czwartek, 26 lipca 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (9)



Rozdział VII - MASKA P.GAZ W ŚREDNIOWIECZNYM RELIKWIARZU

Parę słów o relikwiach - Dziwne znaleziska nad Morzem Śródziemnym - Czytamy życiorys męczennika - Wielkie Rybak z 938 roku i nadchodzące tysiąclecie - Panika w Watykanie: święte kości były z... plastyku! - Co kryją relikwiarze?

W poprzednim rozdziale opisałem, jak to bohaterowie powieści Millera z zakonu oo. Albertynów starannie przechowywali szczątki cywilizacji, która in aeternam została pochowana pod ruinami, pustyniami i rozwalonymi kopułami schronów przeciwatomowych. Mogliśmy zobaczyć, jak to przedmioty codziennego użytku stawały się relikwiami i przedmiotami kultu. I nawet najmądrzejsi z mnichów, którzy wszak byli tylko strażnikami wiedzy, nie byli w stanie się nawet domyślić, czemu one służyły. Właśnie to niezrozumienie ich przeznaczenia stanowiło o ich świętości.
Z takiego punktu widzenia należałoby się teraz przyjrzeć „naszemu” Średniowieczu i znaleźć choć jeden przykład na to, że „nasza” cywilizacja zetknęła się z artefaktami pochodzącymi z „tamtej” cywilizacji.
O przypuszczalnym pasie „śmiercionośnych satelitów” już pisałem, jako o danaidzkim darze z przeszłości. Podobnie jak i o antycznych tekstach opisujących użycie BMR w Starożytności. Tak długo, jak nie przechwycimy choć jednego z bojowych satelitów Atlantydów[1], będziemy trzymali się twardo Ziemi, a od pisemnych przekazów - które mogą posłużyć tylko jako wskazówki - przejdziemy do materialnych dowodów.
Kiedy w swej bibliotece pomiędzy tomami, do których - dzięki brakowi czasu od ich zakupienia się w ogóle nie dostałem - znalazłem paperback przekładu niemieckiego autora dr Wolfganga Jeschkego pt. „Ostatni dzień stworzenia”, po jego przeczytaniu przeżyłem niebotyczne zdumienie. Dr Jeschkemu w swej książce udało się wyrazić bardzo konkretny pogląd na to, jak powinien wyglądać   d o w ó d   potrzebny do wsparcia naszych rozważań.
Od razu ostrzegam, że droga do tego będzie bardzo kręta, ale trudno - nie da się łatwo i prosto wywlec na światło dzienne tego, co uległo zatonięciu w oceanie czasu i teraz od czasu do czasu jego okruchy są wyrzucane na piaszczysty brzeg Dnia Dzisiejszego...
Po całej epoce Starożytności - w Średniowieczu - wiara w Jedynego Boga była wspierana dzięki resztkom ciał rozmaitych świętych, ich odzieżą, przedmiotami codziennego użytku, które dotykali za życia, przedmiotami przez nich wytworzonymi i przedmiotami, które tworzyły atrybuty ich męczeńskiej śmierci czy tortur. Te święte przedmioty w biegu dziejów zbierano i starannie, pieczołowicie ukrywano w drogocennych relikwiarzach, składano w kościołach czy klasztorach bądź w majątkach osób sprawujących władzę, albo też majętnych - gdzie zachowały się do dnia dzisiejszego.[2]
Niekiedy popyt na relikwie osiągał taka koniunkturę, że poczęto niemalże taśmowo produkować falsyfikaty, co doprowadziło do niebywałego chaosu. I tak pisało się np. o 13 głowach, 9 prawych rękach i 58 palcach wskazujacych św. Jana Chrzciciela, które rozsiane są po wielu miastach Europy, czy jeszcze bardziej zdumiewających relikwiach w rodzaju „piórek ze skrzydeł Ducha Świętego” - że wspomnę tylko o tym, do czego ta dziwna mania doprowadziła![3]
Wedle dr Jeschkego idzie przede wszystkim o dziwne znaleziska u wybrzeży południowej Hiszpanii[4], południowych Włoch, Malty, Sardynii i Balearów, które są praktycznie nie naruszone przez czas i wielce zajmujące. Pisze on o nich tak:
Właściwie chodzi tutaj o ułomki materiału o brudnobiałej lub żółto-czerwonej barwie. Można tę materię uważać za bardzo starą kość słoniową, albo resztki kości, które fale i piasek przez stulecia nie tylko wygładziły, ale na dodatek zdeformowały do niepoznaki. Było teraz tylko kwestią fantazji, by tym kostnym ułomkom przysądzić historyczność i właściwy kształt - a co za tym idzie - części ciała różnych świętych, którzy podróżowali po tym świecie.[5]
