niedziela, 1 kwietnia 2012

BOLID SYBERYJSKI (20)

8.4. Hipoteza nr 85: Powrót z gwiazd.


Patrzyli w milczeniu. Przesuwający się na ekranie, wydobyty spod chmur obraz różnił się znacznie od kształtów zachowanych w pamięci. Znikła część kontynentów, ich miejsce zajęły morza usiane archipelagami wysp. Z niepokojem oczekiwali, aż ukaże się ląd i miasto, z którego kiedyś wystartował ich statek w Kosmos. Obraz przesuwał się powoli, planeta odkrywała coraz to nowe szczegóły powierzchni. Pierwszy zacisnął palce na poręczy fotela i pochylił się ku tafli ekranu. Zegary odmierzały czas.
Twarz Pierwszego zbladła, zasłonił oczy. Tam, gdzie powinien być wielki kontynent, było tylko morze, ocean i nic poza tym...
          Witold Zegalski - „Powrót gigantów”

Zakłada ona, że istniejąca w dalekiej przeszłości na Ziemi SCNT Atlantydy była tak rozwinięta technicznie, że mogła pozwolić sobie na wysyłanie w kierunku najbliższych słońc rokujących nadzieję na posiadanie własnych układów planetarnych załogowych bądź automatycznych sond międzygwiezdnych. Pojazdy te wystartowały i z niewielką prędkością podróżną - w każdym razie nie-relatywistyczną, a zatem <0,5c poleciały w Kosmos, by powrócić na Ziemię po upływie kilku tysięcy lat.
12.000 lat temu doszło do katastrofy cywilizacji atlantydzkiej i Ludzkość cofnęła się do epoki kamienia łupanego. Tymczasem zaczęły powracać załogi wysłane w Kosmos najwcześniej. Rzecz tylko w tym, że nie miały one gdzie wrócić, bo wszystkie instalacje kosmiczne  Ziemi i innych skolonizowanych planet były zniszczone lub nieczynne. Tym, którym udało się wylądować, sprymitywizowani mieszkańcy Ziemi zgotowali uroczyste powitanie, bo w ich mniemaniu mieli do czynienia z bogami... Nie było zatem w historii           n a s z e j   cywilizacji żadnych Kosmitów - byli tylko ludzie, którzy mogli się łączyć z innymi ludźmi i dzięki temu odrodzić Ludzkość. I to wszystko! Kolejne lądujące ekipy były przejmowane przez organizację, która zapewniała kosmonautom dostosowanie się do zmienionych warunków - to właśnie jest  M a s o n e r i a...  I to jest ta cała Wiedza, która dla maluczkich przekazywana jest przy pomocy symboli i niezrozumiałego dla laika języka ezoteryki. I to jest cel i sens istnienia tej organizacji. W tym kontekście stają się zrozumiałe usiłowania alchemików przemieniania jednych pierwiastków w drugie, poszukiwania alkathestu, eteru czy panaceum i produkcja homunkulusów, które były niczym innym, jak biologicznymi robotami - neuromatami... Zrozumiała jest tajemniczość, jaką okryte są wszystkie działania Braci z Loży i Ansamblei - bo i Różokrzyżowcy też są w to zamieszani - która jest potrzebna, bo antyczni kosmonauci stanowią trzon Bractwa i tylko oni mają wiedzę, ale nie mają parku maszynowego, który dopiero muszą stworzyć - i stworzyli go właściwie z niczego...
