środa, 4 lipca 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (4)


Rozdział II - BLENDA URANOWA W CELTYCKIM GROBIE?



Materiał rozszczepialny w starej mogile? - Wykopaliska pod nadzorem armii? - Na tropie zagadkowych mundurów - Tajemniczy przedmiot z podziemi - Wizyta w mieście - Nic, tylko fatamorgana...



Poul Anderson w jednej ze swych książek pt. „Guardians of Time” (Nowy Jork 1991), opisuje wydarzenia, które miały swe miejsce ponad sto lat temu. Londyński „Times” poczynając od 15 czerwca 1894 roku przez kilka dni donosił o tym, co wydarzyło się w Addleton, w którym rozkopano tajemniczy grób.

Addleton, to miasto w hrabstwie Kent, które powstało z jakobińskiego osiedla, na którego terenie znajdowała się porośnięta trawą mogiła z nieokreślonej epoki. Miejscowy właściciel zamku Lord of Wyndham należał do tych archeologów-amatorów, w których bogate było całe XIX stulecie. Wraz ze swym kolegą, ekspertem z British Museum - Jamesem Rotheritem postanowili rozkopać ten grób i zobaczyć, co w nim było. Wiadomo tylko, że nie znaleźli wiele. Skromny osteologiczny materiał w postaci kilku ludzkich i końskich kości, zardzewiałe przedmioty ozdobne i broń, a wszystko z to V wieku n.e. W więcej niż tysiącletnim pyle i prochu czekał o wiele bardziej interesujący artefakt - była to mała, niebieskawo lśniąca metalowa skrzynka, po otworzeniu której znaleziono w jej środku ciężkie, połyskujące, metalowe gruzły, które wyglądały, jak aliaż złota ze srebrem. Znalezisko było wybornie zachowane.

Lord z Addleton wkrótce poważnie zachorował, zaś Rotherhit - który mniej miał do czynienia z tym artefaktem - też, z tym że lżej. Kiedy Wyndham po krótkiej i ciężkiej chorobie zmarł 25 lipca z objawami zatrucia, podejrzenie padło na Rotherhita, jednakże jego rodzina wynajęła detektywa, który udowodnił to, że ta właśnie kupka dziwnego metalu wydawała z siebie śmiercionośne promieniowanie. Nikt tego nie rozumiał, ale na wszelki wypadek tajemnicza skrzynkę wrzucono do głębokiego kanału.

Wyjaśnienie tego przypadku przyniosło w roku 1894 Scotland Yardowi znaczne trudności. Antoine Henry Becquerell odkrył zjawisko radioaktywności dopiero w dwa lata po opisanych wydarzeniach, zatem nie dziwota, że promieniowanie mogło zabić nieprzygotowanego nań człowieka...

I chociaż wydarzenia te wydają się być tylko fikcją literacką, to historia odnotowała kilka wydarzeń niepokojących i niepokojąco podobnych do tego znaleziska rudy uranu w celtyckim grobie. Wspomnijmy tylko zagadkowe zgony uczonych biorących udział w badaniu grobu faraona Tutenchamona w 1923 roku[1], czy informacje o „uranowym szlaku” wiodącym przez Europę w ciemnych czasach Średniowiecza, po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego na równi ze szlakami żelaznymi, miedzianymi, jantarowymi i innymi.[2]

W czasach wędrówek ludów i ekspansji barbarzyńców ze wschodu Europy, zapotrzebowanie na metal pokrywano ich wydobyciem w kopalniach odkrywkowych. O kopalniach rud żelaza już wspomina Gajusz Juliusz Cezar w „Belli Gallico”, gdzie pisze on w związku z wydarzeniami przed Awarykiem - gdzie Gallowie używali sztuki górniczej do wspierania rzymskiej sztuki oblegania miast:

... et aggere cuniculis subtrahebant, eo scientius, quod aput eos magnae sunt ferrariae atque omne genus cunicolorum notum atque usitatum est[3]

Inne źródła wspominają o znalezieniu śladów prac górniczych we Francji, co dowodzi m.in. faktu, że w niektórych miejscach Celtowie wydobywali rudy współczesnymi nam sposobami, i tak np. o sztolniach Camp d’Affrique k./Nancy pisał J. Moreau w „Die Welt der Kelten” (Stuttgart 1958). Innym ośrodkiem wydobywczym był Hèrauklt w Masywie Centralnym, gdzie tradycje wydobywcze zaczęły się przed połową pierwszego tysiąclecia przed Chrystusem, zaś w czasie pomiędzy 3 a 1 tysiącleciem p.n.e. wydobywano rudę w sztolniach Roc de la Balme, Aigues-Vives, Vélieux, Mailhac.[4]

