poniedziałek, 23 lipca 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (7)


Rozdział V - DANCE MACABRE W NAJBLIŻSZYM WSZECHŚWIECIE


Śmierć tańczy na orbicie - Płonące pochodnie i latające ognie na niebie - Nostradamus: Prorok, który wiele wiedział, ale niewiele rozumiał - Niebiescy podpalacze: Padał napalm, fosfor czy siarka? - Tajemnicza zorza nad Europą.


Któregoś późnego wieczoru, już po mojej wizycie w Jordanowie, stałem sobie na balkonie mojego domu i paliłem papierosa. Mój wzrok błądził z jego żarzącego się końca na ciemne niebo nad głową, na którym lśniły setki gwiazd. Kometa Hale-Boppa już dawno opuściła ogromna arenę, na której z początkiem roku tryumfalnie się zjawiła, a teraz nieboskłon przecinały tam i ówdzie krótkie błyski oznaczające koniec życia meteorów...
Res incognita animos turbat - jak mówi starorzymskie przysłowie - rzecz nieznana niepokoi duszę. Wizyta u Roberta Leśniakiewicza miała dla mnie jeden jedyny cel - upewnienie się, co do tego, że hipoteza o atomowych wojnach w Starożytności nie jest takim głupim pomysłem, jakby się to wydawało. I tak, w tej całej „aferze” z radioaktywną trumną w koszyckich podziemiach powstało całkiem logiczne pytanie: I CO DALEJ?!
Póki będziemy zakładać, że „martwe satelity” wisiały nad cywilizacją Średniowiecza, jak przysłowiowy miecz Damoklesa, póty możemy poszukiwać wzmianek o dziwnych wydarzeniach w relacjach ówczesnych kronikarzy. Spadające satelity i rakiety musiały manifestować się na niebie dziwnymi światłami, kształtami cylindrycznymi i stożkowatymi czy kulistymi, które miały bardzo mało wspólnego z obiektami o kształcie dysku - znanych nam od 1947 roku.
  Zasadnicza różnica polega na braku jakichkolwiek manewrów czy prędkości lotu, który to lot był wykonywany na tej samej, prostej trajektorii.[1] Większość z tych obiektów ukończyła swój lot spadkiem, albo nadziemnym wybuchem, który w połączeniu z kształtem przypominającym samolot czy rakietę - wprost sugeruje podobieństwo do głowic pocisków rakietowych.
A teraz spójrzmy na to, co się działo w przedziale czasowym pomiędzy początkiem Średniowiecza, a końcem XVIII wieku - jak spada ilość i jakość informacji z postępem czasu, dzięki mistycznej i religijnej interpretacji obserwatorów. Uogólniając, można rzec, że od początku tysiąclecia spadał z nieba ogień, na niebie manewrowały dziwne ogniste pochodnie czy cylindry ogniste, a od czasu do czasu rozlegały się tajemnicze eksplozje. Już sam przegląd niektórych tylko obserwacji może być z naszego punktu widzenia bardzo zajmujący.
W przeglądzie tym pominąłem dwa niezwykle ciekawe przykłady, które ilustrują naszą hipotezę w sposób niemal idealny. Autorem opisu następującego wydarzenia jest nie kto inny, jak sam francuski lekarz, król proroków Michel de Nostre Dame alias Nostradamus (1503-1566) z Salon. Poza swymi słynnymi „Centuriami” pozostawił on także zeznanie na temat obserwacji, której dokonał w dniu 10 marca 1554 roku, w godzinach 19:00-20:00.:
W bliskości Księżyca, który tymczasem był w fazie pomiędzy nowiem a I kwadrą, przeleciał wielki ogień ze wschodu na zachód. Miał on kształt płonącego polana czyli pochodni i świecił - płomienie szły od niego, jak od roztopionego żelaza, długie jak cała Droga Mleczna. Leciał tak szybko, jak kopia, a wokół siał dym i trzaskanie... Poruszał się tam i sam, jak liście na drzewie, kiedy uderza weń silny wiatr. To trwało całe 12 minut, a kiedy doleciał w obszar konstelacji Orła - znanego jako kamienna droga - tam się zwrócił i poleciał na południe, nad morze. Pozostawiał za sobą wielki ogon, który długo utrzymywał swą barwę. Od czasu do czasu wylatywały zeń iskry, jakby błyskawic. Co spadło w dół, od razu spalało się na proch.[1]
Niemiecki badacz dr Johannes Fiebag, który obserwację Nostradamusa komentował w jednej ze swych książek, tak napisał na arginesie tego wydarzenia:
Meteoryt, który spadał z nieba? Przeciwko temu przemawiają dwa fakty: 1o - zmiana kierunku lotu z zachodniego na południowy, i 2o - długi, ponad 12-minutowy czas jego obserwacji. Obserwacja lotu meteorytu trwa zazwyczaj kilka sekund!!![2]
A zatem skoro to nie był meteoryt, to co?
Pewien rakietokształtny przedmiot wyrządził pożar w Kielu, w dniu 10 października 1717 roku, kiedy to świadkowie zaobserwowali bezpośrednio przed pożarem na niebie „ogniste znamiona”. Liczne drobne kawałki materii padały na ziemię i po obiedzie, około godziny 17 na przedmieściu wybuchł pożar, który objął od razu trzy domy. Na całe szczęście ucichł wiatr, bo w przeciwnym wypadku w ogniu stanęłoby całe miasto.[3]
Spróbujmy zanalizować to wydarzenie - chodziło prawdopodobnie o atak przeprowadzony przy pomocy bojowych środków zapalających (BŚZ) - zdolnych do wywołania pożaru powierzchniowego na terenie nieprzyjaciela i poparzeń w przypadku bezpośredniego kontaktu z nimi. Także współcześnie BŚZ są ważnym czynnikiem rażenia siły żywej i sprzętu oraz środkiem walki zarówno na froncie, jak i na tyłach. Masowe stosowanie BŚZ może złamać potęgę gospodarczą i militarną państwa oraz zdemoralizować jego mieszkańców. Zgodnie z tym opisem możemy podciągnąć pod to wszelkie bomby zapalające: termitowe, elektronowe, kombinowane, fosforowe czy napalmowe, albo niekonwencjonalne BŚZ.
Jeszcze raz przypomnę słowa kronikarza: drobne kawałki materii spadały na ziemię. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem byłoby to, że użyto BŚZ w postaci małych płytek fosforowo-celuloidowych. Ich budowa jest prosta - składają się one z celuloidowej płytki z wtopionymi w nią dwiema lub trzema porcjami białego fosforu.[4] Przy uderzeniu o ziemię fosfor zapala się i celuloid płonie silnym płomieniem, który jest trudny do ugaszenia...
