wtorek, 24 lipca 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (8)


Rozdział VI - MILLENIUM PO WYBUCHU 

Jak przyszedł PŁOMIENNY POTOP - Ludzkość jak Fenix wstaje z popiołów starego świata - „Jestem głosem wołającego na pustyni” - Naszyjnik z elementów elektronicznych i techniczny schemat ideowy jako relikwia - Naród atomowych schronów.

I nastał potem dzień, kiedy Synowie Boży stanęli przed Panem i był pomiędzy nimi także Szatan i stał przed oczyma Jego.
I tak zwrócił się do niego Pan: >>Skądże przybywasz Szatanie?<<. A Szatan odpowiedział tak, jak to miał we zwyczaju: >>Okrążyłem Ziemię i schodziłem ją.<<
I rzekł Pan do Szatana: >>A przypatrzyłeś się prostemu i szczeremu księciu, słudze memu, Imieniu, który nienawidzi zła i miłuje pokój?<<
Szatan odpowiadając, rzekł: >>Czyż Imię daremnie lęka się Boga? Czyż nie pobłogosławiłeś jego ziemi wielkim bogactwem i nie uczyniłeś go możnym między narodami? Lecz wyciągnij nieco swą dłoń i ujmij mu z tego, co ma a pomnóż moc jego wroga. Czy w twarz Ci nie będzie złorzeczył?<<
Rzekł Pan do Szatana: >>Oto cały majątek jego w twojej mocy. Tylko jego samego nie tykaj.<<
I odszedł Szatan sprzed oblicza Bożego.
Zaprawdę książę Imię nie był jak święty mąż Hiob, kiedy bowiem jego ziemie dotknęły nieszczęścia, a jego lud zubożał, kiedy zobaczył, że nieprzyjaciel jego wzrasta w moc, poczuł strach i stracił ufność do Boga i powiedział sobie: >>Muszę uderzyć nim nieprzyjaciel zdruzgocze mnie, nie biorąc miecza do ręki.<< I zaprawdę tak było w owych dniach [...], że książęta ziemi utwardzili swoje serca przeciwko prawu Pana, a pycha ich była niezmierzona. I każdy z nich myślał w duchu, że lepiej by wszyscy przepadli, niżby wola jednego księcia przeważyła jego wolę. Albowiem możni tej ziemi zmagali się o najwyższą władzę nad wszystkim. Przez kradzież, zdradę i oszustwo chcieli zyskać władzę, wojny zaś bardzo się bali i drżeli, albowiem Pan Bóg dopuścił, by mędrcy owych czasów poznali machiny, którymi można zniszczyć cały świat, a w ręce dano im MIECZ ARCHANIOŁA, którym Lucyfer został strącony, aby ludzie i książęta lękali się Boga i ukorzyli przed najwyższym. Lecz nie ukorzyli się.
Szatan rzekł do jednego z książąt: >>Nie lękaj się dobyć miecza, albowiem mędrcy zwiedli cię, powiadając, że świat będzie do końca zniszczony. Nie słuchaj rad słabych, albowiem nadzbyt cię straszą i służą twoim wrogom, wstrzymując twą rękę wzniesioną przeciwko nim. Uderz, a wiedz, że będziesz królem nad wszystkim.<<
I książę usłuchał słów Szatana i wezwał przed swe oblicze wszystkich mędrców królestwa, i żądał, by poradzili mu, w jaki sposób nieprzyjaciel może być zniszczony tak, by nie ściągnąć gniewu Bożego na swe królestwo. Lecz większość mędrców rzekła: >>Panie, to niemożliwe, albowiem nasi wrogowie mają miecz, jaki tobie daliśmy, a jego żar jest jak ogień piekielny i jak furia słońca, bo ze Słońca wziął swój płomień.<<
>>Trzeba zatem, byście mi uczynili jeszcze inny, który byłby siedem razy gorętszy, niż samo piekło<< - rozkazał książę, jego zuchwałość była bowiem większa, niż zuchwałość faraona.
I wielu z nich rzekło: >>Nie panie, nie żądaj tego od nas, albowiem wystarczy dym z takiego ognia, jeśli tylko rozpalimy go dla ciebie, by wielu zginęło.<<
I wpadł książę w gniew, słysząc ich odpowiedź, i jął podejrzewać, że go zdradzili, i wysłał pomiędzy nich swoich szpiegów, by poddali ich próbie i sprzeciwili się im, a wtedy mędrców ogarnął lęk. Niektórzy z nich zmienili swą odpowiedź, by nie padł na nich jego gniew. [...] Ale jeden z czarowników był na podobieństwo Judasza Iszkarioty i dał świadectwo nader przebiegłe, zdradziwszy wszystkich braci, okłamał wszystkich ludzi, mówiąc, by nie lękali się demona Opadu. Książę wysłuchał bacznie tego fałszywego mędrca, którego imię było Miedzianoczoły i kazał szpiegom oskarżyć wielu mędrców przed ludem. Najmniej mądrzy spośród czarowników wpadli w przerażenie i doradzali księciu wedle jego pragnień, mówiąc: >>Tego oręża można użyć, byle nie przekraczać takich a takich granic, bo wtedy na pewno wszyscy zginą.<<
I książę poraził miasta swych wrogów owym ogniem i przez trzy dni i trzy noce jego wielkie katapulty i żelazne ptaki raziły ich gniewem. Nad każdym miastem ukazało się słońce jaśniejsze, niż słońce na niebie i zaraz to miasto nikło i topiło się niczym wosk w płomieniu pochodni, a jego mieszkańcy zatrzymywali się na ulicach i skóra na nich dymiła i stali się jak bierwiona rzucone na rozżarzone węgle. A kiedy gniew słońca ustał, całe miasto płonęło i z nieba uderzył ogromny piorun niby wielki młot PIK-A-DON, by je do końca zmiażdżyć. Jadowite dymy opadły wszędzie na ziemię, i ziemia rozgorzała w nocy od wtórnego ognia, a przekleństwo wtórnego ognia powodowało parchy na skórze i sprawiło, że wypadały włosy i krew umierała w żyłach.