W innych miejscach rudy żelaza wydobywano odkrywkowo w różnych miejscach Europy - m.in. w okolicach Michelberg k./Kelheim, gdzie wydobywano limonit jeszcze w Średniowieczu[5].[6]

O tym, że Starożytność znała rudę uranową świadczą także początki prac wydobywczych w czeskim Jáchymovie. Kopalnie powstały w XVI wieku, jako trzecie po Jihlavie i Kutnej Horze. Do zorganizowanego wydobycia doszło w roku 1516, kiedy to hr. von Schlick   w z n o w i ł   prace wydobywcze w   p r a s t a r e j   już wtedy (!!!) sztolni w osadzie Konradesgrün. To właśnie tutaj, w Górach Kruszcowych, górnicy natrafili także na czarna warstwę mazi barwy smoły. Przez więcej, niż 200 lat był to dla nich tylko „smolny kamień” - smoleniec, który zwiastował im obecność rud srebra i był minerałem służącym do wypełniania wyrobisk, albo... uszczelniania szpar w ich chatach!

W 1789 roku, minerał ten stał się przedmiotem badań Martina Klaprotha, który przyporządkował go planecie Uran, zgodnie z formułą Herschela.[7] Z wykryciem promieni X i odkryciem naturalnej promieniotwórczości rud uranu[8] przez Henry’ego Becquerella, pojawiła się konieczność wydobycia smółki uranowej. W Jáchymovie zaczęto produkować rad (Ra), która to produkcja w roku 1939 stanowiła aż 1/3 światowej produkcji tego pierwiastka. W czasie hitlerowskiej okupacji, w Jáchymovie Niemcy chcieli zbudować „stos atomowy”, w którym paliwem miała być tamtejsza ruda uranowa, rafinowana i wzbogacana przez firmę „Degusa”. I takjuz na początku lat 40. uran stał się surowcem strategicznym, jednym z najważniejszych pierwiastków używanych przez naszą cywilizację.

Jak widać, już cywilizacja na technicznym poziomie Celtów była w stanie wydobywać i przetwarzać rudę uranu...  Oczywiście wcale nie musimy sobie tutaj wyobrażać jakiś prymitywny reaktor jądrowy zbudowany w lesie za granicą Cesarstwa Rzymskiego, gdyż jego eksploatacja mogła mieć elementarny charakter. Narody Starożytności miały wiedzę na temat letalnego dla organizmów żywych działania promieniowania jonizującego i nie musiały niczego wiedzieć na temat fizycznych podstaw tych procesów. Wystarczyło, że obserwowano dokładnie zwierzęta i pracujących w kopalniach niewolników, by stwierdzić śmiercionośne działanie promieniowań: α, β, γ czy X... Rozdrobniona ruda uranu czy toru mogła stac się jednym ze środków mogących utrzymać w stanie nienaruszonym ciało znamienitego zmarłego, zaś promieniowanie mogłoby porazić także każdego, kto naruszyłby cielesną powłokę i materialne wyposażenie nieboszczyka, co było o wiele bardziej skuteczne i zdradliwsze od trucizn i innych zabezpieczeń...

W związku z tym, przeczytanie dalszego tekstu w tym rozdziale może być inspirujące. Zestawiłem ten tekst z wycinków lokalnej, koszyckiej prasy i własnych notatek z lata 1996 roku.[9] A oto ten niezwykły materiał:



WYKOPALISKA POD NADZOREM ARMII?



(Košice, piątek, 9 sierpnia 1996 roku, godzina 02:30)



- Przybądźcie niezwłocznie na ulicę Hlavną, do wykopów, coś się tam dzieje - jest tam cała kupa policji!!! - odezwał się z telefonu dyżurnego redaktora „Večernika” nieznajomy głos. O drugiej godzinie, to wszystko przypomina kiepski humor, ale lojalność wobec swej profesji nie pozwala się odwrócić rasowemu dziennikarzowi plecami do sensacji i mała grupa reporterów dociera do budynku byłego TUZEX’u[10] o godzinie 02:20.

- Co tutaj robicie?! - szczeknął do nich jeden z policjantów, którzy otaczali wykop. Redaktorzy okazują mu legitymacje prasowe i chcą się widzieć z kimś kompetentnym, kto objaśniłby im, o co właściwie tutaj chodzi. Jeden z dwóch facetów stojących przy wykopie, ubrany po cywilnemu, po cichu rozmawia z drugim, który jest ubrany w polowy mundur maskujący z dystynkcjami pułkownika.

- Spadajcie stąd, ale już - zwraca się do patrzących na nich dziennikarzy - Bo jak się coś wam stanie, to już wasza rzecz, ale nam tu problemów nie będziecie robili!...

