czwartek, 23 lutego 2012

BOLID SYBERYJSKI (14)

4.2. Meteoryt Tunguski a kometa Halleya.

Ludzie znają komety od najdawniejszych czasów. Od tysiącleci je obserwują i od tysiącleci starają się wyjaśnić ich tajemnice, ale po wyjaśnieniu jednej pojawia się następna i następna...
Nie różni się w niczym także i nasza stara znajoma - kometa P/Halley, która całkiem niedawno, bo w marcu 1986 roku już po raz trzydziesty za pamięci Ludzkości przybyła w sąsiedztwo naszej planety. I trzeba powiedzieć, że każde z takich randez-vous poza wspaniałością widowiska, zazwyczaj nie wywoływało niczego, poza bezrozumnym strachem.[1]
Jak widać, dla tego - jak uważa radziecki uczony, fizyk dr K. Pierebijnos w artykule pt. „Poputczik komety Galleja”[2] w czasopiśmie „Tiechnika Mołodioży” nr 1,1984 - powinny być jakieś przesłanki, realne na bazie materialnej. I one rzeczywiście istnieją: Pierebijnos przytacza cały katalog doskonale udokumentowanych relacji o naturalnych katastrofach z kronik naszej cywilizacji, które wykazują zbieżność z peryheliarnymi datami pojawień się komety Halleya w okresie pomiędzy latami 1531-1910.
Poza tym w przeddzień „kosmicznej wizyty” komety Halleya astronomowie obserwują podwyższoną aktywność bolidów, na którą zwrócono uwagę już w 1908 roku i którą zaobserwowano także w latach 1983-1985. w prasie specjalistycznej i codziennej ukazywały się co chwilę informacje o pojawieniach się dużych bolidów, kilkakroć więcej, niż zazwyczaj.
Jak wylicza Pierebijnos, kometa Halleya porusza się po swej orbicie nie sama, ale w towarzystwie wielu innych drobnych okruchów materii, które są rozwleczone na wielkiej przestrzeni.
Jak długo kometa Halleya porusza się po swej orbicie już od ponad 100.000 lat, to od dawien dawna rój pyłów i cząstek od dawien dawna zamknął swój eliptyczny tor i znajduje się na całej długości jej trajektorii. Znajdują się tam odłamki komety o różnych wymiarach i masie od ułamka miligrama do kilkuset ton.
Produkty rozpadu komety Halleya: kamienne i lodowe meteory - jak uważa Pierebijnos - mają różną konsystencję. Od rzadkich aż do najmasywniejszych, które tworzą coś w rodzaju „fali uderzeniowej komety”, której „czoło” wyprzedza ją o jakieś 2 mld km - czyli 13,3 AU. Produkty rozpadu tworzą podłużny obłok poruszający się po orbicie komety. Ma on szerokość od 0,13 do 0,26 AU i długość od 0,8 do 1,2 AU - przy czym może być ich więcej, niż jeden. Oblicza się, że średnica ciał meteorytowych w takich rojach może wynosić do kilku metrów i więcej. Pierebijnos twierdzi, ze Ziemia spotkała się z nimi w okresie od jesieni 1983 roku do lipca 1984 roku. Wszystkie jego wcześniejsze prognozy spełniły się dokładnie, co do joty.[3]
Najważniejszymi dla nas są obserwacje poczynione w czasie spadku Czułymskiego (albo Tomskiego) Meteorytu. Wieczorem, 26 lutego 1984 roku, na niebie zachodniej Syberii zaobserwowano przelot jaskrawo świecącego ciała niebieskiego z ogonem w kolorze pomarańczowym. Doleciawszy do dopływu Obu - rzeki Czułym - na wysokości około 100 km nad Ziemią bolid rozbłysnął i eksplodował. W Tomsku tymczasem zaobserwowano następujące dziwne efekty dźwiękowe i wizualne, wstrząsy podziemne, w domach przepaliły się żarówki (!!!), a na lotnisku z urządzeń elektronicznych wypadły fotoelementy.
Zadziwiające w tej całej historii jest to, że gość z Kosmosu   n i e   d o t y k a j ą c   gruntu naszej planety spowodował trzęsienie ziemi, co potwierdziły wszystkie okoliczne stacje sejsmiczne. Rzecz w tym, że w ciągu 10 lat nie było tam ani jednego wstrząsu podziemnego![4] A tego dnia 26 lutego aż 8 stacji odnotowało wstrząsy podziemne! Ekwiwalent trotylowy energii tego trzęsienia ziemi wynosił około 3 kt TNT, zaś energię eksplozji bolidu w atmosferze oceniono na 11 kt TNT z ułamkiem.[5] Wytworzona przez wybuch fala powietrzna była odczuwana w promieniu 150 km od epicentrum wybuchu, jako huk piorunu.[6]
Ekspedycja Instytutu Geologii i Geografii Syberyjskiego Oddziału AN ZSRR, którą wyprawiono w tajgę latem 1984 roku nie była w stanie znaleźć szczątków meteorytu. I jeszcze jedna ciekawa okoliczność: otóż trajektoria CzM   i d e a l n i e   s k o p i o w a ł a   trajektorię TM!!! Ten przez nikogo niewyjaśniony fakt zrodził wiele nieoczekiwanych spekulacji... No cóż, jeżeli mamy na serio wziąć enuncjacje dr Pierebijnosa, to odpowiedź wynika sama z siebie: i TM i CzM okazują się być przedstawicielami „świty Jej Wysokości Komety Halleya”, która przy każdym zbliżeniu do Słońca bombarduje Ziemię swymi odłamkami![7] L

---oooOooo---


Meteoryt, bolid, kometa, zimny fragment głowy komety, kawałek antymaterii, impuls laserowy z planety gwiazdy 61 Cygni, plazmid - czyli kawałek Słońca, statek kosmiczny Kosmitów, wyciek gazu ziemnego i nawet... czarna dziura!... Ponad sto hipotez związano z tajemniczym wybuchem, który wstrząsnął tajgą syberyjską  nad Podkamienną Tunguską rankiem, dnia 30 czerwca 1908 roku.
Od czasu tej eksplozji upłynęło ponad 90 lat. Do dnia dzisiejszego zebrano bogaty materiał faktograficzny, skonstruowano wiele modeli teoretycznych i przeanalizowano je w ogniu wielu interesujących eksperymentów.
Co robi się dziś w celu rozwiązania zagadki TM? W jakim kierunku idą poszukiwania? Trwa zbieranie materiałów i jednocześnie trwa ogromna praca nad systematyzacją tego, co udało się zebrać w poprzednich dziesięcioleciach. A zatem, co należy robić?... Należałoby tu przypomnieć wypowiedź akademika ANM[8] ZSRR prof. N. Wasiliewa z września 1986 roku dla korespondenta „Komsomolskiej Prawdy”:
... niestety całościowa teoria tunguskiego zjawiska jest do dziś dnia niewyjaśniona i nawet nie sformułowana. Myślę, że rozwiązanie będzie znalezione na drodze modyfikacji wersji kometarnej. Jednakże coś wam powiem - możliwe są nieoczekiwane zwroty w tej sprawie...
Spójrzmy na niektóre fakty: jeszcze w 1971 roku pracownik naukowy KM AN ZSRR I. Zotkin opublikował artykuł pt. „Tunguskie meteoryty spadają w każdym roku”, w którym pisze on:
... powierzchnię Ziemi mogą dosięgnąć tylko gęste, masywne meteoryty, o stosunkowo niewielkiej prędkości względem Ziemi - Vg ≤ 20 km/s - przy czym korytarz wejściowy w atmosferę jest nadzwyczaj wąski.
Korytarz wejścia w atmosferę przebiega pod niewielkim kątem, i tak np. dla radzieckich aparatów kosmicznych z serii Sonda ów kąt wynosił około 17o±2. W przypadku kata mniejszego od 15o następuje odbicie się statku kosmicznego od atmosfery i powrót w Kosmos, w przypadku większego od 19o - spalenie się w górnych warstwach atmosfery. Gdy rzecz dotyczy meteoru, to taki odbity od górnych warstw atmosfery meteor staje się bolidem, zaś wchodzący w atmosferę - meteorytem. Być może - jak sugeruje W. Chochriakow - TM wszedł  w atmosferę ziemską pod niewielkim kątem i stał się bolidem - wskutek czego nie ma astroblemu i nie ma żadnych materialnych śladów jego przelotu poza wywałem lasu spowodowanym falami uderzeniowymi podmuchu balistycznego...
Bolid taki mógł być naładowany elektrycznie, i jeżeli rację ma A. Newski, to meteor o średnicy 300 m i prędkości 15 km/s spowodował zamianę energii kinetycznej w elektryczną już na wysokości 25 km. Należy dodać, że zmiana ta ma charakter bardzo silnego wybuchu.
Obiektywne i rzetelne podejście do teorii Newskiego pozwala dojść do wniosku, że mówimy o rzeczywistym zjawisku fizycznym, i że przy jego pomocy można wyjaśnić cały przebieg TF.
Hipoteza Newskiego nie koliduje z innymi, a doskonale pasuje do większości naukowych wersji - poza tymi najbardziej ekstrawaganckimi - o pochodzeniu i naturze TM.