W Afryce istnieje lud, który o sobie twierdzi wprost, że pochodzi z gwiazd - konkretnie z jednej gwiazdy - Alfy Małego Psa - Syriusza. To Dogonowie. Ich wiedza jest zastanawiająca, więc jakiś utytułowany błazen wysunął hipotezę, że o balecie Syriuszów opowiedział im jakiś biały podróżnik czy kupiec, który akurat tam przebywał i dlatego ci ciemni i nieokrzesani Murzyni przyjęli to za pewnik i od razu w swej głupocie utożsamili się z tą opowieścią, aż stworzyli kult... - starczy tych bredni! Czy nie lepiej i stosując brzytwę Occhama byłoby przyjąć, że Dogonowie są po prostu potomkami atlantydzkich antycznych astronautów, którzy przez kilka tysięcy lat tłukli się w Kosmosie i powrócili na Ziemię, spustoszoną po wojnie termojądrowej? Nie mając jak dać znać o sobie i swej podróży         m u s i e l i   stworzyć mit religijny, który zawierał elementy Ich wiedzy i jednocześnie Ich historii Ich kosmicznej Odysei... Jakie to proste - nieprawdaż? No, ale to rozumiemy teraz - na początku XXI wieku, kiedy zagadką pozostaje jeden drobiazg, jak ci Protodogonowie potrafili polecieć na Syriusza i powrócić na Ziemię???!!!... Bo oni tego dokonali, co leży poza dyskusją - pozostało tylko pytanie: jak?
W tym ujęciu TM jest właśnie takim statkiem kosmicznym Atlantydów, który w 1908 roku powrócił na Ziemię, a raczej uległ katastrofie nie mogąc wylądować na piaskach pustyni Gobi. Pierwsza ekspedycja, która udała się w tajgę zrobiła tam porządek po katastrofie, bo jej członkowie   w i e d z i e l i   czego należy szukać i co należy ukryć przed postronnymi oczami...
Ten trop podsunęli mi Stanisław Lem w powieści „Powrót z gwiazd” i Witold Zegalski w cytowanym tutaj opowiadaniu „Powrót gigantów”[1]w którym pisze o takim powrocie z gwiazd w kontekście TM!!! Intuicja? - a może okruchy Wiedzy Tajemnej Braci Wolnomularzy???...
A zatem   n i e   m a   ż a d n y c h   Kosmitów! Trochę szkoda, bo to jest piękne marzenie i trudno jest z niego zrezygnować... Wciąż jednak mam nadzieję, że się mylę i jacyś Kosmici się w końcu do nas przyszmatłają. Ostatnio media podały, że Amerykanie podadzą do publicznej wiadomości to, co wiedzą na temat UFO w 2010 roku. Hmmm... - podejrzewam, że ta prawda może właśnie wyglądać tak, jak tutaj opisałem - zakładając, że prawda ta zostanie w ogóle opublikowana, a nie wciśnie się nam kolejny kit  w rodzaju kuriozalnego dokumentu pt. „Oświadczenie NASA w sprawie istnienia UFO” z 1999 roku, w którym stwierdzono, że UFO to najnowszej generacji maszyny wojskowe...
I na zakończenie jeszcze o dwóch hipotezach szalonych. Robiąc przekład już tutaj wspomnianego opracowania Petera Krassy pt. „Tunguska, das rätselfafte Jahrhunderteignis“ za zdumieniem przeczytałem tam i taki passus:
Margareta Schneider z Bonn mimo woli sama stworzyła kolejną hipotezę o etiologii TF. Pracując w ambasadzie byłej RFN w Chinach doskonale poznała język chiński w mowie i piśmie. W jednym z listów do mnie napisała tak:
<<Nie zawahałabym się stwierdzić, że jeżeli był to kosmolot, to najprawdopodobniej mógł on pochodzić z Chin. Istnieje możliwość, że chińscy uczeni skonstruowali taki pojazd w celu ucieczki przed ówczesnym powstaniem w swym kraju...[2]
Mam do dyspozycji trójstronny chińsko-niemiecko-angielski słownik Richarda Wilhelma wydany w 1912 roku, który zawiera wszystkie podstawowe wyrazy i pojęcia z zakresu fizyki jądrowej w chińskich ideogramach. Pokłady urany znajdują się w Mongolii (Ulanbaatar)[3]>>
Margaret Schneider nie ukrywała, że jej teoria ma swe słabe strony, ale w porównaniu z ostatnimi hipotezami można ją uważać za poprawną.  Przypomnijmy sobie hipotezy o wybuchu gazu bagiennego...