Dziennikarze taktycznie odchodzą poza kordon i obserwują policjantów odganiających od wykopu ludzi, którzy właśnie wyszli z pobliskiego baru, a potem wpadli do wykopu.

O godzinie 02:38 przyjeżdżają dwie ciężarówki, które swym wyglądem przypominają ambulanse bankowe do przewożenia pieniędzy. Wyskakują z nich ludzie w ochronnych ubiorach i całkowicie blokują wykop. Kilku z nich pod przewodnictwem cywilów schodzi w dół i znika w podziemiach.[11]

O godzinie 03:47 żołnierze wynoszą z wykopu lśniący, metalowy przedmiot w kształcie walca, długi na 1,5 m, ładują go do ambulansu i odjeżdżają w kierunku ulicy Pribilinova. Z wykopu słychać jeszcze dobiegający szczęk narzędzi, a zaraz potem wychodzą z niego inni żołnierze, którzy zabierają się drugim ambulansem. Po ich odjeździe w wykopie nie widać niczego podejrzanego, wszystko wydaję się być w porządku. Po chwili odjeżdżają radiowozy policyjne.

Skoro nie udało się dowiedzieć niczego na miejscu, poszukiwania dziennikarzy trwają dalej. Między innymi redakcja telefonuje do rzecznika prasowego Komendy Miejskiej policji w Koszycach, który odsyła ich z kolei do Grupy Prewencji Kryminalnej w tym mieście. Tam jednak też nie uzyskują  żadnej informacji o tym wydarzeniu - ich rzecznik prasowy wie jedynie to, że na Hlavnej działała jedynie policja municypalna[12], która zatrzymała jakiegoś bezdomnego.

- Rzecz jest w stadium śledztwa i nie można niczego podać do wiadomości publicznej. Spróbujcie się dowiedzieć czegoś w Policji Municypalnej - słyszą przyjacielską radę.

Zapytany o zajście na Hlavnej oficer operacyjny Policji Municypalnej w Koszycach odpowiada, że nie ma żadnej wzmianki w dokumentach o jakimkolwiek działaniu policji w rejonie wykopów. Kolejną instytucją, którą „Košicki Večer” indaguje o incydent jest oficer prasowy Ministerstwa Obrony. Ten zaś przekazuje pytania redakcji do Wydziału ds. Kontaktów ze Społeczeństwem Sztabu Generalnego Słowackiej Armii, którego przedstawiciele mieli się telefonicznie skontaktować z dziennikarzami. Tak się jednak nie stało i Sztab Generalny nie zwołał konferencji prasowej. Sprawa miała swój ciąg dalszy w poniedziałek.



NA TROPACH ZAGADKOWYCH MUNDURÓW



(Košice, poniedziałek, 12 sierpnia 1996 roku)



A dalej było tak, jak w serialu „Z Archiwum X”.[13] Poniedziałkowy numer „KV” przyniósł wyjaśnienie Sztabu Generalnego Słowackiej Armii, które dotyczyło piątkowych wydarzeń. Wedle wydanego komunikatu:

Żołnierze Słowackich Sił Zbrojnych w tym, czasie nigdzie nie byli (na miejscu opisywanych zdarzeń) ani nikt nawet nie zwracał się do nich o pomoc w takim przypadku.

Zdaniem autorów tego >>wyjaśnienia<<, mogło chodzić o żołnierzy jednostek wojskowych podległych MSW, jednakże - jak oznajmił natychmiast rzecznik prasowy MSW - żadna jednostka wojskowa podległa MSW w policyjnej akcji nie uczestniczyła.

Przez całe przedpołudnie dyskutowałem na ten temat z kolegami ze Wschodniosłowackiego Muzeum. W przerwie wyskoczyłem na filiżankę kawy i posłuchałem kilku ciekawych rozmów, jednakże żaden z moich kolegów nie był mądrzejszy ode mnie.

- Cóż to takiego - myślałem - wykopali nieopodal koszyckiej katedry i to tak tajnie, że nawet najbardziej kompetentni i poinformowani archeolodzy  i historycy sztuki nie mają pojęcia o tym, co to właściwie było?

Informacyjnej blokady nie przełamali nawet pracownicy Urzędu ds. Zabytków miasta Koszyce, którego dyrektor kategorycznie oświadczył:

- Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę panu nic powiedzieć, ani pańskim kolegom. Niczego mi nie wiadomo na ten temat!

Jego odmowa zaskoczyła nieco tych, którzy śledzili rozwój wypadków. Również próby uzyskania w Muzeum jakichś informacji spełzły na niczym, zaś już na ulicy jeden z kopiących na Hlavnej powiedział mi:

- Są tam jakieś stare groby: pełno kości i śmieci, a wszystko przegniłe. Ludzie gadali o jakimś drugim wejściu i o tym, że byśmy się bardzo zdziwili. Ale dlaczego? - tego nie wiemy. No, a potem, na drugi dzień, tamci pracownicy nie przyszli do pracy, bo byli chorzy.

