sobota, 30 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (30)


15. Bibliografia i materiały medialne.





Książki:



Bzowski Kazimierz - „Sieć Wilka”, Rybnik 1999

Desonie Danielle - „Kosmiczne katastrofy”, Warszawa 1997

Eleonora - „Tajemnice kamiennych kręgów”, Katowice 1998

Grobicki Aleksander - „Nie tylko Trójkąt Bermudzki”, Gdańsk 1980

Jesenský Miloš - „Bohové atomových válek”, Ústi nad Labem 1998

Kotowiecki Andrzej - „Szkliwo nie z tej Ziemi”, Cieszyn 1999

Krzyściak Jan - „Däniken, Kosmici i Atlantydzi”, Katowice 1997

Marks Andrzej - „W poszukiwaniu Kosmitów”, Warszawa 1979

Marks Andrzej - „Pod znakiem komety”, Warszawa 1986

Mora Aleksander - „Atomowe wojny bogów”, Lublin 1979

Mostowicz Arnold - „My z Kosmosu”, Warszawa 1977

Mostowicz Arnold - „O tych, co z Kosmosu”, Warszawa 1987

Mostowicz Arnold - „Spór o synów nieba”, Warszawa 1994

Niedzicki Wiktor - „Tajemnice Ziemi”, Warszawa 1984

Pikulski Andrzej S. - „Nieziemskie skarby”, warszawa 1999

Rzepecki Bronisław, Piechota Krzysztof - „UFO nad Polską”, Białystok 1997

Schneigert Zbigniew - „Broń i strategia nuklearna“, Warszawa 1983

Schneigert Zbigniew - „Zagrożenie z Kosmosu”, Warszawa 1984

Szałek Benon Zbigniew - „Korzenie Wyspy Wielkanocnej”, Szczecin 1995

Tazieff Haroun - „Kratery w płomieniach”, Warszawa 1958

Tazieff Haroun - „Woda i ogień”, Warszawa 1953

Tollmann Alexander, Tollmann Edith - „A jednak był Potop”, Warszawa 1999

Witkowski Igor - „Księga dowodów”, Warszawa 1999

Yeomans Donald K. - “Komety”, Warszawa 1999

Znicz-Sawicki Lucjan - „Goście z Kosmosu: Katastrofa Tunguska - Trójkąt Bermudzki - Obce ślady”, Gdańsk 1982



Materiały prasowe i opracowania:



Kieta Katarzyna - „UFO nad Alwernią” w „Gazecie Krakowskiej” nr 119, 120, 127, 128, 129/1999

Mietelski Jan - „Co spada z nieba w Polsce” w „Wiedza i Życie” nr 5,1993

Mioduszewski Marcin - „Czy NOO naprawdę latają nad Małopolską?” - referat na spotkanie z czytelnikami w dniu 2 lipca 1999 roku w Krakowie, Internet: www.ufocentrum.w.pl

Płeszka Janusz, Ściężor Tomasz - „Zdarzenie w Jerzmanowicach w oczach miłośnika astronomii”, Kraków 1993 - skrypt

Płeszka Janusz, Ściężor Tomasz - „Analiza ruchu ciała meteorytowego w atmosferze”, Kraków 1994 - skrypt

Płeszka Janusz, Ściężor Tomasz - „Co zdarzyło się w Jerzmanowicach 14 stycznia 1993 roku?” w „Urania” nr 6,1993

Soczówka Bartosz - „Przegląd obserwacji Nieznanych Obiektów Orbitalnych/Gwiazdopodobnych” - raport MCBUFOiZA w Internecie na stronie www.ufocentrum.w.pl

Szulc Anna - „Kosmiczne trzy po trzy” w „Gazeta Krakowska” nr z 1 października 1994 roku

Szulc Anna, Pieczara Izabella - „Wózek na krzywych kółkach” w „Gazeta Krakowska” z dnia 28-29 stycznia 1995 roku

Włodarczyk Krzysztof - „Meteoryt nad Jerzmanowicami” w „Młody Technik” nr 5,1993

Włodarczyk Krzysztof  - „Bolid nad Jerzmanowicami” w „Postępy astronomii” nr 3,1994



Inne materiały:



Bernatowicz Robert - „Meteoryt Tunguski” w „Nautilus Radia Zet” - cykl trzech programów w Radio Zet w 1998 roku

Trojanowski Maciej  - „Bolid Jerzmanowicki” - dwa programy z cyklu „Nie do wiary”, TVN, wrzesień 1999 rok



---oooOooo---

piątek, 29 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (29)


14. Andrzej Kotowiecki - KATASTROFA TUNGUSKA A TEKTYTY?


Napisano już wiele rozpraw i opracowań na temat katastrofy z 30 czerwca 1908 roku, w rejonie rzeki Podkamienna Tunguska, lecz temat ten i ta zagadka dręczy nadal wielu, w tym także i mnie.

Co wiemy o tej katastrofie? Jakie są suche fakty? W telegraficznym skrócie ukazuję to, co się tam stało:

v    Rankiem, w dniu 30 czerwca 1908 roku, mieszkańcy centralnej Syberii w rejonie rzeki Podkamienna Tunguska zauważyli ciągnący się na niebie ognisty obłok, który znikł za horyzontem w tajdze.

v    O godzinie 07h17m11s czasu lokalnego nastąpiła straszliwa eksplozja.

v    Sejsmografy na całym świecie zanotowały straszliwy wstrząs, którego epicentrum znajdowało się na NW od jeziora Bajkał.

v    Falę sejsmiczną zanotowano w Waszyngtonie.

v    W jednej ze wsi w rejonie Podkamiennej Tunguskiej zabitych zostało co najmniej 1.500 reniferów.

v    Pasażerowie pociągu zdążającego Transsyberyjską Koleją Żelazną zaobserwowali na niebie wielką jak Słońce, świecącą kulę poruszającą się z południa na północ. Wybuch był tak ogromny, (600 km od epicentrum), że kierownik pociągu polecił go zatrzymać, aby sprawdzić, czy nie jest on uszkodzony.

v    Stacje sejsmiczne w Tyflisie (Tblisi), Taszkencie i Jenie zarejestrowały trzęsienie ziemi. W Irkucku (900 km od epicentrum) upłynęła godzina, zanim uspokoiły się wahadła sejsmografów.

v    Ludzie ze szczepu Ewenków relacjonowali: Znajdowaliśmy się w odległości ponad 80 km od rzeki Tunguska i widzieliśmy ogień. Gorąco było tak straszliwe, że musieliśmy się położyć na ziemi. <<Bałem się>> - opowiadał potem jeden z Ewenków - <<że zapali się na mnie koszula>>.

v    Przez tajgę przeleciał gwałtowny huragan.

v    Rzeka Angara wezbrała gigantyczną falą, która zmiotła płynących po rzece flisaków tak, że tylko część z nich się uratowała.

v    Fala powietrzna została zanotowana w Petersburgu, Kopenhadze i Waszyngtonie, a następnego dnia z 30 godzinnym opóźnieniem została odnotowana w Poczdamie i Londynie.

v    Następnego dnia po wybuchu w francuskim Bordeaux było tak jasno, że jeszcze o godzinie 21:56 można było swobodnie czytać w odległości 30 cm, zaś w dzień później o godzinie 21:15 szereg obserwatoriów meteorologicznych zwróciło uwagę na ogromną ilość srebrzystych obłoków na niebie.

v    W roku 1968, prof. N. Wasiliew obliczył, że ogólna powierzchnia tych obłoków musiała wynosić 10 mln km2.

v    W Kalifornii stacja aktynometryczna zarejestrowała w ciągu następnych 3 miesięcy silne zmętnienie atmosfery i znaczne obniżenie promieniowania słonecznego.

Naukowcy zdali sobie sprawę, że na Syberii doszło do potężnego zjawiska, lecz pierwsza ekspedycja dotarła tam dopiero po 20 latach. Ekspedycją kierował L. Kulik, który w lutym 1928 roku z góry Szachorna po raz pierwszy ujrzał gigantyczny obszar całkowicie zniszczonej tajgi.

Co rozegrało się na Syberii w miejscu pod 60o55’ N i 101o57’ E?