W kalabryjskiej miejscowości San Lorenzo k./Reggio di Calabria już od 500 lat czci się 20-centymetrowy kęs takiego materiału, jako palec wskazujący proroka Jeremiasza. W Algeciras przy Gibraltarze czci się jako relikwię kwadratowy ułamek o boku około 12 cm, który ma być fragmentem czaszki św. Jana Chrzciciela, którego obcięta głowa miała być wyrzucona przez Morze Śródziemne na wybrzeże Hiszpanii.
Zgodnie z tym, co pisze dr Jeschke, najdziwniejsza rzecz spoczywała w srebrnym relikwiarzu w klasztorze św. Felicji - szło tu o doczesne szczątki św. Wita, młodziutkiego sycylijskiego męczennika z przełomu III i IV wieku. Wit, nazywany także po łacinie Vitusem, należy do dziś dnia do najpopularniejszych świętych Kościoła katolickiego. W XIV wieku przyjęto go w poczet pomocników w biedzie i od tego czasu jest on nosicielem wielu patronatów. Lista jego pośmiertnych czynności jest imponująca, jest on bowiem patronem: Saksonii, Dolnej Saksonii, Czech, Pomorza, Sycylii, Pragi Czeskiej, Mönchenglandbach, Ellwangen, Korvey, Höxteru, Kremsu, saskich cesarzy, młodzieży, karczmarzy, aptekarzy, plantatorów winorośli, aktorów, słodowników, górników i kowali, zwierząt domowych, psów i bydła. Wzywano go w przypadkach wścieklizny, epilepsji, histerii i kurczach (taniec św. Wita), chorobach uszu i oczu, utracie mowy i słuchu, moczeniu nocnemu, piorunów, niepogody, pożarów i niepłodności. Jego kuriozalną, ale bardzo ważką funkcją była ochrona cnoty dziewiczej, o czym jeszcze będzie tu mowa.
Ten męczennik i święty narodził się prawdopodobnie w Marare del Vallo na pd-zach. wybrzeżu Sycylii, około roku 297 n.e. Jego pogański ojciec Hylas zażądał od niego, który był wychowany w duchu wiary chrześcijańskiej przez dojarkę Crescencję, by wyrzekł się wiary. Wit nie zastosował się do rozkazu ojcowskiego i wraz z Crescencją i wychowawcą Modestem uciekł do Lukanii, gdzie przystał do chrześcijańskiej komuny. Pewnego dnia chrześcijan wyłapano, aresztowano i w okowach dostarczono do Rzymu na dwór cezara Caiusa Aureliusa Valeriana Diocletianusa (Dioklecjana) (230-316) - panującego w latach 284-305 i ziejącego wręcz chorobliwą nienawiścią do nowej religii. Według legendy, Dioklecjan kazał wrzucić do kotła z wrzącym olejem Wita i jego opiekunów, kiedy nie przekonały go cuda dokonywane przez Wita, który m.in. uleczył z epilepsji jego syna. Z kotła cała trójka jednak wyszła bez szwanku, a i owszem, lew - który miał ich pożreć - legł przed nimi i lizał im stopy... Twego już było za wiele dla okrutnego cezara, który kazał poddać całą trójkę torturom, które pozbawiły ich życia. Ciało Wita pochowała potem jakaś chrześcijanka. Inna wersja legendy mówi, że Wit i jego współbracia zostali przewiezieni na Sycylię, albo męczennik już po próbie z wrzącym olejem został zabrany przez aniołów Pańskich do swej ojczyzny, gdzie wkrótce zmarł.[6]
Żeby było już całkiem jasno, to trzeba dodać, że św. Wit ma niezwykle bogatą ikonografię. Na większości płócien czy deseczek (ikon) bywa on przedstawiany jako młodzian w odświętnej szacie z koroną męczenników na głowie. Jego atrybutami są: palma, księga, kocioł, lew, orzeł (który przynosił mu chleb niebieski), chleb i lampa. Głównym indywidualnym atrybutem świętego jest kogut - albo kogut na księdze - co nie jest zupełnie jasne. Brokoffowa rzeźba na praskim Moście Karola przedstawia młodego Wita w bogatej szacie na wierzchołku góry z wężami i lwami, z których jeden łasi się mu do nóg. Na kamieniach wokół niego widzimy zmiażdżone kości.
