sobota, 28 lipca 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (10)


Rozdział VIII - TEMPLARIUSZE A BMR

Pierwsze spotkanie z Bafometem - Historia na opak: Bomba A w rękach Templariuszy - Ognisty chrzest, albo porażka sułtana Bajbarsa - Zwycięstwo pod Bagdadem - Armia Templariouszy w państwie Dżyngiz Chana - Upadek Chana Chanów - Ostatni rozkaz Guillame’a de Beaujeau.


A to było tak:
Guillaume de Beaujeau stał nieruchomy jak posąg mając na wszystko baczenie. Zauważył, że Bajbars został ze swoją jazdą z tyłu i jego proporce utworzyły tam zieloną plamę. Sztywność wnet go opuściła i zwrócił się nagle ku jednej z balist, którą żartem zwano >>Szkaradną Siostrzyczką<<, i osobiście włożył do łyżki na końcu jej ramienia jeden z magicznych pocisków. Obsługa machiny bojowej starannie wycelowała według jego wskazówek. Dowódcy pozostałych machin zachowali się dosłownie według jego rozkazu.
Atakujący się przybliżali. Już można było ujrzeć śniade twarze, krótkie brody i pogardliwe uśmiechy na wargach.
Potem chorągiew Baussanta dwukrotnie się pochyliła. uwolnione ramiona balist rzuciły w dal swój śmiercionośny ładunek i... - i to, co potem nastąpiło przypominało Apokalipsę. Wybuchy atomowych granatów urządziły w szeregach Mameluków straszliwą rzeź. Rozerwane wybuchami ochłapy mięsa latały wokół. Potworny błysk niebiesko-białego światła oślepił saracenów, zgromadzonych od szczytu aż po mury miasta.
Potem podniosły się ogromne wirujące obłoki pyłu, które zaćmiły słońce. Niektórzy się obawiali, że ono zgaśnie zdmuchnięte tym strasznym wybuchem.

Francuski pisarz Pierre Barbet, który ten niesamowity opis starcia armii Templariuszy uzbrojonej w atomowe pociski, z wojskami sułtana Bajbarsa umieścił w drugim rozdziale swej zajmującej powieści z gatunku historical fiction pt. „Państwo Bafometa”[1], jest bez wątpienia autorem z niezwykłą inwencją. Ta ostatnia - jak to wynika z podziękowania we wstępie do jego książki - wynikała ze znajomości z niekonwencjonalnym historykiem dr Jean-Claude Laburthem, który był bardzo pomocny przy wymyślaniu fabuły do tego dzieła. Co właściwie zainspirowało francuskiego autora do opracowania alternatywnej historii wypraw krzyżowych i wyposażenia ich - średniowiecznych rycerzy - w broń atomową? I tutaj właśnie zaczyna się szukanie nietradycyjnych odpowiedzi na pytania, o których szkolne podręczniki historii milczą jak zaklęte...
Jak powszechnie wiadomo, wojenny zakon Templariuszy założono z inicjatywy francuskiego rycerza Hugona de Payns i jego przyjaciela Godefroia de Saint-Omera na przełomie lat 1118 i 1119. O tym pierwszym mamy bardzo skąpe informacje. Hugo de Payns urodził się - jak to wynika z jego nazwiska - w Payns, około roku 1080. Był on członkiem Rady Szampanii i to nie byle jakim, bo jego podpisy figurują na dwóch ważnych  dokumentach hrabiego z Troyes. Na jednym z nich, datowanym 21 października 1110 roku, podpisał się on jako Hugo Paenz, na drugim zaś jako Hugo de Paenciis. Powszechnie panuje pogląd, że uczestniczył w I Wyprawie Krzyżowej hrabiego Bloisa de Champagne. Całkiem dobrze znał Goddfrieda de Boullion i jego dwóch braci: Balduina (Baldwina) i Eustachego de Boulogne oraz ich bratanka Baldouina de Bourg, hrabiego Edessy, który przyjął koronę Jerozolimy pod imieniem Balduina II.
Wydaje się, że powrócił on na Zachód w latach 1104-1105 wraz z Hugonem de Champagne. Był żonatym i miał jednego syna Theobalda de Pahons, który w 1139 roku został opatem klasztoru oo. Cystersów w Sainte-Colombe-de-Sens.[2]
Jeszcze mniej wiemy o tym, jaki był bezpośredni powód, który nakazał francuskiemu szlachcicowi utworzenie nowego zakonu Templariuszy - Rycerzy Świątyni - a dokładniej: Fratres Militae Templi - Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis.
Książka Barbeta przenosi nas do października 1118 roku, do Wschodniego Lasu pod miasteczkiem Troyes:
Hugon de Payns ścigając dzika wraz z czterema psami zapuszcza się coraz dalej i dalej w głąb dzikiej puszczy. Mroczny las ustępuje moczarom i na ich skraju jeźdźca oślepia nagły, silny błysk, który płoszy konia. Jeździec spadając z konia traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, widzi, że zapadła noc i na niebie świeci jasny Księżyc. Powierzchnia jeziora wzburzyła się, a z głębin bagniska występuje jakaś metalowa kula, w której ukazuje się okrągły otwór, z którego bucha szkarłatne światło, na tle którego ukazuje się jakaś astralna sylwetka:
Przerażony Hugo de Payns ujrzał diabelskie stworzenie. Lewicą przeciera szeroko otwarte ze zdumienia oczy, jakby się chciał upewnić, że nie ma do czynienia z nocnym koszmarem. Przed nim, o kilka kroków, stoi dziwna istota z gołą czaszką, z której wychodzą dwa krótkie rogi. Jej dłonie z pazurami obejmują metalową krawędź luku. Wydaje się, że ten karzełek jest taki mały, ma małe piersi, ale z grzbietu wyrastają mu dwa skrzydła. Jakby ożył stary rysunek - demon z piekła rodem wyszedł, by kusić dusze chrześcijan...
Kosmita - bo idzie właśnie o niego - który rozbił swój statek na Ziemi stał się rozbitkiem kosmicznym - kazał się nazywać Bafometem i nawiązuje dialog ze zszokowanym rycerzem, któremu wyjaśnia swą sytuację i wciągnie go do współpracy.
Krótkie wyjaśnienie: słowo Bafomet czy też Baphomet pochodzi z arabskiego abu fihamet, które w maurskiej Hiszpanii wymawiano jako ‘bufimihat, co oznacza tyle, co ojciec mądrości czy ojciec zrozumienia, co jeszcze inaczej można przełożyć jako źródło mądrości. Inne wyjaśnienie uważa, że chodzi tutaj o anagram imienia Mahomet czy Mohamad - dlatego we francuskiej Lagwendocji muzułmanów nazywano Bafomerianami.