Co zauważyli naukowcy w latach 1928 oraz 1929/30 w trakcie ekspedycji Kulika?

v    Nie znaleziono krateru.

v    Ogólna powierzchnia zniszczonej tajgi wynosiła niemal 2.200 km2, przy czym w epicentrum tajga nie została połamana.

v    Obliczono, że efekt takiego zniszczenia mógł dać wybuch bomby jądrowej o mocy 20-40 Mt TNT na wysokości 10-15 km. Przewyższa to 1-2 tysięcy razy moc pierwszej bomby atomowej.

v    Na terenie katastrofy długo utrzymywała się podwyższona radioaktywność, dowodem na to są słoje przyrostu drzew i pomiary.

v    Jeszcze w 1961 roku naukowcy zauważyli na gałęziach modrzewi ślady przypominające opalenia promieniowaniem jonizującym.

v    Dopiero w latach 1964-68 J. Lwow z Uniwersytetu Tomskiego odkrył mikroskopijne kuleczki szklane o rozmiarach 0,02 - 0,15 mm. Zostały one przebadane m.in. w USA. Według analiz Instytutu Geologii i Geografii AN ZSRR stwierdzono, że sylikaty znajdujące się w kulkach nie są spotykane ani w naturalnych glebach Ziemi, ani w produktach przemysłowych, ani w obiektach kosmicznych. We wnętrzu kulek znaleziono takie gazy, jak wodór - H2, siarkowodór - H2S  i dwutlenek węgla - CO2.

Kulki te są podobne do małych tektytów!!! A to wiąże się z moją teorią o ich pochodzeniu, którą po raz pierwszy przedstawiłem w mojej pracy, wydanej w 1999 roku pt. „Szkliwo nie z tej Ziemi”, a rozwiniętej w pracy „Tektyty - Relikty gwiezdnych wojen” przedstawionej m.in. w dniu 10 grudnia 2000 roku w „Nautiliusie Radia Zet”. Dlatego też - moim zdaniem - nie był to meteoryt, odłamek komety, czy też zderzenie z Ziemią antymaterii. Opisy katastrofy mówią mi, że był to bezsprzecznie statek kosmiczny (typu vimana lub podobnej budowy), zbudowanego ze szkła i kwarcu, wyposażonego w reaktor jądrowy. Przy tym mogła to być również część rozpadającego się, tajemniczego obiektu o nazwie CZARNY KSIĄŻĘ czy też CZARNY BARON, którego rozpad został zauważony przez astronomów radzieckich i amerykańskich w dniu 18 grudnia 1955 roku. Obiekt ten rozpadł się wtedy na 10 wielkich odłamów o rozmiarach ok. 70 x 35 m, na orbicie 2000. Proces ten mógł rozpocząć się na długo wcześniej.

Kuleczki znalezione na miejscu katastrofy są małych rozmiarów, gdyż moim zdaniem, wybuch nastąpił w atmosferze ziemskiej. Została przez to spotęgowana moc energii i przy obecności tlenu wytworzyła się wysoka temperatura. Statek po prostu wyparował, tworząc srebrzyste obłoki.

Do dziś nie znaleziono tektytów o wadze kilkuset kilogramów. Przeważnie ważą one od kilku do kilkudziesięciu gramów - sporadycznie powyżej 1 kg. Według mojej teorii to tak, jakby szyba samochodowa rozpadła się w drobny mak w przestrzeni kosmicznej, poza obszarem atmosfery ziemskiej, a jej kawałki przy przelocie przez nią przybrały kształt szklanych meteorytów. Zresztą te duże tektyty są tektytami warstwowymi o nazwie Muong Nong. Stygły one warstwowo. Moim zdaniem są one przykładem tektytów, które tworzyły się na Ziemi, w pobliżu stygnącego stosu atomowego.

Pojazdy kosmiczne z takich materiałów, jak szkło czy kwarc mogą stanowić jednocześnie jako całość „żywy organizm komputera” - tj. jeden obwód scalony bardzo łatwy do obsługi. Potwierdzeniem mojej teorii o pochodzeniu tektytów są występujące w kraterze uderzeniowym Żamanszin w Kazachstanie tektyty różnowiekowe, liczące odpowiednio: 0,7; 1,2 i 5,2 mln lat - podczas kiedy krater powstał   z a l e d w i e   10 tys. lat temu! To tak, jakby pojazd kosmiczny zbudowany 5,2 mln lat temu modernizowano dwukrotnie 1,2 i 0,7 mln lat temu, by w końcu uległ katastrofie 10.000 lat temu. Jak już wielokrotnie pisałem, w 1973 roku została w Indiach wydana książka  oparta na rękopisie zatytułowanym „Vaimanika Sastra”, odnalezionym w 1918 roku w bibliotece Barada Royal Sanskrit w Majsurze. Manuskrypt ten opisuje aparaty latające typu vimana, rukma, sumdra i szokuna. Do najważniejszych wersetów zaliczyłbym wyjaśnienie budowy vimana, do którego należy użyć 27 różnych rodzajów szkła. (!!!) Według zawartego tam opisu, do budowy tych niewielkich obiektów latających używano szkła według następujących zasad: 12 oczyszczonych składników należy wymieszać według proporcji 5 : 3 : 5 : 1 : 10 : 10 : 11: 8 : 7 : 2 : 6 : 1, umieścić je w piecu do przetapiania w kształcie lotosu i ogrzewanym węglem drzewnym. Należy go rozgrzewać do temperatury 323 stopni [...]. Efektem będzie szitaranjikaadarsa - czyli szkło zawierające w sobie chłód. Nasuwa się przypuszczenie, że szkło to, podobnie jak tektyty praktycznie nie zawierało wody, czyli było chłodne - suche, a jednocześnie mogło przebywać długi czas w przestrzeni kosmicznej, gdzie panuje temperatura bliska Absolutnemu Zeru. Tekst ten jest jednocześnie dowodem na poparcie hipotezy o powstaniu tektytów. Reasumując - uważam, ze tektyty są częściami i odłamkami pojazdów kosmicznych, budowanych przed milionami lat przez bogów i ludzi.

Oczywiście katastrofa obiektu nastąpiła w atmosferze, nisko nad Ziemią, około 10-15 km, dlatego nie mamy tutaj do czynienia z konkretnymi tektytami, a tylko drobnymi artefaktami w postaci szklanych kuleczek. Wydaje mi się, że artefaktów może być więcej, ale biorąc pod uwagę bagnisty teren, jak również to, ze niekoniecznie musiały opaść w tym miejscu, ale poszybować wiele setek kilometrów dalej, trudno je będzie po tylu latach znaleźć. A nawet gdyby je znaleziono, to nie będą one łączone z Katastrofą Tunguską.

Cieszyn, dn. 2001-07-21



---oooOooo---



Hmmm... - to bardzo śmiała hipoteza i śmiało postawiona. Ale wyjaśnia przynajmniej kilka fenomenów nie związanych z TF. Przyznaję, że zagadka tektytów wciąż nie jest rozwiązana, ale tylko to jedno jedyne rozwiązanie zmierza w kierunku gwiezdnych okrętów i katastrof - albo nawet i gwiezdnych wojen... - i jest to oryginalna polska teoria na ten temat.

Czy praca ta przybliży nas do rozwiązania zagadki TKC? Nas może nie, ale być może poprzez Internet trafi ona do kogoś, kto w przebłysku geniuszu, Boskiej inspiracji i intuicji połączy znane nam fakty tak, że uzyska jedyny i prawdziwy obraz tego, co zdarzyło się nad tunguską tajgą w ostatni dzień czerwca 1908 roku...

Kończąc chciałbym bardzo serdecznie podziękować wszystkim tym, którzy pomogli mi w opracowaniu tej książki i odnosili się do niej krytycznie i życzliwie. Mam nadzieję, że praca ta - choć skromna - nie pójdzie na marne i będzie kolejnym kamieniem milowym w naszej podróży w Nieznane.



KONIEC



Jordanów, dn. 2001-07-27, godzina 08:09 CEST

czwartek, 28 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (28)


13.Marcin Mioduszewski - METEORYT TUNGUSKI: WIELKA EKSPLOZJA I WIELKI PROBLEM





„Niczym jest to, że dzieją się różne rzeczy.

Wszystkim zaś to, że się o nich dowiadujemy”

                                                                  Egon Friedell



         Kiedy zaproponowano mi wyrażenie swojego zdania w niniejszej pracy bardzo się ucieszyłem, że będę miał zaszczyt wypowiedzieć się obok tak znakomitych badaczy i naukowców. Z drugiej strony jednak nabrałem pewnych obaw. Związane były one z faktem, że temat ten jest niezwykle złożony i zawiły. Przygotowując się do napisania tych słów postanowiłem więc jeszcze raz przejrzeć dostępne mi materiały na temat Wybuchu Tunguskiego, a także dogłębnie zapoznać się z gotową częścią skryptu samego „Bolidu Syberyjskiego”, który mi udostępniono.

         Mocno postanowiłem sobie, iż tym razem wreszcie za wszelką cenę postaram się do tego incydentu jednoznacznie ustosunkować i opowiedzieć, za jedną z hipotez. Już po kilku godzinach wertowania różnych materiałów szybko zdałem sobie jednak sprawę, że takie mniemanie było co najmniej naiwne. Wręcz przeciwnie, im dokładniej poznawałem wyniki badań i analiz, tym większy zamęt powstawał w mojej głowie. Wreszcie stwierdziłem, iż nie tylko nie dojdę do jednoznacznego poglądu, ale także coraz bardziej jestem odległy od jakiekolwiek zdania na temat zdarzenia które potrząsnęło Syberią 30 czerwca 1908 roku.