W roku 583 - w czasie zwiększonego popytu na relikwie - jego ciało zaczęto „porcjować”: tułów wywieziono do Włoch, oddzielone kończyny pozostały na Sycylii. Opat Fulrad de St. Denis przewiózł ciało do swego klasztoru w 756 roku, gdzie pozostało aż do roku 836, kiedy to opat Hilduin przekazał go opactwu Korvey n./Wezerą. Szczątki męczennika dalej rozsyłano po Europie. Jedno ramię dostał w 922 roku czeski książę Wacław, który kazał wybudować rotundę poświęconą temu męczennikowi na miejscu, gdzie do dziś dnia stoi klasztor św. Wita. W 1355 roku, z rozkau cesarza Karola IV próbowano zabrać relikwię ciała św. Wita, ale zamiar ten nie został nigdy wykonany i od tego czasu św. Wit stał się patronem niebieskim Królestwa Czeskiego.
Cześć i respekt, jaki zdobył sobie św. Wit pośród ogromnej plejady świętych spowodowały to, że jego imieniem zaczęto nazywać nowopowstałe klasztory, chramy i inne miejsca kultu. Aż 150 miast chlubi się tym, ze do dziś dnia posiada szczątki tego świętego w swych świątyniach, a co najmniej dziesięciokrotnie więcej ustanowiło go patronami swych kościołów czy całego miasta.
I tak do tych przesławnych miejsc, w których znajdują się kości św. Wita należy klasztor w Korvey an Weser, który był kiedyś centrum kultu tego świętego. Znajduje się tam najdelikatniejszy ze szczątków młodego świętego - jego członek, który wdzięczny męczennik dał na patronat nad niewinnością panien i kobiet, a który wyszedł na światło dzienne w X wieku w Palermo.
Pierwsza pisemna wzmianka o tej relikwii miała pochodzić z 938 roku, z klasztoru św. Felicji, gdzie bardzo długo ją przechowywano. Relikwię tą wyłowił pewien rybak wraz z 12 rybami, (co oczywiście uznał za znak Boży), po dwóch dniach zmagania się ze sztormowym morzem. Był on zamknięty w futerale z jasnoszarego metalu, mającego kształt węża o długości pół stopy.
Pełen wdzięczności za swe cudowne ocalenie, rybak przekazał swe znalezisko opatowi klasztoru św. Felicji, który tą dziwną rzecz od razu schował pod kluczem. Przede wszystkim ukrył ją przed wzrokiem kobiet, bowiem mogła ona w nich wzbudzać niezdrowe myśli. Stało się to w połowie IX wieku.[7]
Los był dla owej dziwnej rzeczy niezmiernie łaskawy i przeżyła ona bez żadnego uszczerbku straszliwy pożar, który w 922 roku spustoszył stary klasztor św. Felicji, a w roku 932 przeniesiono ją do nowego klasztoru, gdzie spoczywa do dnia dzisiejszego.
