czwartek, 28 czerwca 2012

BOLID SYBERYJSKI (28)


13.Marcin Mioduszewski - METEORYT TUNGUSKI: WIELKA EKSPLOZJA I WIELKI PROBLEM





„Niczym jest to, że dzieją się różne rzeczy.

Wszystkim zaś to, że się o nich dowiadujemy”

                                                                  Egon Friedell



         Kiedy zaproponowano mi wyrażenie swojego zdania w niniejszej pracy bardzo się ucieszyłem, że będę miał zaszczyt wypowiedzieć się obok tak znakomitych badaczy i naukowców. Z drugiej strony jednak nabrałem pewnych obaw. Związane były one z faktem, że temat ten jest niezwykle złożony i zawiły. Przygotowując się do napisania tych słów postanowiłem więc jeszcze raz przejrzeć dostępne mi materiały na temat Wybuchu Tunguskiego, a także dogłębnie zapoznać się z gotową częścią skryptu samego „Bolidu Syberyjskiego”, który mi udostępniono.

         Mocno postanowiłem sobie, iż tym razem wreszcie za wszelką cenę postaram się do tego incydentu jednoznacznie ustosunkować i opowiedzieć, za jedną z hipotez. Już po kilku godzinach wertowania różnych materiałów szybko zdałem sobie jednak sprawę, że takie mniemanie było co najmniej naiwne. Wręcz przeciwnie, im dokładniej poznawałem wyniki badań i analiz, tym większy zamęt powstawał w mojej głowie. Wreszcie stwierdziłem, iż nie tylko nie dojdę do jednoznacznego poglądu, ale także coraz bardziej jestem odległy od jakiekolwiek zdania na temat zdarzenia które potrząsnęło Syberią 30 czerwca 1908 roku.

         Gwoli wyjaśnienia pragnę nadmienić, że jako członek Małopolskiego Centrum Badań UFO i Zjawisk Anomalnych zawsze interesowało mnie to zdarzenie, jednak było to zainteresowanie dość specyficzne. Traktowałem je bowiem jako kolejną z cyklu wielu tajemnic historii, które trzeba uznać za fakt, a z którymi dalej właściwie nie wiadomo co zrobić. Może Czytelnikom wydawać się będzie, że był to przejaw mojej ignorancji tego tematu, jednak jest to nieprawda. Co innego bowiem aktywnie zajmować się tajemnicami, które nie dość, że „młodsze”, to jeszcze dosłownie, „geograficznie” bliższe, a co innego interesować się sprawą tak odległą, której szczegóły możemy poznać jedynie z różnych publikacji książkowych bądź artykułów. W dodatku ostatnimi laty niewiele się w kwestii Meteorytu Tunguskiego pojawiło nowych faktów (choć patrząc na ogół podobnych zdarzeń na świecie, dostaliśmy potężny materiał badawczy i przede wszystkim porównawczy!). Propozycja napisania rozdziału do książki o tajemniczym wybuchu nad Syberią bardzo mnie jednak zainteresowała, gdyż stała się dla mnie szansą bardziej dogłębnego przyjrzenia się temu wydarzeniu.

         Oczywiście, nie będę ukrywał, nie jestem specjalistą w tym temacie, nie uważam się także za osobę kompetentną do wydawania rozstrzygających i jednoznacznych opinii. Nie chcę też powielać faktów i danych zawartych w innych częściach tej pracy, niemniej jednak postaram się spojrzeć na sprawę oczami osoby związanej z badaniami fenomenu Niezidentyfikowanych Obiektów Latających i przedstawić kilka moich uwag i spostrzeżeń.

         Przede wszystkim, już po samym przejrzeniu materiałów do publikacji w niniejszej książce utwierdziłem się w przekonaniu, że Bolid Syberyjski, czy jak kto woli Meteoryt Tunguski to jeden wielki worek, do którego wrzucono literalnie wszystko – każdą niemal możliwą hipotezę mającą na celu wyjaśnić to zdarzenie. Jak sam Czytelnik miał okazję się przekonać, takich „wyjaśnień”, mniej lub bardziej poważnych, jest ponad 100! Myślę, że w tym punkcie nikt już nie dziwi się, że trudno na ten temat wyrobić sobie zdanie. Zdecydowałem się więc nie dorzucać do tego jeszcze kolejnych teorii, bo z pewnością niczego one nowego do sprawy nie wniosą, poza ewentualnie zamętem.