I wielki smród wzbił się z ziemi po same niebiosa. Podobną do Sodomy i Gomory stała się ziemia i wszędzie były ruiny, nawet w krainie owego księcia, albowiem wrogowie jego nie powstrzymali się od zemsty i wysłali ogień, by pochłonął jego miasta, tak jak ich. Smród rzezi stał się przykry Panu, który przemówił do księcia Imienia, powiadając: >>Cóż za ofiarę całopalną przygotowałeś przede mną? Cóż to za woń wzbija się z miejsca całopalenia? Cóżeś uczynił mi całopalenie z owiec czy kóz, czy też ofiarowałeś swemu Bogu cielca?<<
Ale książę nic nie odrzekł i Bóg powiedział: >>Uczyniłeś ofiarę całopalną z synów moich.<<
I Pan zabił go wraz z Miedzianoczołym zdrajcą, i spadła zaraza na ziemię, a szaleństwo ogarnęło rodzaj ludzki, więc ukamienowano mędrców i możnych, którzy pozostali jeszcze przy życiu.[1]
Profesor Carl Sagan uważa za przekonywujący dowód na import hi-tech w przeszłości jakiś artefakt wymykający się ramkom czasowym swej epoki. Wyobraźmy sobie coś takiego - w starym rękopisie iroszkockim znajdujemy np. schemat obwodów nowoczesnego radioodbiornika... Coś podobnego posłużyło w 1959 roku Walterowi M. Millerowi jr. na kanwę jego znakomitej (nagrodzoną Hugo Award w 1961 roku) powieści pt. „Kantyk dla Leibowitza”, z której zaczerpnąłem cytat na rozpoczęcie tego rozdziału. Ta godna uwagi książka jest dziełem mówiącym o losach Ludzkości, która po nuklearnej wojnie cofa się w rozwoju do Średniowiecza, co wprost koresponduje z główną myślą naszej pracy. Opowiadanie, jakie ją poprzedziło, było opublikowane także w książce Jacquesa Bergiera i Louisa Pauwelsa pt. „Poranek magów”, która została bardzo ciepło przyjęta przez cały fandom sf i paleokontaktowców.[2]
Amerykański autor napisał ogromną, czterystustronicową powieść, w której czytamy, jak to odrodzony Kościół katolicki za pośrednictwem mnichów z Albertiańskiego Zakonu Błogosławionego Leibowitza, bierze na siebie trud i odpowiedzialność chronienia światła poznania dla tych, którzy przeżyli. Uda się im tego dokonać za cenę nieprawdopodobnych wysiłków, cierpień i ofiar, jak to było z mnichami iroszkockimi, którzy zachowali skarby myślowego dorobku Starożytności dla następujacych czasów Średniowiecza. Ten podziwu godny fresk Waltera M. Millera jr. nieraz wyciska łzy z oczy czytelnika, ale nie jest to prymitywny tear-jerker rodem z Hollywood czy bezdennie głupi latynoski serial-tasiemiec, a bolesny obraz odrodzenia się ludzkiej cywilizacji z ruin i popiołów starego świata spalonego płomieniami jądrowego Armageddonu...
„Memorabilia”, to zbiór świętych tekstów, który w przedstawieniu autora, mnisi zestawili z chaotycznych wyrywków zachowanych książek i „Encyclopedia Britannica”, zawierał wszystkie zachowane pamiątki po Ludzkości, co w czasie   p o   wojnie atomowej było w zbiorze tej miniaturowej Biblioteki Aleksandryjskiej wyliczone w ponurym opisie. Czytamy w „Memorabiliach” za pośrednictwem Waltera M. Millera jr.:
Ze zmieszania języków, ze stopienia się szczątków wielu narodów, ze strachu wyrosła nienawiść. I nienawiść powiedziała: >>Ukamienujmy, rozszarpmy i spalmy tych, którzy to uczynili. Złóżmy ofiarę całopalną ze wszystkich, którzy dokonali tej zbrodni wraz z ich naimitami i mędrcami niechaj zginą w płomieniach wraz ze swymi dziełami, imionami, a nawet pamięcią po nich. Zniszczmy ich wszystkich i nauczmy nasze dzieci, że świat się stał nowy, i że mogą nic nie widzieć o sprawach, które dokonały się przedtem. Uczyńmy wielkie Sprostaczenie, a wtedy świat zacznie się od nowa.<<
Tak więc spełniło się, że po Potopie, Opadzie i plagach, szaleństwie i pomieszaniu języków, wściekłości przyszło krwawe prostaczenie, kiedy to jedni ocaleni rozdzierali innych ocalonych - członek po członku, zabijając władców, uczonych, przywódców, techników, nauczycieli i każdego, kogo przywódcy rozpasanej tłuszczy uznali za zasługującego na śmierć za to, że pomagał w tym, że Ziemia stała się tym, czym się stała.[3]
Kolektywne szaleństwo ogarnęło w powieści Millera całe kontynenty na okres czterech pokoleń, kiedy to dzieci wraz z mlekiem matek wysysały nieprzejednaną nienawiść do wszelkiego poznania. Immodica ira gignit insaniam ­- bezgraniczny gniew - jak wiadomo - rodzi szaleństwo. Na koniec, kiedy wymordowano wiedzących, zwrócono się z braku tych ostatnich przeciwko umiejącym czytać i pisać. Inteligencja oblekła się w habity i sutanny, a potem zamknęła na grubymi murami klasztorów, gdzie jednak od czasu do czasu dopadała ich brutalna pięść prymitywów. Mnisi byli ścigani, mordowani, paleni na stosach zrobionych z ich archiwów, tak więc męczenników przybywało setkami.
