wtorek, 26 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (26)


11. R. Rzepka - HIPOTEZA NR 86: METEORYT ORGANICZNY?





Nigdy nic nie wiadomo, co komu pisane... - przypomniałem sobie polskie porzekadło, czytając list od Roberta Leśniakiewicza - człowieka niezwykłej pasji, niekwestionowanego znawcę wielu dziedzin wiedzy z tzw. „pogranicza”. A napisane mi było ręką pana Roberta, że muszę „popełnić” wypracowanie pt. „Czym był meteoryt tunguski?”

Na Boga (!), gdybym wiedział z całą pewnością, czym był ten niezwykły przypadek i dawno temu już to ogłosił, uratowałbym wiele setek , może tysiące hektarów lasu przerobionych na papier, na który przelano wiele setek „pewnych” teorii. Mało tego, pan Robert zafiksował moje nazwisko w projektowanej książce, jako głos specjalisty-meteorytologa. Nie jestem formalnie  specjalistą w tej dziedzinie, ale cos niecoś znam się na chemii i od lat zgłębiam dla rozrywki tajemnice spadających z nieba kamieni, z nieukrywana tremą zdecydowałem się opisać moje przemyślenia na temat wielkiej zagadki fenomenu tunguskiego.

Niejako na usprawiedliwienie swojej decyzji przypomniało mi się znane powiedzenie  Georgesa Clemenceau: „Wojna jest zbyt poważną rzeczą, by powierzać ją generałom”. Nie będąc „generałem”, z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że pojmuję „generalskie” specjalistyczne punkty widzenia w tej sprawie. W rozwikłaniu tajemnicy TM wydaje się przeszkadzać sztywne podejście do zasad kosmicznej mechaniki, wykluczającej możliwość międzygalaktycznej wymiany materii. Ja mogę pozwolić sobie na odmienny pogląd w tej sprawie. Tak na marginesie, naturę TF lepiej oddaje używany w literaturze anglojęzycznej termin „Tunguska blast”[1], bo trafniej oddaje aktualny stan wiedzy na ten temat.

Nie można traktować wydarzenia w zakolu rzeki Podkamienna Tunguska jako jedynego w swoim rodzaju ewenementu w oderwaniu od innych - nieraz na pozór odległych wydarzeń, zjawisk czy znalezisk. Warto w tym miejscu przypomnieć obserwację spektakularnego wydarzenia  w miejscowości Roboziero[2] pod Moskwą. Tam, w monastyrze św. Kiriła (Cyryla) zachowały się do czasów współczesnych protokoły przesłuchań świadków, naocznych obserwatorów zjawiska polegającego na opadaniu z bezchmurnego nieba prosto na taflę jeziora Roboziero płonących żagwi jakiejś materii. Kiedy na początku XIX wieku badania wybitnego uczonego Chladniego potwierdziły realność meteorytów, próbowano wyjaśnić zagadkę Roboziero jako upadek meteorytu. Uznano to jednak za fałszywy trop, gdyż płonąca na jeziorze materia, gdyby była meteorytem, to raz gasnąc nie zapalałaby się wielokrotnie i to na powierzchni wody, płonąc w sumie półtorej godziny. A właśnie precyzyjnie udokumentowane zjawisko świadczy niezbicie o jednym! - na taflę Roboziera spadły szczątki meteorytu organicznego i dokładnie tak powinno wyglądać całe zjawisko, jak to zostało opisane w kronikach klasztoru św. Cyryla.



Użyłem terminu    m e t e o r y t   o r g a n i c z n y ,   którego nauka nie zna, bo... takich meteorytów nie ma. Czy jednak?

Zjawisko Roboziero dość łatwo wytłumaczyć tego typu materią. Mieszanina wielu związków organicznych - o których dalej - z natury ma ciężar właściwy mniejszy od ciężaru właściwego wody, a więc musi się na niej unosić. Zmrożona i zestalona masa  takiego meteorytu stopniowo uwalniała swe ciekłe i lotne składniki, które coraz to zasilały palną mieszaninę i tlące się jego składniki mineralne - np. siarczki żelaza - które mogły z dużym prawdopodobieństwem się tam znajdować. Rdzawo-brunatne plamy na wodzie mogły tylko świadczyć o utlenianiu się siarczków.