[1] Stwierdzenie to jest nieprawdziwe, bowiem strach ten był zazwyczaj uzasadniony. Najprawdopodobniej wtedy - w czasie przejścia koło naszej planety jasnej komety - na Ziemię spadały meteoryty i mikrometeoryty a także zawarte w nich mikroorganizmy wywołujące epi- i pandemie...
[2] Dosł.: „Towarzysz podróży komety Halleya”. W 1997 roku mieliśmy możliwość ujrzenia oddzielenia się takiego „towarzysza podróży” od jądra komety P/Hale-Bopp, co spowodowało m.in. samobójstwo członków sekty „Heaven’s Gate”.
[3] W latach 1986-1987 miałem okazję obserwować niezwykle jasno świecące srebrzyste obłoki nad Wybrzeżem Szczecińskim i Wielkopolską, które miały związek z przelotem koło Ziemi komety Halleya na początku 1986 roku.
[4] Obszar ten jest terenem pensejsmicznym, tj. trzęsienia ziemi zdarzają się tam niezmiernie rzadko.
[5] Czyli mniej więcej tyle, ile pierwsze bomby A wypróbowywane przez Amerykanów w Nowym Meksyku i Japonii.
[6] Być może była to jednak tylko próba radzieckiego lub chińskiego ICBM, który wymknął się spod kontroli i został zniszczony albo na polecenie z Ziemi, albo wskutek użycia broni OPB. Takie rzeczy zdarzały się niejednokrotnie w ZSRR.
[7] Być może większy odłam komety Halleya posłał na dno Atlantyku legendarny ląd Atlantydy, co mogło mieć miejsce około 12.000 lat temu.
[8] Akademia Nauk Medycznych.

wtorek, 21 lutego 2012

BOLID SYBERYJSKI (13)

4. FAKTY, PRZEMYŚLENIA, WNIOSKI.

4.1. Zagadki „Tunguskiego Cudu”.


Póki uczeni spierali się o to, co w rzeczywistości przedstawiał sobą TM, formułowali swe coraz to nowe hipotezy po to, by je potem obalać - wszystko było w porządku. Tymczasem na miejscu tunguskiej katastrofy zaczęto obserwować jakieś anomalne biologiczne efekty: ostry wzrost liczby mutacji u drzew i wzmożony przyrost biomasy lasu.
W 1976 roku, pracownik Instytutu Cytologii i Genetyki SO AN ZSRR dr W. A. Dragawcew ustalił, że w strefie przelotu TM ostro wzrosła ilość mutacji u sosny zwyczajnej - Pinus silvestris, przy czym maksimum mutacji obserwuje się w epicentrum przypuszczalnej eksplozji. Jak powszechnie wiadomo, mutacje powstają wskutek napromieniowania materiału genetycznego promieniowaniem jonizującym, a w niektórych przypadkach mogą to być także związki chemiczne[1] oraz elektromagnetyczne zaburzenia.[2] Jaka była przyczyna mutacji w rejonie katastrofy tunguskiej, tego nie wiadomo. Konieczne są dalsze badania.
Istnieje też taka wersja: przy wybuchu TM została poważnie naruszona warstwa ozonowa nad epicentrum. Poprzez powstałą w ten sposób „dziurę ozonową” w atmosferę Ziemio wtargnęła kaskada silnego promieniowania ultrafioletowego - tzw. UVB i UVC - które jest letalne, kancero- i mutagenne, a co za tym idzie - mogło ono spowodować zmiany w genotypie sosen i innych drzew.

Próba związania ultraszybkiego przyrostu rocznego drewna sosen z ekologicznymi efektami katastrofy: lepszym oświetleniem miejscowości po wierzchołkowym pożarze lasu lub powaleniu lasu falami uderzeniowymi, ustąpienie wiecznej marzłoci, wzbogacenie gleby solami mineralnymi po pożarze lasu, itd. itp. - nie wyjaśnia wszystkiego. Nie udowodniono także tego, że powstałe po wybuchu TM pyły użyźniły glebę do tego stopnia, że stymulowały wzrost sosen i innych roślin. Jak wynika ze specjalnie przeprowadzonych badań modelowych, za ten efekt  mogły być odpowiedzialne niektóre mikroelementy, a zwłaszcza pierwiastki ziem rzadkich w rodzaju lantanu (La) i iterbu (Yb), których koncentracja  w warstwach ziemi i torfu z 1908 roku jest znacznie podwyższona.[1] Odnotujmy także, że obszar występowania tej lantanowo-iterbowej plamy pokrywa się z rzutem trajektorii TKC na teren tajgi...
Mikroanaliza izotopowa wykazała ponadto, że w próbkach torfu i gleby pobranych z miejsca eksplozji TM znajdują się ponadto cząsteczki: bromu (Br), selenu (Se), arsenu (As), cynku (Zn), srebra (Ag), jodu (I) i jeszcze kilku innych pierwiastków. Być może ich obecność w glebie stymulowała szybkie rośnięcie lasu na miejsce wypalonej tajgi.
Uczeni rosyjscy: S. Golenieckij, W. Stiepanok i D. Muraszew przygotowali na podstawie badań gleby z rejonów Podkamiennej Tunguskiej specjalny nawóz, który następnie wypróbowali na polach kołchozu „Mir” w Twerskoj Obłasti i kołchozu im. M. Kutuzowa w Kałużskoj Obłasti. Rezultaty eksperymentu przeszły najśmielsze oczekiwania! I tak np. zbiory ziemniaków powiększyły się o 43-47%, zaś przyrost biomasy traw i innych roślin doświadczalnych okazał się 5-10 razy większy, niż normalnie!
Należałoby tutaj postawić pytanie: Czy ten efekt ma coś wspólnego z TM? Jednoznacznej odpowiedzi  na nie być nie może, bowiem cały problem leży w tym, że cała Ziemia jest obsypywana co dzień kosmicznym czy kometarnym pyłem. I tak lekko licząc, to po upływie 90 lat od eksplozji TM będzie tego pyłu dokładnie tyle samo, co przed nim... Nie tędy więc droga!
Wniosek narzuca się sam: pył kosmiczny, który ustawicznie spada w atmosferę Ziemi posłużył jako stymulator rozwoju roślin. A jak długo nasza planeta porusza się po swej orbicie przebijając się przez strumienie pyłu i całe pyłowe obłoki, które spadają na jej powierzchnię, to czy nie w tym kryje się rozwiązanie zagadki powstawania pandemii tych czy innych chorób, urodzajnych i nieurodzajnych lat, przyspieszenia i spowolnienia wzrostu drzew, itd. itp.? Przy czym wszystko to są jedynie przypuszczenia i hipotezy.[2]
Idźmy dalej... Wybuch w ewenkijskiej tajdze - to najbardziej jasny, ale nie jedyny epizod złożonej całości geofizycznych fenomenów, które zaobserwowano w 1908 roku. Są one bardzo często niedoceniane - ot, choćby takie „świetliste noce”... Ten fenomen stał się „kamieniem obrazy” dla wszechmogących wyjaśnień natury TKC.
Rzeczywiście - świetlistości tych nocy nie da się objaśnić samym tylko rozproszeniem promieni słonecznych na cząstkach rozpylonego w powietrzu meteorytu. Spadek intensywności tego zjawiska po kilku dobach pozwala sądzić, że w tym przypadku decydującą rolę odegrały procesy jonizacyjne, których źródłem było wyhamowanie przez atmosferę Ziemi roju cząstek pyłu kosmicznego - obłoku - przez który Ziemia przechodziła w ciągu kilku dni...
Inne wyjaśnienia fenomenu „świetlistych nocy” przedłożył pracownik naukowy Uniwersytetu Leningradzkiego dr S. Nikolskij i E. Szulc, którzy badając dane zmętnienia atmosfery w Kalifornii w pierwszych latach XX wieku doszli do wniosku, że w 1908 roku w ziemska atmosferę weszło   p r z e d   s p a d k i e m  TM   i n n e   ciało kosmiczne - był to Aleucki Meteoryt. Jego masa wynosiła około 100.000 ton, a składał się z pyłu. AM rozsiał się w atmosferze na półtora miesiąca przed spadkiem TKC i spowodował zmętnienie atmosfery - a także jej świecenie - już przed 30 czerwca 1908 roku. Nie jest to wersja bezsporna, ale stanowi dowód na to, że nawet w 90 lat po wydarzeniu można znaleźć nowe fakty i na ich bazie postawić nową, interesującą hipotezę...
I na koniec rzecz ostatnia - naturę TM można by przeniknąć badając nie tylko fizyczny obraz wybuchu, ale przede wszystkim badając pozostałości po-eksplozyjne - to byłoby to! Oznacza to, że należy poszukać jakiegoś obiektu, w którym owe pozostałości mogły się znaleźć i zostać „zamrożone” w 1908 roku.
Tym, obiektem okazał się być torf. Badano go na różne sposoby i różnymi metodami. Rejon katastrofy przeczesano dosłownie metr po metrze - przeszukano około 15.000 km2. badaniu poddano mikroskopijne cząstki,  na które logicznie rzecz biorąc, powinien rozpaść się TM. W torfach, które badano, udało się znaleźć 5 rodzajów interesujących nas cząstek kosmicznego pochodzenia - w tej liczbie silikatowe i żelazno-niklowe.
W rezultacie w silikatowych cząsteczkach z torfu rocznik 1908 znaleziono podwyższoną ilość ciężkiego izotopu węgla - 14C. Ten radioizotop pojawia się w ciałach poddanych silnemu promieniowaniu kosmicznemu. Jest on jawnym świadectwem tego, że te krzemowe cząsteczki maja jednoznacznie i bezspornie pozaziemskie pochodzenie. Obliczono na podstawie składu radioizotopowego i rozmieszczenia cząstek na powierzchni terenu masę TKC, która mogła wynosić około 5.000.000 ton.
W 1980 roku, w pokładach torfu w „katastrofalnej” warstwie po specjalnej obróbce dokonanej przez pracowników naukowych Instytutu Geochemii i Fizyki Minerałów AN USSR w Kijowie, znaleziono diamentowo-grafitowe zrostki krystaliczne nieziemskiego pochodzenia.  Wiadomo, że coś takiego powstaje  t y l k o   i   w y ł ą c z n i e   w ekstremalnych ciśnieniach w momencie eksplozji w kominach kimberlitowych, albo przy uderzeniach ciał kosmicznych o siebie lub o powierzchnię Ziemi. Ponieważ w 1908 roku nie było tam żadnych wybuchów, to oznaczałoby, ze 30 czerwca 1908 roku nad tajgą rozerwał się zwyczajny meteoryt... - co nie znaczy, że na tym problem TF się skończył! Zagadek jest jeszcze dużo! Analiza map fotogrametrycznych okolic Podkamiennej Tunguskiej wykazała, że nieopodal miejsca katastrofy znajduje się krater o średnicy około 18 km. Zawsze sądzono, że to stary wulkan mezozoiczny liczący sobie 200 mln lat. Okazało się, że jest to astroblem! - ślad po kolizji Ziemi z meteorytem sprzed 200 mln lat! A zatem te zrostki diamentowo-grafitowe mogą pochodzić z   t a m t e j   katastrofy... Fale uderzeniowe tunguskiej eksplozji mogły „wytrząsnąć” te diamenciki na wierzch, jak to bywa w takich przypadkach.[3] Należałoby zatem zbadać najpierw ten stary astroblem, czego nie zrobiono do dziś dnia!!!...
Na początku lat 80., amerykański uczony prof. dr R. Ganapathy - ekspert od meteorytów - przeprowadził badania nad składem chemicznym próbek lodowego pancerza Antarktydy. Obliczył on, że śnieg, który spadł po tunguskiej katastrofie z 1908 roku, powinien leżeć na głębokości około 10 m. wedle jego danych, lód z głębokości 10,15-11,05 m powinien zawierać śniegi z roku 1912±4 lata, a zatem z lat 1908-1916. Analiza pyłów z tej głębokości wskazuje na to, że ilość irydu (Ir) w lodzie jest   s z e ś c i o k r o t n i e   wyższa, niż w innych warstwach lodu! Iryd, to pierwiastek na Ziemi rzadki, ale obfity w meteorach.[4] Ganapathy wiąże tą anomalię z TF i ocenia masę TM na 7.000.000 ton, zaś średnicę na 160 m.[5]
Analiza metalicznych kulek z warstwy torfu z 1908 roku wydobytej przez grupę rosyjskich uczonych w rejonie wybuchu tunguskiego także wykazała 5-krotny wzrost zawartości irydu, niż w rezultatach uzyskanych prze Ganapathy’ego! Jednakże przy ocenie tych nadzwyczaj ciekawych okoliczności trzeba mieć na uwadze kilka okoliczności.
Jak już wspominałem, w maju 1908 roku w rejonie archipelagu Aleutów w ziemskiej atmosferze rozleciał się duży żelazno-niklowy meteoryt. Obłok pyłu kosmicznego rozsiał się w atmosferze, a potem opadł na ogromnej przestrzeni. Wydarzenie to mogło znacznie naruszyć tło kosmicznych cząstek pyłowych i doprowadzić do pojawienia się na całym szeregu punktów na kuli ziemskiej anomalii składu chemicznego gleb datowanych na 1908 rok i nie odnoszących się do TM. Na dodatek geolodzy odkryli, że niektóre rodzaje wulkanicznych aerozoli, które są przez nie wyrzucane z dużej głębokości Ziemi w atmosferę, zawierają podwyższoną zawartość irydu!!!...
Żeby było jeszcze ciekawiej, to w czasie nieodległym od spadku TM, na tychże Aleutach odnotowano potężny wybuch wulkanu Ksudacz. I jeszcze taka informacja: dane uzyskane z badań warstw z rdzeni lodowych z okolic Bieguna Południowego z głębokości wskazującej na 1908 rok wykazały, że   n i e   s t w i e r d z o n o   zwiększonej zawartości irydu nad tłem, przy czym ilość irydu była znacznie   n i ż s z a  od tej, którą wykrył Ganapathy!
 I tak też pytanie o resztki meteorytu pozostaje otwarte po dziś dzień. A to oznacza, że obraz tego, co dzisiaj nazywamy TM nie jest jasne do dnia dzisiejszego.


