wtorek, 7 lutego 2012

BOLID SYBERYJSKI (10)

3.7. Trop wiedzie na Słońce.


Na początku lat 80. pracownicy naukowi Syberyjskiego Oddziału AN ZSRR: dr A. Dimitriew i dr W. Żurawlew przedstawili hipotezę o tym, że TM był de facto plazmidem, tworem który oderwał się od Słońca...
Z mini-plazmidami - piorunami kulistymi - ludzkość zapoznała się od dawna, choć ich natura do dziś dnia nie została zbadana do końca. Astrofizycy znają gigantyczne, galaktyczne plazmidy. A oto jedna z ostatnich nowości nauki: Słońce okazuje się być generatorem kolosalnych plazmowych tworów z niemal zerową gęstością.
Rzeczywiście, współczesna kosmofizyka dopuszcza możliwość rozpatrywania naszego Systemu Słonecznego jako materialno-polową strukturę, której stabilność podtrzymują nie tylko prawo powszechnego ciążenia, a także zależności energetyczno-informacyjne. Jednym z konkretnych rezultatów wzajemnego oddziaływania pomiędzy Ziemią a Słońcem mogą być kosmiczne ciała nowego typu, koronalne zgęstki, których model zaproponował geofizyk dr K. Iwanow.
Dimitriew i Żurawlew w swej hipotezie dopuszczają możliwość występowania w Kosmosie tzw. „mikrozgęstków” o średnich rozmiarach - ciał plazmatycznych o rozmiarach od kilkudziesięciu do kilkuset metrów średnicy. Rozpatrywane „mikroplazmidy” czy też „energoformy”, tj. nosiciele energii z przestrzeni międzyplanetarnej mogą być przechwytywane przez pole magnetyczne Ziemi i dryfować po liniach sił jej magnetosfery. Żeby było ciekawiej, to mogą one wlatywać w rejony anomalii magnetycznych. Niewiarygodne jest to, że taki plazmid mógłby dosięgnąć powierzchni Ziemi nie eksplodując w jej atmosferze. Zgodnie z propozycją Dimitriewa i Żurawlewa - TKC należał do właśnie takich plazmidów, które oderwały się od Słońca.
Jednym z głównych argumentów „przeciw” problemu tunguskiego jest sprawa zmienności trajektorii lotu TM.  Dimitriew i Żurawlew wzięli wszystkie relacje o locie TF i wpakowali je w komputer. I co się okazało? Okazało się mianowicie to, że rację mieli stronnicy orientacji „południowej” i „wschodniej”, a to dlatego, że                                             n a j p r a w d o p o d o b n i e j   chodziło tu aż o   d w a   m e t e o r y t y !  Tradycyjna meteorytyka spasowała przed takim „rozdwojeniem” TM w czasie i przestrzeni. Czyżby aż dwa ogromne meteoryty wyznaczyły sobie randez-vous w tym samym punkcie czasoprzestrzennym?! No, ale Dimitriew i Żurawlew nie widzą w tym niczego niezwykłego, jeżeli dopuści się hipotezę plazmidu. Okazuje się wszak, że galaktyczne plazmidy „mają zwyczaj” istnieć parami. Ta właściwość przynależy także słonecznym plazmidom!
Wychodzi na to, że 30 czerwca 1908 roku, nad wschodnią Syberią zniżały się ku Ziemi aż dwa ogniste obiekty.   C o   n a j m n i e j   d w a !  Kiedy atmosfera naszej planety stała się gęstsza, to „niebiański duet” eksplodował... Powyższe staje się punktem wyjścia do naukowej dyskusji o pochodzeniu TF.[1]
Jest jeszcze jedna „słoneczna” hipoteza dotycząca TM, którą przedstawił mineralog dr A. Dimitriew na łamach „Komsomolskiej Prawdy” w numerze z dnia 12 czerwca 1990 roku.
Fantaści jeszcze nie odkryli zależności pomiędzy dziurami ozonowymi a TF, chociaż w niektórych publikacjach popularno-naukowych, jak np. „Winownica ziemnych bied?”[2] z serii „Znak woprosa” nr 7,1990, spróbowano połączyć ze sobą te niezwykłe wydarzenia w logiczną całość.
Ostre ubytki ozonu w atmosferze już się obserwowało w historii Ziemi, tak więc grupa uczonych pod kierownictwem prof. K. Kondratiewa opublikowała niedawno rezultaty swych badań, wedle których w kwietniu 1908 roku zaobserwowano znaczne zniszczenie warstwy ozonowej na średnich szerokościach geograficznych Półkuli Północnej. Ta anomalia stratosferyczna, której szerokość wynosiła 800-1.000 km opasała całą kulę ziemską. Tak było do dnia 30 czerwca, po którym to dniu ozonosfera wróciła do normy!...[3]
Czyż nie jest to dziwna zbieżność dwóch ważnych dla planety wydarzeń fizyko-chemicznych? Jaka była natura mechanizmu, który przywrócił do normy tę delikatną równowagę? Odpowiadając na te pytania - jak uważa Dimitriew - możemy powiedzieć, że na zagrażający Ziemi brak ozonosfery zareagowało... Słońce! Duży zgęstek plazmy słonecznej, posiadający właściwości ozonogenne, został wyrzucony ze Słońca w kierunku naszej planety. Ów zgęstek spotkał się z Ziemią w rejonie Wschodnio-syberyjskiej Anomalii Magnetycznej. Według Dimitriewa, Słońce nie dopuści do „głodu ozonowego” na Ziemi. Wygląda więc na to, że im Ludzkość intensywniej będzie niszczyła ozonosferę, tym intensywniej Słońce będzie wysyłało ku nam gazowo-plazmowe twory typu „energoforów”... Nie trzeba być prorokiem, by wyobrazić sobie, czym to się może skończyć. Scenariusz rozwoju wypadków na naszej planecie, która jest permanentnie „częstowana” plazmowymi „prezentami” od „myślącego” o Ziemi Słońca nie jest trudny do przewidzenia - wystarczy sobie przypomnieć to, co stało się w tunguskiej tajdze w ostatnim dniu czerwca 1908 roku...