Te ostatnie informacje pasowały - jak się zdaje - do krążących po mieście plotek, iż dwóch robotników, którzy odkopali dziwną skrzynkę - nie przystąpiło następnego dnia do pracy ze względu na zły stan zdrowia. Zresztą inni zagadnięci przeze mnie pracownicy nie byli rozmowniejsi.

-Niech pan da mi spokój i wynosi się stąd. Niczego nie wiem! - łopata w ręku jednego z nich wykonała ruch mówiący więcej, niż tysiąc wypowiedzianych słów...

Dziennikarze postanowili odszukać dwóch robotników, którzy nie zgłosili się do pracy z powodu choroby, a którzy ponoć odnaleźli tajemniczą skrzynkę. Jednego nie było w domu - a przynajmniej na pukanie i dzwonienie do drzwi nikt nie reagował, zaś u drugiego, który mieszkał w pobliskiej miejscowości Furča, zastano młodą kobietę, która powiedziała krótko:

- Wynoście się! Dajcie nam spokój! Mamy dość kłopotów bez was! Jego nie ma w domu!!!

Wkrótce potem, „KV” podał, że wedle dobrze poinformowanego źródła, które pragnęło zachować anonimowość, w szpitalu wojskowym hospitalizowano dwóch cywilów, a potem trzech żołnierzy.

Wszyscy - cała piątka - była nieprzytomna, a nie ranna, tzn. na ich ciałach nie znaleziono żadnych obrażeń zewnętrznych. Natychmiast ich odizolowano i dopuszczono do nich jedynie wybranych lekarzy. Większości z nich jeszcze nie widziałem. Po kilku godzinach gdzieś ich ze szpitala wywieziono, zdaje się, że na lotnisko.

Komendant Wojskowego Szpitala Sił Powietrznych ustosunkował się negatywnie do tej informacji:

- Nic mi nie wiadomo o hospitalizacji większej grupy osób w moim szpitalu, ale w piątek przyjęto u nas jednego żołnierza w stanie nieprzytomności. Nie mam pojęcia, czy to podpada pod was przypadek.

Takie właśnie oświadczenie przekazał on „KV”.



ZAGADKOWY PRZEDMIOT Z PODZIEMI



(Košice, wtorek, 13 sierpnia 1996 roku)



Punkt zwrotny w rozwoju wydarzeń rozgrywający się wokół dziwnego incydentu następuje we wtorek, 13 sierpnia, w godzinach rannych. W tym czasie na prywatny numer telefonu red. Arpada Soltezsa dzwoni ponownie ten sam osobnik, którego głos wezwał do wykopów dziennikarzy w nocy 9 sierpnia. Nieznajomy mówi:

- jeżeli się nie boicie, to zaprowadzę was na miejsce, w którym kopali ci dwaj pod Hlavną. Pokażę wam to drugie wejście, ale możecie mieć z tego cholerne kłopoty, o jakich się wam nawet nie śniło...

W porze obiadowej reporter i fotograf redakcji spotykają się z tajemniczym informatorem.

- Moje nazwisko? - reaguje na pierwsze pytanie - po co wam ono, czemu mnie pytacie o takie bzdury. Jak coś będziecie chcieli widzieć, to powiem wam sam!

Nie rzucający się w oczy 40-latek, który nikomu się nie przedstawił, prowadzi ich w stronę jednego z budynków w historycznej części centrum Koszyc. Dom niezbyt stary i niezbyt nowy stoi na wiekowych fundamentach. We trójkę wchodzą do piwnicy, a z niej przez wykuty w ścianie otwór do podziemi. Na podłodze tunelu, którym się poruszają, leżą powyginane i przerdzewiałe resztki okuć do drzwi. Po przebyciu jakichś 50 m, ekipa dociera do znajdującej się na końcu tunelu piwniczki o rozmiarach 5 x 8 m. Po prawej stronie widać wysoki na metr stos ludzkich kości, w rogu stos samych czaszek, natomiast w drugim końcu pomieszczenia znajduje się wejście do dalszej części podziemi i tunel.

- Tunel prowadzi do wykopów na Hlavnej - nieznajomy przewodnik wskazuje na ciemny wylot korytarza - Na waszym miejscu nie dotykałbym niczego - dodaje.

W ciemnym pomieszczeniu trudno jest się poruszać i orientować - jedynym źródłem światła jest mała elektryczna lampka i czasem błyski flesza. Mężczyzna wskazuje  na wysoki na jakieś 10 cm postument w przeciwległym końcu salki. Według jego słów, stała na nim mała metalowa skrzynka o długości 1,5 m z obłymi kantami i rogami.

