do czynienia z chemicznym śladem artefaktów w jakiejś jaskini, która kiedyś – przed 120 wiekami – mogła być podziemną fabryką, kopalnią czy nawet... schronem przeciwatomowym! Domieszki REE mogłyby być wskazówką, co do zaawansowania technicznego tej cywilizacji, albo mogłyby wskazać na przyczynę jej upadku: wojna atomowa, katastrofa ekologiczna, itp. Nie zapominajmy, że jedną z przyczyn upadku Imperium Atlantów były złe czary Czarnych Magów – jak podają to m.in. Mór (Maurycy) Jókai (1848-1904) czy W. Montyhert w swych powieściach (M. Jókai – „Atlantyda”, Warszawa 1986, F. Montyhert – „Atlantyda i Agharta”, Warszawa 1985) pisanych pod wpływem literatury atlantologicznej i ezoterycznej na przełomie XIX i XX wieku. (NB, co do tego ostatniego autora, to podejrzewamy, że był to pseudonim, pod którym mógł ukrywać się albo Antoni Ferdynand Ossendowski [1878-1945] lub Kamil Giżycki [1893-1968], którzy byli na Syberii w tym samym czasie i w tym samym czasie zetknęli się z legendą Agharty. Mógłby to być także inny znany powieściopisarz, np. Alfred Szklarski (1912-1992), ale jest to raczej wątpliwe, chociaż nie niemożliwe.)

A zatem, jaka tam czarna magia!? Nie było żadnej czarnej magii – było tylko gwałtowne wyzwolenie się jakiejś energii, która wyrwała się magom (czytaj: uczonym) spod kontroli z wiadomym efektem – Czarnobyl razy tysiąc. Albo milion...

(Literatura, o której wspominacie wyżej, powstała właśnie pod wpływem badań parapsychologicznych przeprowadzanych przez teozofów, uczniów Bławatskiej. Osobiście nie lekceważyłbym tych źródeł. Energia jądrowa, to wg mnie prawdopodobnie opisywany przez nich „vril”, zaś wszystkie rodzaje magii od białej, poprzesz szarą, do czarnej istniały niezależnie od vrila. Zresztą, uczeni atlantydzcy prawdopodobnie łączyli wiedzę mistyczną, czyli uzyskiwaną dzięki mistycznym praktykom wiedzę uniwersalną, z magią i tym sposobem odkryli vrila, który ich na koniec zgubił. Bowiem „magia” bez względu na zabarwienie należy do imperium sił negatywnych wszechświata i nie różni się niczym za wyjątkiem motywacji, czyli gdy motywy są pozytywne jest to magia „biała”, a gdy negatywne, przeistacza się w „czarną”. Dopóki korzystali z vrila do celów pokojowych, wszystko było OK, ale sytuacja zmieniła się, gdy ówcześni uczeni zaczęli się „materializować”, wzrosło ego, czyli pycha i od razu zaczęło się dziać źle. Do czego to doprowadziło wiemy. Gdyby nasi uczeni w to zechcieli uwierzyć, być może skorzystaliby z rad mistyków, żeby przyhamować. Ale to się oczywiście nie stanie. W historii Ziemi nie było przypadku, żeby jakaś cywilizacja się poprawiła czy chociażby ustatkowała – gdyby tak było, mielibyśmy ją do dzisiaj. Swoimi metodami teozofowie: Leadbeater i Anna Besant nie tylko pod koniec XIX w. weszli do wnętrza atomu wodoru, ale jako pierwsi odkryli jego izotopy: deuter, nazwany przez nich adyarium (od głównej kwatery teozoficznej w Madras-Adyarze) oraz tryt, który nazwali occultum i ustawili je w swojej kopii tablicy Mendelejewa w pustych miejscach pomiędzy wodorem a helem. Jeśli zatem przyjmiemy, że generalnie rzecz biorąc posługiwali się metodami okultystycznymi, we współczesnym rozumieniu możemy je nazwać magią. Ta sama „magia” wyższego lotu, czyli odwieczna wiedza tajemna, pojawiła się w Egipcie i innych miejscach Afryki oraz w Chinach i Indiach w końcowej fazie lub po zagładzie Atlantydy – w Egipcie mamy do tej pory piramidy nie wiadomo jak i kiedy zbudowane, zaś w Indiach vimany, które były kopiami latających pojazdów Atlantów. W Afryce południowej, m.in. w Etiopi są olbrzymie obeliski, które były wykonane z jednego kawałka skały i transportowane ponad 150 km po bezdrożach, na pustyni i w buszu. Nikt nie ma pojęcia jak zostały ustawione i to idealnie pionowo. I nikt w dzisiejszych czasach nie potrafi ich ustawić, bo nie ma jeszcze maszyn o takim udźwigu. Tymczasem wiadomo z pewnych źródeł, że tak obeliski, jak i wszystkie budowle, np. Stonehenge, miasta w Andach oraz piramidy, były budowane jedynie przy pomocy odpowiednio skoncentrowanej woli – uwaga Piotra Listkiewicza)