         Gwoli wyjaśnienia pragnę nadmienić, że jako członek Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych zawsze interesowało mnie to zdarzenie, jednak było to zainteresowanie dość specyficzne. Traktowałem je bowiem jako kolejną z cyklu wielu tajemnic historii, które trzeba uznać za fakt, a z którymi dalej właściwie nie wiadomo co zrobić. Może Czytelnikom wydawać się będzie, że był to przejaw mojej ignorancji tego tematu, jednak jest to nieprawda. Co innego bowiem aktywnie zajmować się tajemnicami, które nie dość, że „młodsze”, to jeszcze dosłownie, „geograficznie” bliższe, a co innego interesować się sprawą tak odległą, której szczegóły możemy poznać jedynie z różnych publikacji książkowych bądź artykułów. W dodatku ostatnimi laty niewiele się w kwestii Meteorytu Tunguskiego pojawiło nowych faktów (choć patrząc na ogół podobnych zdarzeń na świecie, dostaliśmy potężny materiał badawczy i przede wszystkim porównawczy!). Propozycja napisania rozdziału do książki o tajemniczym wybuchu nad Syberią bardzo mnie jednak zainteresowała, gdyż stała się dla mnie szansą bardziej dogłębnego przyjrzenia się temu wydarzeniu.

         Oczywiście, nie będę ukrywał, nie jestem specjalistą w tym temacie, nie uważam się także za osobę kompetentną do wydawania rozstrzygających i jednoznacznych opinii. Nie chcę też powielać faktów i danych zawartych w innych częściach tej pracy, niemniej jednak postaram się spojrzeć na sprawę oczami osoby związanej z badaniami fenomenu Niezidentyfikowanych Obiektów Latających i przedstawić kilka moich uwag i spostrzeżeń.

         Przede wszystkim, już po samym przejrzeniu materiałów do publikacji w niniejszej książce utwierdziłem się w przekonaniu, że Bolid Syberyjski, czy jak kto woli Meteoryt Tunguski to jeden wielki worek, do którego wrzucono literalnie wszystko – każdą niemal możliwą hipotezę mającą na celu wyjaśnić to zdarzenie. Jak sam Czytelnik miał okazję się przekonać, takich „wyjaśnień”, mniej lub bardziej poważnych, jest ponad 100! Myślę, że w tym punkcie nikt już nie dziwi się, że trudno na ten temat wyrobić sobie zdanie. Zdecydowałem się więc nie dorzucać do tego jeszcze kolejnych teorii, bo z pewnością niczego one nowego do sprawy nie wniosą, poza ewentualnie zamętem.

         Bezspornym faktem pozostaje to, że w rejonie Podkamiennej Tunguski wydarzyło się coś, co choć pozostawiło po sobie materialny ślad, wciąż zręcznie wymyka się wszelkimi możliwymi drogami każdemu wyjaśnieniu. I nie ma co się dziwić, że prowadzone przez ponad 90 lat badania i ekspedycje wciąż nie przyniosły zadowalających rezultatów. Bo i jakże mogły? To czym dysponują badacze to tylko ślady, które „Tunguskie dziwo” pozostawiło po sobie, garstka relacji od osób, które być może widziało przelot tego „czegoś” przez nieboskłon Syberii, trochę relacji o dziwnych wydarzeniach na świecie w tamtym czasie i ogrom, ogrom skrajnych hipotez. Niełatwo się w tym płynnie poruszać, a co dopiero badać!

         Jedno wiemy na pewno – rankiem ostatniego dnia czerwca 1908 roku na Syberii wydarzyło się coś, co wyglądało jak upadek meteorytu lub innego ciała kosmicznego... Tylko jednak do pewnego stopnia, bo okazało się, że a to brak krateru poimpaktowego, a to obiekt wykonywał manewry przed eksplozją, a to nie pozostawił po sobie ani grama (przynajmniej odnalezionego!) materii, którą niósł ze sobą i tak dalej, i tak dalej... Wydaje mi się, że warto w tym wszystkim wyodrębnić trzy zasadnicze nurty teorii wyjaśniających to zdarzenie:



1.      Ciało kosmiczne, które weszło w ziemską atmosferę – do tej grupy zaliczyłbym wszystkie meteory, bolidy, plazmidy i inne „naturalne” twory kosmiczne.

2.    Ziemski fenomen związany z różnymi zjawiskami np. z wybuchem gazu.

3.    Różne formy ingerencji obcych CNT w ziemską atmosferę, czy to zamierzone, czy to przypadkowe.



Dodatkowo nasuwa się jeszcze jeden punkt, będący kombinacją trzech poprzednich:



4.    Przypadkowe nałożenie się na siebie kilku wyżej wymienionych czynników.



Na bazie właśnie tych czterech grup wyhodowano całą masę teorii, ich modyfikacji i mutacji. Zdaję sobie sprawę, że powyższe cztery punkty to daleko idące uproszczenie, ale jest to zarazem jedyny pomysł jaki przychodzi mi do głowy, jeżeli chodzi o uporządkowanie tego, co należy być może udowodnić w Meteorycie Tunguskim. A jest co udowadniać, bowiem natłok sprzecznych faktów stwarza całkiem spore zamieszanie w tej historii. Faktów sprzecznych, ale tylko pozornie... Przypuszczam, że wszystkie one układają się doskonale w jedną całość, być może kwestia tkwi w odpowiednim spojrzeniu na sprawę i przebieg wydarzeń, a może jest jeszcze jakiś nieodnaleziony brakujący element tej układanki?

A teraz pozwolę sobie przejść do bardziej konkretnych rozważań dotyczących tajemniczego zdarzenia na syberyjskim niebie. Niech Czytelnicy wybaczą mi pominięcie tu najbardziej, moim zdaniem, prawdopodobnych wyjaśnień, czyli hipotezy o ciele kosmicznym, które wpadło w atmosferę ziemską i eksplodowało oraz o ziemskich fenomenach naturalnych. Czynię to świadomie, a na swoje wytłumaczenie mam to, iż po pierwsze na ich temat wypowiadało się już wielu znakomitych naukowców, a po drugie sam nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, więc z szacunku dla Czytelnika i samej sprawy nie będę się nad tym rozwodził. Pragnąłbym jednak, jako osoba związana z badaniem NOL-i, poruszyć temat hipotezy nr 2. Aby bezproblemowo poruszać się w tym obszarze, trzeba chcąc nie chcąc, przyjąć tę część ufologicznej wiedzy, jaką już bezsprzecznie jest alienologia – czyli wiedza o hipotetycznych obcych CNT. Nie licząc wątpliwej jakości rewelacji á la Roswell, pięknych, ale jakże naiwnych bajeczek osób pokroju Boba Lazara czy Johna Leara, wiedza ta jest stosunkowo skromna i niepewna. To fakt. Ale istnieje w niej ogrom danych, których co prawda nie potrafimy jednoznacznie interpretować, możemy jednak podpinać je do rożnych zdarzeń. I to właśnie zróbmy.

Pierwszą rzeczą, z jakiej należy zdać sobie sprawę w tym punkcie rozważań jest to, że „teoria pozaziemska” jest nadzwyczaj wygodna, bo pozwala bez trudu tłumaczyć niemal wszystko. A to, że jest wygodna, oznacza, że można zbyt łatwo jej ulec, a co gorsza być przekonanym o jej 100% prawdziwości, zamykając się na inne wytłumaczenia. Zachowując więc całą ostrożność zagłębmy się w kilka nie dających mi spokoju szczegółów.

Pierwszą moją uwagą jest to, że tak naprawdę bardzo zręcznie można połączyć teorię o pojeździe (załogowym lub bezzałogowym) obcej CNT z „naturalnym” ciałem kosmicznym. Jak? To proste. Przede wszystkim należy założyć, że dana CNT, skoro dotarła do nas, wyprzedza nas w rozwoju być może o jakieś 10 000 lat lub nawet więcej. Skoro więc, posiada odpowiednio zaawansowaną technologię, aby w ten, czy inny sposób pokonywać takie odległości, musi to być technika wysoce niezawodna. Nie powinno być więc dla takiej CNT trudnością zbudowanie pojazdu skutecznie operującego w ziemskiej atmosferze. Można więc dalej założyć, że stopień jego awaryjności byłby niezwykle niski, być może nawet zbliżony do zera. Zawsze jednak może się wydarzyć coś, co spowoduje, że pojazd ten nie będzie mógł powrócić na swój macierzysty statek, ba - po prostu runie na powierzchnię planety. I co wtedy? Odpowiedź można znaleźć nawet w naszych czasach. Mechanizm byłby ten sam, co w przypadku współczesnych samolotów szpiegowskich – samozniszczenie całości lub części kluczowych urządzeń i aparatury. A jak najlepiej sprawić, by nikt nie podejrzewał jakiejś ingerencji z zewnątrz? Należy upozorować przelot i wybuch na przykład meteorytu! Czyż to nie wręcz doskonały sposób zamaskowania nieudanej misji?