[1] Należałoby tu jeszcze wspomnieć o tym, że pierwiastki ziem rzadkich - a raczej większość ich izotopów - są radioaktywne, co mogło mieć pozytywny wpływ na wzrost roślin i wystąpienie mutacji genetycznych.
[2] Ostatnio znany słowacki ufolog dr Miloš Jesenský w 2001 roku ogłosił hipotezę, że choroby pandemiczne takie jak np. AIDS zostały zawleczone na Ziemię z Księżyca przez amerykańską czy radziecką sondę, która rozbiła się na terenie Afryki równikowej, w okolicach Jeziora Wiktorii.
[3] Dowodem na powyższe są zbadane przez polskiego ufologa prof. dr inż. Jana Pająka kopalnie złota i innych minerałów w prowincji Otago na Nowej Zelandii, które to złoża zostały także „wytrzęsione” z ziemi w czasie kolizji z meteorytem, który utworzył astroblem Tapanui w 1176 roku.
[4] Rozpowszechnienie irydu na Ziemi wynosi zaledwie 3 x 10-5 ppm, zaś jego światowe zasoby wynoszą tylko 950 ton.
[5] W ten sposób obliczono także masę asteroidy, która 65 mln lat temu spadła na Ziemię tworząc astroblem Chicxulub na Jukatanie, powodując zaurocyd.




[1] Istnieją mutagenne związki chemiczne w rodzaju dioksyn, które tworzą nade wszystko mutacje letalne.
[2] Typowymi mutacjami tego rodzaju są zmiany genetyczne roślin powstałe wskutek działania super-silnych pól magnetycznych w tzw. kręgach i piktogramach zbożowych. Mutacje te są różnorakie i ich natura nie jest jeszcze dokładnie zbadana, a to ze względu na niechęć świata oficjalnej nauki do badań m.in. UFO i ich interakcji ze środowiskiem naszej planety.

Ilustracje do Rozdziału 3






piątek, 10 lutego 2012

BOLID SYBERYJSKI (12)