- Wyryto na niej znak ryby[14] i jakiś napis - komentuje - Drobnymi literkami łacińskimi, ale nie po łacinie. Również nie po niemiecku czy w jakimkolwiek współczesnym znanym języku. Pracowaliśmy nad tym kilka lat.[15] (!!!) Ale niczego nie udało się nam odkryć. Co znajdowało się w skrzynce, tego nie wiem, bo nie potrafiliśmy otworzyć jej wieka bez naruszania, ale nie mieliśmy po temu żadnych możliwości technicznych. Musimy już wracać.

Po wyjściu na Hlavną nasz cicerone szybko oddala się i znika w tłumie. Nie odpowiedział na ani jedno pytanie o swą tożsamość, zawód i owo zagadkowe „my”... Na pożegnanie powiedział jedynie:

- Pokazałem wam to tylko dlatego, że skoro zajęli się tym specjaliści, to musi to być jakieś szczególne paskudztwo. Według tego, jak oni postępowali widać, że doskonale wiedzieli, co znaleźli. Kto wie zresztą, może doskonale wiedzieli, czego szukają?... Nie chciałbym, żeby ta rzecz uległa zapomnieniu, mimo tego, że mam własna opinię o dziennikarzach...

Nadal byliśmy skazani na domysły. Kiedy dostaliśmy na biurko gazetę, spróbowałem się dodzwonić do redaktora naczelnego - mogłem sobie odpuścić. Powiedziano mi, że: Szef jest od kilku dni na urlopie...



WIZJA LOKALNA



(Košice, środa, 14 sierpnia 1996 roku)



Po kilku nieudanych próbach uzyskania jakichś sensownych informacji, pełen niesmaku, otworzyłem drzwi mojego biura. Wydarzenie, które rozegrało się niemal na naszych oczach wydawało mi się tak nieprawdopodobne, jak historia z radioaktywną trumna w celtyckim grobie, o którym pisano w książce Andersona.

Ponownie zabrałem się za wertowanie wszystkich gazet, zastanawiając się nad wariantami rozwiązania tego problemu. Czyżby była to li tylko mistyfikacja???

Jeszcze raz otwieram gazetę z poprzedniego dnia i podkreślam tytuły informacji, które już przeczytałem. Znajduję doniesienie o prezentacji projektu „Bezpieczne Koszyce”, w trakcie którego doszło do spotkania mera miasta z komendantami policji państwowej i municypalnej. Mer po wysłuchaniu raportów o stanie przestępczości kryminalnej w poszczególnych rewirach miasta, odniósł się także do dziwnego znaleziska na Hlavnej. Zgromadzonym oficerom policji oświadczył:

Skoro nie znaleźliście tego, o czym pisze miejska prasa, to znaczy, że wasi funkcjonariusze spali na służbie. A skoro oświadczacie, że nie macie z tym nic wspólnego, to oznaczałoby, że mamy znów jakąś Št.B.[16]- która działa na terenie miasta bez wiedzy policji.

Po przeczytaniu tych linijek, hipotezę o kaczce dziennikarskiej mogłem odesłać spokojnie do lamusa. Biorąc pod uwagę to, co powiedział mer miasta, dyrektor Urzędu ds. Zabytków i inni oficjele, dziwnym się wydaje to, ze nikt nie wytoczył całej koszyckiej prasie sprawy sądowej o zniesławienie wysokiego urzędnika państwowego i instytucji, co powinno nastąpić właśnie w przypadku kaczki dziennikarskiej - nieprawdaż? Poza tym trudno zrozumieć, dlaczego o wydarzeniach tych milczy konkurencyjny dziennik „Korzo”, który od tego czasu wielokrotnie nie zdołał uprzedzić redaktorów „KV” w pościgu za sensacjami czy aferami...

Razem z dyrektorem muzeum udajemy się osobiście w stronę wykopów w średniowiecznej części miasta. Ulica Hlavná wygląda jak po ciężkim bombardowaniu: wszędzie dziury i leje przykryte małymi mostkami. Ogłuszeni łomotem świdrów pneumatycznych zmierzamy w kierunku domów, w których - jak podejrzewamy - znajduje się wejście do podziemi.

Przechodzimy po wysepkach gładkiego asfaltu, zaglądamy do jam, w których widać resztki starodawnych murów i umocnień, korytarzy oraz tuneli. Ponieważ zaczyna padać, po błotnistych kałużach podchodzimy do domu, w którym może znajdować się wejście do podziemi. Wejście jest zamknięte, przed nim pracują mężczyźni w roboczych kombinezonach, nieopodal stoi kilku policjantów, którzy ostrzegają, że nie wolno tam wchodzić.