3.8. „Kontener” informacyjny?


Idea o sztucznym pochodzeniu wybuchu tunguskiego przez lata znajdowała i wciąż znajduje swych stronników. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że tu i ówdzie pojawiają się wciąż nowe „dowody” na jej potwierdzenie. Potwierdzeniem powyższego okazuje się być wersja fizyka dr A. Prijmy opublikowana w „Tiechnikie Mołodioży” nr 1,1984.
W swych rozważaniach dr Prijma powołuje się na informacje inż. A. Kuzowkina podaną przez niego w trakcie obrad okrągłego stołu - dyskusji panelowej zorganizowanej przez redakcję „Tiechniki Mołodioży” w październiku 1983 roku.
Opierając się na zeznaniach świadków anomalnych zjawisk atmosferycznych w 1908 roku, Kuzowkin oświadczył, że TM miał - jak się okazuje - również „zachodnią” trajektorię lotu. Innymi słowy mówiąc, TKC leciało nie tylko z południa na północ, za wschodu na zachód, ale także z zachodu na wschód!!! Świadkowie opowiadali o tym, że mniejsze kopie TKC zaobserwowano w pierwszej połowie 1908 roku nad rozlicznymi rejonami Rosji, Uralu i Syberii.
Według Prijmy, fakt znalezienia zachodniej trajektorii TM dowodzi tego, że nie było - jak to uważa F. Zigiel - manewru tylko jednego jedynego obiektu, a jedynie manewr trzech    r ó ż n y c h    ciał! Można założyć, że „ogniste kule” nadleciały nad zaplanowane z góry rejony naszej planety i potem „zeszły się” nad Podkamienną Tunguską, by połączyć się w jeden płomienisty obiekt i eksplodować!... Co za tym idzie, wybuch tunguski mógł być - według Prijmy - celową akcją Nieziemskiego Rozumu...
Ciekawe, ze to „poszukiwanie się” ognistych kul przebiegało od miejsc zaludnionych ku bardziej bezludnym i ich randez-vous miało miejsce nad terenami całkowicie niezamieszkałymi - wyglądałoby na to, że miejsce spadku   w y b r a n o   nieprzypadkowo tak, by zmniejszyć ryzyko zabicia ludzi do zera.
Autor przytoczonej wersji jest przekonanym, że samo TKC nie zostało całkowicie zniszczone i z całą pewnością przeszło w „nowe stadium istnienia”, tzn. zmieniło swoją strukturę fizykochemiczną. Cóż się zatem stało? być może TM był sztucznym „kontenerem” z jakąś informacją, która nieznana nam Pozaziemska Cywilizacja uznała za stosowne przesłać naszej biosferze, a może nawet nam samym. Ujawni się to wszystko wtedy, kiedy my będziemy już gotowi do przyjęcia tej informacji!
A co się stanie, jeżeli to „informacyjne pole” z tego „kontenera” TKC jest stałym i my - Ziemianie - przez cały dzień kąpiemy się w tej „informacyjnej zupie”, którą ugotowano dla nas gdzieś tam, w dalekim innym świecie? Być może zrzut „informacyjnych kontenerów” w środek rozwijającej się cywilizacji - za jaka siebie uważamy - jest jednym z celów przyśpieszania ich rozwoju na wszystkich planetach naszego Wszechświata?... Może ten proces jest permanentnym w całym Kosmosie?... Kto zna odpowiedź na te wszystkie pytania???!!!...