3.12. Czy istniał „czarny gwiazdolot”?


W połowie 1988 roku, w całym szeregu gazet centralnych i magazynach popularnonaukowych pojawiły się publikacje, w których odświeżono starą wersję naukowca i pisarza SF dr Aleksandra Kazancewa o pozaziemskim statku kosmicznym, który eksplodował w 1908 roku nad tunguską tajgą. Co głosiła ta wersja?
Wybuch TM to zjawisko unikalne, - pisze on - które dotąd pozostaje niezrozumiałym we wszystkich tego słowa znaczeniach. Nie ma dzisiaj hipotezy, która kompleksowo objaśniałaby wszystkie anomalie związane z tą katastrofą. Pośród wielu ekspedycji, które niemalże każdego roku zapuszczały się w tajgę, była także i pod auspicjami samego dr Siergieja P. Korolowa, który - uwaga!!! -   c h c i a ł   d o s t a ć   w   s w e   r ę c e                k a w a ł e k   s t a t k u   k o s m i c z n e g o   z   M a r s a !  I taki kawałek naprawdę            z n a l e z i o n o ! -  po 68 latach od wybuchu, w odległości 1.000 km od jego epicentrum, nad brzegami rzeki Waszka w Republice Komi. I to w miejscu znajdującym się   n a              p r z e d ł u ż e n i u   trajektorii lotu TM... Dwoje robotników łowiących ryby w okolicach wioski Ertom znalazło na brzegu rzeki niezwykły kawał metalu o masie 1,5 kg. Kiedy uderzyli nim o kamień, wytrysnął z niego snop iskier. To zainteresowało ludzi, którzy wysłali go do Moskwy.
W niezwykłym stopie znajdowało się 67% ceru [Ce], 10% lantanu [La] - który oddzielono od domieszek innych lantanowców, czego nigdy nie udało się nikomu dokonać w świecie, i 8% niobu [Nb]. W znalezisku tym odkryto 0,4% czystego żelaza [Fe], bez tlenków - czyli dokładnie tak, jak w nierdzewnej kolumnie w Dehli i w ... księżycowym gruncie! Wiek metalicznego odłamka waha się pomiędzy 30.000 - 100.000 lat.
Kształt odłamka wskazywał na to, ze był on częścią kulistej lub toroidalnej konstrukcji o średnicy około 1,2 m. Oryginalne były właściwości magnetyczne stopu: w różnych kierunkach odłamka zmieniały się one nawet więcej, niż 15-krotnie. Wszystko  przemawiało za tym - i przyznali to sami badacze - że stop ten był   s z t u c z n e g o   p o c h o d z e n i a. Z drugiej zaś strony - nie otrzymano odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Gdzie i w jakich aparatach lub silnikach są wykorzystywane takie detale i stopy? Dlatego też wysunięto propozycję: być może była to część silnika antygrawitacyjnego statku kosmicznego pozaziemskiej cywilizacji???... 
Następnie Kazancew przypomina odkrycie z 1969 roku amerykańskiego astronoma dr Jamesa Bagby’ego 10-12 księżyców Ziemi z dziwnymi trajektoriami. Takie satelity mogą być łatwo dostrzeżone przy obserwacjach astronomicznych. I rzeczywiście, w latach 1947, 1952, 1956 i 1957 obserwowano nieznane obiekty kosmiczne[1], przy czym w 1956 i w 1957 roku widziano aż dwa obiekty. Ostatnia obserwację w 1957 roku zaliczył właśnie dr Bagby.
W swej publikacji w amerykańskim czasopiśmie <<Icarus>> dr Bagby twierdzi, że pierwsze obserwacje w 1947 i 1952 roku dotyczyły jednego <<rodzicielskiego>> ciała kosmicznego, które rozpadło się na części w dniu 18 grudnia 1955 roku i obecnie przedstawia sobą <<rodzinkę>> księżyców Ziemi o średnicach od 7 do 30 m, poruszających się po 6 różnych orbitach. W marcu i kwietniu 1968 roku, dr Bagby’emu udało się sfotografować kilka tych quasi-księżyców. Ten fakt - jak uważają astronomowie - potwierdzał hipotezę o istnieniu zwiadowczych sputników[2], choć było na to jeszcze za wcześnie. Aliści data 18 grudnia 1955 roku - jak twierdzi Kazancew -  doskonale pasuje do zaobserwowanego przez astronomów rozbłysku na orbicie. Co to było? Jakiś naturalny obiekt? - ale dlaczego nie zaobserwowano go wcześniej? A jak został on rozerwany jakimiś siłami Natury, to jakimi? Prawdopodobnie, jak zakłada uczony rosyjski dr S. Bożicz, eksplodował jakiś gwiazdolot Pozaziemian, wcześniej krążący na orbicie wokółziemskiej.
Wynika z tego zasadnicze pytanie: A dlaczegóż to przed 1955 rokiem tego dziwnego ciała nikt nie widział w teleskopie? Jednakże sam Bagby twierdzi, że takie obserwacje były, ale nie jest to w tej chwili najważniejsze. Obiekt mógł wejść w punkt wybuchu z innej - wyższej - orbity. Jeżeli to zagadkowe ciało było gwiazdolotem, to był on koloru czarnego - doskonale czarnego: jego powierzchnia wchłaniała całą energię z Kosmosu, jak to robią nasze słoneczne baterie stacji Mir  i innych sztucznych obiektów obiegających Ziemię, i to właśnie dlatego nie było widać go z naszej planety! - a zatem z Ziemi można było zobaczyć szczątki gwiazdolotu, kiedy już po wybuchu pokazały swoją nie-czarną stronę...[3]
Kazancew sądzi, że można tym wytłumaczyć wydarzenia sprzed niemal wieku:
W 1908 roku w przestrzeń Układu Słonecznego wleciał wielki statek kosmiczny, który nie powinien był się spuszczać ku powierzchni Ziemi: nad Tunguską eksplodował jego lądownik[4]. Sam gwiazdolot pozostał na orbicie, a straciwszy łączność z lądownikiem czekał na powrót załogi, korygując automatycznie swoją orbitę, by nie spaść na Ziemię. Skończyły się jednak zapasy paliwa, i gwiazdolot bezwładnie powinien spaść na powierzchnię planety. Można przypuszczać, że w programach jego komputerów był wpisany zakaz spadku na zamieszkały świat, więc zadziałały systemy autodestrukcji i nastąpił wybuch...
Szczątki, które wciąż orbitują wokół Ziemi w przyszłości wyjaśnią wiele fenomenów związanych z tunguską katastrofą.[5] Są one czymś realnym i można je dotknąć rękami. Dobrawszy się do nich, kosmonauci mogliby zbadać m.in. ich skład chemiczny, który być może pokryłby się ze składem „znaleziska waszkijskiego”, a także i inne rzeczy, o których możemy sobie tylko pomarzyć...[6]
Hipoteza całkiem zgrabna i do przyjęcia, a jak odnieśli się do niej uczeni? Czy w jakiejś mierze jest ona wiarygodna?
Odpowiedzi na te pytania - jak mi się wydaje - zawarto w komentarzu pióra prof. W. Bronsztejna, opublikowanym w czasopiśmie „Ziemla i Wsieliennaja” nr 4,1989. Powiem krótko - na autorze hipotezy nie pozostawił on suchej nitki. Pisze on tak:
Wszystkie te fakty, które A. Kazancew przytacza na poparcie swych wywodów po sprawdzeniu okazały się być fikcją, zmyśleniami. Weźmy np. tą informację o znalezieniu metalowego odłamku, który według Kazancewa należał do szczątków międzyplanetarnego statku kosmicznego. Jacy uczeni i w jakich instytutach przeprowadzili analizy jakościowe tego odłamka? Gdzie opublikowali rezultaty swych badań? Okazuje się, że tylko w gazecie <<Socjalisticzieskaja Industria>> w numerze z dnia 27 stycznia 1985 roku[7], w artykule członka Komisji ds. Zjawisk Anomalnych W. Fomienko, zaś w prasie naukowej niczego nie opublikowano, i być nie mogło... Żaden z dyrektorów instytutów, którym rzekomo przekazano do zbadania fragment tego <<kosmo-złomu>> nie potwierdził tego faktu. Nie potwierdziło się także i to, że analizy dokonali pracownicy instytutów całkiem nieformalnie. Przekazać do analizy uczonym ten kawałek <<złomu>> W. Fomienko się wzbrania...[8]
Dalej prof. Bronsztejn komentuje odkrycie Bagby’ego w następujący sposób:
... można przedłużać spory o <<księżyce Bagby’ego>>, ale co ma do tego TM? Sam Bagby nie wspomina o tym ani słowem! Według niego, towarzyszący im obiekt wszedł w gęste warstwy atmosfery ziemskiej i spłonął... Wśród rosyjskich uczonych i badaczy Kosmosu nie ma żadnego S. Bożicza. Być może taka postać istnieje, ale nie ma nic wspólnego z astronomią...[9] Smutny przykład tej historii pokazuje nam, że w naszym kraju są ludzie, którzy rozdmuchują sensacyjne i niepotwierdzone wiadomości, nie mające nic wspólnego z osiągnięciami rosyjskich uczonych. Mało tego - są także u nas redaktorzy gazet, którzy publikują te sensacje bez jakiejkolwiek kontroli...[10]
Co można do tego dodać? Tylko jedno: postawiono kropkę nad „i”, ale pytania pozostały!... 


3.13. Tunguski Meteoryt i grawitacja.


W listopadzie 1989 roku, gazeta codzienna Kaliningradzkiej Obłasti „Majak” opublikowała na swych łamach artykuł podpisany przez dr L. Anistratienko, który dopatrywał się związku pomiędzy TM a... grawitacją. Autor hipotezy twierdzi, że:
... dopóki nie ma klucza do rozwiązania zagadki TM... póty potrzebna jest naukowa intuicja, która pomoże zorientować się w wielkiej ilości form i przejawów problemu tunguskiego.
Wykonane przy pomocy EMC[11] obliczenia pozwoliły Anistratience dojść do wniosku, że dziwny lot TM oraz także wszystkiego, co znamy pod nazwą Nieznanych Obiektów Latających (tego problemu nie poruszam w tej pracy) wynika z naszego błędnego obrazu fizycznego zjawiska grawitacji.
Nie wdając się w szczegółowy aparat matematyczny teorii przejdźmy od razu do meritum sprawy: Słońce, planety i ich satelity, a także wszystkie inne ciała kosmiczne wcale się nie przyciągają, ale wręcz na odwrót -   o d p y c h a j ą   s i ę!  Innymi słowy mówiąc: Księżyc odpycha się od Ziemi, Ziemia od Słońca, itd. itp. - dzięki czemu Wszechświat stale się rozdyma, co udowodniono eksperymentalnie i obserwacyjnie.
Jak widać z tego, grawitacja jest spowodowana potokiem napływającego z Kosmosu promieniowania, które w 90% składa się z protonów i wywiera na wszystko ciśnienie, które my odczuwamy jako grawitację... Błądząc w przestrzeni kosmicznej z ogromnymi prędkościami i w różnych kierunkach protony przenikają właściwie bez żadnych problemów poprzez twarde ciała materialne, przy czym ich część reaguje z jego protonami i neutronami przekazując im swą energię.
Ilość tych cząstek promieniowania kosmicznego jest jednakowa we wszystkich kierunkach - jest to promieniowanie izotropowe - i wszystkie jego impulsy są wyrównane. Jednak kiedy jakieś ciało kosmiczne „zasłania” się drugim, to potok cząstek będzie przezeń ekranowany i ulegnie osłabieniu. Takie nierównomierności w rozkładzie kosmicznego wpływu będą powodowały przybliżanie się tych ciał do siebie dzięki siłom kosmicznego nacisku Ziemi do Księżyca i Księżyca do Ziemi. W związku z tym - jak twierdzi Anistratienko - zamiast pojęcia „przyciąganie” powinniśmy pojmować „przypychanie” ciał niebieskich do siebie.
Dalej Anistratienko rozpatruje problem TM z pozycji swej hipotezy na temat  natury ciążenia, podam tutaj jedynie kwintesencję jego poglądów na tę sprawę.
Ponad 90 lat temu doszło do naruszenia odwiecznej równowagi pomiędzy Ziemią, a jednym z jej mikrosatelitów. Przyczyną tego było zbliżenie się do siebie trzech ciał astronomicznych: Ziemi, minisatelity i nadlatującej komety Halleya - na ten temat będzie jeszcze szerzej w podrozdziale 4.2. Zbliżenie meteorytu-minisatelity do Ziemi pozostawało w równowadze i nie przynosiło żadnych ubocznych efektów, bowiem siły inercji i kosmicznego ciśnienia działające na meteoryt niwelowały się wzajemnie. Układ ciał: Ziemia - TM był statyczny. To się zmieniło, kiedy na horyzoncie pojawiła się kometa Halleya, która tąż równowagę naruszyła, i jej siła odpychania wstrzeliła minisatelitę TM w atmosferę Ziemi. Resztę znamy.[12]
Na potwierdzenie tej hipotezy mogą służyć zeznania świadków, którzy obserwowało spadek TM na zachód od epicentrum jego eksplozji. Świadkowie ci widzieli TKC, który leciał wyraźnie   k u   g ó r z e   - jakby odpychany od Ziemi, co utworzyło ognisty słup. .. Jak widać to wyraźnie, wersja Anistratienki odcina się wyraźnie od wszystkiego, co powiedziałem tutaj dotychczas o „kosmicznym rykoszecie” i przelocie TM przez atmosferę Ziemi. 