No cóż, śmiałem się z tego serdecznie, aczkolwiek nieżyczliwie. Do czasu. W czerwcu 2001 roku kupiłem książkę Hartwiga Hausdorfa pt. „XX wiek stulecie zagadek i fenomenów” (Warszawa 2001), w której zamieszczono krótkie opisy 100 najbardziej tajemniczych wydarzeń ubiegłego stulecia. Był tam także rozdział zatytułowany „Alchemik budzi siły atomu”, w którym stało - cytuję po literkach - że:
Przed około 40 laty specjaliści od broni jądrowej z Ludowej Armii Wyzwolenia otrzymali zadanie przeprowadzenia testów broni atomowej na pustynnym obszarze w pobliżu granicy mongolskiej. Ku swemu zaskoczeniu odkryli tam zwapniałe pnie drzew i stopioną na szkło glebę - nieomylne znaki eksplozji jądrowej. Jednak w tamtych latach - ani tym bardziej wcześniej - nikt takich prób tam nie przeprowadzał. Dopiero 16 października 1964 roku Chiny Ludowe wstąpiły jako piąty członek elitarnego klubu mocarstw nuklearnych.
Wojskowi stanęli więc przed nie lada zagadką. Przeprowadzili szczegółowe badania, podjęli śledztwo wśród okolicznych mieszkańców. Oto, co odkryli: już na początku XX stulecia pewnemu człowiekowi udało się wyzwolić siły drzemiące w jądrze atomu!
Cały ciąg poszlak i hipotez doprowadził śledczych na trop uczonego imieniem Pou Chao-fi - alchemika - który w pobliżu stojącej pagody wybudował sobie laboratorium. W starodawnych tekstach wyczytał informacje, dzięki której udało mu się wyzwolić reakcję łańcuchową. Budowa bomby atomowej jest całkiem prosta - potrzeba do tego tylko kilka czystych składników, które trzeba do siebie dodać w odpowiedniej kolejności.
Starzy chłopi w latach 50. wspominali dziwne wydarzenie, które miało miejsce 8 lipca 1910 roku. Tego właśnie dnia w rejonie pagody doszło do niezwykle gwałtownej detonacji. Eksplozja była tak silna, że słyszano ją w promieniu 600 km.
W archiwach biblioteki w Pekinie udało się znaleźć rysunki wykonane ręką zapomnianego geniusza. Naukowcy na ich podstawie doszli do jednoznacznego wniosku, że już kilka dziesięcioleci wcześniej badał on potężne siły, od których wreszcie zginął. Pou Chao-fi opisywał w swych notatkach <<przerażający ogień z nieba, który powstaje dzięki ściśnięciu atomów metalu>>.
Odważny uczony zajmował się nie tylko teoretyczną stroną zagadnienia. W końcu doszło do katastrofy. Pou Chao-fi stracił życie w potężnej eksplozji, która zniszczyła nie tylko jego laboratorium i pagodę oraz roślinność w promieniu wielu kilometrów. Wielki badacz, który całe dziesięciolecia przed tragedią Hiroszimy wyzwolił siłę atomu, powinien zostać uznany za pierwszą ofiarę prób z bronią jądrową.
Jasne, ale nie wszystko. Podejrzewam bowiem, że Pou Chao-fi dostał w swe ręce technologię Atlantydów czy Obcych - jakiś artefakt w rodzaju „radioartefaktu koszyckiego” - dzięki któremu zbudował prymitywną bombę jądrową, którą zdetonował. Ten „ogień z nieba”! Czy mógł pochodzić on z rozpylonego w atmosferze obiektu kosmicznego, który spadł na Ziemię dwa lata wcześniej? Oznaczałoby to, że TKC był jednak jakimś statkiem kosmicznym!!!...


[1] W antologii „Posłanie z piątej planety”, Warszawa 1964.
[2] Chodzi tutaj o powstanie Sun Yat-sena, które w 1911 roku zakończyło się proklamowaniem republiki.
[3] Ówczesna Urga, dzisiaj Ułan Bator. Pokłady rud uranu znajdują się po rosyjskiej stronie granicy, w Zakamieńsku. W Mongolii znajdują się niewielkie pokłady rud uranowych towarzyszące pokładom rud ołowiu w Ajmaku Wschodniogobijskim.