czwartek, 5 lipca 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (5)


Rozdział III - PROGRAM SDI SPRZED TYSIĘCY LAT


Komety, które wcale nie były kometami - Groźba martwych satelitów - Atomowa wojna bogów - BMR zagrażają Średniowieczu - manewry niewidzialnej armii - Na koniec świadectwo kronikarza.



Czytelnik doinformowany wie, że SDI czyli Strategic Defense Initiative - po polsku Inicjatywa Obrony Strategicznej powstała po telewizyjnym wystąpieniu amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana w dniu 23 marca 1983 roku. Ci lepiej poinformowani wiedzą, że to pierwszymi byli Rosjanie, którzy wysłali na orbitę wokółziemską bojowe satelity z laserową bronią radiacyjną - (dalej LBR) na pokładach, a rozwój LBR w byłym ZSRR zaczął się znacznie wcześniej i wyłożono nań więcej pieniędzy, niż w USA... A kiedy w „Deklaracji o współpracy w przestrzeni kosmicznej” podpisanej w dnia 27 stycznia 1967 roku obie strony dogadały się, że nie będą umieszczały we Wszechświecie Jądrowe czy inne BMR, sowiecka polityka w praktyce dowiodła, że LBR nie jest ani jednym, ani drugim - przeto Rosjanie rozkręcili na pełne obroty zbrojenia w najbliższym sąsiedztwie Ziemi. Jak to pokażę dalej, nie był to pierwszy nieszczęsny pomysł, który narodził się w chorych mózgach mieszkańców Ziemi w przeszłości.

Historia wojskowych satelitów zaczyna się już w połowie lat 50., kiedy to USAF zainstalowały na orbicie satelitarny system MIDER, który miał ochronić Stany Zjednoczone przed atakiem radzieckich ICBM. Wkrótce przemianowano go na system DSP - Deep Space Platform, o którym wiele mówiło się w czasie Wojny w Zatoce Perskiej, kiedy to satelity DSP lokalizowały irackie SCUD-y zaraz po ich starcie z wyrzutni.[1] W rzeczywistości siedem satelitów DSP krąży na wysokości (a raczej w odległości) 38.000 km nad Ziemią i monitoruje 100% jej powierzchni.[2]

Aż do końca XVIII wieku wszystko, co poruszało się na niebie i wymykało się doświadczeniom codzienności było nazywane kometą - z łaciny: cometes, stella crinita.

Najciekawszym jest to, że od początku komety miały jak najgorszą opinię i zawsze wspominało się o nich - czy wręcz pisało - jako o powodzie wystąpienia morowej zarazy czy  morowego powietrza. I nie jest to jedynie produkt fantazji mieszkańców średniowiecznej Europy - jeszcze w 1829 roku, angielski lekarz G. Forster napisał opasłą księgę, w której detalicznie opisał niszczycielskie dokonania co najmniej pół tysiąca komet. Pisał on tedy o komecie, która przywlokła do Fryzji pomór bydła, w Szkocji zaś się objawiła meteorytem, który uderzył w kościelną wieżę i uszkodził zegar, a także wspomina kometę z 1668 roku, po której w Westfalii masowo wymierały... koty!

Słowa „meteoryt” czy „kometa” powinniśmy pisać właściwie w cudzysłowie, bowiem mamy podstawę sądzić, że nie wszystkie te ciała niebieskie możemy identyfikować z informacjami, które mamy teraz o „prawdziwych” meteorytach i kometach.

A zatem zapamiętajmy sobie, że nie wszystkie te „komety” były w przeszłości kometami sensu stricto - na ten temat będzie jeszcze dużo w tej książce. Innymi słowy mówiąc - nasza wiedza o BMR umożliwia nam zrekonstruować to, co tak naprawdę stoi za tradycją, która obwinia komety o grzech rozsiewania Czarnego Moru.

Kiedy wraz z inż. Robertem K. Leśniakiewiczem (oficerem rezerwy Wojska Polskiego i Straży Granicznej RP, znanym polskim literatem, ufologiem i ekologiem) poszliśmy ciernistą drogą w poszukiwaniu wskazówek istnienia Wielkiego Konfliktu, czy nawet całej ich serii, w przeszłości Ziemi, znaleźliśmy wspólny mianownik, spiritus movens, całkiem nieoczekiwanie w naszej współczesnej kosmonautyce.[3]

Jestem przekonany, iż powszechnie wiadomo o tym, że efektem kosmicznej technologii rozwijanej w czasie Zimnej Wojny pomiędzy Wschodem a Zachodem muszą być sztuczne satelity Ziemi, które już dawno spełniły swoją rolę. Już mniej znanym jest fakt, że około 8.000 „martwych satelitów” zagraża naszej planecie spadkiem na jej powierzchnię i ta groźba wstępuje w swe finalne stadium. To, że owe satelity pozostają na swych orbitach, zawdzięczają swej ogromnej prędkości wynoszącej VI ≥ 7,9 km/s, jednakże po kilkunastu latach taki satelita zamienia się w bombę zegarową.