Za to, że Hugonowi ludzie będą przynosili różne rzeczy mu potrzebne, Hugon stanie się Wielkim Mistrzem nowoutworzonego zakonu. Dziwna istota z Wszechświata dotrzymała słowa. Poparła złotem powstanie Templariuszy, którym szefuje Hugo de Payns, a po jego śmierci wspiera jego następców nie tylko grubymi sztabami złota, ale i posążkami, w których ukryto środki łączności, za pośrednictwem których mogli utrzymywać oni łączność nawet z najbardziej oddalonymi komturiami, a także dano im do dyspozycji BMR służące do prowadzenia wojny w Ziemi Świętej.
Na plus tej interpretacji Barbeta świadczy przede wszystkim tekst aktu oskarżenia przeciw Templariuszom, który podpisał papież w dniu 12 sierpnia 1308 roku. M.in. oskarżano ich o to, że:
... we wszystkich prowincjach modlili się oni do wizerunku głowy, która miała albo trzy, albo jedna twarz, której się Templariusze kłaniali i twierdzili, że ta głowa może ich uratować, i że daje zakonowi wielkie bogactwa...
Idola tego gdzie indziej opisuje się jako: ... miedzianą głowę odpowiadającą na wszystkie pytania w formie proroctw. Oczy głowy były jako rubiny jak jasne niebo, a powierzchnia była jako polerowane srebro pozłacane. Jest to Boży przyjaciel, który rozmawia z Bogiem, kiedy tylko zechce - a nazywa się BAFOMET - jak opowiadał jeden z przesłuchiwanych Rycerzy Świątyni.[3]
Templariusze także dotrzymują warunków umowy. W Bonlieu, Piney, Roysone i Bovy budują wojskowe obiekty, które bronią wstępu do lasu z moczarem przy Troyes, a Wielcy Mistrzowie rządzą wedle poleceń Bafometa. Radiostacje ukryte w każdej figurce w każdej komandorii umożliwiły Kosmicie sprawować kontrolę nad ludźmi Zakonu.
W 157 lat po spotkaniu Hugona de Payns z Bafometem, Pierre Barbet przenosi nas do roku 1275, kiedy to Guillaume de Beaujeau - ówczesny Wielki Mistrz Templariuszy - stoi na pokładzie okrętu flagowego, płynącego do Ziemi Świętej. W tym czasie komandorie w Europie przeżywają swój rozkwit, a egipski sułtan Bajbars wypiera chrześcijan z Caesarei, Jaffy i Antiochii... Z niegdysiejszego państwa Krzyżowców na Bliskim Wschodzie pozostał jedynie strzęp ziemi Trypolisu, Akki i Sydonu, którego suwerenność była stale zagrożona napadami pogan.
W tym czasie sytuacja polityczna Ziemi Świętej była stabilizowana dzięki umowie o przymierzu, zawartej pomiędzy księciem Edwardem a mameluckim sułtanem Rukn ad-Dinem Bajbarsem Bundukdarim z dnia 22 maja 1272 roku. O tym, że Bajbars mógł wbrew umowie zniszczyć państwo Krzyżowców koło Akki kiedykolwiek tego zapragnął, wyraźnie świadczy fakt, że zaraz po podpisaniu tego protokołu najął płatnego mordercę w celu zabicia angielskiego księcia. Morderca przebrany za chrześcijanina przeniknął w pobliże Edwarda i pchnął go zatrutym sztyletem. Wbrew temu, Edward nie zmarł i w ciągu kilku miesięcy Bajbars grał swą brudną grę aż do kończ, obłudnie życząc Edwardowi długiego życia i rychłego powrotu do zdrowia.[4]
Po krótkim postoju na Cyprze, gdzie wysłannicy Templariuszy odwiedzili króla Hugona III, do ich floty dołączyło następnych 5 okrętów, tak że do portu fortecy w Akkce przybiło 16 jednostek.  Tutaj Guillaume de Beaujeau spotkał się z wysokimi rangą wojskowymi. Byli to Otto de Granson - dowódca kontyngentu króla angielskiego, dowódca francuskich Krzyżowców Jean de Grailly i Wielki Mistrz Zakonu Joannitów - Jean de Villiers ze swą świtą.
Na naradzie w sali kapitulnej, Wielki Mistrz Templariuszy przedstawił plan oswobodzenia Ziemi Świętej z rąk niewiernych poddanych sułtana Bajbarsa, przy którym zgromadzeni panowie wymienili zdumione spojrzenia. Czy Wielki Mistrz Templariuszy zwariował? No bo jak nazwać inaczej jego pomysł, aby nieliczne wojsko chrześcijańskie składające się z 2.000 konnych i 12.000 piechoty opuściło fortyfikacje i stanęło naprzeciw mameluckiej armii składającej się z 40.000 jezdnych i 100.000 piechoty? Guillaume de Beaujeau miał w rękawie tajnego asa. Zaprzysiągł swych rozmówców, i by pokazać im niszczącą siłę tajnej broni, dokonał on próbnej eksplozji jednego z atomowych granatów na wzgórzach Toron. Zszokowani oficerowie i ich wodzowie po obejrzeniu efektów wybuchu od razu przystąpili do realizacji templaryjskiego planu.
Plan ten zasadzał się do wypadu zjednoczonej armii składającej się z zakonnych wojsk Templariuszy i Joannitów wraz z kontyngentem anglo-francuskim i zaciężnym wzdłuż wybrzeży, ku twierdzom Pelerin i Nabulus (Nablus). Najgroźniejszą bronią miały być kołowe balisty i katapulty, których  obsługa miała razić nieprzyjaciela przy pomocy pocisków „magicznego ognia”, a celem miała być każda większa grupa wojsk Bajbarsa. Poza tym jeźdźcy mieli przy pomocy ręcznych wyrzutni granatów pustoszyć szeregi nieprzyjaciela małymi ładunkami wybuchowymi, i tymże sposobem mała ilość wojsk własnych mogła zadać nieprzyjacielowi straszliwe straty, pomimo 6-krotnej przewagi tego ostatniego.
Po trzydniowej mobilizacji, wojsko Krzyżowców przeszło przez bramę św. Antoniego i udało się po wydmach na wybrzeże. Pierwsze godziny marszu - jak należało oczekiwać - nie przyniosły żadnych ciekawych wydarzeń, poza piekielnym żarem dnia, który musieli znosić aż do pierwszego popasu w Hajfie, nad zatoką pod górą Karmel.
W pobliżu miasta rozbito obóz mimo lecących strzał z jego murów, zaś mieszczanie wzywali pomocy od sułtana Bajbarsa. Ten zaś musiał poczekać kilka dni na zebranie swych wojsk, i tak mieszkańcy Hajfy za murami nie robili sobie żadnych złudzeń.
Tymczasem Wielki Mistrz nie miał zamiaru tracić czasu na zdobywanie Hajfy, więc pozostawił pod murami miasta niewielki oddział do blokowania miasta, a sam pociągnął ku Jaffie. Szybko przebył górę Karmel, Mt. Pellerin i także Caesareę. Przekroczyli płytkie rzeki ciągnące od Gór Samaryjskich i wstąpili na szarońską równinę.
