czwartek, 30 sierpnia 2012

ZBIERAJĄC METEORYTY... (4)


II – I Ty także możesz być kolekcjonerem.

Ty także możesz zostać kolekcjonerem. Najważniejszymi rzeczami są pasja i zainteresowanie tematem, a także wiedza o tym, jak szukać tego, co chcę znaleźć i gdzie tego szukać. Mam nadzieję, że praca ta pomoże znaleźć Ci te informacje.
Zainteresowanie młodych entuzjastów jest podsycane przez współczesnych naukowców i dzisiejsze ziarna ciekawości zostaną zasiane i wydadzą owoce. Kilku znanych kolekcjonerów wsparło wydanie tej książki. Kontakt z nimi jest wskazany. [2,3]


a

środa, 29 sierpnia 2012

ZBIERAJĄC METEORYTY... (3)




I – Dlaczego warto kolekcjonować  meteoryty?

Chociaż meteoryty są relatywnie rzadko występującymi kamieniami, na całym świecie działa wielu kolekcjonerów, którzy je zbierają. Kiedy byłem w Arizonie w 1993 roku, to spotkałem kilkunastu zbieraczy, którzy z przyjemnością dyskutowali na temat swych kolekcji, kupowali wiele okazów i sprzedawali innym kolekcjonerom. W Australii także mamy zbieraczy i kolekcjonerów i można uzyskać wiele ciekawych informacji w rozmowach i dyskusjach z nimi. Wielu z nich przekazało swe zbiory, już to w całości, już to w części lokalnym muzeom państwowym. Muzea z wdzięcznością przyjmą Wasze darowizny. [1]

a

wtorek, 28 sierpnia 2012

ZBIERAJĄC METEORYTY... (2)


Wprowadzenie

Meteoryty są czymś unikalnym – przybywają do nas z Kosmosu. Jak napisał o nich polski meteorytolog Andrzej Kotowiecki z Cieszyna w jednym ze swych artykułów – są to darmowe sondy kosmiczne.[1] Zdecydowana większość ludzi nigdy ich nie widziała na własne oczy, i tylko kilkanaście osób obraca nimi.
Doniesienia datowane na rok 1480 p.n.e. wskazują na to, że spadające z nieba meteoryty widziano nad Kretą. Inny spadek był odnotowany w 211 r. p.n.e., w okolicach Rzymu. Ludzie z tamtych czasów mieli do nich religijny szacunek i otaczali je czcią jako kamienie z nieba – vide „Księga Jozuego” 10,11 - ... Pan zrzucał na nich z nieba ogromne kamienie aż do Azeki, tak że wyginęli. I więcej ich zmarło od kamieni gradowych, niż od miecza Izraelitów.[2]
Aż do XVII wieku uczeni odrzucali myśl, że kamienie spadają z nieba, co trwało aż do wielkiego deszczu meteorytów, który spadł w L’Aigle we Francji, w dniu 26 kwietnia 1803 roku, w biały dzień, co wreszcie pozwoliło przebić się idei o spadających z nieba kamieniach. Od tego czasu, zaobserwowano wiele spadków meteorytów i oblicza się, że około 500 dużych meteorytów spada na Ziemię w ciągu roku.
Miliony meteorytów spadło na Ziemię w ciągu jej historii pokrywając jej powierzchnię, i zatem miliony meteorytów – lub pozostałości po nich -  wciąż czeka na swe odkrycie. I ty także możesz zorganizować ekipę poszukiwawczą meteorytów i podjąć ich poszukiwania.
W polskim przekładzie pominięto wszelkie kwieciste podziękowania i rozdziały poświęcone handlowi meteorytami, w których pisze się jedynie o australijskich przepisach prawnych. W tej materii tłumacz poleca polskiemu Czytelnikowi lekturę serii artykułów powołanego już tutaj mgr Andrzeja Kotowieckiego, który naświetlił aspekty prawne handlu meteorytami w Polsce na łamach „Nieznanego Świata” w 2004 roku, a które polecam. Poza tym starano się nie zmienić zasadniczej treści książki. Przypisy dolne pochodzą od tłumacza. W nawiasach kwadratowych zamieszczono numery zdjęć i ilustracji, które znajdują się w osobnej wkładce. Poza tym dodano kilka niezbędnych informacji, które uściślają niektóre dane podane w tej pracy – są one oznaczone przypisami.