Gdyby taki scenariusz rzeczywiście miał miejsce, to niewiele bylibyśmy w stanie udowodnić. Pragnę na przykładzie tej hipotezy pokazać, że jeżeli ktoś będzie chciał udowodnić wariant drugi wyjaśnienia TM, to zaczyna przysłowiową walkę z wiatrakami. Jedyne co ratowałoby tę drogę do wyjaśniania zdarzenia byłoby znalezienie szczątków pochodzących niezaprzeczalnie spoza Ziemi i będących tworem sztucznym! A tego jak wiadomo nie znaleziono, przynajmniej nikt tego nie udowodnił. Czego to dowodzi? Ano tego, że naiwnością jest myślenie, że obca CNT pozostawi swój pojazd na pastwę losu, razem z jego szczątkami, dając tym samym dowód swej bytności. To niedorzeczne twierdzenie, które pod znakiem zapytania stawia fakt, że ta CNT jest naprawdę inteligentna. Rzecz jasna wszystko to traci swój sens jeżeli przyjmiemy, że TM był tak naprawdę lądownikiem kosmolotu lub nawet samym kosmolotem, który dopiero co przybył gdzieś z odległego układu planetarnego i, podczas manewrów na orbicie lub w atmosferze, uległ awarii – wtedy być może nie miałby już kto ratować jego załogi, bo to ona właśnie uległa by katastrofie.

I znowu widać jak płynne są granice teorii mieszczących się pod wspólnym terminem pojazdu obcej CNT lub ziemskiej pracywilizacji[1]. Dlatego też warto sobie zdać sprawę, że jednoznaczne udowodnienie wprost faktu, że bolid syberyjski był jakimś rodzajem pojazdu kosmicznego innej cywilizacji jest niemożliwe. Jak więc inaczej można to zrobić? Tylko poprzez eliminację – jeżeli pokazać, czym TM nie mógł być, łatwiej będzie argumentować hipotezy typu wyjaśnienia nr 2. Według mnie to jedyna słuszna droga. Nie zaprzecza ona ingerencji sztucznych aparatów latających w to wydarzenie, a jednocześnie nie wyklucza, a wręcz stymuluje do badania teorii o ciele kosmicznym lub ziemskich zjawiskach naturalnych.

Pragnę zaznaczyć, że wyjaśnienia naturalne, czyli nr 1 i 3 są wciąż najbardziej mi bliskie. Zbyt wiele faktów jasno na nie wskazuje, zwłaszcza jeżeli chodzi o jakiś rodzaj meteorytu lub komety. I tu wciąż jest wolne pole do popisu dla naukowców, których zadaniem jest wyjaśnić całość zagadkowych fenomenów. Nikt nie powiedział przecież, że wszystko już o spadkach tych ciał do atmosfery Ziemi wiadomo, a wręcz przeciwnie, to dopiero początek tej nauki.

Tymczasem powróćmy jeszcze do owych 100 hipotez. Czego tam nie ma! Brakuje tylko Godzilli (bo Yeti już się przewija!) wespół z Terminatorem! Patrząc z boku na Meteoryt Tunguski widać, że nie tylko, zdarzenie to jest prasowym evergreen’em jak to napisał we wstępie do tej pracy Robert Leśniakiewicz, ale także uniwersalnym wyjaśnieniem niemalże wszystkiego, co do tej pory niewyjaśnione. Za dużo ludzi stara się przytaczać TM, jako dowód na to, czy tamto. Czekam tylko aż usłyszę, że tak naprawdę był to fragment Atlantydy, który spadł po tym, jak naszych przodków zabrali w kosmos z całym lądem Obcy... Ewentualnie może być jakiś inny stek bzdur. A tak naprawdę, jest to dowód tylko na jedno, że 30 czerwca 1908 roku jakieś ciało nadleciało nad rejon Podkamiennej Tunguski po czym eksplodowało z siłą co najmniej 10 Mt trotylu, wywołując całą mieszankę zjawisk towarzyszących. Czym było? Tego do tej pory nikt na pewno nie wie. Bardzo łatwo jest obudować ten incydent w kolejne nieprawdopodobne hipotezy i udowadniać je za wszelką cenę, choćby pasowały do tego zdarzenia jak wół do karety. Ale czy o to chodzi? Na pewno nie!

A jednak, pomimo swojej tajemniczości, bolid syberyjski i wszystkie związane z nim fakty, wskazują nam coś bardzo ważnego. Tak wielkie wydarzenie, ewidentny potężny wybuch, cały czas wymyka się wszelkim próbom jednoznacznego wyjaśnienia. Najtęższe umysły łamią sobie nad tym problemem głowę, starają się za wszelką cenę go rozwiązać – bez rezultatu. Wielka eksplozja i wielki problem, nie do rozstrzygnięcia nawet dla nauki początku XXI wieku. Cokolwiek było przyczyną tego zdarzenia, byliśmy, jesteśmy i kto wie jak długo jeszcze będziemy bezbronni wobec takich „gości”. To powinno dać wszystkim nam wiele do myślenia.



Kraków, 20 lipca 2001



---oooOooo---



Marcin Mioduszewski ma rację - do dziś dnia nie wiadomo, czym to Tunguskie Dziwo naprawdę było. Jesteśmy w tej konkretnej sprawie, jak ślepcy poruszający się po omacku, którzy wprawdzie poznają jakieś fragmenty ich otoczenia, ale całość jest nieodgadniona. Najlepiej wyraził stan taki wielokroć już tutaj przywoływany Stanisław Lem, który napisał w „Katarze”:

To łamigłówka w której każdy element z osobna jest jasny i przejrzysty, ale ułożony razem z innymi tworzy nieprzejrzystą całość...

Dokładnie tak! Marcin Mioduszewski głosi tutaj pogląd stawiający na piedestale cnotę   u m i a r u   i wskazuje na to, na jakie manowce może nas zwieść zbytnie oczarowanie Nowością i Nieznanym. Jak na młodego ufologa z dużym doświadczeniem postawa ta jest chwalebnym przykładem, że nie wszyscy młodzi ludzie w tym kraju to narkomani i oszołomy. To trzeźwe i realistyczne - mimo fantastyczności hipotezy wiążącej TF z ETI - podejście do sprawy może w przyszłości zaowocować rozwiązaniem tej intrygującej zagadki.



---oooOooo---



A teraz ostatni już głos - głos szczególnie cenny, bo pochodzący od specjalisty meteorytologa, a zatem osoby najbardziej kompetentnej. W swej wypowiedzi, mgr Andrzej Kotowiecki rozwija swoją hipotezę, która jest zbliżona do teorii zawartej w pkt. A-14 KANONU..., a zatem należałoby dla niej przyjąć oznaczenie A-14a, i pisze on tak:



[1] Zgadzam się tu z poglądami głoszonymi m.in. przez R.K. Leśniakiewicza i dr M. Jesenky’ego o „Wojnie Bogów” sprzed 10 000 – 12 000 lat i pozostałościach po niej, z którymi mamy nieszczęście się spotykać.

środa, 27 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (27)