I następna dygresja. Kraj, przez który szła armia Krzyżowców był w przeszłości teatrem niejednej wojny. W działaniach wojennych z lutego 1264 roku, Bajbars po czterech dniach oblężenia zdobył i zrównał z ziemią Caesareę i to samo zrobił z Hajfą. Po nieudanym oblężeniu templaryjskiej twierdzy Athlit zaatakował on joannicką twierdzę Arsuf, które twardo broniły trzy setki obrońców. Kiedy po poniesieniu ciężkich strat rycerze poddali się na podstawie bajbarsowskiego słowa honoru, o wyjściu wolnymi z miasta - nie wyszli spod murów żywymi...
Guillaume de Beaujeau liczył się z tym, że zaraz się zaczną poważne problemy. Alarm ogłoszono, muzułmańska armia powoli przybliżała się do linii Krzyżowców. Krzyżowcy musieli co rychlej dojść do brzegów Yarqonu, by uzupełnić swe zasoby wody, zaś flotylla dowodzona przez Karola de Anjou płynęła wzdłuż brzegu, by ubezpieczać atak od strony wody.
W dziesiątym dniu po wyjściu z miasta, chrześcijanie przekroczyli Yarqon i z usianego grobami wzgórza ujrzeli białe mury Jaffy.
Drogę do jej bram blokowała armia mamelucka tak ogromna, że okrzyki wojenne zamarły im na ustach. Krzyżowcy szybko przygotowali się do ataku przy pomocy miotaczy. Bajbars nie bawił się w przygotowania i pchnął swe wojska do ataku. W tej chwili Wielki Mistrz dał rozkaz do ataku atomowymi granatami - resztę znamy z początku tego rozdziału...
Nawet z tej odległości można było zobaczyć białe zęby na czarnym tle spalonego mięsa. Kilku mężczyzn, którzy jakimś cudem przeżyło ta gehennę atomowego ataku, leżało na ziemi. Byli wstrząśnięci nagłą i straszliwą katastrofą. Kilka stosów ciał paliło się, a gęsty dym kładł się nisko na ziemię, jakby chciał zakryć ten straszny widok. Gdzieś z dala galopowały konie bez jeźdźców. Zapadła martwa cisza...
Rycerze doszli do miejsca ataku. Obeszli jeszcze dymiące kratery i przechodzili koło stosów trupów. Ludzie i konie przemieszali się ze sobą, ze zwęglonych ciał dochodził straszliwy fetor palonego mięsa. Kości pokrywały strzępy spalonej i spieczonej skóry. W tej masie nie można było rozpoznać trupa sułtana, ale tak czy inaczej Bajbars był już tylko przeszłością i Krzyżowcom już nikt nie mógł stawić oporu.
W rzeczywistości Bajbars zmarł w lipcu 1277 roku, po nieudanej wyprawie przeciwko Mongołom i Turkom Seldżuckim w Cylicji. Jego koniec był taki sam, jakim było jego życie. Tradycja mówi, że zmarł po wypiciu zatrutego kumysu, który sam przyprawił dla swojego wroga, a potem przez pomyłkę wypił - co zakrawa na kiepski dowcip o szczycie roztargnienia - sic!
Saraceńscy dowódcy Jaffy zdecydowali się bronić za murami swojego miasta, ale kiedy zdetonowano im nad głowami jeden z mniejszych granatów atomowych, to nie było już w Jaffie człowieka, który stawiłby nawet symboliczny opór... Krzyżowcy wtargnęli do otwartego miasta i rozpoczęła się masakra, po której krew płynęła ulicami, jak woda deszczowa po oberwaniu chmury.
Omni principium grave - każdy początek jest trudny - ale w czasie, kiedy zdobycie Ziemi świętej stało się faktem dokonanym raz rozwinięta spirala wydarzeń nie mogła się już zatrzymać. Armia Krzyżowców zaczęła odprawiać swój tryumf, a tymczasem Guillaume de Beauajeau zwołał kolejna naradę wojenną. Według tajnych instrukcji Bafometa, które był otrzymał drogą radiową, przedstawił im dalsze interesujące plany wojenne. Ku zdumieniu swych towarzyszy broni, powierzył on pacyfikację Ziemi Świętej tajnym rywalom Templariuszy - Joannitom i chrześcijańskim rycerzom najemnym. Templariusze mieli zaokrętować się na pokłady galer, które uczestniczyły w boju o Jaffę i przeprawić się morzem do Aleksandretty[5], skąd mieli oni pociągnąć przez księstwa Antiochii[6] i Edessy[7] do Chanatu Abakańskiego w Persji, a po zniszczeniu jego armii zaatakują Chanat Kajduwu, który rozciągał się na południe od jeziora Bajkał. A dalej - jak przekonywał swych rozmówców Gillaume de Beaujeau - należy zniszczyć samego wielkiego Chiubilaj Khana (Kubłaja Chana) - a kiedy to się stanie, wiara w Chrystusa będzie rozszerzona od Syrii do granic Kathaju![8]
Usiłowania połączenia chrześcijańskich królestw z państwem Wielkiego Chana datują się już od pontyfikatu papieża Innocentego IV, który w 1245 roku wyprawił poselstwo kierowane przez franciszkanina fra Giovanniego de Plano Carpiniego, w celu nawrócenia Wielkiego Chana na prawdziwą wiarę. Kujukchan, który w Karakormie przyjął poselstwo Innocentego IV nakazał o. Carpiniemu, by powiedział papieżowi, że uznaje go za swego poddanego i by mu dał pokłon. Następną misję posłał francuski król Ludwik IX za pośrednictwem franciszkanina o. Williama Rubroeka. Ojciec William w latach 1253-1255 pokonał drogę liczącą 17.000 km na dwór Manguchana do Karakoramu i z powrotem po to tylko, by powrócić do kraju z listem mówiącym, że Ludwik IX ma oddać podobny hołd Wielkiemu Chanowi w każdym roku...
Jedynym problemem było to, że Templariusze mieli ograniczoną ilość broni atomowej i temu faktowi musieli oni podporządkować wszystko - w tym swą strategię. By tak się nie stało - chodzi o brak atomowych granatów - doszło do rozmowy z bratem parającym się alchemią - o. Joubertem, dzięki któremu Wielki Mistrz miał nadzieję, że uda się mu je pomnożyć. Ojciec Joubert mu to przyrzekł, a że był on znawcą dzieł Arnaldo de Villanova, wedle których cała materia jest wytworzona z pierwotnej substancji zwanej prima materia albo też lapis philosophorum przy pomocy którego można strukturę dowolnej materii.
Arnaldus de Villanova żył w latach 1235-1312 był przesławnym lekarzem i znawcą hermetycznej wiedzy, która studiował w krajach arabskich i Hiszpanii. Jego najbardziej znane dzieło - „Rosarium philosophorum” zawiera 9 monumentalnych traktatów alchemicznych o multiplikacji.[9] Z kolei Albertus Magnus von Böllstadt żył w latach 1193-1280 i jest uznany za ojca chrzestnego europejskiej alchemii, (za co przyznano mu Koronę Adeptów), której był bez reszty oddany i przeświadczony o jej słuszności jako metody badawczej, co wynika zresztą z jego traktatu „De mineralibus”.