Hagiografia błogosławionego Leibowitza opisana w foliałach starych rękopisów w bibliotece klasztoru na skraju pustyni Utah wskazuje na to, jak starannie Miller jr. budował swoją koncepcję alternatywnej historii.[4] Inżynier systemów obronnych Issac Edward Leibowitz schronił się do klasztoru oo. Cystersów przed prześladowcami. Kiedy po sześciu latach bezskutecznych poszukiwań swej żony Emily, czy choćby tylko jej grobu, Leibowitz uwierzył w to, że ona nie żyje - bowiem cały obszar południowego-zachodu Stanów Zjednoczonych będący celem atomowego ataku wykluczył możliwość jej przeżycia - wtedy to właśnie Leibowitz wstąpił do zakonu. Po złożeniu ślubów zakonnych wraz ze swymi współbraćmi w Nowym Watykanie złożyli petycję o pozwolenie utworzenia nowego zakonu oo. Albertynów, nazwanego tak ku pamięci Alberta Wielkiego von Böllstadt (1193-1280), patrona wszystkich uczonych.[5]
Po 12 latach cierpliwego czekania, z papieskiej kurii przyszło zezwolenie. Nowe zgromadzenie miało w tajemnicy gromadzić i chronić resztki kulturalnego dziedzictwa Ludzkości, które uniknęły zaginięcia w atomowym kataklizmie oraz deponować zachowane księgi i dokumenty. Członkowie zakonu dzielili się na „tropicieli książek” i „pamiętaczy”. Ci pierwsi przemycali księgi na południowo-zachodnią pustynię, gdzie je zakopywano w pojemnikach do gorącego piachu, zaś ci drudzy zapamiętywali całe książki i traktaty na wypadek, gdyby któreś z nich przepadły.
Raz, kiedy Leibowitz sam przewoził książkową kontrabandę, został zdemaskowany jako ukrywający się pod habitem uczony - specjalista od produkcji systemów broni. Został on spalony wraz z kilkoma pojemnikami książek, zas sam klasztor - zbudowany na zbiorniku wodnym - trzykrotnie dewastowano, zanim skończyły się przesladowania.
Walter M. Miller jr. bardzo sugestywnie opisuje proces ochrony poznania, jak i czasy, kiedy zachowane informację uzyskują swą minimalną wartość:
Na początku, w czasach Leibowitza [...] mieli nadzieję, że czwarte lub piąte pokolenie zechce odzyskać swoje dziedzictwo. Ale mnisi z pierwszych lat nie wzięli pod uwagę, że człowiek ma łatwość płodzenia nowego dziedzictwa kulturowego w ciągu niewielu pokoleń, jeśli poprzednie zostanie doszczętnie zniszczone, łatwość płodzenia go dzięki prawodawcom i prorokom, geniuszom i maniakom; za pośrednictwem Mojżeszów i Hitlerów, za pośrednictwem jakiegoś ciemnego tyrana, ojca narodów, kulturalne dziedzictwo można przyswoić sobie miedzy zmierzchem a świtem, i niejedno w ten sposób sobie przyswojono.[6]
Przez sześć stuleci ciemnoty mnisi stale studiowali i spisywali swój skromny dobytek. Czekali... większość tekstów, które chronili, były do niczego, niektórych z nich nawet do końca nie rozumieli. Ale dobrym mnichom wystarczyło to, że maja wiedzę w rękach... To właśnie były „Memorabilia”, a ich zadaniem było je chronić - i chroniliby je, nawet jeśli czasy ciemnoty miałyby trwać jeszcze dziesięć stuleci, albo nawet dziesięć tysiącleci!...