Decydujemy się obejść dom od tyłu i spojrzeć do wykopu z drugiej strony ulicy. Przechodzimy kilkaset metrów wzdłuż ulicy Vratnej. Z wykopu za drewnianą barykadą z zakazem wstępu podnosi się mężczyzna w żółtej kamizelce. Macha do nas rękami. Nie zwracamy nań uwagi i idziemy dalej.

- Stójcie! Dalej zabronione!!! - drze się. Zawracamy do muzeum.

Tego dnia „KV” opublikował wyniki przeprowadzonej wśród mieszkańców ulicznej sondy na temat tajemniczego znaleziska. Kilku mówiło o niewypałach z czasów II Wojny Światowej, inni o tajnych materiałach. Jedno dla tych wypowiedzi było wspólne - rozmówcy mówili bardzo mało - albo dlatego, że nic nie wiedzieli, albo byli zastraszeni...

Po obiedzie spotkałem się ze znajomym dziennikarzem, który swego czasu pracował dla dziennika „Nový čas”, a obecnie jest zatrudniony w „Korzo”. Ów „łowca afer” stwierdził, że (uwaga! uwaga!)  t a   s p r a w a   g o   n i e   interesuje (sic!!!) - i rozwodził się nad spotkaniem z dyrektorem jakiejś fabryki. Całkowicie już zdezorientowany kupuję dla porządku także „Korzo”, ale na próżno szukam w nim choć wzmianki o znalezisku. Ani słowa!!! Mój znajomy „łowca afer” pisze natomiast o... podlewaniu miejskiej zieleni![17]

Wracając do muzeum intensywnie rozmyślam o wszystkich tych osobliwych wydarzeniach. Istnieja dwie możliwości, jak ta cała historia może się skończyć: pierwsza - „KV” odwoła wszystko i nikt już nie dojdzie, czy stało się to pod naciskiem władz miejskich, armii czy MSW... Druga - że „KV” niczego nie odwoła i sprawą zajmą się odpowiednie władze.



FATAMORGANA



(Košice, piątek, 15 sierpnia 1996 roku)



„KV” odwołuje wszystko, co napisał był wcześniej. Tekst tego dementi tak dalece odróżniał się od poprzednich na ten temat, że moje (i nie tylko moje) podejrzenia, że jest to kamuflaż mający uspokoić opinie publiczną, graniczą z pewnością. Żeby było jeszcze ciekawiej, tego samego dnia „Korzo” pisze o... śmiercionośnej skrzynce wykopanej przy ulicy Hlavnej!!!

Po wszystkich tych wydarzeniach mało kto już wierzy  w prawdziwość tego dementi. Ciekawe jest to, że nikt nie mówi o mistyfikacji. Jeżeli to zresztą miała być mistyfikacja, to kogo winić za szerzenie alarmujących pogłosek?

Dzisiaj, kiedy od tej całej afery upłynęło kilka miesięcy, nadal nie wiadomo, co ją wywołało. Nabieramy natomiast coraz większej pewności, że najlepszym sposobem ukrycia czegoś jest „przykrycie” tajemnicy jeszcze większą tajemnicą - zgodnie z rzymską zasadą: Ridiculum arcifortius et melius magnas plerumque secat res. A już najskuteczniejszą bronią dla tych, którzy chcą cos ukryć za zasłoną tajemnicy jest wyśmianie problemu i jego realności. Jakże dobrze znamy tą metodę chociażby z historii badań fenomenu UFO!

Dla mnie ten incydent tu zrelacjonowany był nauczką i wskazaniem, jak tworzą się zagadki  - i nie dotyczy to tylko tajemniczego radioartefaktu z Koszyc, ale także Arki Przymierza[18], zwłok z Roswell, czy jak wolicie radioaktywnej trumny, którą być może jutro ktoś znajdzie w celtyckiej mogile, słowiańskim kurhanie czy egipskiej piramidzie...