W a. D. 1277 młody opat Ambrosius uprosił za pośrednictwem arcybiskupa Palermo  uwiarygodnienia relikwii u papieża. Do Palermo przybyły raz za razem dwie komisje wyższych duchownych, by zbadać ten dziwny przedmiot - niestety, papież Mikołaj III nie był w stanie na podstawie tych raportów wydać jakiegokolwiek orzeczenia. Znalezisko znalazło się w próżni do czasu, kiedy to papież Bonifacy VIII w roku 1296 powołał kolejna komisję, ale rzecz szła niezwykle ciężko, jak po grudzie. Dopiero po siedmiu latach dyskusji, udzielił on w roku Pańskim 1303 - na krótko przed swoją śmiercią pontifex maximus - tej relikwii swe błogosławieństwo.
To, co się stało potem, komentuje dr Jeschke:
Od XIII stulecia ten przedziwny przedmiot w kształcie węża, który najwyższa instancja Kościoła katolickiego potwierdziła jako symbol chrześcijańskiego cudu i świadectwo niezwykłego męstwa Sycylijczyków (sic!!!), znalazł się w cyzelowanym i wyłożonym jedwabiem srebrnym relikwiarzu, który wystawiano i otwierano raz na stulecie przy święcie centenarium św. Felicji, tak iż każdy mógł obejrzeć szczątek ciała (nie kości!) świętego, który nie ulegał rozkładowi. Profesor medycyny z Palermo dr Angelo Buenocavallo napisał o >>il gazzo di Sta. Felicita<< polemiczny traktat, gdzie twierdził, że nie idzie tutaj o ciało ludzkie, a o >>jeden z pogańskich przyrządów zrobionych z kości słoniowej, na którym to instrumencie muzułmańscy minstrele wydobywali miłe uchu tony muzyki, które tak lubił jakiś mamelucki król.<<[8]
To, co potem nastąpiło, nie powinno dziwić nikogo. Książka profesora została wyklęta i spalona na stosie, jako herezja. Buenocavallo temu losowi się wywinął tylko dlatego, że zdążył zbiec do Padwy, gdzie w tamtejszym uniwersytecie zasłynął jako doskonały anatom. Tymczasem „instrument muzyczny św. Wita” powoli pokrywał kurz i pył zapomnienia, aż do 1938 roku, kiedy to znów udostępniono go publiczności z okazji święta milenium św. Felicyty (Felicji). Potem nastąpił krótki atak ze strony profesora tarenckiego gimnazjum, faszysty Luigi Risotto na łamach faszystowskiej prasy, gdzie uderzył on w relikwię i jej kult z najcięższych dział:
Fakt, że Kościół katolicki jeszcze w XX wieku oddaje cześć członkowi męskiemu jakiegoś świętego jest wręcz niewiarygodnym skandalem!... Tak naprawdę, to jest to nic innego, jak kawałek fajki jakiegoś Maura.
Hmmm... - bardzo pięknie, tylko tyle, że w swej naiwności i zacietrzewieniu profesorowi-faszyście umknął fakt, że ten „kawałek gumy” wzmiankowano pisemnie już w X wieku, a w a. D. 1303 był on wystawiony jako relikwia. Żeby było ciekawiej i śmieszniej, to Arabowie zaczęli palić tytoń dopiero w XVI wieku! Fajki wodne wynaleziono w roku 1612, a dokonał tego kawiarz, niejaki Zijad (Zidżad) Kawad, który po długim namyśle wynalazł narghile, by podnieść atrakcyjność swego lokalu... Z Damaszku ten wynalazek rozpełzł się po części Europy - od Budapesztu po Sewillę i Afryki z Azją - od Dar-es-Sallam do Hajdarabadu - czyli wszędzie tam, gdzie sięgały wpływy arabskie.