[1] W 1997 roku zaproponowałem dla tej kategorii UFO oznaczenie NOO - Nieznane Obiekty Orbitalne, w j. ang.: UOO - Unknown Orbiting Object.
[2] Motyw ten wykorzystał ukraiński pisarz SF - G. Gulia w swej powieści „Gianeja” (Kijów 1968), w której przestrzegał Ludzkość przed możliwoscią inwazji wysoko rozwiniętej CNT, która posługiwała się właśnie niewidzialnymi statkami kosmicznymi.
[3] W trakcie realizacji mojego PROJEKTU TATRY udało mi się udowodnić istnienie niewidzialnych dla ludzkiego oka Nieznanych Obiektów Latających, które nazwałem IUFO - Invisible UFO, po polsku NNOL - Niewidzialne NOL-e.
[4] Ostatnio inż. Miłosław Wilk z Warszawy opublikował swoją wizję statku kosmicznego Obcych i lądownika w swej książce pt. „Sieć Wilka” (Warszawa 1999).
[5] Niestety, nie wyjaśnią już niczego, bowiem - jak pisze Peter Krassa  w swej pracy pt. „Tunguska, das rätselhafte Jahrhundertereignis” (Frankfurt/M - Berlin 1995, przekład mój) - szczątki te pospadały w ziemską atmosferę i tamże spłonęły w latach 90. ...
[6] Czytając książkę Pietro Kolosimo - „Ombre sulle stelle” i artykuły Grahama Birdsalla z łam „UFO Magazine” z 1998 roku dowiadujemy się, że uczeni rosyjscy zaproponowali Amerykanom wspólną ekspedycję do szczątków tego gwiadzolotu, ale NASA odmówiła im wykręcając się - uwaga!!! - brakiem środków na niepoważne badania! Arogancja, ignorancja czy zwyczajna głupota? Najpewniej zaś był to najzwyczajniejszy ludzki strach przed Nieznanym?...
[7] W Polsce jako pierwszy podał tą informację miesięcznik „Przyjaźń” nr 4,1985, a za nim niektóre czasopisma krajowe, w tym także bydgoskie „Fakty”.
[8] I słusznie, bowiem przekazywane oficjalnej nauce artefakty świadczące o istnieniu Obcych szybko ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach lub były niszczone. Stronnicy STD twierdzą, że dzieje się to za sprawą działalności masonerii, która chce ukryć fakt istnienia Obcych, by wyciągnąć z tego maksymalne korzyści dla siebie. Tak czy inaczej, zniszczenie takich artefaktów, jak np. „kysuckich kul” czy „meteorytu z Żabna” daje go myslenia!...
[9] Być może S. Bożicz nie jest astronomem, ale funkcjonariuszem wywiadu wojskowego - GRU albo cywilnego - KGB, względnie żołnierzem zawodowym Wojsk Kosmicznych ZSRR, co jest wysoce prawdopodobne.
[10] Zaiste dziwna jest ta opinia! W ZSRR żadna informacja prasowa, radiowa czy telewizyjna nie mogła być podaną bez zgody cenzora z GŁAWLIT-u i KGB, no chyba, że była tym zainteresowana partia i  KGB... - dlatego też nikt przy zdrowych zmysłach nie przyznałby się do wykonania analizy „na lewo”!...
[11] Komputera. EMC = Elektroniczna Maszyna Cyfrowa.
[12] Niestety, życie nie potwierdziło teorii Anistratienki, bo na dobrą sprawę Ziemia powinna być bombardowana meteorytami, kometami i innymi odłamkami materii kosmicznej za każdym zbliżeniem się do niej komety czy innego ciała niebieskiego, nie mówiąc już o tym, że hipoteza ta nie wyjaśnia osobliwości ruchu komet w Układzie Słonecznym! Hipoteza ta nie wyjaśnia w ogóle powstania i ewolucji galaktyk i innych obiektów kosmologicznych, a tym bardziej „czarnych dziur”, których istnienie jest dowodem wprost na klasyczną teorię grawitacji!

czwartek, 9 lutego 2012

BOLID SYBERYJSKI (11)

3.10. Wybuch elektryczny.


W roku 1978, akademickie czasopismo „Astronomiczieskij Wiestnik”  opublikowało artykuł prof. dr A. Newskiego, który później już w popularnej formie ukazał się w „Tiechnikie Mołodioży” w 1978 roku - w numerze 12,1978. Autor artykułu rozpatrzył w nim efekt wybuchu pod wpływem wysokoenergetycznego prądu elektrycznego, który wytwarzają duże bolidy w czasie lotu przez atmosfery planet.
Problem polega na tym, że kiedy - dajmy na to - w ziemska atmosferę wejdzie duży, poruszający się ze znaczną prędkością meteoryt, to jak wskazują na to obliczenia Newskiego  - dochodzi do przepływu potężnego potencjału pomiędzy meteorem a Ziemią. W takim przypadku, w ułamku sekundy, energia kinetyczna meteorytu obliczana z prostego wzoru: Ek = mv2/2 zamienia się w energię elektryczną wyładowania, które doprowadza finalnie do elektro-wybuchu ciała niebieskiego. Taki elektro-wybuch pozwala wyjaśnić większość zaobserwowanych zjawisk związanych z TF.
Rozpatrywana hipoteza pokazuje, że istnieją trzy typy źródeł fal uderzeniowych - wybuchowe wydzielenie się ogromnych ilości energii w cylindrycznej przestrzeni „słupa ognistego” generowało cylindryczna falę udarową, której pionowy front rozprzestrzeniał się poziomo do powierzchni terenu, co stało się przyczyną wywalenia lasu na dużej przestrzeni. Nie była ona jednak jedyną falą, bo powstały jeszcze dwie inne. Przyczyną powstania pierwszej było wybuchowe rozdrobnienie materii meteorytu, zaś druga była zwykłą falą balistyczną, która powstaje w wyniku przelotu każdego ciała przez atmosferę z prędkością naddźwiękową.
Taki przebieg wydarzeń potwierdzają opowiadania świadków katastrofy o   t r z e c h   niezależnych od siebie eksplozjach i odgłosach „kanonady artyleryjskiej”, które rozległy się po nich. Trzeba jeszcze powiedzieć, że uznanie faktu wielokanałowego wyładowania elektrycznego wyjaśnia wiele faktów związanych z TM, w tym wszystkie niezrozumiałe i tajemnicze. Nie wdając się w szczegóły hipotezy Newskiego, wypunktuję tutaj tylko najważniejsze z nich:
q       Rozliczne kanały indywidualne elektro-wybuchów wyjaśniają istnienie obszernej przestrzeni z chaotycznym wywałem lasu.
q       Działanie sił przyciągania elektrycznego wyjaśnia fakty podrzucenia w powietrze jurt, drzew, powierzchniowych warstw gleby, a także powstania olbrzymich fal idących w górę rzek - pod prąd.
q       Kanały wybuchów elektrycznych spowodowały powstanie wielu małych kraterków, które potem zapłynęły błotem. Błota tego nie było przed eksplozją.
q       Uderzenie silnego ładunku elektrycznego w ziemię spowodowało silne nagrzanie się podziemnych wód podskórnych, w rezultacie czego powstały wrzące źródła i gejzery.
q       Silne impulsy prądu elektrycznego mogły spowodować zmiany pola magnetycznego i zmiany namagnesowania skał w promieniu 30-40 km od epicentrum wybuchu TKC.
q       Pojawienie się niewyjaśnionych do końca „białych nocy lata 1908 roku” można wyjaśnić elektrycznym świeceniem jonosferycznych warstw atmosfery wskutek „zimnego” świecenia jonów - jaki to proces zachodzi w jarzeniówce...

To ostatnie potwierdzają naziemne obserwacje zjawisk towarzyszącym powrotowi na Ziemię amerykańskiego wahadłowca STS Discovery w dniu 16 listopada 1984 roku. Prom kosmiczny wszedł wtedy w atmosferę z prędkością 16 Ma[1] i na  wysokości około 60.000 m miał kształt ogromnej ognistej kuli z szerokim warkoczem czy ogonem, ale najważniejsze jest to, że wywołał on świecenie górnych warstw atmosfery.
Odnotujmy jeszcze taki moment... - istnieje cały szereg tajemniczych zjawisk opisanych przez naocznych świadków spadku TM, jak: „szumiący świst”, „szum, jak skrzydeł przerażonego ptaka”, itd. Tak oto owe „akustyczne efekty”   z a w s z e   dotyczą tzw. koronowych wyładowań elektrycznych!
Tak zatem możemy założyć, że procesy fizyczne kierujące elektro-wybuchem meteorytu są w stanie wyjaśnić pewne okoliczności związane ze spadkiem dużych ciał meteorytowych, takich jak TM.