Nie udowodniono nigdy, że takie podziemne konstrukcje kiedykolwiek istniały, ale z drugiej strony nikt ich nigdy nie szukał, bo nie ma kogoś, kto by w nie uwierzył, poza garstką outsiderów. Cytowany już tutaj Maciej Kuczyński twierdzi, że był w wielu jaskiniach całego świata i nie znalazł żadnych śladów po Obcych Cywilizacjach czy naszych poprzednikach. Oczywiście – wszelkie ślady rozpadły się w proch i pył, obróciły w rdzę, tlenki, wodorotlenki, siarczki, siarczany, siarczyny, halogenki, itd., i cudem byłoby znalezienie jakiegoś metalowego artefaktu! Nie zapominajmy, że w grę wchodzą dziesiątki, a być może i setki tysięcy lat! Może nawet miliony! Patrząc na eksponaty muzealne rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że liczą sobie one dziesiątki i setki, a rzadko tysiące lat. Widząc je zdajemy sobie sprawę z przepaści czasu, z jakich one pochodzą. Pozostały do naszej współczesności tylko te, które stworzono z najtrwalszego materiału: kamienia czy wypalanej gliny – inne przetrwały cudem w sprzyjających warunkach, zakonserwowane w: glinie, ziemi, torfie, soli czy ropie naftowej, asfalcie albo wosku ziemnym. Pozostałe rozpadły się na pył lub skorodowały. Tak było z wszelkimi artefaktami ukrytymi w łonie Ziemi. Dlatego Maciej Kuczyński ma rację twierdząc, że tam niczego nie było, bo nie miało prawa być!

Jednakże Maciej Kuczyński myli się twierdząc, że Tatry zostały całkowicie zbadane pod względem speleologicznym i że nic nowego tam się nie znajdzie. Oto w „Tygodniku Podhalańskim” nr 36/2003 z dnia 4 września 2003 roku, na s.19 czytamy: „WIELKIE ODKRYCIE W CZERWONYCH WIERCHACH! – Sala Fakro większa, niż krakowska bazylika Mariacka”. Autorem tego reportażu jest Wojciech W. Wiśniewski.

I dalej:
Jaskinia Mała w Mułowej – największe jaskiniowe odkrycie, jakiego dokonano w Polsce od ponad 15 lat – odsłania kolejne tajemnice. W ubiegłym roku, w niewielkiej znanej od dawna kilkumetrowej jaskini położonej w masywie Ciemniaka, odkryto wielkie przedłużenie i największą w naszym kraju komorę jaskiniową, nazwana później Salą Fakro. Wiadomość o tym niezwykłym odkryciu obiegła całą Polskę. [...] W sierpniu, w czasie niedawno zakończonego obozu, grotołazi z Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego PTTK, kierowani przez Annę Antkiewicz, dokonali w Jaskini Małej kolejnych sensacyjnych odkryć. Pogłębili ją do 400 metrów i odkryli drugą pod względem głębokości studnię jaskiniową w Polsce. [..]
Sala Fakro jest gigantyczną komorą jaskiniową, której strop znajduje się na wysokości 90 m nad dnem sali, zaś jej długość wynosi 85 m, a szerokość 40 m. Zmieściłaby się tam cała krakowska bazylika Mariacka z obydwoma wieżami!!!
W czasie dalszych akcji dokonaliśmy w Małej kolejnego imponującego odkrycia. Wyeksplorowaliśmy ciąg korytarzy i studni o łącznej długości ok. 800-850 m – tak, jakby całą nową jaskinię. Osiągnięta głębokość dała Jaskini Małej już 5. pozycję na liście najgłębszych jaskiń w Polsce. Wyeksplorowano w niej 1,5 km korytarzy i studni, co lokuje ją na 14 pozycji pod względem długości w Polsce. W nowych partiach jest wielka, pionowa studnia głębokości 130 m – druga pod względem głębokości w Polsce... – pisze Wiśniewski.

A zatem – jak widać – Tatry pokazały nam jeszcze jedną niespodziankę!

Tatry mają niejedną rzecz do odkrycia, bo ich podziemny świat stanowi terra nondum cognita – ziemię niezupełnie znaną. W 1998 roku odkryto Salę Wesołej Warszawki w Jaskini Wielkiej Śnieżnej w masywie Czerwonych Wierchów. Sama jaskinia jest znana od 1959 roku. Skalny gmach Czerwonych Wierchów jest podziurawiony jaskiniami i niejedno odkrycie tam na nas czeka! Czerwone Wierchy w ogóle są tajemniczym masywem i dzieją się na nich dziwne rzeczy, które opisano w „Projekcie Tatry”.