Mogło tam wystąpić także i inne zjawisko. Dociążona składnikami mineralnymi bryła meteorytu organicznego mogła pogrążyć się w toń jeziora, uwalniając w wodzie swe gazowe frakcje, które w oczywisty sposób wypływając gazowymi bąblami na powierzchnię zasilały płonącą na powierzchni substancję.

14 stycznia 1993 roku, o godzinie 18:50 w Jerzmanowicach pod Krakowem, „grom z jasnego nieba” bezlitośnie obnażył doktrynalne podejście do tego typu zjawisk. A był to także meteoryt organiczny, jakich... „nie ma”. Inne czasy, inna enklawa cywilizacyjna. Tu meteoryt ujawnił następną swoją cechę, której wcześniej - w przypadku Roboziera - nie mógł ujawnić. Wybuchając w Jerzmanowicach rozproszył nad tamtejszą okolicą koloidalne cząsteczki węgla (sadzy, grafitu), które niczym bomby grafitowe zrzucane na Belgrad w czasie ostatniej wojny na Bałkanach, pustoszyły ze znanymi skutkami okoliczna infrastrukturę elektro-energetyczną.

Kiedyś przed laty przypadkowo znalazłem w okolicy niezwykły kamień. Jego niepospolity wygląd i moja intuicja mówiły mi o zgoła nieziemskim jego pochodzeniu. Ale to osobna historia.  Jednak ten epizod sprawił, że od tamtego czasu te „nieziemskie skarby” stały się moim nieuleczalnym hobby.

W wolnych chwilach - których jakby coraz mniej - włóczę się po mazurskich pustkowiach poszukując niezwykłych kosmicznych gości.

Udało mi się znaleźć kilka okazów dziwnej materii, tak dziwnej, że w zasadzie nikt nie wie, co to jest!... Oczywistą więc koleją rzeczy było, że wysyłałem (i uparcie wiedząc swoje - czynię to nadal) próbki znaleziska do ludzi, którzy powinni je szybko zidentyfikować.  Zapewniam, że w większości dotyczyło to największych sław w dziedzinie badania materii pozaziemskiej. Spotykałem się generalnie z dużą życzliwością ze strony tych ludzi, za co jestem im bardzo wdzięczny.

Cóż jednak z tego, okazywało się, że ta sama próbka w zależności od... kontynentu, na którym ją badano była: odpadem poprzemysłowym, świeżym tufem wulkanicznym, jakimś bliżej nie określonym produktem procesów glebotwórczych... Mogłaby być i meteorytem, ale... nie jest - taką „ekspertyzą” również dysponuję! A wszystko przez to, że drobiny metalicznego żelaza znajdującego się w dziwnej materii nie zawierają niklu. Drobiny żelaza znalezionego na terenie wybuchu tunguskiego również nie zawierają niklu. Wspomnieć tu należy, że misje Apolla 11-17 przywiozły próbki regolitu księżycowego, w którym drobne strzępki metalicznego żelaza również nie zawierają niklu. Brak tego pierwiastka dyskwalifikuje próbki co do dalszych szczegółowych badań, jak np. skład izotopowy tlenu w jego związkach, jak w krzemianach czy tlenkach. Byłoby to w zasadzie badanie rozstrzygające, bo proporcje trzech jego izotopów: 16O : 17O : 18O są tak niepowtarzalne w każdym miejscu Kosmosu, jak linie papilarne u każdego człowieka.

Siłą więc rzeczy nie zbadano nigdy w próbce materii organicznej, którą można wyczuć organoleptycznie - na węch. A materia ta przypomina bardzo opisana w literaturze fachowej materię, jaka powinna znajdować się w przestrzeni międzygwiezdnej! Dotyczy to głównie mieszaniny wielowęglowych policyklicznych węglowodorów aromatycznych, określanych powszechnie przyjętym angielskim skrótem PAHs.