a



[1] A. Kotowiecki – „Darmowe sondy kosmiczne” w „Nieznany Świat” nr 8/2004.
[2] Cytat wg „Biblii Tysiąclecia”, Poznań – Warszawa 1980.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

ZBIERAJĄC METEORYTY... (1)



CENTRUM BADAŃ UFO i ZJAWISK ANOMALNYCH
Oddział Beskidzki w Jordanowie









Hugh Carman





ZBIERAJĄC METEORYTY

-        zacznij od swego podwórka...




Tytuł oryginału: Collecting Meteorites – Starting in your own back yard...
Przekład: Robert K. Leśniakiewicz ©
Wydanie I, Melbourne 1995
ISBN 0-85572-260-6
NAPRAWACH RĘKOPISU






Jordanów 2004




SPIS TREŚCI:

Wprowadzenie.
I - Dlaczego warto kolekcjonować meteoryty?
II – I Ty także możesz być kolekcjonerem.
III - Znani kolekcjonerzy meteorytów w Australii.
IV - Szukając swego własnego meteorytu.
V – Kilka informacji o meteorytach.
V1 – Czym jest meteoryt?
V2 – Czy meteoryty to spadające gwiazdy?
VI - Jak bardzo rozgrzewają są meteoryty?
VII – Roje meteorytowe.
VIII - Kratery meteorytowe.
IX - Australijskie astroblemy.
X - Meteor Crater w Arizonie.
XI - Jak wielkie są meteoryty?
XII - Z jakimi prędkościami poruszają się meteoryty?
XIII - Zbieranie meteorytów.
XIV - Wyposażenie do poszukiwań w terenie.
XV - Detektory metalu.
XVI - Pola meteorytowe.
XVII - Gdzie poszukiwać – Victoria.
XVIII - Meteoryty w Australii.
XIX - Meteoryty na świecie.
XX - Czy meteoryty mają wpływ na nasze życie?
XXI - Pochodzenie meteorytów.
XXII - Rozpoznawanie meteorytów.
XXIII - Klasyfikacja meteorytów.
XXIV - Eksponowanie Twoich meteorytów.
XXV - Tektyty.
XXVI – DODATKI:
Dodatek 1 – Test na obecność niklu.
Dodatek 2 – Wytrawianie kwasowe.
Dodatek 3a – Diagram klasyfikacyjny.
Dodatek 3b – Glosariusz terminów.
Dodatek 4 – Zbieracze meteorytów – adresy.
Dodatek 5 – Nazewnictwo chemiczne.
O Autorze.



afd

piątek, 24 sierpnia 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (27)