12. K. Bzowski - KOSMOLOT ALBO... WIELKI SMOK?

Latem 1980 roku, w drugim programie TVP, w programie Wandy Konarzewskiej pt. „Poczta do Klubu Alfa” poruszona była zagadka TM. Wówczas prowadząca zwróciła się do telewidzów z prośbą, by każdy, który ma jakieś własne zdanie na ten temat spisał go i przesłał do TVP. Nagryzmoliłem wówczas 8-stronicowy elaborat formatu A-4 i wysłałem. Ku mojemu zdumieniu, po dwóch miesiącach okazało się, że wybrano sześć najciekawszych wypowiedzi, a wśród nich moją i autorów zaproszono do studia na kolejny program o tym zdarzeniu, a oto w skrócie mój pogląd:
Statek kosmiczny o napędzie jądrowym wszedł w atmosferę Ziemi z zamiarem lądowania, ale jego czujniki wykryły, że teren przeznaczony do lądowania (tajga) jest w istocie zbitą masą żywej substancji. Automatyczne zabezpieczenia statku - zakazujące zniszczenia życia - zadziałały i statek z lotu schodzącego ku Ziemi, usiłował wyrwać się wzwyż. Wówczas strumień odrzutu uderzył w tajgę, powodując powalenie drzew na dużym obszarze i wydłużonym, torem.
Gwałtowne olbrzymie przeciążenie spowodowało wadliwą pracę urządzeń i w rezultacie eksplozję reaktora jądrowego. Dlatego na Ziemi nie znaleziono szczątków obiektu, zaś drzewa stojące pionowo w epicentrum wybuchu potwierdzają taką wersję wydarzeń. Trwające długo napromieniowanie terenu promieniami gamma również to potwierdza.
Ogólnie biorąc - mój obecny pogląd na sprawę niewiele się zmienił, z tym tylko, że to co eksplodowało nie było „głównym obiektem”, który wszedł w Układ Słoneczny, ale statkiem zwiadowczym, mającym rozpoznać warunki lądowania, reakcję mieszkańców [Ziemi], itp. Tylko on uległ awarii i wybuchł wskutek reakcji jądrowej. Podobnego zdania jest także inż. Miłosław Wilk, którego rysunek lądownika zamieściłem w mojej książce pt. „Sieć Wilka” na s. 133. według niego był to zwiadowca automatyczny, bezzałogowy.
Jesienią 1980 roku, w TVP-2 odbyło się spotkanie przed kamerą tych zaproszonych osób. Między nimi był pan Józef Skarżyński ze Zduńskiej Woli, który wówczas miał lat 80, a który jako 8-letni chłopiec przebywał z ojcem na zesłaniu (po rewolucji 1905 roku) w miejscowości odległej o 760 km od Podkamiennej Tunguskiej, i w momencie zdarzenia szedł właśnie do szkoły... Na program przyjechał z dwoma wnuczkami, które się nim opiekowały. Jest to jak dotychczas jedyny żywy świadek zdarzenia, którego udało mi się spotkać. Szkoły tamtejsze przed rewolucją bolszewicką były czynne wiosną i latem (bez letnich wakacji), gdyż tylko w tych okresach można się było do nich pieszo dostać. Mały Józio miał do szkoły około 2 km. Poniżej podaję jego relację, która zanotowałem w trakcie programu:
Kiedy szedłem w stronę szkoły, zrobiło się nagle tak cicho, że nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani poszumu wiatru... Mimo woli szedłem coraz wolniej, wsłuchując się w tą ciszę... Cały świat dookoła pożółkł. Wszystko zrobiło się żółte... niebo, moje ręce, drzewa i liście na nich... W przerażeniu stałem i patrzyłem, nie rozumiejąc, co się dzieje. Nie wiem, jak długo to trwało... ale zobaczyłem jak kolor otoczenia zmienia się na pomarańczowy... Wówczas zawróciłem i pobiegłem ku swojemu domowi. Był tam mój ojciec i kilkoro sąsiadów, takich samych zesłańców. Ojciec kazał pozasłaniać wszystkie okna i nawet lustra, zapalono świece...
Ojciec kazał, abym nigdzie się nie oddalał i modlił się razem z nimi, bo oni myśleli, że zbliża się koniec świata, ale kto by mnie upilnował! Korciło mnie zobaczyć, co się dzieje na dworze. Przez szparę w chuście zasłaniającej okno zobaczyłem, jak całe otoczenie stopniowo zmienia barwę - poprzez czerwoną do ciemno-buraczkowej, brązowej i czarnej. Mimo, że wszystko było czarne, nie było ciemno. Skądś padało srebrzyste światło. Nie upilnowali mnie, wydostałem się na dwór... i widziałem: na horyzoncie od ziemi, aż hen w niebo widać było jakby lejący się z góry „wodospad” - jakby świecącego, roztopionego metalu... - ale wszystko naokoło było czarne. To wszystko trwało aż do późnego popołudnia, około ośmiu godzin.

---oooOooo---

Wybacz Czytelniku dygresję. O takich ciemnościach w środku dnia wspomina wiele osób - w tym mój dziadek - które przeżyły TF. Czy nie przypomina to opisu nalotu na Ziemię tajemniczej Czarnej Chmury z powieści Freda Hoyle’a „The Black Cloud”? W takim przypadku okazałoby się, że TM towarzyszył gęsty obłok materii kosmicznej, który również został wciągnięty mocą grawitacji naszej planety w atmosferę i częściowo w niej spłonął... Ta historia daje do myślenia, bo wtedy musielibyśmy przyjąć, że istnieją roje meteorytowe i wędrujące z prędkościami hiperbolicznymi obłoki kosmicznego „kurzu”, być może nawet pochodzenia organicznego, które od czasu do czasu nawiedzają Układ Słoneczny i mogą spowodować zjawisko Wielkich Wymierań czy Epoki Lodowe???...
Wróćmy jednak do listu Kazimierza Bzowskiego:

---oooOooo---


Sprawa numer dwa: ustalenie daty zdarzenia poprzez przesłuchiwania okolicznych Tunguzów (Ewenków) przez ekspedycję Leonida Kulika w 1927 roku i później. Moim zdaniem   n i e   m o g l i   oni pamiętać „zdarzenia z 30 czerwca 1908 roku” z tej prostej przyczyny, że   n i e   z n a l i   takich pojęć, jak: „kalendarz”, „miesiąc czerwiec”, i „data”. Mogli i z pewnością pamiętali inne zdarzenia na niebie, które   m o g l i   zapamiętać, ale o których z kolei   n i e   m u s i a ł   wiedzieć Kulik. Dlaczego? 10 - astronomia ówczesna nie stała tak wysoko, jak obecnie, i 20 -   b o   n i e   b y ł o   w ó w c z a s   k o m p u t e r ó w .
 Podaję dane uzyskane z astronomicznego programu komputerowego, a które dotyczą zaćmień Słońca w zbliżonym okresie, przy czym parametry dokonywania obserwacji wprowadziłem jako „Podkamienna Tunguska”, lokalizacja przybliżona - 65o N i 95oE bo nie znam dokładnej. Poziom 200 m n.p.m. Czas według GMT - stąd może wydawać się dziwnym wschód słońca po południu...[1]
Kolorem niebieskim wyróżniono zaćmienie Słońca, które mogli zapamiętać Tunguzi. Dla nich zdarzenie to wyglądało, jakby Wielki Smok zjadał Słońce, stąd datowanie jest nieco inne, niż u obserwatorów europejskich czy amerykańskich.
A zatem albo kosmolot, albo... - Wielki Smok!

Warszawa, 12 lipca 2001 roku

---oooOooo---

Hmmm... - koncepcja kosmolotu w wydaniu Kazimierza Bzowskiego, to wariant hipotezy A-14 z KANONU HIPOTEZ O TM Priwałowa. Interesujące jest w niej to, że lądownik Obcych zepsuł się i eksplodował. A może Obcy chcieli lądować na Gobi, ale źle obliczyli i Ich lądownik po prostu uległ katastrofie kilkaset kilometrów dalej na północ, niż zamierzyli?...
Tunguzi, podobnie jak plemiona Afryki czy australijscy Aborygeni, nie znają pojęcia czasu w naszym tego słowa rozumieniu. Tym niemniej nie wyobrażam sobie, by mogli zrobić zbitkę dwóch wydarzeń: zaćmienie Słońca i spadek TM w jeden TF. Nie, takie coś jest bardzo mało prawdopodobne. Poza tym przecież oba zjawiska były obserwowane przez wykształconych Rosjan, Polaków, Chińczyków i innych ludzi przebywających na tych terenach, na znacznym terytorium Rosji i Mongolii oraz Chin. I to niezależnie od siebie. Tak więc hipoteza ta, plasująca się w grupie hipotez D w KANONIE... nie wydaje się być trafna, aczkolwiek błędem byłoby nie wzięcie jej pod uwagę w naszych rozważaniach.
A teraz kolejny autor i kolejny punkt widzenia...



[1] Czas lokalny Podkamiennej Tunguskiej = GMT + 7h.

wtorek, 26 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (26)


11. R. Rzepka - HIPOTEZA NR 86: METEORYT ORGANICZNY?





Nigdy nic nie wiadomo, co komu pisane... - przypomniałem sobie polskie porzekadło, czytając list od Roberta Leśniakiewicza - człowieka niezwykłej pasji, niekwestionowanego znawcę wielu dziedzin wiedzy z tzw. „pogranicza”. A napisane mi było ręką pana Roberta, że muszę „popełnić” wypracowanie pt. „Czym był meteoryt tunguski?”

Na Boga (!), gdybym wiedział z całą pewnością, czym był ten niezwykły przypadek i dawno temu już to ogłosił, uratowałbym wiele setek , może tysiące hektarów lasu przerobionych na papier, na który przelano wiele setek „pewnych” teorii. Mało tego, pan Robert zafiksował moje nazwisko w projektowanej książce, jako głos specjalisty-meteorytologa. Nie jestem formalnie  specjalistą w tej dziedzinie, ale cos niecoś znam się na chemii i od lat zgłębiam dla rozrywki tajemnice spadających z nieba kamieni, z nieukrywana tremą zdecydowałem się opisać moje przemyślenia na temat wielkiej zagadki fenomenu tunguskiego.