- W każdej chwili może przyjść nieszczęście - twierdzi amerykański ekspert ds. satelitów inż. Gabriel Heller na marginesie sprawy spadku na Ziemię chińskiego satelity fotozwiadowczego FSW-1, który w dniu 13 marca 1996 roku około godziny 05:00 GMT wpadł w wody Wszechoceanu, nawet dokładnie nie wiadomo, gdzie... Amerykanie twierdzą, że FSW-1 wpadł do Pacyfiku u wybrzeży Chile, zaś Rosjanie twierdzą, że do Atlantyku u wybrzeży Argentyny. Wszyscy zaś są zadowoleni, że FSW-1 wpadł w głębiny, a nie na ląd.[4]

Ten chiński kosmiczny szpieg wymknął się spod kontroli w 1993 roku i od tej poru w sposób nieobliczalny poruszał się po nieprzewidywalnej wokółziemskiej orbicie. Jego spadek był czymś niekontrolowanym i nieodwracalnym. Jest zatem udowodnione, że prawdę o „martwych satelitach” się ukrywa przed społecznością światową. Idzie tu o dość realne ryzyko - już w latach 60. wypalony człon amerykańskiej rakiety spadł na gęsto zamieszkałą część stanu Iowa i zatłukł na śmierć kilka sztuk bydła.

Jeszcze większą plamę dała NASA w styczniu 2002 roku, kiedy to zapowiedziała, że jeden z jej satelitów badawczych ultrafioletowego promieniowania Słońca - EUVE[5] wystrzelony w 1992 roku, ma spaść na obszar pomiędzy Australią a Florydą. EUVE faktycznie spadł... w wody Zatoki Perskiej, w dniu 31 stycznia 2002 roku. Wielka to zaiste dokładność, z jaką sprowadzane są tego rodzaju obiekty kosmiczne na Ziemię!!! A przecież uczeni z pewnością w głosie twierdzili, że wszystko jest absolutnie pod kontrolą!... 

W 1975 roku, świat obleciała szokująca informacja NASA, wedle której stacja kosmiczna Skylab ważąca kilkadziesiąt ton miała wejść w atmosferę Ziemi i spaść na jej powierzchnię.

Inż. Gabriel Heller później tak wspominał te wydarzenia, które miały miejsce w centrum zawiadywania lotem satelitów Ziemi:

Przeżywaliśmy wręcz niewysłowiony strach. Skylab właściwie z niczego, bez uzasadnionego powodu miał spaść na Ziemię. Nie mogliśmy niczego przedsięwziąć. Mnożyły się uwagi o tym, że można by go zestrzelić rakietą międzykontynentalną (ICBM) z głowicą jądrową, i w ten sposób zmniejszyć do minimum ryzyko niekontrolowanego spadku Skylaba. Niestety, nasze radary nie były w stanie kontrolować jego lotu i nie dało się przy ich pomocy wyliczyć nawet przybliżonego miejsca upadku stacji - to był czysty przypadek. Do ostatniej chwili satelita krąży wokół Ziemi, a wy nie potraficie przewidzieć, gdzie spadnie... Jak zatem wycelujecie ICBM? Może udałoby się to zrobić nad terytorium jakiegoś państwa, ale musielibyśmy mieć stuprocentową pewność, że Skylab tam się właśnie skieruje. Na całe szczęście Skylab spadł do Oceanu Indyjskiego i wszyscy odetchnęliśmy z ulgą...[6]

Przypadki, w których „martwe satelity” spadające na Ziemię nagle zmieniają kierunki lotu, nie są aż takie rzadkie. Nie tak dawno załoga amerykańskiego wahadłowca STS Endeavour cudem uniknęła zderzenia z takim spadającym satelitą. Uniknęła ona paskudnego losu Challengera tylko dzięki przytomności umysłu dowódcy wahadłowca i żelaznej dyscyplinie kolektywu. Udało się im wyminąć satelitę, ale ich morale znacznie podupadło, że nawet poprosili o zezwolenie na powrót...

Ten „kosmozłom”, który krąży wokół naszej planety nie jest jeszcze największym ryzykiem. Mówiąc dokładniej, nie jest nim, kiedy bierzemy pod uwagę tylko te satelity i sondy kosmiczne, które wystrzelono po 1957 roku, po locie rosyjskiego Sputnika-1. Mamy udokumentowane przesłanki, by podejrzewać, iż obiektów wytworzonych ludzkimi rękami w najbliższym otoczeniu Ziemi jest o wiele więcej, niż nam się to wydaje i krążą one po swych orbitach więcej, niż od tysiąca lat i to jeszcze w czasach, kiedy w Europie żyli łowcy mamutów.       

Aleksander Mora w swej monumentalnej pracy pt. „Atomowa wojna bogów” pisze, że współczesny świat powstał z popiołów straszliwego, globalnego konfliktu, który mógł dorównywać tylko biblijnemu Armageddonowi.[7] W tejże pracy Al. Mora opisuje, jak to na Ziemi używano wszelkich BMR - A, B, C, H oraz N - a jakby tego było jeszcze mało, to dodaje do nich NLW i LBR...