Życie dopisało zakończenie tego rozdziału i to całkiem nieoczekiwanie. Jak podały światowe agencje, w dniu 9 grudnia 1997 roku nieoczekiwanie na Grenlandię spadł meteoryt o masie około 1 mln ton, którego energia uderzenia wynosiła mniej więcej 15-20 kt TNT, czyli tyle, ile bomba typu Hiroszima czy Nagasaki. Media podały tą informację i... bardzo szybko ją wyciszono. Jak pisze Robert K. Leśniakiewicz:

...Niedawno otrzymałem list od pani redaktor Ewy Jabłońskiej z „Super Expressu”, w którym tak komentuje ona to wydarzenie:

>>Pan Bzowski... ma bardzo ciekawą teorię o meteorycie, który spadł w grudniu na Arktykę (był ogromny - pisałem wtedy o tym u siebie w „Świecie bez tajemnic”). Swoją drogą mógł to być odłamek asteroidu, o którym pisze Pan w swym opracowaniu (zgadza się data). Informacje o spadku tego ciała zostały bardzo szybko utajnione, gdybym nie wydrukowała depeszy z Agencji, to straciłabym ją, bo została zdjęta w ciągu dwóch godzin. W Centrum Astronomicznym w Warszawie twierdzą, że nie mieli o tym żadnej informacji do tej pory. Jest to chyba dość dziwna sprawa. Pan Bzowski uważa, że w jakimś zachodnim piśmie była wzmianka o tym, że meteoryt ten był znacznie większy, niż podano to na początku i że skoro nie wywołał kataklizmu, to musiał wcześniej wytracić swoją prędkość...<<

 Osobiście nie podzielam optymizmu pana Kazia Bzowskiego, bo skoro któryś  MIDAS zauważył ten upadek i sejsmometry na Islandii i w Kanadzie odebrały upadek tego ciała jako wstrząs podobny do wybuchu bomby jądrowej - a wstrząs taki ma swą charakterystyczną i absolutnie różną charakterystykę od „normalnych” trzęsień ziemi, to nie mógł to być żaden meteoryt czy statek kosmiczny - jakby tego sobie życzył Kazio Bzowski, a właśnie głowica jądrowa z czasów Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów![19]

Jeżeli to, o czym pisała red. Ewa Jabłońska jest prawdą, to znaczyłoby, że na powierzchnię Ziemi w rejonie zachodniej Grenlandii spadła jądrowa lub termojądrowa głowica bojowa Atlantydów, która w odróżnieniu od tej, z której zrobiono koszycki radioartefakt, jednak eksplodowała! Być może od razu udali się tam Amerykanie i Duńczycy z Thule AFB - a skoro tą informację utajniono, to znaczy, że udali się tam na pewno... Czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy?[20]