Niejako na usprawiedliwienie swojej decyzji przypomniało mi się znane powiedzenie  Georgesa Clemenceau: „Wojna jest zbyt poważną rzeczą, by powierzać ją generałom”. Nie będąc „generałem”, z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że pojmuję „generalskie” specjalistyczne punkty widzenia w tej sprawie. W rozwikłaniu tajemnicy TM wydaje się przeszkadzać sztywne podejście do zasad kosmicznej mechaniki, wykluczającej możliwość międzygalaktycznej wymiany materii. Ja mogę pozwolić sobie na odmienny pogląd w tej sprawie. Tak na marginesie, naturę TF lepiej oddaje używany w literaturze anglojęzycznej termin „Tunguska blast”[1], bo trafniej oddaje aktualny stan wiedzy na ten temat.

Nie można traktować wydarzenia w zakolu rzeki Podkamienna Tunguska jako jedynego w swoim rodzaju ewenementu w oderwaniu od innych - nieraz na pozór odległych wydarzeń, zjawisk czy znalezisk. Warto w tym miejscu przypomnieć obserwację spektakularnego wydarzenia  w miejscowości Roboziero[2] pod Moskwą. Tam, w monastyrze św. Kiriła (Cyryla) zachowały się do czasów współczesnych protokoły przesłuchań świadków, naocznych obserwatorów zjawiska polegającego na opadaniu z bezchmurnego nieba prosto na taflę jeziora Roboziero płonących żagwi jakiejś materii. Kiedy na początku XIX wieku badania wybitnego uczonego Chladniego potwierdziły realność meteorytów, próbowano wyjaśnić zagadkę Roboziero jako upadek meteorytu. Uznano to jednak za fałszywy trop, gdyż płonąca na jeziorze materia, gdyby była meteorytem, to raz gasnąc nie zapalałaby się wielokrotnie i to na powierzchni wody, płonąc w sumie półtorej godziny. A właśnie precyzyjnie udokumentowane zjawisko świadczy niezbicie o jednym! - na taflę Roboziera spadły szczątki meteorytu organicznego i dokładnie tak powinno wyglądać całe zjawisko, jak to zostało opisane w kronikach klasztoru św. Cyryla.



Użyłem terminu    m e t e o r y t   o r g a n i c z n y ,   którego nauka nie zna, bo... takich meteorytów nie ma. Czy jednak?

Zjawisko Roboziero dość łatwo wytłumaczyć tego typu materią. Mieszanina wielu związków organicznych - o których dalej - z natury ma ciężar właściwy mniejszy od ciężaru właściwego wody, a więc musi się na niej unosić. Zmrożona i zestalona masa  takiego meteorytu stopniowo uwalniała swe ciekłe i lotne składniki, które coraz to zasilały palną mieszaninę i tlące się jego składniki mineralne - np. siarczki żelaza - które mogły z dużym prawdopodobieństwem się tam znajdować. Rdzawo-brunatne plamy na wodzie mogły tylko świadczyć o utlenianiu się siarczków.

Mogło tam wystąpić także i inne zjawisko. Dociążona składnikami mineralnymi bryła meteorytu organicznego mogła pogrążyć się w toń jeziora, uwalniając w wodzie swe gazowe frakcje, które w oczywisty sposób wypływając gazowymi bąblami na powierzchnię zasilały płonącą na powierzchni substancję.

14 stycznia 1993 roku, o godzinie 18:50 w Jerzmanowicach pod Krakowem, „grom z jasnego nieba” bezlitośnie obnażył doktrynalne podejście do tego typu zjawisk. A był to także meteoryt organiczny, jakich... „nie ma”. Inne czasy, inna enklawa cywilizacyjna. Tu meteoryt ujawnił następną swoją cechę, której wcześniej - w przypadku Roboziera - nie mógł ujawnić. Wybuchając w Jerzmanowicach rozproszył nad tamtejszą okolicą koloidalne cząsteczki węgla (sadzy, grafitu), które niczym bomby grafitowe zrzucane na Belgrad w czasie ostatniej wojny na Bałkanach, pustoszyły ze znanymi skutkami okoliczna infrastrukturę elektro-energetyczną.

Kiedyś przed laty przypadkowo znalazłem w okolicy niezwykły kamień. Jego niepospolity wygląd i moja intuicja mówiły mi o zgoła nieziemskim jego pochodzeniu. Ale to osobna historia.  Jednak ten epizod sprawił, że od tamtego czasu te „nieziemskie skarby” stały się moim nieuleczalnym hobby.

W wolnych chwilach - których jakby coraz mniej - włóczę się po mazurskich pustkowiach poszukując niezwykłych kosmicznych gości.

Udało mi się znaleźć kilka okazów dziwnej materii, tak dziwnej, że w zasadzie nikt nie wie, co to jest!... Oczywistą więc koleją rzeczy było, że wysyłałem (i uparcie wiedząc swoje - czynię to nadal) próbki znaleziska do ludzi, którzy powinni je szybko zidentyfikować.  Zapewniam, że w większości dotyczyło to największych sław w dziedzinie badania materii pozaziemskiej. Spotykałem się generalnie z dużą życzliwością ze strony tych ludzi, za co jestem im bardzo wdzięczny.

Cóż jednak z tego, okazywało się, że ta sama próbka w zależności od... kontynentu, na którym ją badano była: odpadem poprzemysłowym, świeżym tufem wulkanicznym, jakimś bliżej nie określonym produktem procesów glebotwórczych... Mogłaby być i meteorytem, ale... nie jest - taką „ekspertyzą” również dysponuję! A wszystko przez to, że drobiny metalicznego żelaza znajdującego się w dziwnej materii nie zawierają niklu. Drobiny żelaza znalezionego na terenie wybuchu tunguskiego również nie zawierają niklu. Wspomnieć tu należy, że misje Apolla 11-17 przywiozły próbki regolitu księżycowego, w którym drobne strzępki metalicznego żelaza również nie zawierają niklu. Brak tego pierwiastka dyskwalifikuje próbki co do dalszych szczegółowych badań, jak np. skład izotopowy tlenu w jego związkach, jak w krzemianach czy tlenkach. Byłoby to w zasadzie badanie rozstrzygające, bo proporcje trzech jego izotopów: 16O : 17O : 18O są tak niepowtarzalne w każdym miejscu Kosmosu, jak linie papilarne u każdego człowieka.

Siłą więc rzeczy nie zbadano nigdy w próbce materii organicznej, którą można wyczuć organoleptycznie - na węch. A materia ta przypomina bardzo opisana w literaturze fachowej materię, jaka powinna znajdować się w przestrzeni międzygwiezdnej! Dotyczy to głównie mieszaniny wielowęglowych policyklicznych węglowodorów aromatycznych, określanych powszechnie przyjętym angielskim skrótem PAHs.

Znaną cechą tego typu związków chemicznych jest ich wybuchowe spalanie  (utlenianie) w określonych warunkach, szczególnie w stanie dużego rozdrobnienia do postaci zawiesiny powietrzno-koloidalnej.[3] W tym miejscu warto wspomnieć o niezwykłych ludziach z NASA Ames Research Center i ich dotychczasowych osiągnięciach. Stwierdzili oni mianowicie, że  w przestrzeniach międzygwiezdnych znajdują się nieprzebrane ilości związków organicznych będących efektem złożonych procesów fotochemicznych tam zachodzących.  Drobiny pyłu międzygwiezdnego, ci sympatyczni może trochę niekonwencjonalnie pracujący panowie Max Bernstein i Lou Allamondola, pozyskują z górnych warstw atmosfery ziemskiej przy pomocy legendarnego samolotu U-2 lub zgoła łażąc po dachach (dosłownie!) wyciągają go z rynien deszczowych.

Okazuje się więc, że pył międzygwiezdny zawierający szereg związków organicznych dociera do Ziemi!

Wspomniany zespół wysunął pionierską teorię, że źródłem pochodzenia niektórych meteorytów są komety odwiedzające nasz Układ Słoneczny.   J e s t   t o   a b s o l u t n a    h e r e z j a !  - gdyż dotąd uważano, że wszystkie meteoryty - z wyjątkiem Marsjańskich i Księżycowych - pochodzą z Pasa Planetoid, a węgliste z zewnętrznej jego części - tej bliższej Jowisza.

Jestem przekonany, że wkrótce i ten dogmat - również dzięki badaniom wspomnianych naukowców - zostanie obalony, udowodnione zostanie, że meteoryty węgliste, a w szczególności ich frakcja organiczna, pochodzą spoza Układu Słonecznego. Niezwykle ciekawymi okazały się meteoryty węgliste: Murchinson (Australia), który spadł na Ziemię we wrześniu 1969 roku oraz meteoryt węglisty Tagish Lake (Kanada), który wylądował w jeziorze o tej nazwie w dniu 18 stycznia 2000 roku.