Informacje, które Al. Mora podał w swej pracy sugerują, że powierzchnia naszej planety została totalnie zdewastowana tymi broniami, w finalnej części Wielkiej Wojny Bogów użyto także NLW zbudowanych w oparciu o wszystkie efekty Psi (psychotroniczne) i gazów obniżających zdolność bojową armii i obrony cywilnej.

Według Al. Mory, konflikt ten przebiegał nie tylko na Ziemi, ale także na powierzchni Księżyca i Marsa, gdzie znajdowały się w tych czasach ziemskie kolonie. Tak zatem nie ma się co dziwić, że wojujące strony wysłały w Kosmos tysiące wojskowych statków kosmicznych i bojowych satelitów, które przecinały niebo naszej planety, jak roje rozjuszonych szerszeni i rwały Silentium Universii tysiącami sygnałów łączności dalekiego zasięgu. Mówiąc krótko: Al. Mora - a po nim także Robert K. Leśniakiewicz i Krzysztof Piechota domniemają, że już przed 50.000 - 10.000 laty istniało coś podobnego do amerykańskiego systemu SDI/MWD, ale na nieporównywalnie   w y ż s z y m   poziomie technicznym!

Planetę okrążały roje satelitów z BMR na pokładzie, a także satelity-killery, które polowały na te pierwsze. Bojowe satelity mierzyły rakietami w powierzchnię Ziemi, przygotowane do zadania śmiercionośnego ciosu na rozkaz z Ziemi, lub na rozkaz pokładowych komputerów, w cele na powierzchni planety. To oczywiste, że nie wszystkie „killery” były w stanie zniszczyć satelity bojowe, bowiem efekt PM po eksplozjach jądrowych w atmosferze poraził część z nich i nie wykonały one swej misji. Tymczasem bojowe satelity chaotycznie krążyły na niebie, zderzały się i spadały na Ziemię już dawno potem, kiedy sztaby generalne i wojujące armie zostały starte na proch...

Powyższa hipoteza zakłada, że Wielka Wojna Bogów-Astronautów skończyła się 15-12 tys. lat temu. W czasie, w którym przez większą część naszej planety przetoczyła się atomowa śmierć, nie było ani zwycięzców, ani pokonanych - przegranymi byli wszyscy... Vae victis! Miliony ludzi leżało w grobach czy odparowało w żarze „silniejszym od tysiąca słońc”, gniło żywcem wskutek wojny bakteriologicznej, umierało od zatrutych wód i powietrza, czy na radioaktywnych pustyniach uczynionych ludzkimi rękami. Świat na całe stulecia cofnął się, a wiedza, która straciła całe techniczno-materialne osprzętowanie stała się bezużyteczny, po milionkroć przeklętym balastem - swoista odmiana folkloru, źródłem legend, których potem nikt nie był w stanie zrozumieć, i w końcu religii...

Resztki ludzkiej cywilizacji skoncentrowały się w kilku miejscach, skąd powoli migrowały na inne obszary. Po upływie stuleci skutki konfliktu były leczone przez potężne siły regeneracyjne Matki przyrody i powoli świat powrócił do równowagi. Prawda - z jednym wyjątkiem: na wokółziemskich orbitach nadal krążyli „mechaniczni berserkerowie”, które to satelity koniec końców zawsze wchodziły na trajektorię wiodącą ku Ziemi. I tak po stu wiekach, kiedy to Ludzkość zapomniała o niebezpieczeństwie grożącym z góry i wstąpiła w epokę Starożytności, a potem Średniowiecza, zaczęły na głowy mieszkańców Ziemi spadać z nieba „martwe satelity” i ich śmiercionośne głowice bojowe, które ludzie z niewiedzy nazywali „kometami”.  Ci tzw. ludzie pierwotni nie bez kozery mieszkali w jaskiniach, nie dlatego, że tylko jaskinie nadawały się - w ich mniemaniu - do zamieszkania a dlatego, że tylko w jaskiniach byli oni jako tako zabezpieczeni przed skutkami eksplozji jądrowych...

Spadki satelitów z bronią B mogły spowodować także upadek Imperium Rzymskiego. W świetle tej hipotezy, Ziemia pod koniec IV wieku była bombardowana satelitami i ich fragmentami, przez co na naszej planecie wybuchały raz po raz niszczycielskie epidemie. Nastały wędrówki ludów, narody przemieszczały się, a żelazne granice, „limes Romanum”, nie wytrzymały tego naporu. Potem nastąpiło ciemne milenium chorób - od roku 400 do 1400 po Chrystusie, ze straszliwymi infekcjami - epidemiami i pandemiami importowanymi z Wszechświata, które były natchnieniem dla malarzy i rytowników Średniowiecza, specjalizujących się w dance macabre.