Góry są puste w środku! – do takiego wniosku doszedł Marcin Gala autor artykułu pt. „Góry od środka” w „Wiedzy i Życiu” nr 4/2004. Nie odkrył Ameryki. Na ten temat pisali tacy uczeni, jak m.in. Werner Bauer zwany Agricolą czy Anastasius Kircher i ich kontynuatorzy. Współcześni uczeni ze zdumieniem „odkrywają” to, co było już wiadome 300 i więcej lat temu.

(Odwieczny mistycyzm mówi to samo i potwierdzają to już niektórzy myślący geolodzy. Ogromne masywy górskie jak Andy-Kordyliery-Góry Skaliste, Himalaje oraz ich miniatury europejskie są nierówno rozłożone i nie ma dla nich przeciwwagi. Ziemia powinna się kręcić jak piłka do rugby, o ile w ogóle utrzymałaby się na orbicie. Status quo Ziemi od paru miliardów lat utrzymuje się jedynie dzięki wypełnionym powietrzem komorom, które kompensują olbrzymi ciężar skał. Uczeni nie mogą tego udowodnić, bo takie odkrycie zburzyłoby wiele dogmatów, a poza tym do wielu tych komór nie ma wejść lub są niedostępne i niewidoczne, np. pod rumowiskami skalnymi – uwaga Piotra Listkiewicza)

 To jest dowód na to, że nie znamy dogłębnie gór, na które codziennie patrzymy – mało tego – nie znamy gór – które ponoć zostały dokładnie przebadanie przez uczonych i speleologów! Czy tak będzie w przypadku Księżycowej Jaskini? Ale wróćmy ad rem. 
     
Tajemnicza studnia i powstałe po niej osuwisko mogła być zatem jaskinią pochodzenia tektonicznego, a nie krasowego – bowiem masywy Beskidów składają się w głównej mierze z twardych piaskowców, i tylko trzęsienia ziemi są w stanie naruszyć ich ciągłość tak, by powstały w nich większe próżnie skalne. Nie można również wykluczyć, że była to jakaś sztolnia czy szyb – z opowieści wynika, że był to raczej szyb, który mógł biec do położonych poziomo chodników wykutych w masywie Magury. Być może zamieszkiwały tam jakieś zwierzęta, stąd wydobywający się smród ich odchodów czy może padliny – jak sugeruje Maciej Kuczyński. Poza tym Beskidy zbudowane są z piaskowców trzeciorzędowych (magurskich, godulskich i istebniańskich) o różnych barwach i twardości, których ławice mają nawet 1.600-2.000 m grubości, ale leżą na utworach węglanowych (margle, kreda, łupki margliste, zlepieńce) i powulkanicznych (cieszynity) pochodzących z Kredy, a zatem pod twardą piaskowcową „czapą” mogą znajdować się ogromne jaskinie i próżnie skalne. Podobna sytuacja panuje na Czerwonych Wierchach, gdzie twarde „czapki” skał krystalicznych leżą na pokładach węglanowych, a pod nimi znajdują się jaskinie z ogromnymi salami – vide wspomniana już tutaj Sala Fakro w Jaskini Małej.  Mogą się tam znajdować całe podziemne światy, o których nie mamy nawet pojęcia!

Wprawdzie w piaskowcach tych znajdują się jaskinie, ale powstałe wskutek ruchów tektonicznych (jaskinie rozpadlinowe). Dlatego Tunel o Szklistych Ścianach prof. Pająka mógł faktycznie powstać w piaskowcach babiogórskich i wieść aż do hipotetycznego krasowego systemu jaskiń znajdującego się pod jej szczytem. Jak już powiedziano we wcześniejszych publikacjach, legendy o podziemnym świecie Beskidów krążą uporczywie i są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Uważamy, że w nich jest także jakaś część prawdy i po prostu ludzie penetrujący góry napotykali na ślady dawnej eksploatacji złóż mineralnych, które uważali za przejawy aktywności złych mocy – co wychodzi za każdym razem chociażby przy lekturze tzw. „spisków” – tych najpierwszych przewodników po Tatrach i innych górach naszego kraju i krajów ościennych.
(Wojterski T. – „Babia Góra”, Warszawa 1983; Krygowski Wł. – „Beskidy – Przewodnik”, Warszawa 1974, t. 1; Matuszczyk A. – „Beskid Wyspowy – Przewodnik”, Pruszków 2001; Niedźwiedź A., Figiel St. – „Beskidy”, Bielsko-Biała 1998, t. 1; Nowicki W. – „Beskid Sądecki”, Bielsko-Biała 2001, Krzywda P. – „Grupa Babiej Góry”, Warszawa 2001)