Okazało się, że te meteoryty zawierają wiele różnorodnych związków, które rozpylone w powietrzu mogą stworzyć niezwykle silne mieszaniny wybuchowe.[4] Meteoryty te zawierają od kilku do kilkunastu procent substancji organicznej zmieszanej z frakcją mineralną. Łatwo więc zauważyć, że możliwa jest zawartość substancji organicznej przekraczającej znacznie 50% masy obiektu. Trudno by je było nazwać inaczej, niż              m e t  e o r y    o r g a n i c z n e.   W dotychczasowej klasyfikacji „nieziemskich kamieni” taki termin nie występuje, bo po prostu dotychczas takich kamieni nie zidentyfikowano.

Nie zidentyfikowano, bowiem a priori zakłada się, że obiekty tego typu, nawet gdyby istniały w przestrzeni kosmicznej, to z racji swej delikatności[5] nie mają szans na przedarcie się przez ziemską atmosferę. Obowiązuje pogląd, że wyłącznie meteoryty kamienne lub żelazne są w stanie przedrzeć się przez atmosferę i lądować na powierzchni Ziemi. Zapomina się w tym momencie o bardzo ważnej sprawie - o współczynniku przewodzenia ciepła. Meteoryt żelazny przelatując przez atmosferę w wyniku tarcia o powietrze szybko rozgrzewa swoją powierzchnię, topi się i spala z o wiele większą intensywnością, niż słabo przewodząca ciepło skała, i w dodatku niepalna.

Jeszcze inaczej może zachowywać się przy spadku gruda głęboko zmrożonych mieszanin płynnych związków organicznych. Jeden z najbardziej znanych meteorytów organicznych - Orgueil - jest tak kruchy i delikatny, że wielu badaczy dziwi się, w jaki sposób mógł on przeżyć morderczy lot przez naszą atmosferę. Ano mógł, bo   d z i ś   jest on porowaty, ale kiedy opuszczał zimną pustkę Kosmosu, to w jego dzisiejszych porach znajdowały się płynne i lotne, zmrożone składniki, które sprawiły, ze wcale nie był on kruchy i delikatny, a wręcz odwrotnie!

Co do faktu, że sprawcą wybuchu tunguskiego był Kosmiczny Przybysz panuje ogólna zgoda. Trudno zresztą mieć inne zdanie na ten temat. Jaka jednak była natura tego przybysza, czym on był, to już zupełnie inna sprawa, tu gama propozycji jest bardzo szeroka: od katastrofy załogowego statku kosmicznego UFO, czarnej dziury, kłębka antymaterii do planetoidy i komety.

Nauka przyjęła ostatecznie jako obowiązującą wersję, teorię sformułowana przez trzech amerykańskich badaczy: C. F. Chybę, P. J. Thomasa i K. J. Zahniego. Dziwić jednak może, że teoria tu wspomnianych panów generalnie nie uwzględnia oczywistych, niezaprzeczalnych faktów związanych z wielkim wybuchem tunguskim, a nawet w wielu miejscach stoi w oczywistej sprzeczności z nimi. Założyli oni mianowicie, że przyczyną wybuchu tunguskiego było wdarcie się w atmosferę Ziemi masywnej planetoidy pochodzącej z pasa planetoid pomiędzy Marsem a Jowiszem. Pomijając wiele szczegółów tej teorii warto zwrócić uwagę na to, że planetoida, o której mowa, miałaby mieć średnicę 60 m i weszła w atmosferę z prędkością około 15 km/s. Takie parametry dobrano, bo potrzebne były aby uzyskać potrzebą energię fali uderzeniowej!...

Według nich, planetoida eksplodowała na skutek wytworzonego gradientu ciśnienia w obiekcie. Proponowana przez Chybę kamienna planetoida dążyła do spłaszczenia się w coś na kształt „placka”[6], w efekcie czego zmieniła kształt.(!) to rozszerzanie się zwiększało opór atmosferyczny do tego stopnia, że obiekt rozpadł się wybuchowo

Zarysowane w skrócie sedno tej teorii C. F. Chyba ogłosił na łamach prestiżowego „Nature”. Przyklasnęły teorii Chyby - de facto ogłaszając ją jako niepodważalny fakt - fachowe czasopisma, w tym „Sky & Telescope” nr 3,1993 - opatrując artykuł na ten temat tytułem „Tunguska: An Asteroid”[7]. I na tym współczesna nauka postawiła przysłowiową kropkę nad „i”.

Odrzucona tym samym została obowiązująca dotąd teoria uwzględniająca wtargnięcie w atmosferę ziemską jakiejś części komety. Wszelkie w takich przypadkach kontestacje, a szczególnie ze strony nieprofesjonalistów, to profanacja wielkich nazwisk i owoców ich intelektualnego wysiłku - Roma faculta, causa finita!

A ja, bezczelny profan, - i to do tego „egzoprofan” za moim ulubionym Asimovem - zaszyty w ciszy mazurskiego miasteczka, późną nocą piszący te słowa - śmiem nie zgodzić się z panem C. F. Chybą i jego zespołem!   O n i    p o   p r o s t u   s i ę    m y l ą !   Jedno, z czym mogę się zgodzić, to fakt, że sprawcą wielkiego wybuchu tunguskiego był kosmiczny przybysz.

Trochę o historii badań obiektu tunguskiego. Pierwszym, który próbował wydrzeć Naturze wielką tajemnicę z 1908 roku był Leonid Kulik. Ten skromny, młody pracownik  Muzeum Mineralogii w Moskwie zdaje się być pierwszym człowiekiem, który pokonując ciernistą (dosłownie i w przenośni) drogę ogarnął swym wzrokiem ze szczytu góry Szacherma niewyobrażalny przez swą skalę obraz ogromu zniszczeń.

Pierwsza ekspedycja Kulika z racji nieznajomości warunków i terenu była krótka, ale owocna. Uściśliła dane kartograficzne terenu, opisała widoczne skutki zniszczeń drzewostanu, charakterystyczne cechy zniszczeń, ale najważniejszym - co stwierdził Kulik - to był brak krateru uderzeniowego. Po tak gigantycznym wybuchu niepojętym było, że go tam nie ma! Niektóre źródła podają, że Kulik poszukując tam spodziewanych brył kosmicznego żelaza w ogromnych ilościach, których oczywiście nie znalazł - ani on, ani  nikt po nim - znalazł przy pomocy magnesu niezwykle drobne strzępki metalicznego żelaza. Późniejsze badania laboratoryjne odrzuciły ich związek z wielkim wybuchem! Tak się składa, że najaktywniejszą grupę w badaniu tego zjawiska stanowią Rosjanie (trudno się zresztą temu dziwić). Niektórzy z uczonych z Uniwersytetu w Tomsku i Moskwie poświęcili całe swe twórcze życie w próbie odpowiedzi na pytanie: Что это было???[8]

Dr A. P. Bojarkina z Tomska brała udział w ponad 35 wyprawach nad Podkamienną Tunguskę, co sprawiło, że dłużej przebywała właśnie tam, niż w swej pracowni na Uniwersytecie. Jej wyprawom nauka może wiele zawdzięczać, a jeśli chodzi o pozyskiwanie materiału badawczego  w postaci próbek roślinności, gleby, itd. - to nie ma chyba sobie równych. Mimo wszystko jej ogromny zapał i trud nie zaowocował spektakularnymi odkryciami. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie studiując literaturę na ten temat.

Ortodoksyjne podejście wielu uczonych mających zakodowane w głowach kratery poimpaktowe, tony kosmicznych skał i żelaznych brył zawierających > 5% niklu i paru jeszcze innych prawd, ale odnoszących się w końcu do małego odcinka ogromu różnorodności materii kosmicznej wydają się nie zauważać dowodów wskazujących na prawdziwą naturę kosmicznego przybysza.

Wydaje się wręcz, że niektóre fakty zdają się być niewygodne, dyskretnie omijane.

No bo co począć, gdy nie ma tego, co być „powinno”, a jest to, czego „być nie powinno”?! Szczegółowe badania gruntu ujawniły w nim nienaturalnie wysoką koncentrację szeregu rzadkich pierwiastków.

Ta „nienaturalnie” wysoka ich zawartość, to oczywiście skala ppm[9] - albo µg/g. bardzo charakterystyczną cecha ich występowania jest to, że obszary koncentracji tworzą wiele oddzielnych punktów. Świadczyć to może o jednym, że pierwiastki dotarły do Ziemi podczas wielu równocześnie eksplodujących, ale oddzielnych „ładunków”.  Wspomniałem o faktach kłopotliwych - pierwiastki te nie pasują we wzajemnych proporcjach ilościowych do żadnego ze znanych kosmicznych obiektów. Nie pasują, bo nie mogą pasować!...

W pokładach tamecznego torfu, w  warstwie z 1908 roku odkryto kłopotliwy szczegół - a mianowicie sadzę, czyli bezpostaciowy węgiel. Jak dotychczas nie jest znane żadne naturalne zjawisko tego typu, w którym coś takiego się tworzy.  No bo niby skąd sadza, jeśli eksplozję powoduje wyłącznie gradient ciśnienia między częścią czołową bryły żelaza lub skały, a jej tylną częścią? Wiadomo jednak, że taka forma bezpostaciowego węgla tworzy się podczas spalania np. węglowodorów - dotyczy to również spalania PAHs - w warunkach deficytu tlenowego.