Jak w tych czasach objawiały się spadki i destrukcyjne efekty działania satelitów bojowych z czasów Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów? To zależało od rodzaju BMR na ich pokładach. Mogę przytoczyć tutaj kilka przykładów.

Jeden z nich wzmiankował inż. Robert K. Leśniakiewicz całkiem niedawno, kiedy to mieszkańcy Dolnego Śląska donosili uczonym i mediom o dziwnej eksplozji, która miała miejsce w górnych warstwach atmosfery, wieczorem dnia 3 maja 1994 roku. Tego wieczoru, mieszkańcy Zielonej Góry zaobserwowali nad północnym horyzontem błysk silnego, jasnoniebieskiego światła, o jasności -4m,5, który porównywalne było z jasnością Wenus w jej najjaśniejszej fazie.[8] Nie mogła wszakże to być planeta Wenus, ani kometa McKnoffa, która w opisywanym czasie znajdowała się koło Capelli (α Woźnicy). Prof. dr hab. Janusz Gil z zielonogórskiego obserwatorium astronomicznego oświadczył ku ogólnemu zdumieniu, że mogło chodzić jedynie o   w y b u c h   j ą d r o w y  !!![9]

Wybuch jądrowy przy naszej planecie?!?!?!

Robert Leśniakiewicz podejrzewa także, iż przelot tzw. Wielkiego Bolidu Polskiego w dniu 20 sierpnia 1979 roku był jedynie przelotem (a właściwie spadkiem) satelity-killera czy satelity z głowicami jądrowymi A czy H na pokładzie, które  na szczęście nie odpaliły. Niestety, z głowic wydostało się na zewnątrz nieco radioaktywnego plutonu-239 i plutonu-240, który spowodował porażenie promieniste robotników pracujących przy węgierskim odcinku Rurociągu Orenburskiego. Węgrzy początkowo podejrzewali o to reaktor w Czarnobylu, ale przyrządy nie potwierdziły tej hipotezy, więc ja odrzucono. Jednakże to, co nie mieściło się w głowach komisji dochodzeniowej, doskonale wpisuje się w ramy tej hipotezy...[10]

Trochę inaczej sytuacja wygląda w przypadku spadku satelitów z głowicami B na pokładzie, które mogły spowodować rozliczne epi- i pandemie oraz epizootie i panzootie biczujące kontynent europejski i cywilizacje do tego stopnia, że Europa stała się nie tylko morowym kontynentem z morową mentalnością - permanentnym poczuciem zagrożenia nieznanym niebezpieczeństwem. Scenariusz katastrofy zaczyna się od tego, że ludzie najpierw widzieli na niebie kilka „komet” czy „meteorów”, a potem na powierzchnię planety spływała mgła, która niosła ze sobą chorobotwórcze mikroby i od tego zaczynał się Czarny czy też Szkarłatny Mór.

Następstwa owych pandemii, w których zmarła 1/3 mieszkańców Europy, osłabionych w poprzednich latach słabymi urodzajami, były straszne dla kultury i życia ówczesnych Europejczyków. Jak należało oczekiwać, zdobycze starożytnej i średniowiecznej medycyny były, w starciu ze szczególnie zjadliwymi szczepami bakterii, wirusów, riketsji, prionów czy sporów, zupełnie nieprzydatne. Przy pierwszych szaleństwach epidemii, lekarze uciekali pospołu z bogatymi mieszczanami z zapowietrzonych miast, ale inni zostawali i próbowali wraz z duchownymi zabezpieczyć tok pracy szpitali. Niestety, środki do walki z chorobami były zbyt słabe: kropienie octem, żucie czosnku i cebuli, okłady z proszku z mielonych owadów i ziół, a po śmierci pacjenta palenie odzieży i domu...

Według lekarzy z paryskiego fakultetu medycznego, Mór nastał wskutek pojawienia się komety (!!!), która zatruła powietrze - co jest spostrzeżeniem uniwersalnym, na który co chwilę natykamy się badając historię epidemii. Wszędzie widać było te same objawy grozy: zbiorowiska trumien, ciała leżące na ulicach, masowe groby rychło napełniane trupami. Mór wywoływał poczucie beznadziejności, depresję i szaleństwo.[11] W wielu miejscach obwiniano o niego i linczowano Żydów i żebraków za rzekome zatruwanie studni... Ulicami przeciągały grupy biczowników, którzy okładali się batogami na znak pokuty. Epidemia przypominała tańce śmierci, szaleńcze pląsy żywych ludzi z kościotrupami, jak to widać na rycinach i obrazach z tamtych czasów.