O. Joubert spotkał się przed kilku laty z saraceńskim lekarzem Dżafarem, który studiował rękopisy al-Gebera[10], arabskiego alchemika z VIII wieku. Opisywał on tam cudowną i przedziwną skrzynkę, która powielała włożone do niej przedmioty. Ba! - co więcej - skrzynkę tą saracen wydobył z wraku jakiegoś diabelskiego statku, który zniszczony po żarem walał się na pustyni opodal Aleksandretty. A wszystko wskazywało na to, że był to statek identyczny z tym, który spadł z Bafometem na pokładzie nieopodal Troyes. Było więc czymś oczywistym, że Guillaume de Beaujeau nakazał o. Joubertowi dopaść magiczną skrzynkę za każdą cenę!
Arabskie źródło tej informacji nie powinno nas zbytnio dziwić, bowiem alchemię poza Grekami szerzyli właśnie Arabowie, NB sama nazwa alchemia wywodzi się z arabskiego al-khemeja, a słowo khemeja wywodzi się od nazwy Khem - a kraj Khem to Egipt...
Z dzieł arabskich najbardziej znane jest dzieło Gebera, które wywarło ważki wpływ na europejska alchemię i zawiera 22 traktaty m.in. „o życiu metali” i transmutacji, czyli przemianie zwykłych metali w złoto i srebro.[11] Legenda mówi, że w końcu Geber dał sobie spokój z alchemią ogłaszając, że znalazł sposób na robienie złota, i... został lekarzem, co przyniosło mu większe bogactwo, niż niejednemu Krezusowi!
Po krótkiej żegludze Krzyżowcy, którzy zaokrętowali się w Jaffie, wylądowali u ujścia Orontu, w małym porcie Saint Simeon, a nie w Aleksandrettcie. Wielki Mistrz nie chciał wywoływać w mieście paniki przybyciem templaryjskiej floty, w czasie której Dżafar mógłby uciec z miasta wraz z bezcenną skrzynką, przeto pozostawił jedną jednostkę pod wodzą seneszala Jeana de Grailly’ego - a sam pociągnął ku Aleksandrettcie. Jeden celnie uplasowany pocisk rozniósł w drzazgi bramę miasta i po chwili poszukiwań Krzyżowcy wpadli do domu alchemika Dżafara, którego zawlekli przed oblicze Wielkiego Mistrza. I tutaj o. Jobert wraz z Wielkim Mistrzem dowiedzieli się, jak jego dawny znajomy wszedł w posiadanie tajemniczej skrzynki z biało-błękitnego metalu, którą przyniósł ze sobą.
Kiedyś tam, w 1270 roku, Dżafar obserwował niebo z konstelacjami Zodiaku i zobaczył na nim ognisty ślad. Wydawało mu się, że przedmiot, który go zostawił, spadł gdzieś na pustynię w okolicach Aleksandretty. Na prośbę Dżafara emir rozkazał swym gwardzistom znaleźć i przynieść do miasta ów przedmiot, ale to nie było możliwe, gdyż rozgrzany był do czerwoności i częściowo zaryty w ziemi.
Kiedy przedmiot ostygł, niewolnicy zaczęli go odkopywać. Dżafar, który spodziewał się kamienia bogatego w żelazo, jakie od czasu do czasu spadają z nieba, był przeświadczonym o słuszności swego wyjaśnienia. Wydawał się to potwierdzać rdzawy kolor powierzchni kamienia, jaki się pojawił po odrzuceniu warstw piasku, a kiedy otwór się powiększył, to uczony zorientował się, że idzie o statek w kształcie walca zakończonego kuliście. Statek, który spadł z nieba pękł, i można było wejść poprzez szczelinę do środka. Dżafar oczywiście tak uczynił z lampą oliwną w ręku. Z wnętrza dobywały się jakieś opary i wciąż było tam gorąco. Na pokładzie było wszystko zniszczone i lekarz znalazł tam tylko zwłoki pilota. Innych ciał nie było. Dopiero na drugim końcu statku znalazł innych załogantów. Trupy ich leżały w długich, przeźroczystych walcach, które w czasie katastrofy roztrzaskały się i zmieniły w gruz wraz z innymi szczątkami aparatów i przyrządów, który tarasował przejścia i dalsze przestrzenie wewnątrz statku. Potem Dżafar musiał wyjść, bowiem zaczął się dusić, a przez następny miesiąc nie był w stanie penetrować statku, bowiem zapadł był na dziwną chorobę, na którą nie było lekarstwa.
Cudowną skrzynkę znalazł dopiero w czasie czwartej wizyty na pokładzie wraka, w skrytce w podłodze, pokrytej białą warstwą ochronną. Odłożył ją na bok i przez tydzień jeszcze badał i eksplorował nieznany statek, który musiał pochodzić spoza naszego świata. Ciała załogantów rozkładały się tak szybko, że nie mógł ich zbadać, więc zabrał skrzynkę i opuścił statek, który na rozkaz emira zasypano piaskiem.
Dżafar długo myślał nad tym przyrządem, aż odkrył jego zdolności multiplikacyjne które to odkrycie zachował dla siebie, jakby znajdował się w nim ów lapis philosophorum czy quinta essentia - o której pisał Geber. Skrzynka potrafiła idealnie zduplikować każdy przedmiot włożony do niej. Wytwarzała ona idealna kopię nie tylko przedmiotów martwych, ale i istot żywych! Lekarz potem często używał jej do produkcji złotych monet i w ten sposób doszedł do znacznego majątku, który umożliwił mu potem uniezależnienie się i badania alchemiczne, aliści po miesiącu skrzynka utraciła swoją moc i dlatego Dżafar dał ją bez żalu Wielkiemu Mistrzowi zwłaszcza, że ten zapłacił mu za nią tyle złota, ile sama ważyła.
Wkrótce potem cała armia zaczęła maszerować brzegiem Orontu, z którego skręciła ku Eufratowi i doszła do Edessy. W czasie marszu nie wynikły żadne problemy i Antiochia została zdobyta bez walki.
Antiochia była pierwszą wielką metropolią - poza Edessą - której zdobycie w 1268 roku przez Bajbarsa po dwóch wiekach chrześcijańskiego panowania było dla państwa Krzyżowców niebywałym ciosem. Masakra, która miała miejsce po tygodniowym oblężeniu, zaszokowała nawet zaprawionych w bojach i krwawych widowiskach muzułmanów. Aby nikt z mieszkańców miasta nie uniknął śmierci, Bajbars nakazał starannie zamknąć bramy miejskie...
Tymczasem o. Joubert na krytym wozie stworzył laboratorium, gdzie w dzień i w nocy pilnie pracował.