We wstępie do swego dzieła, autor zapoznaje nas z postacią brata Francisa Gerarda z Utah, który pragnie uczcić swój nowicjat obrzędowym postem na pustyni, nieopodal jakichś przedpotopowych ruin zawianych piaskiem i zapomnieniem. Wędrowiec, który pewnego dnia przechodził po starej drodze wskazał mu głaz, który przykrywał wejście do ciemnego otworu. Po dramatycznym wejściu do podziemi, brat Francis przy pomocy skromnej znajomości „przedpotopowej angielszczyzny” przeczytał na poły zatarty napis na ścianie szybu. Napisany przez zamierzchłą cywilizację napis brzmiał dlań tak oto:

SCHRON DLA PRZETRWANIA OPADU
Maksymalna pojemność - 15
Zaopatrzenie w przeliczeniu na jednego użytkownika: 180 dni. Podzielić przez liczbę użytkowników. Wchodząc do schronu upewnij się, czy pierwszy właz jest szczelnie zaryglowany, czy osłona zabezpieczająca przed wtargnięciem osób napromieniowanych jest pod napięciem, czy światła ostrzegawcze na zewnątrz zostały włączone...[7]

Sens napisu był biednemu nowicjuszowi jasny, Francis znalazł się przed wejściem do mieszkania nie jednego, ale piętnastu demonów! On sam żadnego Opadu nigdy nie widział, ale tradycja przekazywała, że sam Leibowitz natrafił na tego potwora na skraju pustyni i przez kilka miesięcy był przez niego porażony, czy nawet demon się w niego wcielił, dość na tym, że wywleczono z błogosławionego demona poprzez chrzest połączony z egzorcyzmami... Opad przedstawiano tedy jako jaszczura, którego zrodził PŁOMIENNY POTOP, a także jako koszmar, który we śnie straszy panny - wszak nie na darmo o mutantach mówiło się Dzieci Opadu...
Przerażony Francis przeżegnał się i ustami zsiniałymi ze zgrozy zaczął wymawiać słowa modlitwy:
... Od zerowego punktu wybuchu
wybaw nas, Panie.
Od kobaltowego deszczu
Wybaw nas, Panie.
Od deszczu strontu
Wybaw nas, Panie
Od opadu cezu
Wybaw nas, Panie.

Od przekleństwa Opadu
Wybaw nas, Panie.
Od tego, byśmy się rodzili potworami
Wybaw nas, Panie.
Od przekleństwa zniekształceń ciała
Wybaw nas, Panie.
Od przekleństwa promieniowania
Wybaw nas, Panie.
A morte perpetua
Domine, libera nos.[8]
Słowa dziwnej modlitwy, którą autor włożył w usta swego bohatera sprawiły, że nowicjusz poczuł się pewniej i zdobył się na odwagę, by pójść poprzez hałdę gruzów do chodnika, po schodach. Poprzez wąski otwór dostał się do jakiegoś pomieszczenia, gdzie na podłodze stały zasypane do połowy jakieś metalowe skrzynie, biurko i drzwi z zatartym napisem.
W podziemnym pomieszczeniu Francis zapalił ogień i przeszukał całą wolną przestrzeń. Poza metalowymi skrzyniami i biurkiem, które się nie dały otworzyć, znalazł on tam czaszkę ze złotym zębem i metalową, skorodowana walizeczkę, która nieoczekiwanie udało mu się otworzyć. Poza papierami znalazł on tam drobne kawałeczki metalu i szkła, które kiedyś dawno temu tworzyły miniaturowe obwody komputera:
Były to przeważnie małe rurki z drucianym wąsem przy każdym z końców. Takie przedmioty nie były dla niego niczym niezwykłym. Zgromadzono ich trochę w małym muzeum opactwa - różnego wymiaru, koloru i kształtu. Kiedyś widział, jak szaman pogańskiego ludu ze wzgórz nosi cały ich sznur, jako obrzędowy naszyjnik. Ludzie ze wzgórz myśleli o nich jako o >>częściach ciała Boga<<, bajecznej >>machina analytica<<, czczonej jako najmądrzejszy z bogów. [...]
Podobne drobiazgi w muzeum były ze sobą połączone, aczkolwiek nie w kształt naszyjnika, ale w skomplikowaną i bezsensowną gmatwaninę leżącą na dnie małego pudełka oznaczonego etykietką: >>Chassis radia. Przeznaczenie niepewne<<.[9]
Na dnie walizeczki nowicjusz znalazł małą kartkę, a na niej schemat nakreślony białymi liniami na niebieskim tle i podpisanym jako: Projekt obwodu - Leibowitz I. E.
Ta pisemna relikwia, której autorem był bez wątpienia sam założyciel zakonu, stała się w przyszłości przeznaczeniem Francisa. Przez długie lata studiował on schemat tranzystorowego urządzenia, który on sam interpretował jako: Szczytową abstrakcję transcendentalnej jakości wyjaśniającej myśl błogosławionego Leibowitza. Przeniósł ten rysunek na bogato iluminowany pergamin z wyobrażeniami Boga na tronie, emblematem Zakonu Albertiańskiego i podobizną Błogosławionego. A wszystko to w stu barwach, kwiatach, owocach, liściach i heraldycznych zwierzętach...