DODATEK E – CZARNA ZARAZA: PREZENT Z ODLEGŁEJ PRZESZŁOŚCI

W swej pracy pt. „Atomowa wojna bogów” (Lublin 1979), Aleksander Mora twierdzi, że kilkanaście tysięcy lat temu na Ziemi kwitła wspaniała cywilizacja, która – niestety – zgładziła sama siebie w tytanicznym konflikcie z użyciem wszystkich znanych nam i nieznanych broni masowego rażenia – BMR, albo – jak mi się wydaje – została zniszczona w totalnej wojnie z kosmicznymi kolonizatorami i wskutek regresu cywilizacyjnego – cofnęła się do epoki kamienia łupanego. Podobne poglądy wyznaje słowacki pisarz i ufolog dr Miloš Jesenský, który udowadnia to w swej pracy pt. „Bogowie atomowych wojen” (Ústi nad Labem 1998). Z jego enuncjacji tamże zawartych wynika, że cywilizacja Atlantydy czy poprzedzająca ja cywilizacja Atlantyki[1] sięgnęła naszych najbliższych planet i skolonizowała je. Co gorsza – wyprowadziła BMR także w Kosmos, co mogło doprowadzić do tego, że nieaktywne i niewykorzystane jednostki tych kosmicznych BMR wciąż jeszcze okrążają Ziemię, Księżyc i inne planety Układu Słonecznego, grożąc zagładą wszystkiemu, co na niej żyje. Opisywałem już efekty spadku głowic bojowych A i C – co można znaleźć w moim opracowaniu pt. „Projekt Tatry” (Kraków 2002), zaś na łamach „Wizji Peryferyjnych” opisałem działanie broni B.[2] teraz też chciałbym skupić się na tym temacie, bowiem ostatnio uzyskałem   d o w o d y   na to, że broń biologiczna została stworzona przez poprzednie cywilizacje, i że wskutek Wielkiego Konfliktu owa broń wymknęła się spod kontroli człowieka.

Aleksander Mora tak pisał na ten temat:

[...] Antyczny tekst hinduski „Samara Sutradhara” wyraźnie mówi o stosowaniu w odległej przeszłości broni biologicznych – B. Specyfik o nazwie Samhara był używany jako środek wywołujący choroby wśród żołnierzy przeciwnika, zaś inny – Moha – powodował odrętwienia i paraliż. W „Fengshen-yen-i” wspomina się działania wojenne z użyciem broni B prowadzone w Chinach; i znowu w tekstach tych znajdujemy opisy zadziwiająco podobne do hinduskich.
Przy tej niejako okazji powstaje pytanie: czy nie jest możliwe, że niektóre współczesne, trapiące Ludzkość schorzenia zostały kiedyś w przeszłości wywołane w sposób sztuczny? Istnieje wiele chorób, którym ulegają wyłącznie ludzie, nie trapią one natomiast zwierząt.[3] Czy nie mogły one powstać jako rezultat pradawnej, niszczycielskiej wojny bakteriologicznej, której zasięg wymknął się walczącym stronom spod kontroli?
Znany biolog A. Firsow zwraca uwagę na fakt, że wirusy, traktowane obecnie jako reprezentujące etap pośredni pomiędzy światem żyjącym a nieżyjącym, światem organicznym a nieorganicznym, zachowujące się w stanie nieaktywnym jak substancje krystaliczne, zaś w stanie aktywnym reprodukujące się i wykazujące działania celowe, wcale nie musiały powstać u zarania życia na Ziemi. Tym bardziej, że wykazują one wysoki stopień specyficzności w stosunku do żywiciela, co mogłoby wskazywać na ich stosunkowo niedawne pochodzenie.[4] [...]
Inną tajemniczą sprawą, ściśle związaną z tragedią atomową w czasach prehistorycznych, są malowidła na ścianach jaskiń i na skałach, rozrzucone na całej kuli ziemskiej. Malowidła te, przedstawiające postacie tzw. Kosmitów zyskały sobie w ostatnich latach rozgłos światowy, a ich szczególna popularność datuje się od momentu publikacji książki Ericha von Dänikena zatytułowanej „Rydwany bogów”.
Jednym z najbardziej znanych jest kontur olbrzymiej postaci wyryty w skale. Został on odkryty przez Henri Labote’a na płaskowyżu Tassili na Saharze i nazwanej przez niego Wielkim Bogiem Marsjańskim. Szkic ten zadziwiająco przypomina postać odziana w skafander kosmonauty.
Na obszarze płaskowyżu znajduje się więcej podobnych rysunków: jeden z nich przedstawia idącą grupę czterech postaci ubranych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów, których głowy są pokryte baniastymi hełmami. Rysunki tego rodzaju odkryto na różnych kontynentach. Istnieje np. rysunek naskalny na południe od miejscowości Fergana w Uzbekistanie, przedstawiający postać, której głowa jest otoczona pierścieniem z wychodzącymi z niego promieniami. Pierścień ten najprawdopodobniej reprezentuje hełm, jaki noszą nurkowie zaopatrzony w anteny. Niemal identyczne postacie przedstawiają rysunki odkryte w Val Camonica we Włoszech. Sylwetki Kosmitów znaleziono także wyrysowane na płaskich ścianach skał w Australii.
Znaczne podobieństwo do postaci na rysunkach wykazują japońskie statuetki Dogu pochodzące z okresu Jomon (Dżomon). Wzbudziły one duże zainteresowanie, ponieważ przedstawiają one ludzi w pewnego rodzaju ubiorach ochronnych i hełmach zaopatrzonych w dziwne okulary. Japoński ekspert Isao Washio tak opisuje strój Dogu:
... rękawice przymocowane są do przedramienia za pomocą wiązania, zaś okulary mogą być zamykane i otwierane. Po bokach postaci umocowane są dźwignie prawdopodobnie przeznaczone do regulacji ich ustawienia, podczas kiedy >>korona<< umieszczona na hełmie spełnia rolę anteny [...]. urządzenia na zewnątrz ubrania nie stanowią elementów zdobniczych, ale są przyrządami pozwalającymi kontrolować ciśnienie w skafandrach w sposób automatyczny...
Wszystkie te rysunki i postacie kojarzy się obecnie z Przybyszami z Kosmosu  oraz poglądem, że planetę naszą w dalekiej przeszłości odwiedzali goście – astronauci z innych układów gwiezdnych. W gruncie rzeczy przedstawiać one mogą niebiańskich bogów – tym bardziej, że rysunkom Kosmitów towarzyszą często latające dyski, kuliste pojazdy i inne urządzenia latające. Wydaje się, że istnieje inne, nie mniej prawdopodobne wyjaśnienie, oparte na odmiennej interpretacji znajdywanych rysunków. Być może przedstawiają one po prostu ludzi w ubiorach chroniących ich przed skażeniem radioaktywnym. Przecież w większości rysunki Kosmitów odkryte zostały na terenach dzisiejszych pustyń. Wcześniej już jednak sugerowano, że pierwszą przyczyną powstania tych pustyń mogło być zastosowanie na tych obszarach broni nuklearnych, dlatego nawet tysiące lat później regiony te wskazywały wysoki stopień skażenia radioaktywnego.
Rysunki mogły być więc wykonane później przez potomków mieszkańców tych okolic, którym udało się przeżyć kataklizm. Widzieli oni przybywających (albo ze schronów podziemnych, albo z obszarów nieskażonych radioaktywnym fall-out’em) ludzi w latających maszynach, którzy zabezpieczeni strojami ochronnymi pojawili się, aby skontrolować tereny, zbadać stopień ich skażenia i ocenić rozmiary zniszczeń.
Niewątpliwie niektóre z tych rysunków mogą przedstawiać Przybyszów z Kosmosu. Nie wydaje się jednak słuszne pomijanie możliwości, że ubrania ochronne noszone były przez mieszkańców Ziemi, jako osłona przed skażeniem radioaktywnym. Gdyby bowiem Kosmici musieli być tak dokładnie chronieni przed naszym ziemskim środowiskiem przy pomocy tak dokładnie izolujących skafandrów kosmicznych, oznaczałoby to, że nie mogli Oni oddychać ziemską atmosferą czy też znosić panującej na powierzchni Ziemi temperatury.[5] A taki obraz kosmicznych bogów – jak pisze Richard E. Mooney – stałby w całkowitej sprzeczności z tym, jaki wyrobiliśmy sobie na podstawie mitów i legend.
O mitycznych bogach Egiptu, Grecji, Indii a także Majów, Inków i Azteków   n i g d y   nie pisano, jako o noszących stroje ochronne. Dlatego albo byli oni Ziemianami, albo Przybyszami z Kosmosu, których fizjologia podobna była do ziemskiej w takim stopniu, że nie potrzebowali skafandrów ochronnych. Oczywiście ci, którzy przybywaliby tylko na krótki pobyt na Ziemi, mogliby nosić ubiory chroniące ich przed odmiennym promieniowaniem słonecznym, czy też nieznanymi, a być może groźnymi dla nich ziemskimi mikroorganizmami. Jednakże biorąc pod uwagę argumenty „za” i „przeciw” oraz uwzględniając rozmieszczenie głównych malowideł oraz materialnych dowodów katastrofy nuklearnej, wydaje się, że najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem funkcji owych „kosmicznych” skafandrów jest ochrona przed skażeniem promienistym.