Pytanie za 64.000 brzmi: kto w 1717 roku rozrzucał na Kielem BŚZ i po co? Nie wiem, ale jestem w stu procentach pewien, że nie była to ani kometa, ani meteoryt ani piorun kulisty! Planeta Wenus - tak chętnie obwiniana przez „krytyków ufozjawiska” też nie...
Podobne informacje o użyciu BŚZ znamy już ze stuleci poprzedzających to wydarzenie, i tak np. Marek Bydžovský z Florentina w notatce z 1550 roku pisze tak:
Tegoż lata, 31 maja w Pradze i w Žatci spadały z nieba kawałki siarki, wielkie i małe, a wszystkie czworograniaste, którąż to ludzie zbierali i używali zamiast zwykłej, ale śmierdziała ona wielce, kiedy ją palili.[5]
Informacje o spadaniu z nieba siarki jeszcze nieraz się pojawiały. Wszystkie one   b y ł y   p o p r z e d z o n e   e k s p l o z j a m i ,  co jest co jest ważkim faktem dla naszych dalszych rozważań. Kryštof Harant z Polžic i Bezdružic o tym pisze tak:
Także i w tym czasie (czerwiec 1627) w Pradze padała z nieba siarka i w innych miejscach także. Poza tym straszne gromy słychać było.
A teraz z innej beczki.
Jak wszyscy wiemy, przy powietrznym wybuchu jądrowym w wyniku reakcji rozszczepienia jąder uranu czy plutonu, albo w wyniku syntezy jąder wodoru w jądra helu, w jednej chwili wyzwalana jest ogromna ilość energii. Eksplozja wyzwala ogromne ciśnienia i temperatury, od której powietrze w punkcie zero rozgrzewa się do setek tysięcy stopni Celsjusza. Powietrze zaczyna świecić i w punkcie zero tworzy się świetlna kula, której średnica zależy od użytej mocy głowicy czy bomby. Przy niewielkich mocach jest to kilka do kilkunastu metrów, a przy wybuchu termojądrowym - kilka kilometrów! Przy dobrej pogodzie, błysk wybuchu można zobaczyć na dystansach setek kilometrów. Po jakichś 10 sekundach kula zamienia się w obłok zawierający produkty wybuchu: radioaktywne fragmenty jąder atomów, które uległy reakcji łańcuchowej; resztki uranu czy plutonu, które nie uległy reakcji i fragmenty konstrukcji bomby.
Jeżeli zatem chcemy rozważać to, czy zdumieni obserwatorzy widzieli nad średniowieczną Europą jądrowe wybuchy głowic, które zeszły z orbity, to musimy także poszukać i efektów ekologicznych tych wybuchów - przede wszystkim świetlistych kul widocznych z daleka na niebie.
Obserwacje ogromnych świetlistych kul, które odnotowano w Niemczech, w dniach 19 lipca 1762 roku i 17 lipca 1771 roku wykazują, że ich średnice wahały się pomiędzy 900 a 950 metrów. Przy innym zapisie o obserwacji świetlistej kuli znajduje się informacja, że obserwowano także „żarzący się obłok”, a było to w lipcu 1771 roku, zaś kula była gigantyczna. Podobne świadectwo o obserwacji ogromnej, świetlistej kuli nad Anglią w dniu 26 listopada 1758 roku mówi o kuli o średnicy od 800 m do 3,2 km! Poprzedziła ona pojawienie się żarzącego się obłoku. Innym efektem, który był integralną częścią tego fenomenu były silne efekty dźwiękowe - czyli mówiąc po ludzku - potężny huk słyszany na wiele mil... Na koniec podaję świadectwo, które cytuje czeski badacz Jiři Svoboda na temat obserwacji ognistej kuli we Włoszech:
Pierwsze wydarzenie miało miejsce 31 marca, a drugie 26 sierpnia 1668 roku. W czasie obydwu obserwacji kul szacowano ich średnicę na 5,5 km.[6]
Dalszym efektem atomowego konfliktu jest zmiana ziemskiego pola geomagnetycznego, co zależy od ilości i rodzaju użytych BMR. Przy masowym użyciu broni A i H czy N, dochodzi do znacznego zdestabilizowania pola magnetycznego Ziemi, powstania burz magnetycznych i - jak dowodzą badania amerykańskie z lat 60. - zwiększenia ilości zórz polarnych. Wszystkie te zjawiska wytwarzane są przez „dziury”, które powstają w ziemskim polu magnetycznym po eksplozjach atomowych. Jego niestabilność powoduje, że na powierzchnię Ziemi dostaje się zwiększona ilość wysokoenergetycznego promieniowania UV i kosmicznego, co przejawia się genetycznymi defektami i malformacjami  (radiogennymi mutacjami letalnymi). Poza działaniem promieniowań jonizujących (α, β, γ, X i promieniowanie kosmiczne) czy radioaktywnego opadu (fall-out’u) mutacje mogą powstawać także dzięki niestabilności pola geomagnetycznego. Aha, i jeszcze jedno - Amerykanie dowiedli także, że niestabilność pola magnetycznego Ziemi powoduje także zwiększenie ilości... pożarów!...
I co? I czy jest to   t y l k o   zbieg okoliczności, ze w latach 1540-1580, w czasach, kiedy wybuchło najwięcej pożarów (zmiana geomagnetyzmu), pojawiło się wiele wzmianek o mutacjach? Bartolomej Paprocký z Hloholi pisze tak o roku 1541:
Tego lata wiele dziwnych potworów zrodziło się między  l u d ź m i   i pomiędzy   o w a d a m i   w rozlicznych miejscach.[7]
Dowodem na destabilizację pola geomagnetycznego po użyciu broni jądrowej są - jak już to wspomniałem - burze magnetyczne i intensywne zorze polarne. Dla udowodnienia tego możemy użyć szerokiej dokumentacji i banku danych o niezwykłych fenomenach, jakimi są następujące prace: O. Seydl - „A List of 402 Northern Lights Observed in Bohemia, Moravia & Slovakia from 1013 till 1951” w „Geofizykalni sbornik” nr 17,1954; L. Křivský - „Solar Activity, Aurorae and Climate in Central Europe in the last 1000 Years” w „Travaux gèopsyhiques” XXXIII, nr 6,1985. W jakiej mierze zależało to od spadku głowic, „martwych satelitów”, itp. itd. atmosferycznych wybuchów BMR od połowy XVI do końca XVIII wieku - obrazuje poniższe zestawienie. [...]
To wszystko podałem jako przykład, choć kroniki roją się od takich zapisków, że mógłbym to ciągnąć i ciągnąć, ale przecież nie o to chodzi. Kiedy zorientowałem się, że przepisywanie wiekowych tekstów jest tak nudne, jak ich czytanie, to pozostało mi na koniec tego rozdziału napisać tylko jedno, jedyne łacińskie słowo -
FINIS