W roku 1350 epidemia wygasła, ale powracała regularnie co każde 10 lat, az do końca stulecia. Także  XV wiek zna nieproszonego gościa - drobiazgowa analiza pozwala domniemywać, że Morowa Zaraza wracała co 2-3 lata. Frekwencja epidemii zaczęła spadać widocznie do końca XVIII wieku.[12]

Jak już wspomniałem na początku tego rozdziału, porównując ze sobą źródła historyczne, kroniki, literaturę memuarową ze znanymi przypadkami stwierdzimy, że obiekty obserwowane przez mieszkańców starożytnej i średniowiecznej Europy nie były wcale kometami sensu stricto takimi, jakimi je znamy. „Prawdziwe” komety są niczym innym, jak kulami brudnego śniegu z zamarzniętych gazów: metanu - CH4, cyjanowodoru - HCN, amoniaku - NH3, izocyjanków - R-CN i lekkich węglowodorów: C2H2, C2H6, C3H8...[13] Nie, „komety” naszych antenatów przelatywały nisko, nad strzechami wiosek i dachami miasteczek, niejednokrotnie z wielki hukiem (!!!) i odznaczały się najrozmaitszymi kształtami. Często strzelało się do nich z dział miejskich czy też fortecznych, a jeżeli wierzyć przekazom historycznym, to w roku 1664 do jednej z nich wypalił z krócicy portugalski król Alfons VI. W żadnym, podkreślam   ż a d n y m   wypadku nie szło o jakieś efemeryczne, dalekie ciała niebieskie, gdzieś wysoko pod gwiazdami, ale o nisko latające   o b i e k t y,   na który m.in. wycelowała swą broń jedna z koronowanych głów Europy.

Z początku XVIII wieku pochodzi przedziwne wyobrażenie „zwierzopodobnej komety”, jeżeli mam cytować dosłownie oryginalny tekst przekazu pod obrazkiem. Idzie tu o nieprawdopodobną wręcz syntezę pierwiastków ludzkiego i zwierzęcego ciała, na którym na dodatek znajdujemy armatę w ogonie. Na ten naiwny i absurdalny obrazek moglibyśmy machnąć ręką i przejść ponad nim do porządku dziennego, aliści faktem jest, że pojawienie się tej „komety” wzbudziło w ludziach nieprawdopodobną panikę! Nie zapominajmy, że rysunek i komentarz doń powstał ponad 200 lat temu, kiedy to dzisiejsza wiedza techniczna była zupełnie nieznana i wymykała się jakiejkolwiek werbalizacji ludziom z początków XVIII wieku. Dlatego też opisując to dziwo, posługiwali się   i m   z n a n y m   aparatem pojęciowym i porównywali to, co widzieli do różnych części ludzkiego i zwierzęcego ciała oraz używanych wówczas urządzeń technicznych - nie ma w tym nic niezwykłego! Czy wyobrażasz sobie Czytelniku, jak średniowieczny kronikarz przedstawiłby w swym dziele satelitę czy helikopter albo Łunochoda?...

Powróćmy jednak do broni biologicznych - broni B - Starożytności i skonstatujmy, że wirusy oraz bakterie na pokładach satelitów bojowych w czasie dziesiątków tysięcy lat mutowały pod wpływem promieniowania kosmicznego, dzięki czemu pojawiły się takie mikroorganizmy, jak wywołujące AIDS wirusy HIV czy gorączkę krwotoczną Ebola... NB, pierwsze objawy Eboli przypominają objawy grypy - czyżby więc wirus Eboli był takim zmutowanym wirusem grypy???...

Według Roberta Leśniakiewicza wszystko wygląda na to, ze głowice nie spalają się w atmosferze, a dopóki przypuścimy możliwość, że jeden wielogłowicowy satelita bombarduje dokładnie wyznaczone cele w tym samym czasie, to otrzymamy odpowiedź na pytanie o istnienie kilku do kilkunastu ognisk epidemii (czy pandemii), która wybucha w kilku odległych od siebie miejscach naraz -   j e d n o c z e ś n i e   - jak np. tzw. grypa „hiszpanka”, która po I Wojnie Światowej obiegła całą planetę i w niczym nie ustępowała iperytowi, karabinom maszynowym i dalekosiężnej artylerii, bowiem uśmierciła na świecie ponad 20 mln ludzi. Jak to było możliwe w czasach, kiedy nie istniały jeszcze międzykontynentalne linie lotnicze, a podróże były utrudnione w zrujnowanym wojną świecie, że pandemia ta wybuchła we wrześniu 1918 roku w stanie Massachusetts (USA), a w kilka dni później pojawiła się także w Bombaju (Indie)?!

Ta dyseminacja patogennych mikroorganizmów jest dalszym dowodem na to, że można jej dokonać   t y l k o   dzięki transportowi lotniczemu - w Średniowieczu zupełnie nieznanemu i realizowanemu tylko za pomocą satelitów bojowych naszych przodków sprzed 10.000 lat...

Od swego zarania, nasza cywilizacja - zwłaszcza w centrach Lewantu - jak się wydaje, toczy bezlitosna wojnę z ostatnimi armiami z czasów Wielkiej Wojny Bogów-Astronautów. Efekty działania BMR - broni: A, H, N i C - czas po prostu zatrze w pamięci ludzi i w Przyrodzie, natomiast cały czas walczymy z armiami, które wala się na nas z mikroświata. Ostatnie Supermocarstwa Przedstarożytności pozostawiły po sobie ogromny kontyngent małych, ale niedosiężnych nam szkodników. Epidemie Średniowiecza zgubiły miliony ludzi, ale śmiercionośne choroby wracają znów i grobów przybywa.