         Bezspornym faktem pozostaje to, że w rejonie Podkamiennej Tunguski wydarzyło się coś, co choć pozostawiło po sobie materialny ślad, wciąż zręcznie wymyka się wszelkimi możliwymi drogami każdemu wyjaśnieniu. I nie ma co się dziwić, że prowadzone przez ponad 90 lat badania i ekspedycje wciąż nie przyniosły zadowalających rezultatów. Bo i jakże mogły? To czym dysponują badacze to tylko ślady, które „Tunguskie dziwo” pozostawiło po sobie, garstka relacji od osób, które być może widziało przelot tego „czegoś” przez nieboskłon Syberii, trochę relacji o dziwnych wydarzeniach na świecie w tamtym czasie i ogrom, ogrom skrajnych hipotez. Niełatwo się w tym płynnie poruszać, a co dopiero badać!

         Jedno wiemy na pewno – rankiem ostatniego dnia czerwca 1908 roku na Syberii wydarzyło się coś, co wyglądało jak upadek meteorytu lub innego ciała kosmicznego... Tylko jednak do pewnego stopnia, bo okazało się, że a to brak krateru poimpaktowego, a to obiekt wykonywał manewry przed eksplozją, a to nie pozostawił po sobie ani grama (przynajmniej odnalezionego!) materii, którą niósł ze sobą i tak dalej, i tak dalej... Wydaje mi się, że warto w tym wszystkim wyodrębnić trzy zasadnicze nurty teorii wyjaśniających to zdarzenie:



1.      Ciało kosmiczne, które weszło w ziemską atmosferę – do tej grupy zaliczyłbym wszystkie meteory, bolidy, plazmidy i inne „naturalne” twory kosmiczne.

2.    Ziemski fenomen związany z różnymi zjawiskami np. z wybuchem gazu.

3.    Różne formy ingerencji obcych CNT w ziemską atmosferę, czy to zamierzone, czy to przypadkowe.



Dodatkowo nasuwa się jeszcze jeden punkt, będący kombinacją trzech poprzednich:



4.    Przypadkowe nałożenie się na siebie kilku wyżej wymienionych czynników.



Na bazie właśnie tych czterech grup wyhodowano całą masę teorii, ich modyfikacji i mutacji. Zdaję sobie sprawę, że powyższe cztery punkty to daleko idące uproszczenie, ale jest to zarazem jedyny pomysł jaki przychodzi mi do głowy, jeżeli chodzi o uporządkowanie tego, co należy być może udowodnić w Meteorycie Tunguskim. A jest co udowadniać, bowiem natłok sprzecznych faktów stwarza całkiem spore zamieszanie w tej historii. Faktów sprzecznych, ale tylko pozornie... Przypuszczam, że wszystkie one układają się doskonale w jedną całość, być może kwestia tkwi w odpowiednim spojrzeniu na sprawę i przebieg wydarzeń, a może jest jeszcze jakiś nieodnaleziony brakujący element tej układanki?

A teraz pozwolę sobie przejść do bardziej konkretnych rozważań dotyczących tajemniczego zdarzenia na syberyjskim niebie. Niech Czytelnicy wybaczą mi pominięcie tu najbardziej, moim zdaniem, prawdopodobnych wyjaśnień, czyli hipotezy o ciele kosmicznym, które wpadło w atmosferę ziemską i eksplodowało oraz o ziemskich fenomenach naturalnych. Czynię to świadomie, a na swoje wytłumaczenie mam to, iż po pierwsze na ich temat wypowiadało się już wielu znakomitych naukowców, a po drugie sam nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, więc z szacunku dla Czytelnika i samej sprawy nie będę się nad tym rozwodził. Pragnąłbym jednak, jako osoba związana z badaniem NOL-i, poruszyć temat hipotezy nr 2. Aby bezproblemowo poruszać się w tym obszarze, trzeba chcąc nie chcąc, przyjąć tę część ufologicznej wiedzy, jaką już bezsprzecznie jest alienologia – czyli wiedza o hipotetycznych obcych CNT. Nie licząc wątpliwej jakości rewelacji á la Roswell, pięknych, ale jakże naiwnych bajeczek osób pokroju Boba Lazara czy Johna Leara, wiedza ta jest stosunkowo skromna i niepewna. To fakt. Ale istnieje w niej ogrom danych, których co prawda nie potrafimy jednoznacznie interpretować, możemy jednak podpinać je do rożnych zdarzeń. I to właśnie zróbmy.