Wielki Mistrz Joannitów Jean de Villiers wysłał posłów, którzy oznajmili Krzyżowcom, że Grób Pański jest oswobodzony i że Ziemia Święta należy do Europejczyków. Armia pod wodzą Guillaume’a de Beaujeau przeszła 200 km w 12 dni, doszła do brzegów Eufratu - i co za tym idzie - stanęła u granic Chanatu Abakowego. Przewidując przyszłe komplikacje, Wielki Mistrz pchnął jeden oddział do Edessy w celu zabezpieczenia tyłów swej armii i utworzenia zabezpieczenia logistycznego z Aleksandretty, zaś prawe skrzydło chroniła niegościnna syryjska pustynia. Wojska potem pomaszerowały dolina Eufratu na Bagdad, a po przekroczeniu granicy chanatu zaczęły realizować zamiar swego wodza, który chciał zdobyć imperium większe, niż wszystkie zdobycze Aleksandra Macedońskiego.
Wstąpieniem na ziemie perskiego ilchana zaczęła armia Templariuszy ofensywę na Bagdad, który Mongołowie okupywali już od 1258 roku. W tym roku ilchan Hülegu zdobył na czele ogromnej armii to legendarne miasto Orientu i wymordował 80.000 jego mieszkańców. Informacje o ofiarach nie są przesadzone, nowozelandzki historyk J. J. Saunders pisze o tym tak:
Także i dzisiaj, po siedmiu wiekach, ten największy ze wszystkich nomadzkich ataków na cywilizację ma w sobie coś wywołującego strach i grozę. Na straszliwej scenie krwawych ruin odbywał się potworny dramat, jakiego jeszcze nie widziano od czasów rzezi asyryjskich, a który można było porównać jedynie z masowymi mordami XX wieku, kiedy to hitlerowscy mordercy pozbawili życia miliony osób.
Można dodać do tego także stalinowskich, pol-potowskich i innych siepaczy, by obraz był pełny...
Dalszy marsz był od czasu do czasu przerywany przez potyczki z niewielkimi siłami lekkiej mongolskiej jazdy, ale nie był to liczący się opór. Anbarę zdobyto, ale była cała w płomieniach tak, że żołnierze nie mogli odpocząć po marszu, w którym dziesiątkowały ich choroby, aż do 2/3 pierwotnej ilości.
15 sierpnia 1275 roku, Krzyżowcy ujrzeli przed sobą białe mury, pałace i minarety legendarnego Bagdadu, który był opanowany przez wojska mongolskie. Te natychmiast otoczyły wojska Templariuszy. Krzyżowcy postawili mury, za którymi ukryli balisty. Piechota otoczyła je wokół i żołnierze w przyklęku zaparli drzewca włóczni ukośnie do przodu, co mogło powstrzymać mongolską jazdę.
Trzeba nam wiedzieć, że najniebezpieczniejszą częścią mongolskiej armii była jazda na małych, lekkich i wytrzymałych konikach. Każdy wojownik miał do dyspozycji 4-6 koni, które pokonywały do 160 km dziennie! Każdy z nich miał wyposażenie dla jeźdźca na 4-6 dni. To właśnie dzięki temu mongolska jazda była tak piekielnie skuteczna w starciu z ciężkimi i nieruchawymi formacjami europejskiej piechoty i jazdy.
Guillaume de Beaujeau kazał się podnieść w koszu jednej z balist w górę, by rozeznać sytuację. Mongołowie byli dobrze poinformowani o śmiercionośnej broni Templariuszy i dlatego rozśrodkowali się na niewielkie grupki. Nowinką były chińskie wozy bojowe z łucznikami i długimi kosami na piastach kół. Na najeźdźców czekało już ponad 100.000 mongolskich jeźdźców, piechocińców i łuczników. Templariusze znaleźli się w pułapce. Nieprzyjaciel wykopał wokół nich głębokie rowy wypełnione ropą naftową, a po prawej stronie mieli oni Eufrat, którego brzeg mrowił się od łuczników. Mongołowie zapalili cysterny z ropą, której gęsty dym w mgnieniu oka otoczył pierwsze szeregi chrześcijańskiej armii.
W scenariuszu Pierre’a Barbeta, Wielki Mistrz błyskawicznie połapał się w sytuacji i zmienił plan. Rozkazał przetoczyć wszystkie miotacze ku wodzie, a dwa z nich miały strzelać do łuczników, którzy bronili przeciwległego brzegu.
Rozkazy wykonano w ulewie mongolskich strzał, ale udało się je wykonać tak, że atomowe granaty wybuchły już po chwili na nieprzyjacielskim brzegu. Wielki Mistrz był bez ochyby mistrzem improwizacji, co zawdzięcza fantazji Barbeta. Eksplozje atomowych ładunków zmieniły bieg rzeki, która szeroko rozlała się po równinie na północ od pola bitwy i zmusiła jazdę Mongołów oraz ich wozy bojowe do cofnięcia się. I tym sposobem Templariusze zabezpieczyli sobie tyły.
Rycerska jazda przekroczyła rzekę i oczyściła brzeg z łuczników, którzy przeżyli atak atomowymi pociskami. Tymczasem piechota zajęła stanowiska obronne za murem wozów, plecami do rzeki.
Abaka-chan i jego dowódcy zostali literalnie zaskoczeni i zawahali się - a ich wahanie dało czas rycerzom na uderzenie od południa na tyły armii mongolskiej - jej sił głównych. Chan wydał rozkaz uderzenia na wozy Templariuszy, ale kiedy jeźdźcy przybliżyli się na odległość strzału miotaczy, dosłownie wyparowali w oślepiających błyskach i słupach pyłu w kształcie grzybów powstałych po pierwszej salwie balist. W tej chwili rycerze wpadli na tylne linie chańskiego wojska i obrzucili je lekkimi ładunkami atomowymi z granatników. Efekt był straszny - armia mongolska została rozbita, a ich wódz martwy.
Bagdad poddał się bez walki, a Guillaume de Beauajeau potwierdził to, że następczynią tronu jest małżonka Abaka-chana, która była chrześcijanką i córką Michała Paleologa.
Takie mieszane małżeństwo nie było wyjątkiem w imperium mongolskim. Już w 1254 roku, z chrześcijanką był żonaty władca Mongołów - Möngke-chan, zaś w Persji poprzednik Abaki - ilhan Hülego był także żonaty z dziewczyną chrześcijańskiego wyznania. Także matka Wielkiego Chana była głęboko wierzącą chrześcijanką, co wszakże nie przeszkodziło temu, by pewnego ranka powróciła po Mszy św. tak pijana, że ledwie trzymała się na nogach. Jej wygląd głęboko wstrząsnął o. Williamem Rubroekem, który wychowywał na dworze chana jej syna Mangu-chana.
Przejęcie władzy przebiegło bez zakłóceń i Templariusze wyciągnęli z tego znaczne korzyści, bowiem jej państwo stało się bazą wypadową do dalszych podbojów Templariuszy na Wschodzie.