Tajemniczy świat mikroorganizmów pozostaje dla nas niebezpiecznym i problematycznym frontem walki bez pardonu i miłosierdzia. Właśnie dlatego, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ba! - nawet dostrzec i przewidzieć przemiany i maskowanie oraz uniki niewidzialnych armii. Nikt nie zna broni, które zostaną w przyszłości użyte, tak samo, jak nikt nie zna czasu, w którym dojdzie do odpalenia głowic z orbitalnych stacji kosmicznych Atlantydów, a mikroby przystąpią do generalnego ataku. Nie można wątpić w to, że już w najbliższej przyszłości cała Ludzkość może zostać zdziesiątkowana przez bakterie i wirusy, a kto wie, czy nie zupełnie zniszczona.[14]

Zakładając, że niektóre szczepy bakterii i wirusów pochodzą z arsenałów broni B prehistorycznych imperiów, które to szczepy wykazują swoistą „inteligencję”, która zmusza je do atakowania wszystkiego, co żywe - zgodnie z jej wojennym przeznaczeniem[15] można powyższy scenariusz uznać za wysoce prawdopodobny. Wirusy czy bakterie za swym celem postępują cicho, skrycie i cierpliwie, wyrafinowanie atakując mózg, wątrobę, nerki, jądra, jajniki i oczy. Po wniknięciu w organizm, „utajniają” się na kilka lat i doskonale oszukują system immunologiczny organizmu. Otwarcie atakują dopiero wtedy, kiedy pokonają ostanie zasieki i okopy systemu obronnego, usadowią się w neuronach, a potem już ich ofiara ma niewiele szans na przeżycie. Jak to jest możliwe, że wirus - ta nieprawdopodobnie mała bryłka żywej materii potrafi postępować tak przemyślnie? Z chytrością, taktyką i długofalową strategią? Wirusy jakby doskonale poznały silne i słabe strony człowieka - napadają na jego najważniejsze do życia organy i także na swego najniebezpieczniejszego przeciwnika - system immunologiczny człowieka.

Kto, kiedy i w jakim laboratorium zaprogramował przed tysiącleciami tą groźną armie tak, jakby była ona wielkim mózgiem władającym całym mikroimperium i każdą jednostką osobno?[16]

Wbrew temu, że mikrobiologia nagromadziła w ciągu ostatnich 200 lat ogromne mnóstwo faktów i informacji, wciąż jeszcze szukanie ognisk wirusów jest w sferze domysłów i fantazji.[17] A według mojego punktu widzenia, lekarze i weterynarze powinni oderwać wzrok od mikroskopów, zaś ich koledzy powinni zażądać od NORAD, NASA czy jeszcze innej sieci obserwującej pobliże Ziemi, zidentyfikowania tych wszystkich nie-ziemskich satelitów albo innych nie naszych obiektów kosmicznych i prewencyjnego ich zniszczenia![18]

A teraz przejdźmy do broni chemicznych - C. one tez miały swój ważki udział w wojnie sprzed 10.000 lat. Mogły to być duszące bojowe środki trujące (BŚT) takie, jak np. fosgen - CO-Cl2, dwufosgen - CCl2-O-CCl2; parzące BŚT w rodzaju iperytu - S(CH2-CH2-Cl)2, albo luizytu - CH3-F-P-O-As(CH2-CH2-N[CH3]2) czy tabunu - (CH3)2-N-C2H5-O-P-O-CN; psychicznych BŚT, jak: sarin - (CH3)2-HCO-POF-CH3; soman - C(CH3)3-CH-CH3-O-POF-CH3 albo tzw. V-gazy - CH3F-PO2-(CH2)n... - no i wreszcie takie, o których się nam jeszcze nie śniło, bowiem chemia organiczna ma to do siebie, że pozwala tworzyć nowe, nie znane w Naturze związki chemiczne. Mogły to być np. defolianty będące w stanie ogołocić z liści wszelką roślinność zaatakowanego kraju, tak jak to robili Amerykanie  w Wietnamie, gdzie potraktowali oni specyfikiem o kryptonimie „Orange Agent” całe prowincje tego kraju, albo Rosjanie w Afganistanie i ostatnio w Czeczenii.