W 1961 roku, na polecenie papieża Jana XXIII zaczęła pracę - bez zbytniego rozgłosu - specjalna komisja, która miała zweryfikować dziedzictwo materialne świętych Kościoła katolickiego, a zatem wszystkie relikwie. Watykańscy eksperci po pięciu latach badań zaewidencjonowali 3.786 egzemplarzy pozostałości po świętych, z których 1.284 uznano za oficjalne przedmioty kultu; 1.544 zalecono tolerować, zaś 958 pozostało tam, gdzie są teraz - ale oficjalnie czczono je w wyjątkowych wypadkach...
Śledztwo to przyniosło jeden nieoczekiwany skutek - okazało się bowiem, że więcej niż w 1.000 przypadków, szczątki kostne wykonano z materiału o barwie brudnobiałej czy żółtoczerwonej - i jak powtarzało się to we wszystkich relacjach - przypominającego starą kość słoniową.[9]
Próbki tego materiału przekazano Watykańskiemu Laboratorium Fizycznemu, gdzie poddano je analizie metodą radionuklidu węgla 14C. I teraz uwaga! - testy na obecność węgla-14 wykazały, że w inkryminowanych próbkach go w ogóle   n i e   było!!! A to oznaczałoby, że próbki te były starsze, niż 20.000 lat - a zatem   n i e   mogło tutaj iść o szczątki chrześcijańskich świętych!!!...
Świat miał powstać w dniu 23 października 4004 roku przed Chrystusem, jak wyliczył to abp William Ussher, a zatem ten „flet” czy „członek” św. Wita był z czasów przedbiblijnych. Ekspertyza ta trafiła tam, gdzie zazwyczaj lądowały dokumenty sprzeczne z nauką Kościoła katolickiego - w dziale prohibitów archiwum watykańskiego, bowiem nie była zgodna z założeniami kultu świętych.[10]
2 marca 1969 roku, arcybiskup Palermo otrzymał polecenie od papieża Pawła VI przywiezienia w całkowitej tajemnicy na zamek św. Anioła relikwii św. Wita.
5 marca relikwię dostarczono do Rzymu i okazano ją Ojcu Świętemu, który ja obejrzał ze wzrastającym zniechęceniem. Potwierdziły się bowiem jego najgorsze przeczucia. Badania w WLF potwierdziło, że materiał relikwii nie buł organiczny, ani nieorganiczny - mogło w jej wypadku iść   t y l k o   o materiał syntetyczny.[11]
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten cały il grazzo di Sta. Felicita wedle Jeschkego był wielce podobnym do... karbowanego przewodu masek tlenowych do lotów wysokościowych pilotów odrzutowców! Ewentualnie do rur współczesnych masek p.gaz., używanych przez wszystkie armie świata do ochrony przez wszelkimi BMR.
Przede wszystkim pozostało niewypowiedziane pytania: Gdzie na kilka stuleci przed wynalezieniem tworzyw sztucznych wyprodukowano taki materiał? Skąd się on wziął w Średniowieczu, w którym już wtedy wykazywał niezwykle podeszły wiek. Watykańscy fizycy stanęli w obliczu zagadki, której nie udało się wyjaśnić przy pomocy żadnego logicznego rozumowania i technicznego oprzyrządowania.[12]
„Flet św. Wita” znikł ponownie z pola widzenia i jego ponowne „znalezienie” na potrzeby dokładnego zbadania jest porównywalna tylko z szansą, jaka miał rybak Rossa, który wyłowił go z morza z dwunastoma rybami...
A my możemy postawić pytanie: Co jeszcze kryje się w ozdobnych pudłach relikwiarzy, włożone pomiędzy kości i odzież świętych? Ten interesujący, ale dla zwykłego badacza niedostępny materiał należałoby zbadać obiektywnie i bez uprzedzeń, a wtedy przyniósłby on zapewne obiektywne przesłanki do wyciągania wniosków. Te ostatnie wyciągane przez komisje kościelne są dla nas niedostępne - i należą do tych rzeczy w Watykanie, o których dla dobra Kościoła katolickiego nie mówi się głośno.