Znaną cechą tego typu związków chemicznych jest ich wybuchowe spalanie  (utlenianie) w określonych warunkach, szczególnie w stanie dużego rozdrobnienia do postaci zawiesiny powietrzno-koloidalnej.[3] W tym miejscu warto wspomnieć o niezwykłych ludziach z NASA Ames Research Center i ich dotychczasowych osiągnięciach. Stwierdzili oni mianowicie, że  w przestrzeniach międzygwiezdnych znajdują się nieprzebrane ilości związków organicznych będących efektem złożonych procesów fotochemicznych tam zachodzących.  Drobiny pyłu międzygwiezdnego, ci sympatyczni może trochę niekonwencjonalnie pracujący panowie Max Bernstein i Lou Allamondola, pozyskują z górnych warstw atmosfery ziemskiej przy pomocy legendarnego samolotu U-2 lub zgoła łażąc po dachach (dosłownie!) wyciągają go z rynien deszczowych.

Okazuje się więc, że pył międzygwiezdny zawierający szereg związków organicznych dociera do Ziemi!

Wspomniany zespół wysunął pionierską teorię, że źródłem pochodzenia niektórych meteorytów są komety odwiedzające nasz Układ Słoneczny.   J e s t   t o   a b s o l u t n a    h e r e z j a !  - gdyż dotąd uważano, że wszystkie meteoryty - z wyjątkiem Marsjańskich i Księżycowych - pochodzą z Pasa Planetoid, a węgliste z zewnętrznej jego części - tej bliższej Jowisza.

Jestem przekonany, że wkrótce i ten dogmat - również dzięki badaniom wspomnianych naukowców - zostanie obalony, udowodnione zostanie, że meteoryty węgliste, a w szczególności ich frakcja organiczna, pochodzą spoza Układu Słonecznego. Niezwykle ciekawymi okazały się meteoryty węgliste: Murchinson (Australia), który spadł na Ziemię we wrześniu 1969 roku oraz meteoryt węglisty Tagish Lake (Kanada), który wylądował w jeziorze o tej nazwie w dniu 18 stycznia 2000 roku.

Okazało się, że te meteoryty zawierają wiele różnorodnych związków, które rozpylone w powietrzu mogą stworzyć niezwykle silne mieszaniny wybuchowe.[4] Meteoryty te zawierają od kilku do kilkunastu procent substancji organicznej zmieszanej z frakcją mineralną. Łatwo więc zauważyć, że możliwa jest zawartość substancji organicznej przekraczającej znacznie 50% masy obiektu. Trudno by je było nazwać inaczej, niż              m e t  e o r y    o r g a n i c z n e.   W dotychczasowej klasyfikacji „nieziemskich kamieni” taki termin nie występuje, bo po prostu dotychczas takich kamieni nie zidentyfikowano.

Nie zidentyfikowano, bowiem a priori zakłada się, że obiekty tego typu, nawet gdyby istniały w przestrzeni kosmicznej, to z racji swej delikatności[5] nie mają szans na przedarcie się przez ziemską atmosferę. Obowiązuje pogląd, że wyłącznie meteoryty kamienne lub żelazne są w stanie przedrzeć się przez atmosferę i lądować na powierzchni Ziemi. Zapomina się w tym momencie o bardzo ważnej sprawie - o współczynniku przewodzenia ciepła. Meteoryt żelazny przelatując przez atmosferę w wyniku tarcia o powietrze szybko rozgrzewa swoją powierzchnię, topi się i spala z o wiele większą intensywnością, niż słabo przewodząca ciepło skała, i w dodatku niepalna.

Jeszcze inaczej może zachowywać się przy spadku gruda głęboko zmrożonych mieszanin płynnych związków organicznych. Jeden z najbardziej znanych meteorytów organicznych - Orgueil - jest tak kruchy i delikatny, że wielu badaczy dziwi się, w jaki sposób mógł on przeżyć morderczy lot przez naszą atmosferę. Ano mógł, bo   d z i ś   jest on porowaty, ale kiedy opuszczał zimną pustkę Kosmosu, to w jego dzisiejszych porach znajdowały się płynne i lotne, zmrożone składniki, które sprawiły, ze wcale nie był on kruchy i delikatny, a wręcz odwrotnie!