Kiedy zwrócimy się ad fontes ku średniowiecznym źródłom, to stwierdzimy, że w okolicach miasta, w którym wybuchała Czarna Zaraza jego mieszkańcy obserwowali duszne i cuchnące opary. To widać z poniższego kronikarskiego zapisu:

v     Roku Pańskiego 1067, na wiosnę około św. Grzegorza (tj. albo 12.III. lub 24.IV.) pokazały się w Czechach wielkie mgły dnia każdego, tak że człowiek człowieka przed sobą na cztery kroki nie widział. Za nich potem przyszedł nadzwyczajny i nieznośny smród, który ludzie ciężko znosić musieli. Trwało to dni trzydzieści i pięć. Mówiło się także o tym, że w tej mgle ludzie spotykali się z jakowymyś potworami albo diabelskimi mamidłami[19].[20]

v     Roku Pańskiego 1139 w Czechach była niebywale gęsta mgła, a około południa dnia 24 lipca silnie cuchnęła, jakby piekłem (tj. siarką).[21]

v     Dnia 22 sierpnia 1547 roku przyszła sucha mgła oszkliwie śmierdząca, a po trzech następnych dniach pokazał się świetlisty krąg naprzeciw słońca, który był krwistoczerwony, jak i samo słońce.[22]

W przypadkach powstawania tych dziwnych, dusznych mgieł mogło iść o synergiczne działanie broni B i C - broń C zmniejszała odporność istot żywych, zaś patogeny broni B szybko dawały sobie radę ze swymi ofiarami. Sposób kombinowany - ale jak widać - skuteczny...

Niektóre z tych hipotetycznych głowic z bronią B spadły w wody Wszechoceanu, które pokrywają ¾ naszej planety. Jest to o tyle prawdopodobne, że w wielkim konflikcie brały udział wyspiarskie Supermocarstwa, takie jak: Atlantyda, Mu czy Lanka, a zatem cele tych głowic    m u s i a ł y   znajdować się tam, gdzie teraz przelewają się fale oceanów nad niezmierzonymi głębinami. Inż. Leśniakiewicz przytoczył nam zapis średniowiecznego kronikarza Forestusa Alcmarianosa mówiący o tym, jak to długi na około 32 metry wieloryb został wyrzucony przez fale Atlantyku w okolicach Egmontu, co po pewnym czasie stało się   p r z y c z y n ą    epidemii. Ta ostatnia zaś wybuchła: od zapachu i jadowitości powietrza, które    z a t r u ł   wieloryb.

Hmmm... - dziwi się Robert Leśniakiewicz - To brzmi całkiem logicznie, ale dlaczego mieszkańcy Egmont pozwolili na to, by wieloryb zgnił na plaży? Był rzeczywiście ogromny, ale tez przypłynął o własnych siłach, a potem padł (!) w okolicy miasta - czyżby nie mógł wrócić na morze o własnych siłach? A dlaczego mieszkańcy miasta zrezygnowali z wykorzystania takiej góry mięsa i tłuszczu, która zepsuła się potem? A może wcale nie szło o wieloryba, ale o coś, co miało tylko wygląd wieloryba? A może była to rakieta?...[23]

Robert Leśniakiewicz tak ciągnie dalej fascynującą techniczną interpretację opisu średniowiecznego kronikarza:

Aby głowica mogła poruszać się w atmosferze musi dysponować ona ochronnym pancerzem w kształcie aerodynamicznym. W warunkach naszego środowiska wodnego i powietrznego nasze pojazdy wodne i powietrzne musza posiadać także odpowiedni hydro- i aerodynamiczny kształt, co jest idealnym warunkiem sina qua non szybkiego poruszania się w danym ośrodku. Ciała morskich ssaków, z tego punktu widzenia, są idealnie dostosowane do środowiska, w którym się poruszają, ponieważ ich współczynnik oporu ośrodka Cx jest bardzo mały. Żeby pocisk rakietowy czy głowica ICBM trafiła dokładnie w cel - a dokładność ta wynosi teraz kilka dm - to musi ona być zrobiona w kształcie o małym współczynniku oporu aerodynamicznego Cx i swym kształtem przypominać wieloryba czy delfina. I jak się wydaje, mieszkańcy Egmont spotkali się z taką bojową głowicą czy jądrową rakietą, która była uszkodzona uderzeniem o wodę, albo wskutek manipulowania nią przez mieszkańców Egmontu, skaziła okolicę biologicznie czy chemicznie. Jaka szkoda, że Alcmarianos nie podał nam więcej szczegółów tej sprawy...