Na tym miejscu kończę streszczanie fragmentu powieści Millera jr., i powracam do hipotezy prof. Sagana o artefaktach w kształcie schematu elektronicznego w średniowiecznej iluminacji. I tutaj powinniśmy zadać pytanie, jaką właściwie mamy szansę, że taki dowód będzie w przyszłości znaleziony? Jak to przed chwilą wspomniałem, los powieściowego brata Francisa był nieodłącznie sprzężony z odkryciem materiałów piśmiennych w starym schronie przeciw-atomowym, i myślałem tak dosłownie. Finis coronat opus. Nieszczęsnego mnicha w drodze do Nowego Watykanu napadają i rabują mu dzieło jego życia, piętnastoletniej pracy, a w drodze powrotnej przyjmie on - wzorem swego patrona - męczeńską śmierć z rąk dwójki ludzkich mutantów, żałosnych Dzieci Opadu, które pożywiły się ciałem nieszczęsnego mnicha przedłużając w ten sposób o kilka dni swą żałosną egzystencję...
W powieści Millera jr. występuje grupa ludzi, która poświęca się i w podziemiach kościoła stara się zachować w barbarzyńskim świecie choć część ogromnego dziedzictwa przeszłości - postawa, która znalazła swój wyraz już w połowie lat 60. XX wieku.
W tym czasie specjaliści z firmy Westinghouse Electric Co. Ltd. Zakopali w ziemię koło Nowego Jorku dwie metalowe skrzynie z materiału twardszego od stali, które do roku 6965 powinny wytrzymać wszelkie kataklizmy z wybuchami jądrowymi włącznie.
W specjalnych kontenerach zdeponowano informacje o naszych czasach, kulturze, która przekroczyła próg wieku atomowego, mikrofilmy, plany, wykresy obrazujące przedmioty życia codziennego, dzieła sztuki i złożone elektroniczne przyrządy i narzędzia. Przy pomocy uniwersalnego klucza językowego, który na potrzeby naszych następców opracował John Harrington, będzie można zrekonstruować dwa tysiące lat naszej cywilizacji, dawno po jej zniszczeniu...
Nie dajmy się zwieść stwierdzeniom polityków, którzy nam mówią, że Zimną Wojnę i z nią i groźbę nuklearnej katastrofy można uważać już za przeszłość.[10] Bellum ita suspiciatur ut nihil aliud nisi pax quaesita videatur - wojnę należy zaczynać tak by było widoczne, że nie idzie o nic innego, jak o pokój. Żyjemy w czasach, w których została naruszona równowaga sił dwóch bloków i wciąż istnieje ryzyko samobójczego globalnego konfliktu.[11] To oczywiste, że bronie nuklearne nie są wycelowane w chatki Zulusów czy Eskimosów, a w najbardziej newralgiczne punkty naszej cywilizacji. Po ich zniszczeniu, pozostałe narody nie byłyby w stanie odtworzyć już tak wysokiego poziomu cywilizacyjnego, bowiem nie uczestniczyły w jego tworzeniu.
Wyobraźmy sobie taką straszną sytuację, która - miejmy nadzieję - nigdy nie będzie miała miejsca, że jeżeli grupa szaleńców wywoła na naszej planecie globalną wojnę jądrową, to na jakie cele zostaną użyte BMR? Na bezludną Saharę? Nie. Na trudno dostępne stoki Himalajów? Też nie. Na Biegun Północny czy Południowy? Oczywiście, że nie, bo i po co?... Na ubogie osady Indian południowoamerykańskich w Andach? Pewnie, że nie, bo i na co? Zatem na atole pacyficzne porośnięte gajami palm? Po co? No to na osady australijskich Aborygenów? A po kiego licha? Na szałasy i lepianki afrykańskich Murzynów czy ziemianki Malijczyków? Też bez sensu. Na północnoamerykańskich Indian na pustyniach Meksyku czy Arizony? Oczywiście nie, no to może na potomków Majów w dżynglach Jukatanu? Brednia. Na rosyjskich >>kriestian<< i >>ochotczykow<< w syberyjskiej tajdze i tundrze? Nie ma po temu powodu. Na amazońskie plemiona? A co one komu zrobiły? Nie, cele ataku BMR będą leżały w centrach cywilizacyjnych, tam - gdzie żyją i pracują miliony ludzi. Te właśnie kraje zostaną wymazane z map Ziemi.[12]
Całe połacie kuli ziemskiej zmienią się w radioaktywne pustynie i stulecia działania promieniowania jonizującego wygubi wszelką roślinność...
Ci, którzy przeżyją tę katastrofę, będą narażeni na mutacje, a ze zniszczonych miast nic nie zostanie już po dwustu latach. Natura będzie niczym nieskrępowaną siłą, która wyrówna ruiny, stal i żelazo skoroduje i obróci się w rdzawy proch.[13]
Ponad stu naukowców, w tej liczbie kilku noblistów, którzy w październiku 1983 roku wzięło udział w waszyngtońskiej konferencji zorganizowanej przez Amerykańskie Towarzystwo Ekologiczne, pt. „Długookresowe, ogólnoświatowe biologiczne skutki wojny jądrowej” byli w swych prognozach o wiele bardziej pesymistyczni, niż Erich von Däniken.[14]
Pierre Rousseau w swej pracy pt. „Historia przyszłości” dramatycznie opisał przebieg „elektronicznego Kriegsspielu” w pierwszej fazie niszczycielskiej wojny. Wyobraźcie sobie głęboką, ciemną noc po dyplomatycznym przyjęciu, które stargało nerwy światowych mocarstw i:
... wszystkie stacje radiolokacyjne, które pracowały w paśmie A jak Alfa nadawały alarmowe wezwanie: >>W odległości 4.800 km zaobserwowano dziesiątki podejrzanych rakiet<<. Jeżeli są to rakiety nieprzyjaciela, to pozostało jakieś 10-11 minut do ich unieszkodliwienia. Rakiety lecą na wysokości 100 km z prędkością 7,7 km/s. Władze i Sztab Generalny są już powiadomione. OPB jest w stanie alarmu i antyrakiety wystartowały.