Co do faktu, że sprawcą wybuchu tunguskiego był Kosmiczny Przybysz panuje ogólna zgoda. Trudno zresztą mieć inne zdanie na ten temat. Jaka jednak była natura tego przybysza, czym on był, to już zupełnie inna sprawa, tu gama propozycji jest bardzo szeroka: od katastrofy załogowego statku kosmicznego UFO, czarnej dziury, kłębka antymaterii do planetoidy i komety.

Nauka przyjęła ostatecznie jako obowiązującą wersję, teorię sformułowana przez trzech amerykańskich badaczy: C. F. Chybę, P. J. Thomasa i K. J. Zahniego. Dziwić jednak może, że teoria tu wspomnianych panów generalnie nie uwzględnia oczywistych, niezaprzeczalnych faktów związanych z wielkim wybuchem tunguskim, a nawet w wielu miejscach stoi w oczywistej sprzeczności z nimi. Założyli oni mianowicie, że przyczyną wybuchu tunguskiego było wdarcie się w atmosferę Ziemi masywnej planetoidy pochodzącej z pasa planetoid pomiędzy Marsem a Jowiszem. Pomijając wiele szczegółów tej teorii warto zwrócić uwagę na to, że planetoida, o której mowa, miałaby mieć średnicę 60 m i weszła w atmosferę z prędkością około 15 km/s. Takie parametry dobrano, bo potrzebne były aby uzyskać potrzebą energię fali uderzeniowej!...

Według nich, planetoida eksplodowała na skutek wytworzonego gradientu ciśnienia w obiekcie. Proponowana przez Chybę kamienna planetoida dążyła do spłaszczenia się w coś na kształt „placka”[6], w efekcie czego zmieniła kształt.(!) to rozszerzanie się zwiększało opór atmosferyczny do tego stopnia, że obiekt rozpadł się wybuchowo

Zarysowane w skrócie sedno tej teorii C. F. Chyba ogłosił na łamach prestiżowego „Nature”. Przyklasnęły teorii Chyby - de facto ogłaszając ją jako niepodważalny fakt - fachowe czasopisma, w tym „Sky & Telescope” nr 3,1993 - opatrując artykuł na ten temat tytułem „Tunguska: An Asteroid”[7]. I na tym współczesna nauka postawiła przysłowiową kropkę nad „i”.

Odrzucona tym samym została obowiązująca dotąd teoria uwzględniająca wtargnięcie w atmosferę ziemską jakiejś części komety. Wszelkie w takich przypadkach kontestacje, a szczególnie ze strony nieprofesjonalistów, to profanacja wielkich nazwisk i owoców ich intelektualnego wysiłku - Roma faculta, causa finita!

A ja, bezczelny profan, - i to do tego „egzoprofan” za moim ulubionym Asimovem - zaszyty w ciszy mazurskiego miasteczka, późną nocą piszący te słowa - śmiem nie zgodzić się z panem C. F. Chybą i jego zespołem!   O n i    p o   p r o s t u   s i ę    m y l ą !   Jedno, z czym mogę się zgodzić, to fakt, że sprawcą wielkiego wybuchu tunguskiego był kosmiczny przybysz.

Trochę o historii badań obiektu tunguskiego. Pierwszym, który próbował wydrzeć Naturze wielką tajemnicę z 1908 roku był Leonid Kulik. Ten skromny, młody pracownik  Muzeum Mineralogii w Moskwie zdaje się być pierwszym człowiekiem, który pokonując ciernistą (dosłownie i w przenośni) drogę ogarnął swym wzrokiem ze szczytu góry Szacherma niewyobrażalny przez swą skalę obraz ogromu zniszczeń.