3.11. Tajemnica „Diabelskiego Cmentarza”.


W tajdze południowego Przyangarza, kilkaset kilometrów od Wanawary, z dala od ludzkich osiedli znajduje się unikalne i zagadkowe miejsce. Nieliczni mieszkańcy tych okolic nazywają to miejsce „polaną śmierci” albo „diabelskim cmentarzem”. Przytoczę tutaj kilka świadectw, by Czytelnik miał jakieś pojęcie o tym „miejscu zagłady”.
Jeszcze w kwietniu 1940 roku, w kieżemskiej rejonowej gazecie „Sowieckoje Priangarie” pojawiła się publikacja, w której mówi się o tym, że pewien myśliwy wiozący rejonowego agronoma przed wiosennymi zasiewami do wioski Karamyszewo, opowiadał mu o „czarcim cmentarzu”, które odnalazł jego dziadek nieopodal ścieżki zwierząt i obiecał pokazać tą „polankę” agronomowi. Oto, co pisała gazeta:
... obok niewysokiej góry pojawiła się ciemna łysina. Ziemia tam czarna i pulchna, ale nie porastała ja żądna roślinność. Na tę obnażoną ziemię położyli [oni] świeże, zielone gałązki sosny, a po kilku chwilach wzięli je z powrotem. Zielone gałązki zbrązowiały, jakby opalone ogniem. Igły sosnowe opadały przy najlżejszym dotknięciu... Wchodząc na skraj polany ludzie czuli w całym ciele dziwne bóle...
Przytoczę jeszcze opowiadanie S. N. Poljakowa ze wsi Karamyszewo:
Mój dziadek przebył 50 km i wyszedł na tą polankę. Łoś, którego tropił, wyskoczył na płaska część grzbietu górskiego, a potem wskoczył na polanę, gdzie na oczach dziadka padł i w chwile potem spłonął. Był to bardzo silny żar. Dziadek wrócił natychmiast do domu i opowiedział o wszystkim  swej rodzinie.
W miesięczniku „Tiechnika Mołodioży” nr 8,1983 ujrzały światło dzienne materiały M. Panowa i W. Żurawliewa właśnie na temat „czartowskiego cmentarza”. Michaił Panow przekazuje w nim zasłyszane jeszcze przed wojną opowiadanie myśliwego, który przebywał na tzw. „diabelskim cmentarzu”:
 To jest duża, bardzo duża, o średnicy jakichś 200 metrów polana, która wzbudzała lęk. Na gołej ziemi gdzieniegdzie leżały trupy zwierząt, ich kości, i nawet ptaki! Zwisające nad polaną gałęzie drzew były zwęglone, jakby od pożaru. Polana była całkiem czysta od jakiejkolwiek roślinności.  Psy, które przebywały na niej wszystkiego kilka minut, przestały jeść i stały się osowiałe.
Do tego trzeba dodać, że mięso zwierząt, które zginęły na polanie przybierało jaskrawo-pąsową barwę.
Dr Wiktor Żurawliew, który jest członkiem Komisji ds. Meteorytów Syberyjskiego Oddziału AN ZSRR potwierdza, że istnieje niemało niezależnych od siebie relacji o istnieniu „miejsca zagłady” w dolinie rzeki Kowy.
A oto możliwa interpretacja tego zjawiska przyrody i pochodzenia „czartowskiego cmentarza” podana przezeń:
Na tym miejscu, w głębinach Ziemi powstał ogromny pożar węgla kamiennego, który z braku dostępu powietrza wytwarza duże ilości tlenku węgla - CO - czyli czadu, niezwykle toksycznego dla ludzi i zwierząt. Gaz ten wydobywa się właśnie na tej polanie. Zwierzęta bez tlenu szybko giną, a ich tkanki wskutek reakcji chemicznej z tym gazem przybierają pąsową - różową barwę.[2]
No tak, ale ulatnianiem się lżejszego od powietrza tlenku węgla trudno jest wytłumaczyć osobliwości „diabelskiego cmentarza”, podobnie jak ostro zarysowane granice strefy letalnego działania, a co najważniejsze - szybkość, z jaką strefa ta zabija żywe organizmy - a co najważniejsze - ta cała „polana śmierci” nie znajduje się w rozpadlinie terenu, ale na stoku spadzistej sopki![3] Osobliwości „polany zagłady” można łatwo wytłumaczyć, jak twierdzą niektórzy uczeni - jeżeli założymy, że znajduje się tam źródło promieniowania elektromagnetycznego albo szybkozmiennego pola magnetycznego. Ale co do tego ma TM? Okazuje się, że ma!
W połowie lat 80. w gazecie „Komsomolec Uzbekistana” A. Simonow - pracownik naukowy NII Wydziału Fizyki TGU i S. Simonow - pracownik GMI Uzbeckiej SSR[4] opublikowali swoją hipotezę o pochodzeniu TF. Uczeni ci uważają, że:
...TM przyleciał z południa i leciał na północ, lecąc namagnesowywał się coraz bardziej dzięki <<efektowi dynamo>>. Lot w atmosferze Ziemi powodował nagrzewanie się i jonizację powietrza opływającego meteorytowe ciało. Przecięte potokami zjonizowanego powietrza linie sił pola magnetycznego wytworzyły w jego gazowej - a właściwie plazmatycznej - otoczce elektryczne i magnetyczne efekty hydrodynamiczne[5], co miało ważki wpływ na ruch meteorytu w atmosferze naszej planety.
Kiedy TM wleciał w niższe i gęstsze warstwy atmosfery, strumienie powietrza zdarły z niego plazmatyczne <<okrycie>> i meteoryt, który zachował małą cząstkę swej prędkości początkowej, spadł gdzieś w głębiny tajgi południowego Priangaria, a sam plazmid - składający się ze zgęstka wysokozjonizowanego powietrza i pól elektromagnetycznych, po oderwaniu się od swojego <<rodzica>> - meteorytu - stał się ogromną błyskawicą kulistą.
Jaki był dalszy los plazmidu? Wydarzenia z 1908 roku przebiegały w nie całkiem zwyczajnym miejscu Ziemi, bo na terenach Wschodnio-syberyjskiej Anomalii Magnetycznej o planetarnej skali. <<Namagnesowany>> plazmatyczny obłok zaczął się poruszać w kierunku bieguna tejże anomalii. Przez 350 km lotu plazmid natknął się na anomalię magnetyczną krateru paleo-wulkanu, który był czynny miliony lat temu. Jego komin wchodzący głęboko w ziemię - aż do oceanu magmy w astenosferze - odegrał tu rolę <<piorunochronu>>, nad którym wyładował się z elektryczności powodując wybuch i wywał drzew tajgi...
 To jest oczywiście tylko hipoteza, ale daje ona nadzieję na znalezienie meteorytu, o ile takowy istnieje. Być może TM mógł „wypaść” na dół lub w bok trajektorii i miejsce jego spoczynku można namierzyć badając anomalie magnetyczne lub inne o niezwykłych właściwościach - np. grawitacyjne.
Aby upewnić się w prawidłowości swych domysłów, A. Simonow zorganizował w 1986 roku ekspedycję w rejon rzeki Kowa, gdzie - według jego szacunków - powinien upaść meteoryt. Jego radości nie było końca, kiedy usłyszał tam historie o „diabelskim cmentarzysku”, nie mogło być lepszego potwierdzenia! Żeby go znaleźć, rozpytywał on o nie wszystkich staruszków, jacy stawali mu na drodze, a z ich opowiadań złożył on obraz, i - niestety - była to mozaika!... ani tej, ani   ż a d n e j   i n n e j   ekspedycji nie udało się znaleźć „diabelskiego cmentarza”.[6]
A. i S. Simonowowie tak wyjaśnili osobliwości „polany śmierci”:
... istoty żywe są zabijane przez szybkozmienne pola magnetyczne. Jak uczy nas biologia, istnieje pewien przedział tolerancji prądu elektrycznego przepływającego przez krew, po przekroczeniu której rozkłada się ona elektrolitycznie. Zwierzęta, które zginęły na <<polanie śmierci>> miały wnętrzności w kolorze różowym, co świadczy o nasileniu przepływu kapilarnego krwi tuż przed zgonem, a ten ostatni następował wskutek masowej trombocytozy. Koncepcja przemiennego pola magnetycznego na <<polanie zagłady>> bardzo dużo wyjaśnia: szybkość śmierci, wpływ nawet na przelatujące ptaki, itp.
I tak zagadkowa polana pozostaje nieodnalezioną. Poszukiwacze obrabiają otrzymane dane i marzą o nowych ekspedycjach. J