30% pocisków zestrzelono, ale pozostałe 70% przelatuje przez obronę i głowice wodorowe o mocy 20-100 Mt TNT spadają na swe cele. Ludzie zamknięci w schronach poprzez kamery TV widzą zagładę swych miast, które w sekundzie zostały wymazane z mapy świata. Wystarczył jeden jedyny pocisk, by ich miasto z drapaczami chmur i pałacami zmieniło się w proch i pył...
Elektroniczne urządzenia działały z taką precyzją, że rakieta, którą sterowały wybiła w środku miasta krater o średnicy 10 km, z którego wyrzucona została ognista kula o temperaturze 5.000.000 K. A potem celami stawały się mniejsze miasta, porty, węzły komunikacyjne, zagłębia przemysłowe, elektrownie jądrowe i normalne, fabryki i przetwórnie wzbogaconego uranu i plutonu. Aby zniszczyć cały potencjał gospodarczy i militarny - zwłaszcza wyrzutnie pocisków ICBM - nieprzyjaciel obrzuca po prostu terytorium kraju głowicami wodorowymi. To jednak w niczym nie przeszkodzi w odwetowym uderzeniu. Z podziemnych silosów, okrętów podwodnych czy ruchomych wyrzutni wylatują rakiety, aby przenieść swój śmiercionośny ładunek z kolei do kraju agresora, wbrew temu, że kraj zaatakowany już nie istnieje.[15] Tracą sens słowa >>atak<< i >>obrona<<, a ilość ofiar sięga setek milionów...
Nie ma już kogo atakować, ani kogo bronić.
Cała wojna jest tylko partią szachów rozgrywaną przez grupki technokratów ukrytych pod ziemią i we Wszechoceanie. na powierzchni Ziemi nie zostaje zupełnie nic i daremnie szukalibyśmy na tysiącach kilometrów kwadratowych jakiejś żywej istoty. Wszystko się spaliło w blasku ognistych kul, czy zostało rozpylone przez fale uderzeniowe podmuchu >>overkillu<<, albo zniszczone promieniowaniem gamma. Wbrew temu, walka prowadzona przez zamkniętych w betonowych schronach trwa nadal. Abstrakcyjna walka w wirtualnych przestrzeniach prowadzona przez komputery...[16]  
         W tydzień po wybuchu wielkiej, globalnej wojny i po użyciu połowy zasobu głowic jądrowych - nad północną hemisferą Ziemi wytworzył się dymowo-pyłowy całun, który wisiałby w górnych warstwach atmosfery przez całe miesiące. Każda głowica o mocy rzędu 1 Mt TNT wyrzuca w powietrze powyżej 100.000 ton pyłu, do czego należałoby jeszcze dodać słupy dymu z płonących miast, pól i lasów. Gros promieniowania słonecznego zostałaby odbita z powrotem w przestrzeń kosmiczną, przez co na północ od równika zapadłaby „nuklearna zima” z temperaturami co najmniej -25oC. Powierzchnia wód zamarzłaby i wszystko, co przeżyłoby ten Armageddon umarłoby z pragnienia. Mróz zniszczyłby wszelkie rośliny i plony - gdyby wojna wybuchła na wiosnę lub w lecie. Całun nie dopuściłby do powierzchni Ziemi światła słonecznego i ustałby proces fotosyntezy z wiadomym skutkiem.
Po pewnym czasie radioaktywne obłoki przeniknęłyby na półkulę południową, co natychmiast odbiłoby się na jej klimacie i ekologii[17] - najbardziej ucierpiałyby obszary lasów deszczowych Amazonasu, Konga i Indochin. Ich ekosystemy są najbardziej wyczulone na zmiany temperatury. Z kolei mieszkańcy równikowych metropolii zaczęliby z braku żywności masowo migrować w głąb lasów równikowych. Wybrzeża opustoszałyby, to pewne, a to za sprawą radioaktywnego skażenia wód Wszechoceanu i żyjących tam jadalnych stworzeń morskich.
Radioaktywny fall-out trwałby całe tygodnie. Opad ten dałby skażenia mieszkańców półkuli północnej wynoszące w najlepszym wypadku 250 REM[18] - przy czym połowa obszaru dostałaby długotrwałą dawkę promieniowania rzędu 100 REM, co spowodowałoby gigantyczny skok zachorowań na nowotwory i powstanie masowych letalnych mutacji genetycznych.