Po padnięciu Bagdadu, Wielki Mistrz zdobył także port w Basrze (Balsorze), ale zakazał niszczyć ten kwitnący port i handel morski. Oczarowany cudami orientalnego miasta i jego heterami, odaliskami, bajaderami - Wielki Mistrz strawił tam czas na przemyśliwaniu i studiach relacji tej garstki Europejczyków, którzy przeniknęli do serca Azji: dwóch misjonarzy franciszkańskich - Williama Rubroeka i Giovanniego Carpiniego, a także dwóch Wenecjan - braci Niccola i Matteo (Marco) Polo. Znano już wtedy szlaki karawanowe, więc pochód armii z balistami i ciężkimi wozami wymagał dokładnego opracowania zaplecza logistycznego - czegoś, co dzisiaj fachowo nazywa się GZT - Gospodarczym Zabezpieczeniem Tyłów - i połączenia Bagdadu z Aleksandrettą.
Frater Joubert ponownie pocieszył go tym, że udało mu się przestawić środki łączności ukryte w posążkach Baphometa tak, by mogli je używać do własnych celów dowódcy armii Krzyżowców, jednakże wciąż nie udało mu się wyjaśnić zagadki multiplikatora.
Otto de Granson zameldował przy pomocy posążka Baphometa zdobycie Basry, zaś marszałek Pierre de Sevry o pacyfikacji ostatniego, nie obsadzonego terytorium Chanatu Kajdu. Ze względu na to, że w połowie października trudno było rozpocząć skuteczną ofensywę, Wielki Mistrz zdecydował przesunąć swe wojska do Savy nad brzegami jeziora Gelechelan, po prawej stronie mając pustynię Deszt-i-Kervi przekroczył granicę Kurdystanu. W Bagdadzie pozostawił garść rycerzy pod wodzą swego seneszala i wszystkich tych, którzy przyłączyli się do wyprawy krzyżowej. Tym sposobem pozostawił tam nowicjuszy, a sam na czele zaprawionych w bojach wiarusów - tworzących armię uderzeniową - ruszył do przodu.
Po przezimowaniu i regeneracji sił, armia Templariuszy wyruszyła z Savy w dniu 11 kwietnia 1275 roku na podobieństwo długiego, żelaznego węża uosabiającego niezwyciężoną siłę. Równy krok i śpiew dzielnych i dziarskich wojaków podnosił morale i dodawał im ochoty do nowej krucjaty. Jak dotąd, to tryumfy Guillaume’a de Beaujeau spoczywały w małych figurkach Baphometa, które pomagały mu się połączyć z komturiami, i tajna łączność z Asasynami - członkami tajnej sekty Starca z Gór, którzy zbiegli przed masakrą, jaką chcieli im urządzić Mongołowie. Ci zaprzysięgli wrogowie państwa chanów działali jako grupy dywersyjno-rozpoznawcze na terenach chanatów Kajdu i Kubłaja-chana.
Starzec z Gór, to pseudonim perskiego wodza Hassana-i-Sabbaha z XII wieku, który toczył niewypowiedziane wojny ze swymi mameluckimi  sąsiadami na tronie. To właśnie od jego imienia utworzono potem dwa słowa: haszysz (z angielskiego hashish) i morderca - asasyn (w wielu europejskich językach słowo as(s)assin(o) znaczy po prostu morderca, zabójca, skrytobójca). Starzec z Gór tumanił młodzieńców haszyszem i podstawiał im młode i ładne kobiety wmawiając im, że są w raju i że jeżeli dobrze wypełnia swe zadanie, to powrócą doń. Najczęściej chodziło o skrytobójstwa, a także o szpiegostwo.
Templariusze przekroczyli szybko granicę Chanatu Kajdu na starej trasie karawanowej i kiedy dotarli do Mulektu na południe od jeziora Geluchelan, ruszyli pięknym, urodzajnym i zielonym krajem z sadami i pastwiskami. Po sześciu dniach doszli do Szibaganu, a w Talabanie zaopatrzyli się w sól niezbędną do konserwowania mięsa z upolowanej zwierzyny. Po kolejnych sześciu dniach doszli do prowincji Badachszan, gdzie wzbogacili się mnóstwem srebra i kamieniami podobnymi do rubinów.
Asasynowie przynieśli wieści, według których silne załogi mongolskie obsadziły twierdze Kajdu Jarkenda i Chotan, które połączyły się z siłami syna Kubłaja-Chana - Nomukana, którego to chan chciał posłać do boju przeciwko Krzyżowcom.
Wielki Mistrz przy pomocy środków łączności Baphometa rozkazał seneszalowi Jeanowi de Grailly’emu obsadzić Samarkandę i tym sposobem osłonić lewe skrzydło swej armii przed następującymi na nie wojskami generała Bajana.
Postępy marszu były coraz mniejsze. Krzyżowcy opuścili Badachszan i wzdłuż rzeki Pjandżu dotarli do Pamiru i zaczęli się wspinać na górski płaskowyż. Tutaj pogoda była chłodna i od gór wiały lodowate wiatry, jezioro Sirikool (Siri-kul) było zupełnie zamarznięte i Krzyżowcy zaczęli cierpieć na odmrożenia. Na dotarcie do prowincji Kaszgar musieli oni zużyć aż 50 dni! Mongołowie nie atakowali, więc z tej strony Templariusze nie mieli problemów.
Sytuacja Templariuszy przedstawiała się następująco: na prawym skrzydle armii Krzyżowców znajdowały się ośnieżone szczyty gór Kaszmiru, przed nimi wojska Chanatu Kajdu, za nimi Pamir, a na lewym skrzydle czatowały siły Namukana. Wielki Mistrz życzyłby sobie spotkania z obiema armiami mongolskimi oddzielnie, dlatego też rozkazał marszałkowi, by z częścią wojsk pomaszerował na północ - ku Uzbekistanowi - i związał walką wojska Namukana. Swe główne siły zgromadził w obozie wybudowanym w okolicach Kaszgaru. Jednakże Kajdu-Chan nie palił się do ataku na dobrze broniony obóz Templariuszy, więc na rozkaz Wielkiego Mistrza armia runęła na pustynię Gobi. Jarkendę zdobyto bez walki, bo Templariuszy się tam tak bano, że Mongołowie poszli w rozsypkę pozostawiając na polu niedoszłej bitwy broń i machiny.[12]
Przy wypadzie w kierunku Chin zdobyli Kerię, gdzie Krzyżowcy dopadli ogromne zasoby jaspisu i chalcedonu przygotowane jako kontrybucja dla Kubłaja-Chana. Za Czarkalikiem czekały na nich pierwsze wydmy pustyni i zaczęli forsować to morze piasku. Wojsko dotarło do pierwszych studni, zgodnie ze wskazówkami przewodników, ale stało się coś, czego skrycie się wszyscy obawiali - studnie były zatrute.
  Przy pochodzie przez pustynie Azji, wojska Krzyżowców miały do czynienia z taktyką spalonej ziemi. Mongołowie zostawiali Europejczykom zniszczony kraj i zatrute studnie, co znacznie opóźniało ich pochód lub nawet całkowicie go hamowało. Poruszanie się ciężkozbrojnych rycerzy po piachu i w wysokich do +60-70oC temperaturach było prawie że niemożliwe, a głód i pragnienie zbierały swe żniwo. Najpierw padały konie, potem rycerze musieli się spieszyć i sprzęt oraz prowiant załadować na kozy, owce, psy i swe własne grzbiety. Podczas I Krucjaty ludzie brali ziarna trawy do ust i żuli je, by oszukać głód. Po obsadzeniu Antiochii doszło także do wypadków kanibalizmu - prymitywni Flamowie zjadali zabitych Turków, a kiedy trupów zabrakło - zabierali się za żywych...
