środa, 27 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (27)


12. K. Bzowski - KOSMOLOT ALBO... WIELKI SMOK?

Latem 1980 roku, w drugim programie TVP, w programie Wandy Konarzewskiej pt. „Poczta do Klubu Alfa” poruszona była zagadka TM. Wówczas prowadząca zwróciła się do telewidzów z prośbą, by każdy, który ma jakieś własne zdanie na ten temat spisał go i przesłał do TVP. Nagryzmoliłem wówczas 8-stronicowy elaborat formatu A-4 i wysłałem. Ku mojemu zdumieniu, po dwóch miesiącach okazało się, że wybrano sześć najciekawszych wypowiedzi, a wśród nich moją i autorów zaproszono do studia na kolejny program o tym zdarzeniu, a oto w skrócie mój pogląd:
Statek kosmiczny o napędzie jądrowym wszedł w atmosferę Ziemi z zamiarem lądowania, ale jego czujniki wykryły, że teren przeznaczony do lądowania (tajga) jest w istocie zbitą masą żywej substancji. Automatyczne zabezpieczenia statku - zakazujące zniszczenia życia - zadziałały i statek z lotu schodzącego ku Ziemi, usiłował wyrwać się wzwyż. Wówczas strumień odrzutu uderzył w tajgę, powodując powalenie drzew na dużym obszarze i wydłużonym, torem.
Gwałtowne olbrzymie przeciążenie spowodowało wadliwą pracę urządzeń i w rezultacie eksplozję reaktora jądrowego. Dlatego na Ziemi nie znaleziono szczątków obiektu, zaś drzewa stojące pionowo w epicentrum wybuchu potwierdzają taką wersję wydarzeń. Trwające długo napromieniowanie terenu promieniami gamma również to potwierdza.
Ogólnie biorąc - mój obecny pogląd na sprawę niewiele się zmienił, z tym tylko, że to co eksplodowało nie było „głównym obiektem”, który wszedł w Układ Słoneczny, ale statkiem zwiadowczym, mającym rozpoznać warunki lądowania, reakcję mieszkańców [Ziemi], itp. Tylko on uległ awarii i wybuchł wskutek reakcji jądrowej. Podobnego zdania jest także inż. Miłosław Wilk, którego rysunek lądownika zamieściłem w mojej książce pt. „Sieć Wilka” na s. 133. według niego był to zwiadowca automatyczny, bezzałogowy.
Jesienią 1980 roku, w TVP-2 odbyło się spotkanie przed kamerą tych zaproszonych osób. Między nimi był pan Józef Skarżyński ze Zduńskiej Woli, który wówczas miał lat 80, a który jako 8-letni chłopiec przebywał z ojcem na zesłaniu (po rewolucji 1905 roku) w miejscowości odległej o 760 km od Podkamiennej Tunguskiej, i w momencie zdarzenia szedł właśnie do szkoły... Na program przyjechał z dwoma wnuczkami, które się nim opiekowały. Jest to jak dotychczas jedyny żywy świadek zdarzenia, którego udało mi się spotkać. Szkoły tamtejsze przed rewolucją bolszewicką były czynne wiosną i latem (bez letnich wakacji), gdyż tylko w tych okresach można się było do nich pieszo dostać. Mały Józio miał do szkoły około 2 km. Poniżej podaję jego relację, która zanotowałem w trakcie programu:
Kiedy szedłem w stronę szkoły, zrobiło się nagle tak cicho, że nie było słychać ani śpiewu ptaków, ani poszumu wiatru... Mimo woli szedłem coraz wolniej, wsłuchując się w tą ciszę... Cały świat dookoła pożółkł. Wszystko zrobiło się żółte... niebo, moje ręce, drzewa i liście na nich... W przerażeniu stałem i patrzyłem, nie rozumiejąc, co się dzieje. Nie wiem, jak długo to trwało... ale zobaczyłem jak kolor otoczenia zmienia się na pomarańczowy... Wówczas zawróciłem i pobiegłem ku swojemu domowi. Był tam mój ojciec i kilkoro sąsiadów, takich samych zesłańców. Ojciec kazał pozasłaniać wszystkie okna i nawet lustra, zapalono świece...
Ojciec kazał, abym nigdzie się nie oddalał i modlił się razem z nimi, bo oni myśleli, że zbliża się koniec świata, ale kto by mnie upilnował! Korciło mnie zobaczyć, co się dzieje na dworze. Przez szparę w chuście zasłaniającej okno zobaczyłem, jak całe otoczenie stopniowo zmienia barwę - poprzez czerwoną do ciemno-buraczkowej, brązowej i czarnej. Mimo, że wszystko było czarne, nie było ciemno. Skądś padało srebrzyste światło. Nie upilnowali mnie, wydostałem się na dwór... i widziałem: na horyzoncie od ziemi, aż hen w niebo widać było jakby lejący się z góry „wodospad” - jakby świecącego, roztopionego metalu... - ale wszystko naokoło było czarne. To wszystko trwało aż do późnego popołudnia, około ośmiu godzin.