3.9. „Rykoszet”.


Oryginalną hipotezę, która tłumaczy niektóre zdumiewające następstwa spadku TM wysunął leningradzki uczony prof. dr E. Jordaniszwili i opublikował ją w „Literaturnoj Gazietie” w numerze z dnia 25 kwietnia 1984 roku.
Wiadomym jest, że  ciało, które wtargnęło w ziemską atmosferę z prędkościami kilkudziesięciu kilometrów na sekundę, „zapala” się na wysokości 100-130 km. Jednak znaczna część świadków spadku TKC znajdowała się w dorzeczu Angary, tj. w odległości kilkuset kilometrów od miejsca katastrofy, biorąc pod uwagę krzywiznę powierzchni Ziemi, dochodzimy do wniosku, że   o n i   n i e   m o g l i   obserwować przebiegu tego wydarzenia, jeżeli nie założymy tego, iż TM zapalił się na wysokości nie mniejszej niż 300-400 km!  Jakże więc wyjaśnić jaskrawą rozbieżność pomiędzy rozważaniami teoretycznymi a faktami zaobserwowanymi? Autor hipotezy spróbował udowodnić swe przypuszczenia nie wychodząc z ramki realności i nie przecząc regułom mechaniki newtonowskiej.
Prof. Jordaniszwili sądzi, że tego niezapomnianego dla wielu ludzi poranka, w kierunku Ziemi nadleciało ciało niebieskie, które pod małym kątem wtargnęło w atmosferę naszej planety. Na wysokości 120-130 km się rozjarzyło, a jego ogromny świecący „ogon” widziało setki ludzi od Bajkału do Wanawary. Zetknąwszy się z Ziemią, meteoryt „zrykoszetował” - i podskoczył kilkaset kilometrów w górę - i to właśnie dlatego widziano go także nad Angarą. Potem TM opisał parabolę i stracił swą kosmiczną prędkość, a następnie spadł na Ziemię - tym razem już na dobre...
Hipoteza zwykłego, dobrze nam znanego ze szkolnego kursu fizyki rykoszetu pozwala na wyjaśnienie całego szeregu następstw: pojawienia się rozżarzonego ciała ponad granicami naszej atmosfery, brak astroblemu i szczątków TM na miejscu jego pierwszego „spotkania” z Ziemią, zjawisko tzw. białych nocy w 1908 roku spowodowanych wyrzutem w atmosferę - i to w jonosferę - cząstek ziemskiej gleby przez TKC, itp. Poza tym hipoteza kosmicznego rykoszetu tłumaczy jeszcze jedną niejasność - dziwny „motylkowaty” kształt wywału lasu.
Jaki był los samego TKC? Gdzie ono upadło po odbiciu się od Ziemi? Czy można znaleźć jakieś wskazówki?  Można! - jak sądzi Jordaniszwili - chociaż niezbyt dokładne. Biorąc pod uwagę prawa mechaniki można przewidzieć dalszy lot TM i możliwe miejsce, gdzie aktualnie znajduje się TKC w całości lub we fragmentach. Uczony daje takie wskazówki: linia od faktorii Wanawara do ujścia rzek Dubczes lub Woronowka (dopływy Jeniseju), miejsce: albo odnogi Gór Jenisejskich albo w przestrzeniach tajgi pomiędzy rzekami Jenisej i Irtysz... - patrz mapka na ryc. 5. Zaznaczmy, że w zapiskach i raportach ekspedycji z lat 50. i 60. pisze się o kraterach i wywałach drzew na terenach zachodnich dopływów Jeniseju - rzek Sym i Kieť. Ich koordynaty doskonale pasują do przedłużenia trajektorii, po której - jak się sądzi - TM leciał w kierunku Ziemi.
Komentując hipotezę leningradzkiego uczonego członek korespondent AN ZSRR prof. A. Abrikosow powiedział:
... koncepcja <<rykoszetu>> meteorytu przy zetknięciu się z Ziemią ma sens, bo meteoryt szedł po stycznej z Ziemią i po odbiciu się od niej spadł w tajgę, gdzie spoczywa do dziś dnia. Hipoteza ta nie tylko wyjaśnia kilka znaków zapytania, ale także znajduje swe potwierdzenie: w miejscach domniemanego spadku resztek TM znajdują się formacje poimpaktowe. Hipoteza ta z całą pewnością ożywi poszukiwania TM i być może przyjdzie taki czas, kiedy zostanie on definitywnie odnaleziony.