Wielki Mistrz był w kontakcie ze swym marszałkiem i codziennie podawał mu swe położenie. W okolicach Samarkandy panował cały czas względny spokój. Kajdu-Chan nie dążył do walnej bitwy, tylko nękał Krzyżowców wojną podjazdową. Potyczkami, po których pozostawało na ziemi kilku Krzyżowców przeszytych mnogimi strzałami, kiedy nieopatrznie oddalili się spod ochrony konwoju...
Mongołowie z upodobaniem napadali na maruderów, którzy odłączali się od kolumny za potrzebą fizjologiczną. Te niezbyt dżentelmeńskie metody walki używane były w walkach pomiędzy Ryszardem Lwie Serce a armią Salatyna, w 1191 roku.[13] Mongołowie opanowali do perfekcji korzystanie z atutu swej znajomości pustyni i urządzali zasadzki na Krzyżowców przy studniach, które potem zakażali wrzucając w nie trupy poległych.
To jednak nie powstrzymało Krzyżowców i z każdym dniem armia była bliższa Tun-Chuangu. W 52 dni po wyjściu z Czarkaliku Templariusze wydobyli się wreszcie z piekła pustyni. Obwarowali się w ruinach miasta, które zniszczyli Mongołowie realizujący swą taktykę spalonej ziemi, wykopali nowe studnie i urządzili wielkie polowanie w celu uzupełnienia zapasów żywności.
Guillaume de Beaujeau dokonał pospiesznego bilansu sił i środków: pustynię przeszło 40.000 ludzi, wszystkie machiny bojowe, odzyskano większość koni i jucznych zwierząt. Na północy rozpościerało się miasto Chamil - centrum prowincji - a jeszcze dalej leżało stołeczne Karakorum. Wedle informacji Asasynów, w Chamil odpoczywała armia Kajdu-Chana po przejściu pustyni za Krzyżowcami, natomiast armia Kubłaja koncentrowała się w okolicach Szang-Czou, na północ od Cambałuku.   
   W tym czasie do obozu Templariuszy zawitał poseł od Kubłaj-Chana - sam Marco Polo, który przyniósł im posłanie od Kubłaja. W tymże posłaniu Kubłaj-Chan oznajmiał, ze gotów jest zaakceptować Templariuszy i ich władzę w Mezopotamii i Transoxanii pod warunkiem, że nie będą się oni mieszać w ich interesy w Chinach. Wielki Mistrz, by zyskać na czasie, wyprawił do chana chanów własne poselstwo. Poza niektórymi darami, jak np. relikwiarz z drzazgą Krzyża Świętego i iluminowanej Ewangelii - dorzucili oni swe ultimatum, że Kubłaj może zachować swą władzę w Chinach wtedy i tylko wtedy, gdy poprzysięgnie on wierność i poddaństwo Wielkiemu Mistrzowi i papieżowi.
Posłowie Wielkiego Mistrza mogą mówić o szczęściu, gdy wyszli z pałacu chana chanów w Szang-Tu i nie zginęli, jak Asasynowie, których pochwycono i stracono, a których głowy dyskretnie wsunięto im zawinięte w korę.
W czasie, kiedy posłowie zmierzali ku chanowi, Guillaume de Beaujeau nakazał obsadzić Sü-Czou, a raczej to, co zeń zostało po spaleniu go przez Mongołów. Stąd pociągnęli oni ku Kan-Czou, przy czym widziany już z daleka słup dymu oznajmił im, ze Mongołowie nie zrezygnowali ze swej taktyki. Otto de Granson przedsięwziął kilka wypadów w okolicę, przez co zabezpieczył aprowizacje w postaci ryżu, co jeszcze uzupełniono mięsem upolowanych jaków, które ubito kopiami i strzałami.
Próby brata Jouberta z replikatorem poszły do przodu o tyle, ze wyprodukował on kilkanaście kopii atomowych granatów, ale nie chciały one wybuchać.
Wielki Mistrz dokładnie zważał na dalszy przebieg wydarzeń i na to, by obrócić wojenne szczęście na swoją korzyść. Sytuacja była poważna, bo Kubłaj-Chan zgromadził 360.000 jazdy i 100.000 piechoty, a nade wszystko dysponował on.... artylerią rakietową!
Liczba wojsk tatarskich może zdumieć niejednego. Już za czasów Czyngiza-Chana wyliczono jego armię na ½ do ¾ mln żołnierzy, zorganizowanych w pododdziały po dziesięciu, zaś oddział 10.000 ludzi[14] stanowił jednostkę operacyjną działającą całkowicie samodzielnie. Ulubiona taktyką było zmuszenie nieprzyjaciela do pościgu za częścią sił, a potem obejście go, przegrupowanie do ataku i uderzenie z nieoczekiwanego kierunku. Pirotechnicy byli werbowani spośród chińskich, perskich czy choremijskich specjalistów, a mongolska taktyka osiągnęła taką doskonałość, że nie było na świecie takiej armii, która byłaby w stanie sprostać armii chana. Mury przestały być ochroną, bo Mongołowie ostrzeliwali miasta z katapult, podkopywali i wysadzali mury przy pomocy ładunków czarnego prochu.
Guillaume de Beaujeau uznał, że najroztropniej będzie umieścić swą 40-tysięczną armię na jakimś wzgórzu, z którego balisty mogłyby strzelać we wszystkie strony. Takie miejsce znalazł w okolicach Calacianu, tam, gdzie wiódł szlak karawanowy pomiędzy zakolem Żółtej Rzeki, a pogórzem Kara Narim Uła.
Po radiowym połączeniu z Baphometem, Wielki Mistrz wydał rozkaz marszu na Si-Ning - miasto przed calaciałem, które Mongołowie spalili do cna. Krzyżowcy wedle tego planu pierwsi przybyli na pogórze Kara i tam okopali się.
Chan tymczasem strawił całą noc na rozmyślaniach w swym pałacu w Cianagore, zaś jego wojska otoczyły Krzyżowców ze wszystkich stron. Na drugi dzień, na Krzyżowców runęła pierwsza fala mongolskiej piechoty, którzy gnali przed sobą całe zastępy nestoriańskich chrześcijan, wyłapanych w czasie ewakuacji miast przed Templariuszami.
Chrześcijańskie żywe tarcze utworzono z nestoriańskich chrześcijan - od roku 431 uznanych za heretyków za to, że głosili oni o dwoistej - boskiej i ludzkiej zarazem naturze Chrystusa. Zamieszkiwali oni ogromne połacie Azji pomiędzy Syrią a Chinami, Mongolią a Cejlonem. Nestoriaństwo przeżyło w Azji całe stulecia, wierzący istnieli także w Mongolii, a Marco Polo opisał spotkanie z ich komunami także w Kaszgari i Jarkendzie.