Ciekawe są wnioski z ekspertyzy antropologicznej kości i innych resztek pozostałych po świętych Cerkwii prawosławnej, których badanie wykonano w klasztorach byłego Imperium Sowieckiego w latach 1919-1920. Rzecz była dokonaną - niestety - w sposób co najmniej barbarzyński, zgodnie z założeniami ideologicznymi Sowietów, którzy chcieli raz na zawsze skończyć z „religijnymi przeżytkami”. Przedstawiam tutaj wyciąg z protokołów komisji ówczesnego GPU mówiącymi o osobliwych znaleziskach w prawosławnych relikwiarzach. [...]



Brrr...! I na tym zakończymy tą ponurą kronikę. Prawdę powiedziawszy, to nie dziwię się, że rosyjscy komuniści tak starannie zabalsamowali ciało Włodzimierza Ilicza Ulianowa-Lenina, choć - a może właśnie dlatego - spowodowali tak upadlający los świętym szczątkom męczenników Matki Rusi...


[1] Satelity takie mogły być wychwycone w przestrzeni kosmicznej przez radzieckie/rosyjskie i amerykańskie misje kosmiczne. Ogródkami wspomina o tym radziecki pisarz G. Giulia w powieści sf  pt. „Gianeja”, w której takie pozornie martwe satelity, pochodzące wszakże od obcej i wrogiej nam cywilizacji, zagroziły Ziemianom, ale zostały zlokalizowane i zniszczone - uwaga tłum.
[2] Mechanizm przechodzenia relikwii z rąk do rąk został wspaniale opisany w powieści H. Sienkiewicza - „Krzyżacy” i filmie Al. Forda o tym samym tytule, gdzie to np. Krzyżacy przekazują księżnej Annie-Danucie świętą relikwię, zaś główny bohater Zbyszko z Bogdańca napotyka na swej drodze blagiera, szpiega i handlarza relikwiami w jednej osobie - Sanderusa - uwaga tłum.
[3] Zob. M. Jesenský - „Čtyři hodiny do středovĕku”, Ústi nad Labem 1997, ss. 140 i dalsze.
[4] Wiktoria Leśniakiewicz w czasie pobytu w południowej Hiszpanii, Portugalii i Ceucie znajdywała na tamtejszych plażach dziwne kamyki czerwonej, białej i czarnej barwy oraz zielonkawe - jakby mołdawitowe (vltavitowe) szkliwo, które to kamienie mogłyby być śladem po budowlach Atlantydy, które - jak mówią legendy - były budowane właśnie z białych, czerwonych i czarnych kamieni - przyp. tłum.
[5] W. Jeschke - „Der letzte Tag der Schöpfung“, Monachium 1981.
[6] Zgodnie z „Żywotami Świętych Pańskich” (Mikołów-Warszawa 1910), św. Wit został jeszcze napojony roztopionym ołowiem i ścięty. Jego ciało, a także ciała jego dwojga opiekunów zostały wykradzione przez św. Florencję i pogrzebane. Św. Wit należy do 14 Świętych Przyczyńców - uwaga tłum.
[7] W. Jeschke - ibidem, s. 15.
[8] W. Jeschke - ibidem, s. 16.
[9] W. Jeschke - ibidem, s. 17.
[10] Jeżeli idzie o metodę pomiaru czasu przy pomocy węgla-14, to nie sprawdza się ona w przypadkach takich artefaktów, jak np. Całun Turyński czy Arka Noego, co może być dowodem na prawdziwość hipotezy o atomowych wojnach bogów, które wzbogaciły materię tych artefaktów w radioaktywny węgiel i przez co znacznie je „odmłodziły” - uwaga tłum.
[11] W. Jeschke - ibidem, s. 19.
[12] W. Jeschke - ibidem, s. 19.