A to jeszcze nie byłoby wszystko. Wciąż jeszcze nie pisałem o potężnym czynniku niszczącym, jakim jest ogień. Na ogromnych powierzchniach wybuchłyby burze ogniowe - ogromnych rozmiarów pożary powierzchniowe - spowodowanych już to błyskami promieniowania podczerwonego eksplozji nuklearnych, już to od piorunów z licznych burz wywołanych ogromnymi skokami temperatur. Byłyby one zupełnie niekontrolowane, bo nie byłoby kogokolwiek, kto by je był w stanie ugasić. Całun obłoków nad półkulą północną byłby od spodu całkiem czarny od sadzy płonących lasów, miast, rafinerii i pól naftowych.[19]
Po głosie ostatniej Trąby Apokalipsy, tlenki azotu: NO, NO2 i NO3 powstałe w atmosferze osłabiłyby osłonę biologiczną ozonosfery - zawierającą trójatomowy tlen O3 czyli ozon - w górnych warstwach atmosfery, o co najmniej 30%. Potem same spadłyby z wodą i śniegiem jako kwasy azotowy - HNO4 i azotawy - HNO3, jako kwaśne deszcze dobijając resztki roślinności i tlenotwórczego fitoplanktonu we Wszechoceanie. 
Pozbawiona ozonosfery powierzchnia Ziemi byłaby bombardowana 2-4 razy silniejszym strumieniem promieniowań UVA, UVB i UVC, niż ma to miejsce dzisiaj. U ludzi promieniowania UVB i UVC powodują zgorzel i raka skóry, ślepotę i osłabienie systemu immunologicznego organizmu powodując coś w rodzaju popromiennego AIDS!!! - zaś pozostałe zwierzęta straciłyby wzrok - jak w powieści Johna Wyndhama pt. „Dzień tryfidów”. Roślinność także zostałaby wypalona tym złowrogim promieniowaniem.
I na koniec to najgorsze. Oblicza się, że w pierwszym starciu nuklearnym zginęłoby około 1,1 - 2,0 mld ludzi, zaś dalszy miliard umierałby wskutek choroby popromiennej. Cała reszta zmarłaby w wyniku następstw nuklearnej katastrofy: z zimna, chorób, głodu i szaleństwa w ciemnym i zimnym świecie. Na półkuli północnej przeżyłaby jedynie garstka ludzi rozrzucona pośród martwych zimnych i radioaktywnych przestrzeni.
Na powierzchni Ziemi nie zostało nic, tylko tu i ówdzie w ruinach miast wegetują wychudłe, ubogie, nędzne stwory - ludzie. Nie zostanie niczego, bo to >>nic<< wojna wymęczy i dobije po długiej i strasznej agonii, kiedy wszystko zabije wszechobecna radioaktywna trucizna -
- jak opisuje Rousseau obraz atomowej Gehenny.
Niczego lepszego nie byłoby po użyciu innych środków i rodzajów BMR. Amerykański pisarz Richard Wilson (1920-1987) opublikował w 1968 roku opowiadanie sf pt. „Mother for the World”, w którym opisał działanie broni MD - Masowej Dysocjacji, po użyciu której ludzki organizm dosłownie się rozpadał wskutek błyskawicznej reakcji rozkładu (dysocjacji) wody w tkankach:
Nie pozostały tutaj żadne rozkładające się zwłoki, które wszystkie rozpadły się i rozpyliły na wietrze. Zachował się jedynie kostny pył uwięziony w sieci ubrań, rozrzuconych w całym mieście.[20]    
  Po konflikcie i atomowej wojnie pomiędzy Chinami a USA, na Ziemi pozostało jedynie dwoje ludzi - czterdziestoletni mężczyzna i dwudziestosiedmioletnia ociężała umysłowo kobieta, która staje się pramatką całej nowej Ludzkości. I kiedy w tej wariacji na temat wygnania z Edenu patrzy Wilson z Millerem jr. w przyszłość z niejaką nadzieją, boż ponure tony wyzierają jedynie z opisów życia dwojga ludzi w opuszczonym i zrujnowanym mieście, w którym dominują jedynie setki tysięcy porzuconych aut, stada dzikich psów i wysokościowy hotel, który stał się ich Ogrodem Eden, boż daje on im schronienie, ciepło i żywność na całe lata.
„I wszystko zacznie się od nowa” - rozwija dalej myśl Erich von Däniken, którą już dziewięć lat wcześniej wyraził Walter M. Miller jr., w swej książce tymi oto słowy:
Człowiek po raz drugi, trzeci i n-ty pokusi się o zniszczenie swego świata. Być może, że i tym razem nie przeniknie tajemnicy starych zapisów i tradycji. 5.000 lat po katastrofie, archeolodzy będą twierdzić, że człowiek w XX wieku nie znał żelaza i nawet po intensywnych poszukiwaniach go nie znajdą. A kiedy wzdłuż niektórych granic znajdą pasy betonowych, przeciwczołgowych gwiazdobloków, to „wyjaśnią”, że były to jakieś kultowe, astronomiczne linie...
Kiedy znajdą kasety magnetofonowe, to nikt nie będzie w stanie się domyślić, że to był system zapisywania dźwięku. Teksty mówiące o wielkich miastach, gdzie stały wielopiętrowe domy ogłoszą niewiarygodnymi, bo takowe nie mogły istnieć. Tunele londyńskiego metra wezmą albo za geometryczne curiosum, albo za przemyślny system kanalizacji.[21]A potem jeszcze znajdą legendy o żelaznych ptakach latających z kontynentu na kontynent i o przecudownych statkach plujących ogniem i znikających w niebie... Oczywiście będzie to tylko mitologia, bowiem - ich zdaniem - tak wielkie i plujące ogniem ptaki nie mogły nigdy egzystować[22]...[23]
Punctum. Pozwoliłem sobie na takie długie cytaty dlatego, że lepiej tego się nie da już napisać...