[1] Dziś już wiadomo, że zgony te były powodowane przez zainfekowanie ludzkiego organizmu sporami grzyba Aspergillus niger, który w sprzyjających warunkach pokrywał ściany komór grobowych faraonów i urzędników egipskich. NB, spory grzyba pokrewnego gatunku A. aureus znaleziono w grobach królewskich na Wawelu - zob. Zb. Święch - „Groby, mikroby, uczeni”, Kraków 1993 - przyp. tłum.
[2] Zob. A. Mostowicz - „My z Kosmosu”, Warszawa 1978.
[3] G. J. Cezar - „Belli Gallico”, 7,22.
[4] Zob. M. S. Roumilhac - „La sidérurgie celtique en Languedoc fouilles du Roc de La Balme”, Paryż 1969.
[5] Zob. K. Schwarz, H. Tillmann i W. Treibs - „Zur spätlantenezeitlichen Frankenalb die Kelheim“ w „JBD“ nr 6/7,1965/1966, ss. 36-66.
[6] Godzi się tutaj wspomnieć także o polskich kopalniach krzemienia pasiastego, rud żelaza i rud uranu - sic!!! - pochodzące z lat 4.200-1.700 p. Chr., a zatem z Neolitu, w rejonach miejscowości Rudki, Stara i Nowa Słupia oraz Krzemionek Opatowskich w Górach Świętokrzyskich - przyp. tłum.
[7] Alchemicy przyporządkowywali metale określonym planetom, i tak : złoto należało do Słońca, srebro do Księżyca, rtęć do Merkurego, miedź do Wenus, żelazo do Marsa, antymon do Jowisza i ołów do Saturna.
[8] Promieniotwórczą jest każda ruda zawierająca uran, tor i inne pierwiastki ziem rzadkich (Rare Earths Elements = REE) zaś najczęściej spotykanymi i eksploatowanymi rudami są: Uraninit (Smoleniec, smółka uranowa) - mieszanina UO2, UO3, U3O8 wraz z innymi REExOx; Zippeit - U2SO10 · 3-6H2O; Torbenit - Cu(UO2PO4)2 · 8-12H2O; Autunit - Ca(UO2PO4)2 · 8-12H2O; Uranociryt - Ba(UO2PO4)2 · H2O; Schöckingeryt - NaCa3(UO2F,SO4[CO3]3) · 10H2O; Karnotyt - (K,Na,Ca,Pb)2(UO2)V2O8 · 3H2O; Soddyit - (UO2)15(OH)20Si6O17 · 8H2O; Curit - 3PbO · 8UO2 · 4H2O; Kuproskłodowskit - CuH2(UO2SiO4) · 5H2O; Chalkolit - (Cu,Ca)(UO2PO4) · 8H2O; Betafit - (Ca,U,Th)(REE,Ti)3O9 · nH2O; Toryt - Gd,Th(SiO4); Pirychlor - (Ca,Na,Ti,REE)2Nb2O6(F,OH,O); Euksenit - (Pb,Ca,REE)(REE,Ti)2(O,OH)6; Monacyt - (REE)PO4; Allanit - (REE,Na,Ca)(REE,Al,Be,Mg,Mn3)(OH[SiO4]3); Bastnezyt - (REE)CO3 · F; Ceryt - Ce2Si2O7 · H2O; Agardyt - (REE,Ca,H)Cu6OH6AsO4 · 3H2O oraz Xenotym (Ksenotym) - (U,Th,REE)PO4. Wszystkie te rudy są radioaktywne i można ich obecność wykryć przy pomocy licznika G-M. Większość z nich fluoryzuje pod wpływem promieniowania UV, co stanowi drugą ważną cechę rozpoznawczą tych minerałów - uwaga tłum.
[9] Zob. M. Jesenský - „Ruda uranu w celtyckim grobie?” w „Nieznany Świat” nr 4,1997, ss. 8-11 - przekład R. K. Leśniakiewicz.
[10] Słowacki i czeski odpowiednik naszego PEWEX’u - przyp. tłum.
[11] Koszyce są zbudowane na średniowiecznych katakumbach stanowiących drugie, tyle że podziemne miasto. Katakumby owe zajmują powierzchnię równą powierzchni historycznej dzielnicy Koszyc. Odkryto w nich w latach 30. tzw. „Złoty Skarb Koszyc” - wspaniałą kolekcję złotych monet z XVI i XVII wieku - przyp. tłum.
[12] Słowacki odpowiednik Straży Miejskiej w polskich miastach - przyp. tłum.
[13] Biorąc pod uwagę fakt, że Słowacja była do roku 2000 jedynym krajem, który podpisał z WNP umowę o współpracy wojskowej, najsłuszniejszym byłoby domniemanie, że zabranie tego artefaktu zostało zaaranżowane przez rosyjskie służby specjalne, co wyjaśniałoby wiele niejasności związanych z tym incydentem. Takich spraw było o wiele więcej, m.in. także i w Polsce - uwaga tłum.
[14] Ryba jest starochrześcijańskim symbolem chrztu świętego, używanym już od panowania cezara Tertulliana (160-230). Jezus - wedle podania biblijnego - wybrał swych uczniów spośród rybaków i dlatego pierwsi chrześcijanie używali tego znaku jako piktogramu wyrażającego imię Jezusa Chrystusa - z greki ryba - ICHTYS - wykłada się jako:  Iesus CHristos Theon Üos Soter = Jezus Chrystus Syn Boży Zbawiciel - co pokazał m.in. Henryk Sienkiewicz w powieści „Quo Vadis” - przyp. tłum.
[15] Robert K. Leśniakiewicz sądzi, że skrzynka ta mogła być pokryta napisami w języku enocheńskim lub w języku z tzw. „Manuskryptu Voynicha”, które do dziś dnia stanowią zagadkę dla kryptologów - przyp. tłum.
[16] Štatná Bespečnost’ - komunistyczna policja polityczna będąca czechosłowackim odpowiednikiem sowieckiego KGB.
[17] Robert K. Leśniakiewicz spotkał się w listopadzie 2000 roku z dziennikarzami z „KV” i „Korzo”, którzy zapewniali go, że informacja na temat tajemniczej skrzynki była kaczką dziennikarską sprokurowaną w celu zwiększenia nakładu tych dzienników. W porządku - w takim razie dlaczego - zapytuje on - władze miasta zamurowały wejście do jednej z piwnic pod ulicą Hlavną? - co osobiście stwierdził, kiedy we wrześniu 1996 roku zwiedzał podziemia Koszyc wraz z autorem tej książki... - uwaga tłum.
[18] Jak tego dowiedli badacze francuscy i brytyjscy, Arka Przymierza znajduje się dzisiaj w jednej z koptyjskich świątyń w etiopskim Aksum (Axum), dokąd wywieźli ją w XI wieku Templariusze! - przyp. tłum.
[19] Robert K. Leśniakiewicz - list do autora z dnia 2 czerwca 1998 roku.
[20] Polski astronom Roman Rzepka z Giżycka twierdzi, że meteoryt ten znaleziono i okazało się w trakcie badań, że nie pochodzi on z Układu Słonecznego, co jest herezją z punktu widzenia klasycznej astronomii, dlatego odkrycie to utajniono, jak wiele innych... - przyp. tłum.