[1] W. Hess - „Himmels und Naturerscheinungen in Einglattdrucken des 15. bis 18. Jahrhunderts“, Lipsk 1911.
[2] J. Fiebag - „Die Anderen”, Herbig 1993.
[3] J. Fiebag - ibidem, s. 83.
[4] Jest to alotropowa odmiana fosforu, która zapala się przy dostępie tlenu atmosferycznego już w temperaturze pokojowej, czyli +20oC - przyp. tłum.
[5] Zob. także J. Svoboda - „Peklo v nebe?” w „Magazin 2000” nr 8,1996; s. 30.
[6] Zob. J. Svoboda - „Pozorováni obřich kouli” w „Magazin 2000” nr 12,1996; s. 30.
[7] Zob. J. Svoboda - „Připad zrůd a podivných jaštĕrek” w „Magazin 2000” nr 6,1996; s. 30.



[1] Jest to prawdą, ale nie do końca, jako że Meteoryt Tunguski wykonywa w czasie swego lotu skrętu o 10-30o, podobnie jak Wielki Bolid Polski z dnia 20 sierpnia 1979 roku. Obydwa te „bolidy” mogły być jakimś rodzajem pocisków manewrujących, „inteligentnych” broni, jak pociski
Cruise albo Tomahawk - przyp. tłum.