Z hipotezą Jordaniszwiliego koresponduje pogląd czy też wersja moskiewskiego astronoma W. Kowalia, opublikowana przez WAGO w „Ziemla i Wsielennaja” nr 5,1989.
Wychodząc z tego, że wywał lasu w epicentrum wybuchu nie jest równomierny, a ma złożoną geometrię i wewnętrzną niejednorodność Kowal sadzi, że nie ma żadnego faktu, który przeciwstawiłby się hipotezie o tym, że TKC był zwyczajnym kamiennym meteorytem... To był prawdziwy meteoryt, który eksplodował i rozpad się w powietrzu. Jego ogromna prędkość i wielka masa spowodowała w atmosferze różne dziwne zjawiska, w tym także skumulowane, synergiczne działanie fal uderzeniowych pochodzących z eksplozji i balistycznych. Strefa wywału lasu jest właśnie takim miejscem, gdzie fale te działały synergicznie, tj. nałożyły się na siebie. Tylko badanie tej strefy może dać dokładne dane o azymucie lotu TM, wysokości wybuchu i miejscach spadku odłamków meteorytu... Tak, Kowal też mówi o efekcie rykoszetu i podaje przykład (dostatecznie kuriozalny i pouczający zarazem) dotyczący poszukiwań Meteorytu Cariew, który spadł w dniu 6 grudnia 1926 roku w rejonie dzisiejszego Wołgogradu.
Dziwnym jest to, że ognisty bolid obserwowało tysiące świadków i na podstawie ich zeznań obliczono trajektorię spadku jego szczątków. Niestety, intensywne poszukiwania niczego nie dały i dlatego po pewnym czasie zapomniano o nim. Dopiero w 1979 roku meteoryt został najzwyczajniej w świecie odnaleziony, i to nie tam, gdzie go szukano, a aż 200 km dalej - na przedłużeniu trajektorii lotu... Historia 157 w kolejności odkrycia rosyjskiego meteorytu Cariew stanowi wcale mocny argument „pro” dla hipotezy rykoszetu TM.
Wniosek naprasza się sam: TM należy szukać dalej i w innym miejscu, a nie tam, gdzie był intensywnie poszukiwany przez wielu badaczy - w epicentrum powietrznej eksplozji.
Świadczy o tym np. jedna z ostatnich publikacji na temat TM na łamach „Komsomolskiej Prawdy” z dnia 6 lutego 1991 roku. Pisze się w niej, że badacz tajgi dr W. I. Woronow w rezultacie wieloletnich poszukiwań znalazł w odległości 150 km na SE od centrum powietrznej eksplozji - tzw. „Kulikowskiego Wywału” - jeszcze jeden wywał lasu o średnicy około 20 km, który - jak domniemywa - był odnaleziony jeszcze w 1920 roku przez ekspedycję W. Szyszkowa - zob. ryc. 5. Ten ostatni wywał może być związany z TM, jeżeli założymy, że już w czasie lotu rozpadł się on na oddzielne fragmenty.
Ponadto jesienią 1990 roku, ten niezłomny Woronow odnalazł także w odległości 100 km na NW od „Kulikowskiego Wywału” ogromny lej o średnicy około 200 m i głębokości 15-20 m, gęsto porośnięty sosnami. Niektórzy badacze uważają, że ów lej jest de facto astroblemem, który wyrył „kosmiczny gość z 1908 roku” - onże sam lub jego fragmenty. Tunguski Meteoryt...


[1] Plazmidy słoneczne, NB których nikt nie widział i nie złapał, ostatnio zostały oskarżone przez prof. dr hab. Janusza Gila w jego książce „UFO, Däniken i zdrowy rozsądek” (Warszawa 1996) o to, że poruszają się one w atmosferze już to w pojedynkę, już to grupowo, i stwarzają obserwatorom zjawisko znane jako UFO... - co pozostawiam bez komentarza.
[2] „Winowajca ziemskich nieszczęść?”
[3] A przecież powinno być odwrotnie, bowiem emisja gazów cieplarnianych i pyłu poimpaktowego powinna właśnie wywołać bądź pogłębić efekt już istniejącej dziury ozonowej! Jak dotąd, to efekt dziury ozonowej wywołują głównie halogenki węgla, czyli freony: CF3Cl, CF2Cl2, CCl3F i CF4 - które rozkładają ozon - O3 na „zwykły” tlen - O2. Skąd się wzięły freony w atmosferze w kwietniu 1908 roku? - tego na razie nie wie nikt...