Pierwszą rzeczą, z jakiej należy zdać sobie sprawę w tym punkcie rozważań jest to, że „teoria pozaziemska” jest nadzwyczaj wygodna, bo pozwala bez trudu tłumaczyć niemal wszystko. A to, że jest wygodna, oznacza, że można zbyt łatwo jej ulec, a co gorsza być przekonanym o jej 100% prawdziwości, zamykając się na inne wytłumaczenia. Zachowując więc całą ostrożność zagłębmy się w kilka nie dających mi spokoju szczegółów.

Pierwszą moją uwagą jest to, że tak naprawdę bardzo zręcznie można połączyć teorię o pojeździe (załogowym lub bezzałogowym) obcej CNT z „naturalnym” ciałem kosmicznym. Jak? To proste. Przede wszystkim należy założyć, że dana CNT, skoro dotarła do nas, wyprzedza nas w rozwoju być może o jakieś 10 000 lat lub nawet więcej. Skoro więc, posiada odpowiednio zaawansowaną technologię, aby w ten, czy inny sposób pokonywać takie odległości, musi to być technika wysoce niezawodna. Nie powinno być więc dla takiej CNT trudnością zbudowanie pojazdu skutecznie operującego w ziemskiej atmosferze. Można więc dalej założyć, że stopień jego awaryjności byłby niezwykle niski, być może nawet zbliżony do zera. Zawsze jednak może się wydarzyć coś, co spowoduje, że pojazd ten nie będzie mógł powrócić na swój macierzysty statek, ba - po prostu runie na powierzchnię planety. I co wtedy? Odpowiedź można znaleźć nawet w naszych czasach. Mechanizm byłby ten sam, co w przypadku współczesnych samolotów szpiegowskich – samozniszczenie całości lub części kluczowych urządzeń i aparatury. A jak najlepiej sprawić, by nikt nie podejrzewał jakiejś ingerencji z zewnątrz? Należy upozorować przelot i wybuch na przykład meteorytu! Czyż to nie wręcz doskonały sposób zamaskowania nieudanej misji?

Gdyby taki scenariusz rzeczywiście miał miejsce, to niewiele bylibyśmy w stanie udowodnić. Pragnę na przykładzie tej hipotezy pokazać, że jeżeli ktoś będzie chciał udowodnić wariant drugi wyjaśnienia TM, to zaczyna przysłowiową walkę z wiatrakami. Jedyne co ratowałoby tę drogę do wyjaśniania zdarzenia byłoby znalezienie szczątków pochodzących niezaprzeczalnie spoza Ziemi i będących tworem sztucznym! A tego jak wiadomo nie znaleziono, przynajmniej nikt tego nie udowodnił. Czego to dowodzi? Ano tego, że naiwnością jest myślenie, że obca CNT pozostawi swój pojazd na pastwę losu, razem z jego szczątkami, dając tym samym dowód swej bytności. To niedorzeczne twierdzenie, które pod znakiem zapytania stawia fakt, że ta CNT jest naprawdę inteligentna. Rzecz jasna wszystko to traci swój sens jeżeli przyjmiemy, że TM był tak naprawdę lądownikiem kosmolotu lub nawet samym kosmolotem, który dopiero co przybył gdzieś z odległego układu planetarnego i, podczas manewrów na orbicie lub w atmosferze, uległ awarii – wtedy być może nie miałby już kto ratować jego załogi, bo to ona właśnie uległa by katastrofie.

I znowu widać jak płynne są granice teorii mieszczących się pod wspólnym terminem pojazdu obcej CNT lub ziemskiej pracywilizacji[1]. Dlatego też warto sobie zdać sprawę, że jednoznaczne udowodnienie wprost faktu, że bolid syberyjski był jakimś rodzajem pojazdu kosmicznego innej cywilizacji jest niemożliwe. Jak więc inaczej można to zrobić? Tylko poprzez eliminację – jeżeli pokazać, czym TM nie mógł być, łatwiej będzie argumentować hipotezy typu wyjaśnienia nr 2. Według mnie to jedyna słuszna droga. Nie zaprzecza ona ingerencji sztucznych aparatów latających w to wydarzenie, a jednocześnie nie wyklucza, a wręcz stymuluje do badania teorii o ciele kosmicznym lub ziemskich zjawiskach naturalnych.

Pragnę zaznaczyć, że wyjaśnienia naturalne, czyli nr 1 i 3 są wciąż najbardziej mi bliskie. Zbyt wiele faktów jasno na nie wskazuje, zwłaszcza jeżeli chodzi o jakiś rodzaj meteorytu lub komety. I tu wciąż jest wolne pole do popisu dla naukowców, których zadaniem jest wyjaśnić całość zagadkowych fenomenów. Nikt nie powiedział przecież, że wszystko już o spadkach tych ciał do atmosfery Ziemi wiadomo, a wręcz przeciwnie, to dopiero początek tej nauki.