[1] 16 Ma = 5,28 km/s przy założeniu, że 1 Ma = 0,33 km/s.
[2] U człowieka występują różowe plamy opadowe wskutek reakcji przenoszącego tlen składnika krwi - hemoglobiny z tlenkiem węgla, co daje karbooksyhemoglobinę zamiast oksyhemoglobiny. Podobnie jest w przypadku zatrucia gazem świetlnym.
[3] Sopka (ros.) - niewielki stożek wulkaniczny.
[4] Dziś Uzbekistanu.
[5] Tzw. efekt MHD.
[6] Sprawę tajemniczych miejsc na Syberii odgrzał pod koniec XX wieku znany rosyjski ufolog dr Walerij Uwarow brylujący na łamach niemieckich i brytyjskich czasopism ufologicznych. To właśnie on opisał podobną sprawę tajemniczych konstrukcji w Jakucji, które okazały się być poligonem atomowym i kosmodromem wybudowanym jeszcze w czasach ZSRR, a dokładniej pod koniec lat 50 w dorzeczu rzeki Wiluj. Dziś znajduje się tam zrzutowisko boosterów rakiet odpalanych z kosmodromu wojskowego w Pliesiecku k./Archangielska. Tematykę tychże konstrukcji podjął w 2000 roku inny Rosjanin - dr Walentin Psałomszczikow na łamach czasopisma „Kalejdoskop NLO”. Artykuły obu autorów są dostępne w internetowej witrynie MCBUFOiZA oraz czasopismach: „Nieznany Świat” i „Czas UFO”.

wtorek, 7 lutego 2012

BOLID SYBERYJSKI (10)

3.7. Trop wiedzie na Słońce.


Na początku lat 80. pracownicy naukowi Syberyjskiego Oddziału AN ZSRR: dr A. Dimitriew i dr W. Żurawlew przedstawili hipotezę o tym, że TM był de facto plazmidem, tworem który oderwał się od Słońca...
Z mini-plazmidami - piorunami kulistymi - ludzkość zapoznała się od dawna, choć ich natura do dziś dnia nie została zbadana do końca. Astrofizycy znają gigantyczne, galaktyczne plazmidy. A oto jedna z ostatnich nowości nauki: Słońce okazuje się być generatorem kolosalnych plazmowych tworów z niemal zerową gęstością.
Rzeczywiście, współczesna kosmofizyka dopuszcza możliwość rozpatrywania naszego Systemu Słonecznego jako materialno-polową strukturę, której stabilność podtrzymują nie tylko prawo powszechnego ciążenia, a także zależności energetyczno-informacyjne. Jednym z konkretnych rezultatów wzajemnego oddziaływania pomiędzy Ziemią a Słońcem mogą być kosmiczne ciała nowego typu, koronalne zgęstki, których model zaproponował geofizyk dr K. Iwanow.
Dimitriew i Żurawlew w swej hipotezie dopuszczają możliwość występowania w Kosmosie tzw. „mikrozgęstków” o średnich rozmiarach - ciał plazmatycznych o rozmiarach od kilkudziesięciu do kilkuset metrów średnicy. Rozpatrywane „mikroplazmidy” czy też „energoformy”, tj. nosiciele energii z przestrzeni międzyplanetarnej mogą być przechwytywane przez pole magnetyczne Ziemi i dryfować po liniach sił jej magnetosfery. Żeby było ciekawiej, to mogą one wlatywać w rejony anomalii magnetycznych. Niewiarygodne jest to, że taki plazmid mógłby dosięgnąć powierzchni Ziemi nie eksplodując w jej atmosferze. Zgodnie z propozycją Dimitriewa i Żurawlewa - TKC należał do właśnie takich plazmidów, które oderwały się od Słońca.
Jednym z głównych argumentów „przeciw” problemu tunguskiego jest sprawa zmienności trajektorii lotu TM.  Dimitriew i Żurawlew wzięli wszystkie relacje o locie TF i wpakowali je w komputer. I co się okazało? Okazało się mianowicie to, że rację mieli stronnicy orientacji „południowej” i „wschodniej”, a to dlatego, że                                             n a j p r a w d o p o d o b n i e j   chodziło tu aż o   d w a   m e t e o r y t y !  Tradycyjna meteorytyka spasowała przed takim „rozdwojeniem” TM w czasie i przestrzeni. Czyżby aż dwa ogromne meteoryty wyznaczyły sobie randez-vous w tym samym punkcie czasoprzestrzennym?! No, ale Dimitriew i Żurawlew nie widzą w tym niczego niezwykłego, jeżeli dopuści się hipotezę plazmidu. Okazuje się wszak, że galaktyczne plazmidy „mają zwyczaj” istnieć parami. Ta właściwość przynależy także słonecznym plazmidom!
Wychodzi na to, że 30 czerwca 1908 roku, nad wschodnią Syberią zniżały się ku Ziemi aż dwa ogniste obiekty.   C o   n a j m n i e j   d w a !  Kiedy atmosfera naszej planety stała się gęstsza, to „niebiański duet” eksplodował... Powyższe staje się punktem wyjścia do naukowej dyskusji o pochodzeniu TF.[1]
Jest jeszcze jedna „słoneczna” hipoteza dotycząca TM, którą przedstawił mineralog dr A. Dimitriew na łamach „Komsomolskiej Prawdy” w numerze z dnia 12 czerwca 1990 roku.
Fantaści jeszcze nie odkryli zależności pomiędzy dziurami ozonowymi a TF, chociaż w niektórych publikacjach popularno-naukowych, jak np. „Winownica ziemnych bied?”[2] z serii „Znak woprosa” nr 7,1990, spróbowano połączyć ze sobą te niezwykłe wydarzenia w logiczną całość.
Ostre ubytki ozonu w atmosferze już się obserwowało w historii Ziemi, tak więc grupa uczonych pod kierownictwem prof. K. Kondratiewa opublikowała niedawno rezultaty swych badań, wedle których w kwietniu 1908 roku zaobserwowano znaczne zniszczenie warstwy ozonowej na średnich szerokościach geograficznych Półkuli Północnej. Ta anomalia stratosferyczna, której szerokość wynosiła 800-1.000 km opasała całą kulę ziemską. Tak było do dnia 30 czerwca, po którym to dniu ozonosfera wróciła do normy!...[3]
Czyż nie jest to dziwna zbieżność dwóch ważnych dla planety wydarzeń fizyko-chemicznych? Jaka była natura mechanizmu, który przywrócił do normy tę delikatną równowagę? Odpowiadając na te pytania - jak uważa Dimitriew - możemy powiedzieć, że na zagrażający Ziemi brak ozonosfery zareagowało... Słońce! Duży zgęstek plazmy słonecznej, posiadający właściwości ozonogenne, został wyrzucony ze Słońca w kierunku naszej planety. Ów zgęstek spotkał się z Ziemią w rejonie Wschodnio-syberyjskiej Anomalii Magnetycznej. Według Dimitriewa, Słońce nie dopuści do „głodu ozonowego” na Ziemi. Wygląda więc na to, że im Ludzkość intensywniej będzie niszczyła ozonosferę, tym intensywniej Słońce będzie wysyłało ku nam gazowo-plazmowe twory typu „energoforów”... Nie trzeba być prorokiem, by wyobrazić sobie, czym to się może skończyć. Scenariusz rozwoju wypadków na naszej planecie, która jest permanentnie „częstowana” plazmowymi „prezentami” od „myślącego” o Ziemi Słońca nie jest trudny do przewidzenia - wystarczy sobie przypomnieć to, co stało się w tunguskiej tajdze w ostatnim dniu czerwca 1908 roku...


3.8. „Kontener” informacyjny?


Idea o sztucznym pochodzeniu wybuchu tunguskiego przez lata znajdowała i wciąż znajduje swych stronników. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że tu i ówdzie pojawiają się wciąż nowe „dowody” na jej potwierdzenie. Potwierdzeniem powyższego okazuje się być wersja fizyka dr A. Prijmy opublikowana w „Tiechnikie Mołodioży” nr 1,1984.
W swych rozważaniach dr Prijma powołuje się na informacje inż. A. Kuzowkina podaną przez niego w trakcie obrad okrągłego stołu - dyskusji panelowej zorganizowanej przez redakcję „Tiechniki Mołodioży” w październiku 1983 roku.
Opierając się na zeznaniach świadków anomalnych zjawisk atmosferycznych w 1908 roku, Kuzowkin oświadczył, że TM miał - jak się okazuje - również „zachodnią” trajektorię lotu. Innymi słowy mówiąc, TKC leciało nie tylko z południa na północ, za wschodu na zachód, ale także z zachodu na wschód!!! Świadkowie opowiadali o tym, że mniejsze kopie TKC zaobserwowano w pierwszej połowie 1908 roku nad rozlicznymi rejonami Rosji, Uralu i Syberii.
Według Prijmy, fakt znalezienia zachodniej trajektorii TM dowodzi tego, że nie było - jak to uważa F. Zigiel - manewru tylko jednego jedynego obiektu, a jedynie manewr trzech    r ó ż n y c h    ciał! Można założyć, że „ogniste kule” nadleciały nad zaplanowane z góry rejony naszej planety i potem „zeszły się” nad Podkamienną Tunguską, by połączyć się w jeden płomienisty obiekt i eksplodować!... Co za tym idzie, wybuch tunguski mógł być - według Prijmy - celową akcją Nieziemskiego Rozumu...
Ciekawe, ze to „poszukiwanie się” ognistych kul przebiegało od miejsc zaludnionych ku bardziej bezludnym i ich randez-vous miało miejsce nad terenami całkowicie niezamieszkałymi - wyglądałoby na to, że miejsce spadku   w y b r a n o   nieprzypadkowo tak, by zmniejszyć ryzyko zabicia ludzi do zera.
Autor przytoczonej wersji jest przekonanym, że samo TKC nie zostało całkowicie zniszczone i z całą pewnością przeszło w „nowe stadium istnienia”, tzn. zmieniło swoją strukturę fizykochemiczną. Cóż się zatem stało? być może TM był sztucznym „kontenerem” z jakąś informacją, która nieznana nam Pozaziemska Cywilizacja uznała za stosowne przesłać naszej biosferze, a może nawet nam samym. Ujawni się to wszystko wtedy, kiedy my będziemy już gotowi do przyjęcia tej informacji!
A co się stanie, jeżeli to „informacyjne pole” z tego „kontenera” TKC jest stałym i my - Ziemianie - przez cały dzień kąpiemy się w tej „informacyjnej zupie”, którą ugotowano dla nas gdzieś tam, w dalekim innym świecie? Być może zrzut „informacyjnych kontenerów” w środek rozwijającej się cywilizacji - za jaka siebie uważamy - jest jednym z celów przyśpieszania ich rozwoju na wszystkich planetach naszego Wszechświata?... Może ten proces jest permanentnym w całym Kosmosie?... Kto zna odpowiedź na te wszystkie pytania???!!!...