W warunkach optymalnych, wspomniane związki spalają się do CO2 i H2O. Sadzę znaleziono, bo po prostu powinna tam być!...

Wspomniałem, ze szczególnie kłopotliwym i konsekwentnie   p r z e m i l c z a n y m   w literaturze fachowej jest fakt znalezienia na terenie eksplozji drobin czystego, metalicznego żelaza i milimetrowej wielkości kuleczek będących prawie czystą stopioną (amorficzną) krzemionką (SiO2) z niewielkimi domieszkami krzemianów metali, ale tylko do żelaza włącznie.

Te dziwne rzeczy znaleziono tam, bo powinny tam być!... Piszę ten akapit w tonie nieco ironicznym. Urażonych tym faktem przepraszam, ale jakoś inaczej trudno mi wyartykułować bez emocji swoje na ten temat zdanie.

Scenariusz wydarzenia rankiem 30 czerwca 1908 roku nad syberyjską tajgą wyglądał zapewne tak:

Ku Ziemi, wbrew woli i zakazom astronomów mknie z otchłani międzygwiezdnych meteoroid organiczny znacznych rozmiarów.

Zbudowany jest głównie z budulca tam się znajdującego, a więc w przeważającej części składa się z wysokoenergetycznych związków węgla i wodoru. „przyprawiony” jest niewielką ilością pyłów  krzemianowych i drobin czystego żelaza pochodzącego z eksplodującego gdzieś nadolbrzyma, w którym proces syntezy nuklearnej przebiega w ten sposób, że końcowym produktem są różne typy pierwiastków ciężkich, takich jak węgiel, magnez, krzem, siarka oraz żelazo. Nadolbrzymy osiągają kres swego życia - wybuchają, gdy w ich jądrach odłoży się duża ilość żelaza. Dalszy szereg pierwiastków tworzy się w wyniku swoistej kosmicznej przemiany materii, w której to produkty nadolbrzyma są składnikami wyjściowymi nowych procesów akrecyjnych.

„Szczęśliwym” trafem lot egzotycznego przybysza galaktycznego przebiega  po stycznej do orbity Ziemi, a kierunek lotu meteoroidu zgodny jest z ruchem orbitalnym naszej planety. Dopędza mknącą po swej orbicie z prędkością około 30 km/s Ziemię. Następuje relatywne w stosunku do Ziemi zmniejszenie prędkości meteoroidu - na tyle, że ziemska grawitacja przechwytuje galaktycznego gościa i kieruje go ku swej powierzchni. Meteoroid przedzierając się przez gęstniejące warstwy atmosfery traci znaczną część swej masy i prędkość. W tym miejscu astronomowie mówią, że obiekt o niskim ciężarze właściwym, delikatny i kruchy nie a szans na przedostanie się przez atmosferę. A więc co? - świadom swej mizerii, wystraszony, powinien zawrócić?! - a co na to Mr. Newton?

Jednak w tym momencie taki delikatny i kruchy, to on nie był! Była to twarda, głęboko zamrożona mieszanina składników, o których wspomniałem wcześniej, a na dodatek o niskiej przewodności cieplnej. Wytworzony w obiekcie gradient ciśnienia osiągnąwszy krytyczną wielkość, rozrywa na kawałki cały obiekt - i to jest początek długiej, parosekundowej eksplozji. Poszczególne fragmenty ciała macierzystego, targane ogromnymi turbulecjami ulegają dalszemu rozpraszaniu się.

W końcu ku Ziemi mknie gigantyczny obłok pyłowo-powietrzny. Zmieszany z powietrzem zapala się i eksploduje nad syberyjską tajgą. Na ziemię opadają stopione w tym piekielnym żarze zastygające kropelki krzemianowe, mineralny międzygwiezdny pył, żelazne metaliczne strzępki. Wszystko to miesza się z wodą wytworzona w ogromnych ilościach podczas wybuchu i tworzy brudny, błotnisty deszcz.

W tym błotnistym deszczu na ziemię opada również i sadza - czysty bezpostaciowy węgiel - jako rezultat niedokładnego spalenia się części substancji organicznych - głównie węglowodorów.

Gwałtowność rozpraszania się meteorytu nie pozwoliła na dokładne wymieszanie się jego pyłów i aerozoli z powietrzem, a ponadto w całej przestrzeni objętej dezintegracją obiektu było po, prostu zbyt mało tlenu do zrównoważenia reakcji - tj. do całkowitego spalenia węgla.

Pobieżnie przedstawiona tu analiza wyników badań terenu Podkamiennej Tunguski pozwala na sformułowanie tezy, że przyczyna gigantycznej eksplozji z 30 czerwca 1908 roku było wtargnięcie w ziemska atmosferę gigantycznego, kilkudziesięciometrowej średnicy meteoroidu zbliżonego składem do Meteorytu Orgueil, ale ze znacznie wyższą zawartością  - sięgającą 80-90% - substancji organicznych, głównie związków węgla i wodoru.

Zapomniany już przypadek tajemniczej eksplozji w Jerzmanowicach koło Krakowa zdaje się być podobnie jak TM również „niewyjaśnialny”. Przecież to są bliźniacze - pomijając skalę - przypadki! Gdyby nauka zadała sobie choć trochę trudu, zapewne była szansa znalezienia na izolatorach linii elektro-energetycznych cząstek węgla odpowiedzialnych za charakterystyczne uszkodzenia w instalacjach i urządzeniach elektrycznych na terenie objętym tajemniczym zjawiskiem. A może warto pogrzebać i w rynnach?...

Krążące po orbitach kolizyjnych z Ziemią tysiące większych lub mniejszych planetoid, to realne zagrożenie dla naszej planety, ale nie śmiertelne!

Kres wszystkiemu położy międzygwiezdny, nieproszony - a może oddelegowany! - gość, złakniony naszego ziemskiego tlenu. Wydaje się, że TM to tylko maleńki zwiadowca przyszłej wizyty.

Giżycko, 24.06.2001 r.



---oooOooo---



Brrr... - czytając ostatni akapit artykułu pana Romana Rzepki człowiekowi robi się duszno i zimno. Byłabyż to prawda? Spójrzmy na to chłodno i bez emocji. Czy takie coś się już nie wydarzyło? Jakiś węglowodorowy zmarznięty na kość pocisk kosmiczny uderzył w Marsa, przekształcając tlen z jego atmosfery w dwutlenek węgla i wskutek efektu cieplarnianego spowodowało to jego wyżarzenie i odparowanie wody z jego oceanów. Stanęły w swym ruchu kontynenty, a nad „gorącymi punktami” zaczęły tworzyć się gigantyczne wulkany tarczowe: Olympus Mons (Nix Olympica), Arsia Mons, Ascraeus Mons, Pavonis Mons czy Elysium Mons...  - których emisje pogłębiły tylko efekt szklarni. Ten impakt mógł wydarzyć się około 100.000 lat temu - pod koniec Trzeciorzędu. To samo mogło spotkać i Wenus...

A teraz z innej beczki. Punktem startowym świetnej powieści Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki pt. „Proxima” jest odkrycie meteorytu węglowego, który składał się z czystego antracytu. Pochodził on z układu planetarnego Proximy i był on szczątkiem planety, którą zniszczyli mieszkańcy tego układu w trakcie jego przebudowywania. Kto wie, czy obaj Autorzy nie trafili w dziesiątkę, a pisarska intuicja nie odbiegła od rzeczywistości???... Może TM rzeczywiście był tylko nie dość, ze przybyszem z innego układu planetarnego, to jeszcze został on w sposób niezamierzony wysłany w Kosmos przez naszych Braci w Rozumie???...

W dniu 17 lipca 2001 roku, otrzymałem list od znanego warszawskiego ufologa Kazimierza Bzowskiego, który podaje w nim kilka ciekawych faktów mających związek z TM. Pozwól Czytelniku, że zaprezentuję go z niewielkimi skrótami, bo jest wart tego...



[1] Wybuch tunguski.
[2] W dniu 15 sierpnia 1663 roku.
[3] Podobna zasada kieruje działaniem bomby paliwowo-powietrznej, która jest bronią o sile rażenia porównywalnej z małokalibrową bronią jądrową.
[4] Niektórzy badacze komet twierdzą, że ich głowy zawierają bardzo silny materiał wybuchowy - azobenzol - N2C12H10, co może tłumaczyć ich wybuchowy rozpad czy dzielenie się jąder komet.
[5] I składu chemicznego przede wszystkim...
[6] A co z plastycznością litej skały???... - przyp. R. Rz.
[7] „Bolid Tunguski to planetoida”.
[8] „Co to było???”
[9] Ilość części na milion.