Pierwsza ekspedycja Kulika z racji nieznajomości warunków i terenu była krótka, ale owocna. Uściśliła dane kartograficzne terenu, opisała widoczne skutki zniszczeń drzewostanu, charakterystyczne cechy zniszczeń, ale najważniejszym - co stwierdził Kulik - to był brak krateru uderzeniowego. Po tak gigantycznym wybuchu niepojętym było, że go tam nie ma! Niektóre źródła podają, że Kulik poszukując tam spodziewanych brył kosmicznego żelaza w ogromnych ilościach, których oczywiście nie znalazł - ani on, ani  nikt po nim - znalazł przy pomocy magnesu niezwykle drobne strzępki metalicznego żelaza. Późniejsze badania laboratoryjne odrzuciły ich związek z wielkim wybuchem! Tak się składa, że najaktywniejszą grupę w badaniu tego zjawiska stanowią Rosjanie (trudno się zresztą temu dziwić). Niektórzy z uczonych z Uniwersytetu w Tomsku i Moskwie poświęcili całe swe twórcze życie w próbie odpowiedzi na pytanie: Что это было???[8]

Dr A. P. Bojarkina z Tomska brała udział w ponad 35 wyprawach nad Podkamienną Tunguskę, co sprawiło, że dłużej przebywała właśnie tam, niż w swej pracowni na Uniwersytecie. Jej wyprawom nauka może wiele zawdzięczać, a jeśli chodzi o pozyskiwanie materiału badawczego  w postaci próbek roślinności, gleby, itd. - to nie ma chyba sobie równych. Mimo wszystko jej ogromny zapał i trud nie zaowocował spektakularnymi odkryciami. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie studiując literaturę na ten temat.

Ortodoksyjne podejście wielu uczonych mających zakodowane w głowach kratery poimpaktowe, tony kosmicznych skał i żelaznych brył zawierających > 5% niklu i paru jeszcze innych prawd, ale odnoszących się w końcu do małego odcinka ogromu różnorodności materii kosmicznej wydają się nie zauważać dowodów wskazujących na prawdziwą naturę kosmicznego przybysza.

Wydaje się wręcz, że niektóre fakty zdają się być niewygodne, dyskretnie omijane.

No bo co począć, gdy nie ma tego, co być „powinno”, a jest to, czego „być nie powinno”?! Szczegółowe badania gruntu ujawniły w nim nienaturalnie wysoką koncentrację szeregu rzadkich pierwiastków.

Ta „nienaturalnie” wysoka ich zawartość, to oczywiście skala ppm[9] - albo µg/g. bardzo charakterystyczną cecha ich występowania jest to, że obszary koncentracji tworzą wiele oddzielnych punktów. Świadczyć to może o jednym, że pierwiastki dotarły do Ziemi podczas wielu równocześnie eksplodujących, ale oddzielnych „ładunków”.  Wspomniałem o faktach kłopotliwych - pierwiastki te nie pasują we wzajemnych proporcjach ilościowych do żadnego ze znanych kosmicznych obiektów. Nie pasują, bo nie mogą pasować!...

W pokładach tamecznego torfu, w  warstwie z 1908 roku odkryto kłopotliwy szczegół - a mianowicie sadzę, czyli bezpostaciowy węgiel. Jak dotychczas nie jest znane żadne naturalne zjawisko tego typu, w którym coś takiego się tworzy.  No bo niby skąd sadza, jeśli eksplozję powoduje wyłącznie gradient ciśnienia między częścią czołową bryły żelaza lub skały, a jej tylną częścią? Wiadomo jednak, że taka forma bezpostaciowego węgla tworzy się podczas spalania np. węglowodorów - dotyczy to również spalania PAHs - w warunkach deficytu tlenowego.

W warunkach optymalnych, wspomniane związki spalają się do CO2 i H2O. Sadzę znaleziono, bo po prostu powinna tam być!...

Wspomniałem, ze szczególnie kłopotliwym i konsekwentnie   p r z e m i l c z a n y m   w literaturze fachowej jest fakt znalezienia na terenie eksplozji drobin czystego, metalicznego żelaza i milimetrowej wielkości kuleczek będących prawie czystą stopioną (amorficzną) krzemionką (SiO2) z niewielkimi domieszkami krzemianów metali, ale tylko do żelaza włącznie.