3.9. „Rykoszet”.


Oryginalną hipotezę, która tłumaczy niektóre zdumiewające następstwa spadku TM wysunął leningradzki uczony prof. dr E. Jordaniszwili i opublikował ją w „Literaturnoj Gazietie” w numerze z dnia 25 kwietnia 1984 roku.
Wiadomym jest, że  ciało, które wtargnęło w ziemską atmosferę z prędkościami kilkudziesięciu kilometrów na sekundę, „zapala” się na wysokości 100-130 km. Jednak znaczna część świadków spadku TKC znajdowała się w dorzeczu Angary, tj. w odległości kilkuset kilometrów od miejsca katastrofy, biorąc pod uwagę krzywiznę powierzchni Ziemi, dochodzimy do wniosku, że   o n i   n i e   m o g l i   obserwować przebiegu tego wydarzenia, jeżeli nie założymy tego, iż TM zapalił się na wysokości nie mniejszej niż 300-400 km!  Jakże więc wyjaśnić jaskrawą rozbieżność pomiędzy rozważaniami teoretycznymi a faktami zaobserwowanymi? Autor hipotezy spróbował udowodnić swe przypuszczenia nie wychodząc z ramki realności i nie przecząc regułom mechaniki newtonowskiej.
Prof. Jordaniszwili sądzi, że tego niezapomnianego dla wielu ludzi poranka, w kierunku Ziemi nadleciało ciało niebieskie, które pod małym kątem wtargnęło w atmosferę naszej planety. Na wysokości 120-130 km się rozjarzyło, a jego ogromny świecący „ogon” widziało setki ludzi od Bajkału do Wanawary. Zetknąwszy się z Ziemią, meteoryt „zrykoszetował” - i podskoczył kilkaset kilometrów w górę - i to właśnie dlatego widziano go także nad Angarą. Potem TM opisał parabolę i stracił swą kosmiczną prędkość, a następnie spadł na Ziemię - tym razem już na dobre...
Hipoteza zwykłego, dobrze nam znanego ze szkolnego kursu fizyki rykoszetu pozwala na wyjaśnienie całego szeregu następstw: pojawienia się rozżarzonego ciała ponad granicami naszej atmosfery, brak astroblemu i szczątków TM na miejscu jego pierwszego „spotkania” z Ziemią, zjawisko tzw. białych nocy w 1908 roku spowodowanych wyrzutem w atmosferę - i to w jonosferę - cząstek ziemskiej gleby przez TKC, itp. Poza tym hipoteza kosmicznego rykoszetu tłumaczy jeszcze jedną niejasność - dziwny „motylkowaty” kształt wywału lasu.
Jaki był los samego TKC? Gdzie ono upadło po odbiciu się od Ziemi? Czy można znaleźć jakieś wskazówki?  Można! - jak sądzi Jordaniszwili - chociaż niezbyt dokładne. Biorąc pod uwagę prawa mechaniki można przewidzieć dalszy lot TM i możliwe miejsce, gdzie aktualnie znajduje się TKC w całości lub we fragmentach. Uczony daje takie wskazówki: linia od faktorii Wanawara do ujścia rzek Dubczes lub Woronowka (dopływy Jeniseju), miejsce: albo odnogi Gór Jenisejskich albo w przestrzeniach tajgi pomiędzy rzekami Jenisej i Irtysz... - patrz mapka na ryc. 5. Zaznaczmy, że w zapiskach i raportach ekspedycji z lat 50. i 60. pisze się o kraterach i wywałach drzew na terenach zachodnich dopływów Jeniseju - rzek Sym i Kieť. Ich koordynaty doskonale pasują do przedłużenia trajektorii, po której - jak się sądzi - TM leciał w kierunku Ziemi.
Komentując hipotezę leningradzkiego uczonego członek korespondent AN ZSRR prof. A. Abrikosow powiedział:
... koncepcja <<rykoszetu>> meteorytu przy zetknięciu się z Ziemią ma sens, bo meteoryt szedł po stycznej z Ziemią i po odbiciu się od niej spadł w tajgę, gdzie spoczywa do dziś dnia. Hipoteza ta nie tylko wyjaśnia kilka znaków zapytania, ale także znajduje swe potwierdzenie: w miejscach domniemanego spadku resztek TM znajdują się formacje poimpaktowe. Hipoteza ta z całą pewnością ożywi poszukiwania TM i być może przyjdzie taki czas, kiedy zostanie on definitywnie odnaleziony.
Z hipotezą Jordaniszwiliego koresponduje pogląd czy też wersja moskiewskiego astronoma W. Kowalia, opublikowana przez WAGO w „Ziemla i Wsielennaja” nr 5,1989.
Wychodząc z tego, że wywał lasu w epicentrum wybuchu nie jest równomierny, a ma złożoną geometrię i wewnętrzną niejednorodność Kowal sadzi, że nie ma żadnego faktu, który przeciwstawiłby się hipotezie o tym, że TKC był zwyczajnym kamiennym meteorytem... To był prawdziwy meteoryt, który eksplodował i rozpad się w powietrzu. Jego ogromna prędkość i wielka masa spowodowała w atmosferze różne dziwne zjawiska, w tym także skumulowane, synergiczne działanie fal uderzeniowych pochodzących z eksplozji i balistycznych. Strefa wywału lasu jest właśnie takim miejscem, gdzie fale te działały synergicznie, tj. nałożyły się na siebie. Tylko badanie tej strefy może dać dokładne dane o azymucie lotu TM, wysokości wybuchu i miejscach spadku odłamków meteorytu... Tak, Kowal też mówi o efekcie rykoszetu i podaje przykład (dostatecznie kuriozalny i pouczający zarazem) dotyczący poszukiwań Meteorytu Cariew, który spadł w dniu 6 grudnia 1926 roku w rejonie dzisiejszego Wołgogradu.
Dziwnym jest to, że ognisty bolid obserwowało tysiące świadków i na podstawie ich zeznań obliczono trajektorię spadku jego szczątków. Niestety, intensywne poszukiwania niczego nie dały i dlatego po pewnym czasie zapomniano o nim. Dopiero w 1979 roku meteoryt został najzwyczajniej w świecie odnaleziony, i to nie tam, gdzie go szukano, a aż 200 km dalej - na przedłużeniu trajektorii lotu... Historia 157 w kolejności odkrycia rosyjskiego meteorytu Cariew stanowi wcale mocny argument „pro” dla hipotezy rykoszetu TM.
Wniosek naprasza się sam: TM należy szukać dalej i w innym miejscu, a nie tam, gdzie był intensywnie poszukiwany przez wielu badaczy - w epicentrum powietrznej eksplozji.
Świadczy o tym np. jedna z ostatnich publikacji na temat TM na łamach „Komsomolskiej Prawdy” z dnia 6 lutego 1991 roku. Pisze się w niej, że badacz tajgi dr W. I. Woronow w rezultacie wieloletnich poszukiwań znalazł w odległości 150 km na SE od centrum powietrznej eksplozji - tzw. „Kulikowskiego Wywału” - jeszcze jeden wywał lasu o średnicy około 20 km, który - jak domniemywa - był odnaleziony jeszcze w 1920 roku przez ekspedycję W. Szyszkowa - zob. ryc. 5. Ten ostatni wywał może być związany z TM, jeżeli założymy, że już w czasie lotu rozpadł się on na oddzielne fragmenty.
Ponadto jesienią 1990 roku, ten niezłomny Woronow odnalazł także w odległości 100 km na NW od „Kulikowskiego Wywału” ogromny lej o średnicy około 200 m i głębokości 15-20 m, gęsto porośnięty sosnami. Niektórzy badacze uważają, że ów lej jest de facto astroblemem, który wyrył „kosmiczny gość z 1908 roku” - onże sam lub jego fragmenty. Tunguski Meteoryt...


[1] Plazmidy słoneczne, NB których nikt nie widział i nie złapał, ostatnio zostały oskarżone przez prof. dr hab. Janusza Gila w jego książce „UFO, Däniken i zdrowy rozsądek” (Warszawa 1996) o to, że poruszają się one w atmosferze już to w pojedynkę, już to grupowo, i stwarzają obserwatorom zjawisko znane jako UFO... - co pozostawiam bez komentarza.
[2] „Winowajca ziemskich nieszczęść?”
[3] A przecież powinno być odwrotnie, bowiem emisja gazów cieplarnianych i pyłu poimpaktowego powinna właśnie wywołać bądź pogłębić efekt już istniejącej dziury ozonowej! Jak dotąd, to efekt dziury ozonowej wywołują głównie halogenki węgla, czyli freony: CF3Cl, CF2Cl2, CCl3F i CF4 - które rozkładają ozon - O3 na „zwykły” tlen - O2. Skąd się wzięły freony w atmosferze w kwietniu 1908 roku? - tego na razie nie wie nikt...