Tymczasem powróćmy jeszcze do owych 100 hipotez. Czego tam nie ma! Brakuje tylko Godzilli (bo Yeti już się przewija!) wespół z Terminatorem! Patrząc z boku na Meteoryt Tunguski widać, że nie tylko, zdarzenie to jest prasowym evergreen’em jak to napisał we wstępie do tej pracy Robert Leśniakiewicz, ale także uniwersalnym wyjaśnieniem niemalże wszystkiego, co do tej pory niewyjaśnione. Za dużo ludzi stara się przytaczać TM, jako dowód na to, czy tamto. Czekam tylko aż usłyszę, że tak naprawdę był to fragment Atlantydy, który spadł po tym, jak naszych przodków zabrali w kosmos z całym lądem Obcy... Ewentualnie może być jakiś inny stek bzdur. A tak naprawdę, jest to dowód tylko na jedno, że 30 czerwca 1908 roku jakieś ciało nadleciało nad rejon Podkamiennej Tunguski po czym eksplodowało z siłą co najmniej 10 Mt trotylu, wywołując całą mieszankę zjawisk towarzyszących. Czym było? Tego do tej pory nikt na pewno nie wie. Bardzo łatwo jest obudować ten incydent w kolejne nieprawdopodobne hipotezy i udowadniać je za wszelką cenę, choćby pasowały do tego zdarzenia jak wół do karety. Ale czy o to chodzi? Na pewno nie!

A jednak, pomimo swojej tajemniczości, bolid syberyjski i wszystkie związane z nim fakty, wskazują nam coś bardzo ważnego. Tak wielkie wydarzenie, ewidentny potężny wybuch, cały czas wymyka się wszelkim próbom jednoznacznego wyjaśnienia. Najtęższe umysły łamią sobie nad tym problemem głowę, starają się za wszelką cenę go rozwiązać – bez rezultatu. Wielka eksplozja i wielki problem, nie do rozstrzygnięcia nawet dla nauki początku XXI wieku. Cokolwiek było przyczyną tego zdarzenia, byliśmy, jesteśmy i kto wie jak długo jeszcze będziemy bezbronni wobec takich „gości”. To powinno dać wszystkim nam wiele do myślenia.



Kraków, 20 lipca 2001



---oooOooo---



Marcin Mioduszewski ma rację - do dziś dnia nie wiadomo, czym to Tunguskie Dziwo naprawdę było. Jesteśmy w tej konkretnej sprawie, jak ślepcy poruszający się po omacku, którzy wprawdzie poznają jakieś fragmenty ich otoczenia, ale całość jest nieodgadniona. Najlepiej wyraził stan taki wielokroć już tutaj przywoływany Stanisław Lem, który napisał w „Katarze”:

To łamigłówka w której każdy element z osobna jest jasny i przejrzysty, ale ułożony razem z innymi tworzy nieprzejrzystą całość...

Dokładnie tak! Marcin Mioduszewski głosi tutaj pogląd stawiający na piedestale cnotę   u m i a r u   i wskazuje na to, na jakie manowce może nas zwieść zbytnie oczarowanie Nowością i Nieznanym. Jak na młodego ufologa z dużym doświadczeniem postawa ta jest chwalebnym przykładem, że nie wszyscy młodzi ludzie w tym kraju to narkomani i oszołomy. To trzeźwe i realistyczne - mimo fantastyczności hipotezy wiążącej TF z ETI - podejście do sprawy może w przyszłości zaowocować rozwiązaniem tej intrygującej zagadki.



---oooOooo---



A teraz ostatni już głos - głos szczególnie cenny, bo pochodzący od specjalisty meteorytologa, a zatem osoby najbardziej kompetentnej. W swej wypowiedzi, mgr Andrzej Kotowiecki rozwija swoją hipotezę, która jest zbliżona do teorii zawartej w pkt. A-14 KANONU..., a zatem należałoby dla niej przyjąć oznaczenie A-14a, i pisze on tak:



[1] Zgadzam się tu z poglądami głoszonymi m.in. przez R.K. Leśniakiewicza i dr M. Jesenky’ego o „Wojnie Bogów” sprzed 10 000 – 12 000 lat i pozostałościach po niej, z którymi mamy nieszczęście się spotykać.