Te dziwne rzeczy znaleziono tam, bo powinny tam być!... Piszę ten akapit w tonie nieco ironicznym. Urażonych tym faktem przepraszam, ale jakoś inaczej trudno mi wyartykułować bez emocji swoje na ten temat zdanie.

Scenariusz wydarzenia rankiem 30 czerwca 1908 roku nad syberyjską tajgą wyglądał zapewne tak:

Ku Ziemi, wbrew woli i zakazom astronomów mknie z otchłani międzygwiezdnych meteoroid organiczny znacznych rozmiarów.

Zbudowany jest głównie z budulca tam się znajdującego, a więc w przeważającej części składa się z wysokoenergetycznych związków węgla i wodoru. „przyprawiony” jest niewielką ilością pyłów  krzemianowych i drobin czystego żelaza pochodzącego z eksplodującego gdzieś nadolbrzyma, w którym proces syntezy nuklearnej przebiega w ten sposób, że końcowym produktem są różne typy pierwiastków ciężkich, takich jak węgiel, magnez, krzem, siarka oraz żelazo. Nadolbrzymy osiągają kres swego życia - wybuchają, gdy w ich jądrach odłoży się duża ilość żelaza. Dalszy szereg pierwiastków tworzy się w wyniku swoistej kosmicznej przemiany materii, w której to produkty nadolbrzyma są składnikami wyjściowymi nowych procesów akrecyjnych.

„Szczęśliwym” trafem lot egzotycznego przybysza galaktycznego przebiega  po stycznej do orbity Ziemi, a kierunek lotu meteoroidu zgodny jest z ruchem orbitalnym naszej planety. Dopędza mknącą po swej orbicie z prędkością około 30 km/s Ziemię. Następuje relatywne w stosunku do Ziemi zmniejszenie prędkości meteoroidu - na tyle, że ziemska grawitacja przechwytuje galaktycznego gościa i kieruje go ku swej powierzchni. Meteoroid przedzierając się przez gęstniejące warstwy atmosfery traci znaczną część swej masy i prędkość. W tym miejscu astronomowie mówią, że obiekt o niskim ciężarze właściwym, delikatny i kruchy nie a szans na przedostanie się przez atmosferę. A więc co? - świadom swej mizerii, wystraszony, powinien zawrócić?! - a co na to Mr. Newton?

Jednak w tym momencie taki delikatny i kruchy, to on nie był! Była to twarda, głęboko zamrożona mieszanina składników, o których wspomniałem wcześniej, a na dodatek o niskiej przewodności cieplnej. Wytworzony w obiekcie gradient ciśnienia osiągnąwszy krytyczną wielkość, rozrywa na kawałki cały obiekt - i to jest początek długiej, parosekundowej eksplozji. Poszczególne fragmenty ciała macierzystego, targane ogromnymi turbulecjami ulegają dalszemu rozpraszaniu się.

W końcu ku Ziemi mknie gigantyczny obłok pyłowo-powietrzny. Zmieszany z powietrzem zapala się i eksploduje nad syberyjską tajgą. Na ziemię opadają stopione w tym piekielnym żarze zastygające kropelki krzemianowe, mineralny międzygwiezdny pył, żelazne metaliczne strzępki. Wszystko to miesza się z wodą wytworzona w ogromnych ilościach podczas wybuchu i tworzy brudny, błotnisty deszcz.

W tym błotnistym deszczu na ziemię opada również i sadza - czysty bezpostaciowy węgiel - jako rezultat niedokładnego spalenia się części substancji organicznych - głównie węglowodorów.

Gwałtowność rozpraszania się meteorytu nie pozwoliła na dokładne wymieszanie się jego pyłów i aerozoli z powietrzem, a ponadto w całej przestrzeni objętej dezintegracją obiektu było po, prostu zbyt mało tlenu do zrównoważenia reakcji - tj. do całkowitego spalenia węgla.