---oooOooo---

Wybacz Czytelniku dygresję. O takich ciemnościach w środku dnia wspomina wiele osób - w tym mój dziadek - które przeżyły TF. Czy nie przypomina to opisu nalotu na Ziemię tajemniczej Czarnej Chmury z powieści Freda Hoyle’a „The Black Cloud”? W takim przypadku okazałoby się, że TM towarzyszył gęsty obłok materii kosmicznej, który również został wciągnięty mocą grawitacji naszej planety w atmosferę i częściowo w niej spłonął... Ta historia daje do myślenia, bo wtedy musielibyśmy przyjąć, że istnieją roje meteorytowe i wędrujące z prędkościami hiperbolicznymi obłoki kosmicznego „kurzu”, być może nawet pochodzenia organicznego, które od czasu do czasu nawiedzają Układ Słoneczny i mogą spowodować zjawisko Wielkich Wymierań czy Epoki Lodowe???...
Wróćmy jednak do listu Kazimierza Bzowskiego:

---oooOooo---


Sprawa numer dwa: ustalenie daty zdarzenia poprzez przesłuchiwania okolicznych Tunguzów (Ewenków) przez ekspedycję Leonida Kulika w 1927 roku i później. Moim zdaniem   n i e   m o g l i   oni pamiętać „zdarzenia z 30 czerwca 1908 roku” z tej prostej przyczyny, że   n i e   z n a l i   takich pojęć, jak: „kalendarz”, „miesiąc czerwiec”, i „data”. Mogli i z pewnością pamiętali inne zdarzenia na niebie, które   m o g l i   zapamiętać, ale o których z kolei   n i e   m u s i a ł   wiedzieć Kulik. Dlaczego? 10 - astronomia ówczesna nie stała tak wysoko, jak obecnie, i 20 -   b o   n i e   b y ł o   w ó w c z a s   k o m p u t e r ó w .
 Podaję dane uzyskane z astronomicznego programu komputerowego, a które dotyczą zaćmień Słońca w zbliżonym okresie, przy czym parametry dokonywania obserwacji wprowadziłem jako „Podkamienna Tunguska”, lokalizacja przybliżona - 65o N i 95oE bo nie znam dokładnej. Poziom 200 m n.p.m. Czas według GMT - stąd może wydawać się dziwnym wschód słońca po południu...[1]
Kolorem niebieskim wyróżniono zaćmienie Słońca, które mogli zapamiętać Tunguzi. Dla nich zdarzenie to wyglądało, jakby Wielki Smok zjadał Słońce, stąd datowanie jest nieco inne, niż u obserwatorów europejskich czy amerykańskich.
A zatem albo kosmolot, albo... - Wielki Smok!

Warszawa, 12 lipca 2001 roku

---oooOooo---

Hmmm... - koncepcja kosmolotu w wydaniu Kazimierza Bzowskiego, to wariant hipotezy A-14 z KANONU HIPOTEZ O TM Priwałowa. Interesujące jest w niej to, że lądownik Obcych zepsuł się i eksplodował. A może Obcy chcieli lądować na Gobi, ale źle obliczyli i Ich lądownik po prostu uległ katastrofie kilkaset kilometrów dalej na północ, niż zamierzyli?...
Tunguzi, podobnie jak plemiona Afryki czy australijscy Aborygeni, nie znają pojęcia czasu w naszym tego słowa rozumieniu. Tym niemniej nie wyobrażam sobie, by mogli zrobić zbitkę dwóch wydarzeń: zaćmienie Słońca i spadek TM w jeden TF. Nie, takie coś jest bardzo mało prawdopodobne. Poza tym przecież oba zjawiska były obserwowane przez wykształconych Rosjan, Polaków, Chińczyków i innych ludzi przebywających na tych terenach, na znacznym terytorium Rosji i Mongolii oraz Chin. I to niezależnie od siebie. Tak więc hipoteza ta, plasująca się w grupie hipotez D w KANONIE... nie wydaje się być trafna, aczkolwiek błędem byłoby nie wzięcie jej pod uwagę w naszych rozważaniach.
A teraz kolejny autor i kolejny punkt widzenia...



[1] Czas lokalny Podkamiennej Tunguskiej = GMT + 7h.