[1] Tu i dalej: Walter M. Miller, jr. - „Kantyk dla Leibowitza“, w tłum. Adama Szymanowskiego, Poznań 1998, ss. 200-203.
[2] J. Bergier i L. Pauwels - „Le matin dec Magiciens“, Paryż 1960.
[3] W. M. Miller jr. - op. cit. ss. 72-73.
[4] Po zakończeniu okresu détente lat 70. XX stulecia, w latach 80. wielu pisarzy tworzyło swe alternatywne wizje świata po III Wojnie Światowej - F. Pohl, R. Bradbury, F. Brown, Ph. K. Dick czy nasz Marek Baraniecki - w noweli pt. „Głowa Kassandry” - w których ludzie mozolnie odbudowywali cywilizację ze zgliszcz starego świata - przyp. tłum.
[5] Albertus Magnus był w swym czasie największym filozofem, przyrodoznawcą i polihistorem, na co wskazuje jego tytuł doctorus universalis. Poza teologicznymi i filozoficznymi traktatami napisał on szereg prac w zakresie: botaniki, mineralogii, mechaniki, fizyki i alchemii.
[6] W. M. Miller jr. - op. cit. s. 75.
[7] W. M. Miller jr. - ibidem ss. 23-24.
[8] W. M. Miller jr. - ibidem, s. 25.
[9] W. M. Miller jr. - ibidem, ss. 32-33.
[10] Dobitnie potwierdziły to wydarzenia z dnia 11 września 2001 roku i następstwa tychże wydarzeń w postaci wojny afgańskiej i możliwych innych lokalnych konfliktów na tle terrorystycznym - przyp. tłum.
[11] W istniejących realiach politycznych przestał nam grozić globalny konflikt antydemokratyczny Wschód kontra wolny Zachód, ale realnie zagraża nam konflikt biedne Południe kontra bogata Północ, czego dowodzi wojna afgańska - uwaga tłum.
[12] E. von Däniken - „Prophet der Vergangenheit“, Monachium 1992.
[13] E. von Däniken - „Erinnerungen an die Zukunft“, Düsseldorf - Wiedeń 1968.
[14] Zob. S. Russel - „Winter Without End?” w “Development Forum” nr 1,1984, ss. 1-10.
[15] W roku 1991 media przyniosły informację o tym, że takie „martwe” odwetowe systemy istnieją zarówno w USA - znany pod kryptonimem Dead Line (Martwa Linia), a także w ZSRR - Μёртвая Рука (Martwa Ręka), co najlepiej ilustruje obłęd wyścigu zbrojeń pomiędzy Supermocarstwami - przyp. tłum.
[16] P. Rousseau - „Dějiny budoucnosti”, Praga 1967, ss. 58-59.
[17] Sytuację taką opisał N. Shute w swej powieści pt. „Ostatni brzeg”, Warszawa 1967 - przyp. tłum.
[18] W układzie SI stosuje się obecnie jednostkę sievert (Sv), przy czym 1 Sv = 100 REM, a zatem dawki pochłonięte promieniowania gamma wynosiłyby odpowiednio 2,5 i 1,0 Sv, co wystarczyłoby do wywołania u ofiar wojny nuklearnej choroby popromiennej. Ofiary katastrofy w Czarnobylskiej EJ pochłonęły dawki w granicach 6-15 Sv. Niektóre z nich przeżyły dawkę 7,8 Sv, ale pozostały kalekami do końca życia - przyp. tłum.
[19] Tak silne pożary związałyby ogromna ilość tlenu z atmosfery Ziemi, dzięki czemu jego ilość spadłaby z 21% do 18, a nawet 15%! Spowodowałoby to śmierć wszystkich zwierząt wyższych, które do życia potrzebują dużej ilości tlenu. Robert Leśniakiewicz przypuszcza, że pożary i ubytek tlenu z atmosfery Ziemi spowodowany impaktem asteroidu na granicy Kreda/Trzeciorzęd był bezpośrednią przyczyną wyginięcia wielkich dinozaurów. Przeżyły tylko te, które mogły przebywać przez czas dłuższy w stanie anabiozy oraz te, których przemiana materii wymagała mniej tlenu do podtrzymania procesów życiowych: żółwie, krokodyle, węże i leinazaury wtedy zamieszkujące okolice Bieguna Południowego - uwaga tłum.
[20] R. Wilson - „Matka pro svět“ w „Jiné svĕty”, Zima 1993.
[21] I. Janczarska i T. Gregorczyk w swym artykule pt. „Ojcowskie tajemnice” opisują siłownię atomową, która najprawdopodobniej została tam zbudowana i użytkowano ją kilka czy nawet kilkadziesiąt tysięcy lat temu na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego - uwaga tłum.
[22] Według poglądów Roberta Leśniakiewicza, takim śladem narodów z przeciwatomowych schronów jest podziemne państwo Agharti, które powstało 60.000 lat temu - uwaga tłum.
[23] E. von Däniken - ibidem.