Pobieżnie przedstawiona tu analiza wyników badań terenu Podkamiennej Tunguski pozwala na sformułowanie tezy, że przyczyna gigantycznej eksplozji z 30 czerwca 1908 roku było wtargnięcie w ziemska atmosferę gigantycznego, kilkudziesięciometrowej średnicy meteoroidu zbliżonego składem do Meteorytu Orgueil, ale ze znacznie wyższą zawartością  - sięgającą 80-90% - substancji organicznych, głównie związków węgla i wodoru.

Zapomniany już przypadek tajemniczej eksplozji w Jerzmanowicach koło Krakowa zdaje się być podobnie jak TM również „niewyjaśnialny”. Przecież to są bliźniacze - pomijając skalę - przypadki! Gdyby nauka zadała sobie choć trochę trudu, zapewne była szansa znalezienia na izolatorach linii elektro-energetycznych cząstek węgla odpowiedzialnych za charakterystyczne uszkodzenia w instalacjach i urządzeniach elektrycznych na terenie objętym tajemniczym zjawiskiem. A może warto pogrzebać i w rynnach?...

Krążące po orbitach kolizyjnych z Ziemią tysiące większych lub mniejszych planetoid, to realne zagrożenie dla naszej planety, ale nie śmiertelne!

Kres wszystkiemu położy międzygwiezdny, nieproszony - a może oddelegowany! - gość, złakniony naszego ziemskiego tlenu. Wydaje się, że TM to tylko maleńki zwiadowca przyszłej wizyty.

Giżycko, 24.06.2001 r.



---oooOooo---



Brrr... - czytając ostatni akapit artykułu pana Romana Rzepki człowiekowi robi się duszno i zimno. Byłabyż to prawda? Spójrzmy na to chłodno i bez emocji. Czy takie coś się już nie wydarzyło? Jakiś węglowodorowy zmarznięty na kość pocisk kosmiczny uderzył w Marsa, przekształcając tlen z jego atmosfery w dwutlenek węgla i wskutek efektu cieplarnianego spowodowało to jego wyżarzenie i odparowanie wody z jego oceanów. Stanęły w swym ruchu kontynenty, a nad „gorącymi punktami” zaczęły tworzyć się gigantyczne wulkany tarczowe: Olympus Mons (Nix Olympica), Arsia Mons, Ascraeus Mons, Pavonis Mons czy Elysium Mons...  - których emisje pogłębiły tylko efekt szklarni. Ten impakt mógł wydarzyć się około 100.000 lat temu - pod koniec Trzeciorzędu. To samo mogło spotkać i Wenus...

A teraz z innej beczki. Punktem startowym świetnej powieści Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki pt. „Proxima” jest odkrycie meteorytu węglowego, który składał się z czystego antracytu. Pochodził on z układu planetarnego Proximy i był on szczątkiem planety, którą zniszczyli mieszkańcy tego układu w trakcie jego przebudowywania. Kto wie, czy obaj Autorzy nie trafili w dziesiątkę, a pisarska intuicja nie odbiegła od rzeczywistości???... Może TM rzeczywiście był tylko nie dość, ze przybyszem z innego układu planetarnego, to jeszcze został on w sposób niezamierzony wysłany w Kosmos przez naszych Braci w Rozumie???...

W dniu 17 lipca 2001 roku, otrzymałem list od znanego warszawskiego ufologa Kazimierza Bzowskiego, który podaje w nim kilka ciekawych faktów mających związek z TM. Pozwól Czytelniku, że zaprezentuję go z niewielkimi skrótami, bo jest wart tego...



[1] Wybuch tunguski.
[2] W dniu 15 sierpnia 1663 roku.
[3] Podobna zasada kieruje działaniem bomby paliwowo-powietrznej, która jest bronią o sile rażenia porównywalnej z małokalibrową bronią jądrową.
[4] Niektórzy badacze komet twierdzą, że ich głowy zawierają bardzo silny materiał wybuchowy - azobenzol - N2C12H10, co może tłumaczyć ich wybuchowy rozpad czy dzielenie się jąder komet.
[5] I składu chemicznego przede wszystkim...
[6] A co z plastycznością litej skały???... - przyp. R. Rz.
[7] „Bolid Tunguski to planetoida”.
[8] „Co to było???”
[9] Ilość części na milion.