Następne chwile są dramatyczne. Guillaume de Beaujeau odczekał do ostatniej chwili z wydaniem rozkazu otwarcia ognia. Atomowe granaty wystrzelono i poleciały one łukami ponad pierwszymi szeregami żywych tarcz, wprost pomiędzy zastępy Azjatów, i...
...śmiercionośne grzyby pyłu i dymu wytrysnęły spośród powodzi Tatarów i spowodowały straszliwą masakrę. W zwartych szeregach działanie granatów było straszliwe. Kawałki ludzkiego mięsa fruwały w powietrzu we wszystkie strony, kończyny spadały na jeźdźców, którzy stali w ostatnich szeregach. Kiedy pyły opadły, Krzyżowcy ujrzeli, jak resztki nieprzyjaciół uciekają w nieprzytomnym strachu.[15]
Kubłaj-Chan ze swym sztabem obserwował straszliwe widowisko. Tymczasem Nestorianie dostali się do obozu Templariuszy i poza paroma ranami i oparzeniami nie ponieśli żadnej krzywdy. Mongołowie pozbierali się i otworzyli ogień z bambusowych rakiet, ale pociski nic nie mogły zrobić zakutym w stal rycerzom poza tym, że płoszyły się ich konie, ale Guillaume de Beaujeau kazał rozwalić stanowiska rakietowych baterii atomowymi granatami. Wtedy Kubłaj posłał do ataku bojowe słonie, ale i to przewidział Wielki Mistrz i kazał podpalić rowy z ropą naftową, które wykopano w przeddzień bitwy. Poparzone i przytrute dymem słonie obróciły się przeciwko swym mocodawcom i spowodowały w szeregach Mongołów straszliwą panikę.
W tej chwili Kubłaj wydał rozkaz do generalnego szturmu. Niestety, na swe nieszczęście nie przewidział, że replikator o. Jouberta zacznie wreszcie działać ja należy i waleczność mongolskiej armii, jakkolwiek legendarna, musi się załamać w starciu z BMR. Chana chanów w żelazach przywiedziono przed oblicze Wielkiego Mistrza Templariuszy. Po rozesłaniu na wszystkie strony świata wieści o klęsce Kubłaja pod Kara Narim Uła poddali się Kajdu-Chan i jego generał Najan, dynastia Sung oddała klucze do Kuang-Czou, a takoż do Karakorum i Cembałuku...
I przyszła chwila, w której Wielki Mistrz zorientował się, że jest tylko wykonawcą woli Baphometa, który sprzyjał mu wtedy, kiedy jego ambicje były zbieżne z zamiarami Kosmity. Stary tybetański mag wynalazł sposób, jak się jego pozbyć. I pozbył się przy pomocy kanału mentalnego, w który udało mu się wedrzeć wraz z braćmi w wierze.
I wszystko skończyło się dobrze, a jak - o tym przeczytasz Czytelniku w książce Barbeta. Niestety, wbrew temu pięknemu freskowi paralelnych dziejów, które z podziwu godnym rozmachem i realizmem nakreślił Pierre Barbet, drogi Pana w naszym realnym świecie są zupełnie niepoznawalne i nieprzewidywalne. Po upadku Akki w 1291 roku, ciężko ranny seneszal Jean de Grailly dostał się na pokład ostatniego statku wraz z Otto de Gransonem i Wielkim Mistrzem Joannitów, zranionym bełtem kuszy.
Marszałek Pierre de Sevry w czasie ataku mameluków al-Ashrafa Khalila na templaryjskie umocnienia, zaś Wielki Mistrz templariuszy Guillaume de Beaujeau padł 18 maja 1291 roku przy obronie Przeklętej Wieży, ostatniej baszty i szańcu chrześcijaństwa w Ziemi Świętej dlatego, że - niestety - nie miał żadnych atomowych granatów...
Po śmierci Wielkiego Mistrza i zdobyciu Akki padły także Tyr, Sydon, Bejrut i Hajfa. Templariusze opuścili Ziemię Świętą i to stało się preludium do kasacji Zakonu Świątyni we Francji, co nastąpiło ostatecznie w 1307 roku i jest osobną historią, NB, równie mroczna i tajemniczą.
Dlaczego to wszystko napisałem? Dlatego, bo pomoże to zrozumieć Czytelnikowi to, o czym mówi następny rozdział.


[1] P. Barbet - „L’Empere du Baphomet”, Paryż 1972.
[2] Zob. L. Charpentier - „Les mystéres templiers”, Paryż 1967.
[3] Jak dowodzi tego Ian Wilson w swych pracach na temat Całunu Turyńskiego i tzw. Oblicz św. Weroniki, Templariusze mogli czcić Całun Turyński złożony tak, by widoczna była tylko głowa Jezusa Chrystusa - i nazywano to wtedy Mandylionem. W komturiach zatem najprawdopodobniej czczono repliki Całunu-Mandylionu. Fakt prowadzenia rozmów z Bogiem jest znany z legendy o Szamballi-Agharcie, gdzie Wielki Nieznany porozumiewa się z Bogiem poprzez Marzy - Księcia Śmierci, który sam jest podobny do szkieletu z lśniącą czaszką... - uwaga tłum.
[4] Niektóre źródła podają, że Bajbars użył w tym celu Asasynów - fanatycznych morderców Starca z Gór, których bano się bardziej, niż wszystkich wojsk Krzyżowców razem wziętych! - przyp. tłum.
[5] Dzisiaj Ískanderun w Turcji - przyp. tłum.
[6] Dzisiaj Antakya w Turcji - przyp. tłum.
[7] Dzisiaj Şanliurfa w Turcji - przyp. tłum.
[8] Chin - przyp. tłum.
[9] Z łac. „pomnażanie” - proces alchemiczny polegający na przemianie zwyczajnej materii w złoto przy pomocy kamienia filozoficznego i powiększenie jego ilości nawet do 10.000 razy! - przyp. tłum.
[10] Właśc. Dżabir ibn-Aftach (?-1145) znany arabski lekarz, matematyk i astronom - przyp. tłum.
[11] Nawiasem mówiąc, to jego traktaty astronomiczne czytał i studiował także Mikołaj Kopernik - przyp. tłum.
[12] Tak naprawdę, to Mongołom kark skręcili rycerze polscy w bitwie pod Legnicą, w dn. 9 kwietnia 1241 roku. Mimo tego, że bitwa była przegrana i  Henryk Pobożny oddał swe życie, Tatarzy nie byli wstanie kontynuować kampanii przeciwko Europie i dlatego bitwę tą uważa się za jedną z 12 decydujących o losach Europy bitew historii. Jej ważność można tylko porównać z ważnością Bitwy Warszawskiej z sierpnia 1920 roku! - przyp. tłum.
[13] Zob. A. Bridge - „The Crusades”, Londyn 1985.
[14] Według dzisiejszych standartów jest to korpus armijny - przyp. tłum.
[15] P. Barbet - op. cit. s. 139.