[1] Dlatego też dyktator Iraku Husajn Saddam w 1991 roku postawił na projekt pod kryptonimem Mały Babilon i Wielki Babilon, które de facto były powtórką hitlerowskiego programu V-3 Tausendfüßler. Były to ogromne działa o kalibrze 500 i 1.000 mm i o zasięgach 800-1.200 km. Pociski wystrzelone pod odpowiednim kątem mogły strącić satelitę lecącego na LEO i razić cele na terenie całego Izraela, który był celem numer jeden w tej wojnie - przyp. tłum.
[2] W czasie Wojny w Zatoce Amerykanie stracili ponoć 5 satelitów, z czego 4 były satelitami szpiegowskimi a 1 telekomunikacyjny - przyp. tłum.
[3] Zob. R. K. Leśniakiewicz - „Czarna Zaraza spada z nieba?...” w „Wizje Peryferyjne” nr 4,1996, ss. 15-19.
[4] Radość ta jest spowodowana głównie faktem, że na pokładzie satelity znajdował się generator energii elektrycznej napędzany wysoce toksycznym i radioaktywnym izotopem 239Pu+IV - przyp. tłum.
[5] Extreme UltraViolet Explorer.
[6] Ten spektakularny spadek obserwował m.in. polski żeglarz-samotnik Andrzej Urbański na Oceanie Indyjskim w czasie swego rejsu dookoła świata - przyp. tłum.
[7] Zob. Al. Mora - „Atomowa wojna bogów” w „Kamena”, Lublin 1979.
[8] Podobne zjawisko Robert Leśniakiewicz zaobserwował wieczorem, dnia 4 lutego 1998 roku, o godzinie 18:04 GMT, kiedy to na tle konstelacji Smoka zauważył silny biało-niebieski błysk o jasności co najmniej -2m,00 - a zatem jaśniejszy od doskonale widocznego Syriusza. Obserwacja ta miała miejsce w Jordanowie. Być może był to wybuch pozaatmosferyczny, a nie jonosferyczny, jak sugeruje to Autor - co objawiłoby się przede wszystkim zaobserwowaniem efektu PM, odczuwalnego na znacznym obszarze Ziemi - przyp. tłum.
[9] Zob. R. K. Leśniakiewicz - ibidem, s. 16.
[10] Znany krakowski ezoteryk i publicysta Michał Kaszowski dzięki swym kontaktom na Ukrainie podał frapującą wiadomość, a mianowicie - w 1986 roku stwierdzono obecność izotopów 241Am, 242Am, 241Pu i 247Cm w glebie   p r z e d   katastrofą w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, w dniu 26 kwietnia 1986 roku. Ich T1/2 zawiera się w granicach 50 lat, a zatem mogły one pochodzić z  tego pozaziemskiego źródła - przyp. tłum.
[11] Klimat ten oddaje doskonale praca ks. S. Kracika - „Pokonać czarną śmierć”, Kraków 1992 - przyp. tłum.
[12] Zob. M. Jesenský - „Černa smrt’ - nove pohl’ady na morove epidémie v stredoveku” - referat na spotkanie Klubu Historii Medycyny w dniu 23 kwietnia 1997 roku, Archiwum KDM a KDVL przy Východnoslovenskim Múzeum.
[13] W roku 1998 media podały frapującą wiadomość na temat jasnej komety Hayakutake, która przeszła przez Układ Słonecznyw latach 1995/96, a mianowicie - analiza spektralna gazów głowy i warkocza wykazywała zupełnie inny stosunek gazów HCN do R-CN i ponad 1.000-krotnie większą ilość węglowodorów, co pozwala na wysunięcie przypuszczenia, że kometa ta pochodzi   s p o z a    Układu Słonecznego! - uwaga tłum.
[14] Słowa te Autor napisał zanim wybuchła w Europie panika związana z epidemią/epizootią BSE/nCJD - powodowanej przez priony gąbczastego zwyrodnienia mózgu - przyp. tłum.
[15] Takim stricte „bojowym” i „inteligentnym” wirusem może być wirus gorączki krwotocznej Ebola, który w ciągu kilku dni atakuje, infekuje i uśmierca organizmy ludzkie i zwierzęce, a jego letalność wynosi ponad 90%, natomiast zaraźliwość mieści się na IV poziomie. Aktualnie znamy 6 szczepów tego wirusa: Marburg, Zair, Sudan, Mindanao, Reston i Kenia - przyp. tłum.
[16] Pewne światło na ten problem rzuca Andrzej Trepka i Krzysztof Boruń, którzy w powieści „Kosmiczni bracia” (Warszawa 1956, 1987) ukazują inwazję na Ziemię istot krzemowych - Silihomidów, które posługują się inteligentną bronią mikrobiologiczną w walce z Ziemianami - przyp. tłum.
[17] Richard Preston w swej książce pt. „Strefa skażenia” twierdzi, że największą wylęgarnią wirusów są głębiny tropikalnych lasów deszczowych Afryki, Azji i Ameryki Południowej, co jednak nie wyjaśnia ich nieprawdopodobnej witalności, zaraźliwości i letalności - przyp. tłum.
[18] W roku 2001 mikrobiolodzy podnieśli alarm w związku ze zniszczeniem w górnych warstwach atmosfery Ziemi stacji kosmicznej Mir, na której rozwinęły się grzyby zmutowane pod wpływem braku grawitacji i promieniowania kosmicznego, a które mogłyby się okazać szkodliwe dla istot żywych na naszej planecie - przyp. tłum.
[19] Podobne przypadki odnotowywano także i w Polsce, gdzie np. w Cieszynie w 1625 roku Czarny Mór poprzedziła mgła - przyp. tłum.
[20] Kronikarz Adam z Veleslavina.
[21] Henning, 1904.
[22] A. Strand, 1790.
[23] R. K. Leśniakiewicz - ibidem s. 19.