A może chodziłoby tu raczej także o skażenie biologiczne??? Ubiory ochronne przeciw mikrobom są równie szczelne jak skafandry kosmiczne czy głębinowe, a zatem są podobne do nich i równie funkcjonalne. Istoty, które obawiały się ziemskich bakterii nie mogły być Kosmitami, tylko ludźmi. To, że ci ludzie nosili skafandry jest na to dowodem. Ziemska flora bakteryjna może być szczególnie niebezpieczna dla istot, które mają podobny lub taki sam metabolizm i budowę komórek podobna do bakterii, a zatem bakterie nie są w stanie zainfekować obcego organizmu, bowiem po prostu nie mogłyby się one w nim namnażać i w rezultacie szybko by zginęły. 

Tak czy inaczej, te złośliwe mikroby powstały wskutek manipulacji genetycznych, co mogło wyglądać tak, wedle Al. Mory:

 [...] Ziemia była bardzo zniszczona. Główne ośrodki cywilizacji nie istniały. Centra dyspozycyjne, niektóre lądy i wszystkie miasta albo znikły pod falami oceanów, albo zamieniły się w starty popiołu pod działaniem broni laserowej i jądrowej. Reszty dzieła zniszczenia dokonały wybuchy wulkaniczne, wstrząsające skorupą ziemską, której równowagę tak lekkomyślnie naruszono.
Pomimo przerażająco smutnego bilansu rozpoczęto organizować nowe bytowanie. Zaczęto gromadzić ocalały jeszcze gdzie niegdzie sprzęt i urządzenia. Ekipy techniczne penetrowały powierzchnię Ziemi, poszukując tych, którym udało się przetrwać kataklizm, a także surowców, środków napędowych, leków i żywności. Podjęto budowę nowych miast, jak Tiahuanaco (?) i osiedli – jak Sacsayhuaman (?). Życie zaczęło wchodzić w bardziej ustabilizowane tryby, pomimo tego, że niezbyt liczne społeczeństwo musiało borykać się z całym szeregiem poważnych problemów.
Przede wszystkim nie było ono jednolite. W skład jego wchodzili przecież ludzie, którzy wychowali się na różnych planetach. Niektórzy z nich od początku nie mogli przystosować się do oddychania ziemską atmosferą, zapewne musieli korzystać z urządzeń wspomagających i ochronnych. Dla innych promieniowanie słoneczne na Ziemi było zbyt silne. Dla jeszcze innych – zbyt słabe.
Wszystkim tym trudnościom należało zaradzić możliwie szybko, jeżeli to nieliczne społeczeństwo miało uchronić przed całkowitą zagładą i wymarcie samo siebie i zdobycze cywilizacji trwającej tysiące lat.
Wśród puszcz tropikalnych, lasów i sawann Ziemi istniały prymitywne plemiona ludzkie znajdujące się na niskim szczeblu rozwoju, których sposób życia nie odbiegał właściwie od zwierzęcego. Zdecydowano się więc na śmiały eksperyment biologiczny, którego celem było dokonanie na kilku wybranych plemionach zabiegu genetycznego, pozwalającego na znaczne przyśpieszenie ich rozwoju. Uzyskane w tym procesie osobniki miały być w przyszłości wykorzystane jako tania, niewykwalifikowana siła robocza, rozumiejąca i wykonująca prawidłowo i w sposób zdyscyplinowany stawiane przez bogów-stwórców zadania.
W biblijnej „Księdze Rodzaju” czytamy: A wreszcie rzekł Bóg: >>Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam...<<[6] na marginesie warto zaznaczyć, że wyraz Elohim - bogowie, stanowiący jedno z imion Boga w Starym Testamencie jest formą od liczby mnogiej Eloah – Bóg.
Eksperyment powiódł się znakomicie, a jego efekty – jak się zdaje – przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Rozwój intelektualny plemion poddanych na ograniczonym terenie zabiegowi genetycznemu, a następnie starannej opiece i edukacji postępował bardzo szybko. Jednocześnie doprowadził on do powstania nieprzewidzianego produktu ubocznego – rozwiązał mianowicie problem, z którym bogowie się dotychczas borykali, dostarczył bowiem zastępu niezwykle urodziwych kobiet. Nic więc dziwnego, że co młodsi bogowie natychmiast przystąpili do ulepszania wyników eksperymentu, zapominając, że choć z grubsza przynależą do tego samego gatunku, to jednak reprezentują odmienne drogi rozwoju genetycznego, co szczególnie dotyczyło tych, którzy byli potomkami pokoleń długo żyjących na innych, niż Ziemia, planetach.
Biblijna „Księga Rodzaju” podaje: A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na Ziemi, rodziły się im córki. Synowie Boga widząc, że córki człowieka są piękne, pojmowali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się podobały. [...] A w owych czasach byli na Ziemi giganci. Bo gdy Synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im ich rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach.[7]
Narodzone z tych związków mutanty nie zawsze mogły być przedmiotem chluby bogów. Niektóre z nich stanowiące całkowicie zdegenerowane formy musiano zlikwidować.[8] Jednakże większość potomków reprezentowała znacznie zwiększone możliwości intelektualne niektórzy mieli tak wysoki poziom intelektualny, że bez trudu mieszali się ze społecznością młodszych bogów.
Udany eksperyment spowodował nowy, gwałtowny rozwój cywilizacji na Ziemi. Bogowie mieli już zastępy siły roboczej. Wybrani spośród rzesz ludzie[9] uzyskiwali kwalifikacje techniczne, a nawet naukowe; wykonywali prace inżynierskie, byli pilotami, żołnierzami, lekarzami, czy wreszcie osiągali status boga. Starzy bogowie wymierali, młodzi coraz bardziej wtapiali się w prężne społeczeństwo inteligentnych Ziemian.

Dr Miloš Jesenský opisał to jeszcze dokładniej w swej pracy, do której odsyłamy Czytelnika. Skoro ludzie   t a m t e j   epoki potrafili manipulując genami wyhodować Homo sapiens sapiens, to wyhodowanie złośliwego szczepu bakterii czy wirusa byłoby dla nich pestką! I było!

Zawsze zagadkę stanowiło dla nas to, jak to można by udowodnić. I dowód taki znaleźliśmy w książkach autorstwa Richarda Prestona – „Strefa skażenia” (Warszawa 1996); Petera Radetsky’ego – „Niewidzialni najeźdźcy” (Warszawa 1998), a nade wszystko w pracy Christophera Willsa pt. „Żółta febra, czarna bogini” (Poznań 2001). Otóż jednymi z najbardziej letalnych chorób są bakteryjne infekcje w rodzaju cholery azjatyckiej – Vibrio cholerae, czy dżumy dymienicznej – Yersinia pestis. Epidemie i pandemie tych chorób dziesiątkowały ludność całego świata czy nawet pustoszyły znaczne jego obszary, bowiem dżuma jest także chorobą atakującą zwierzęta i uśmiercającą je – i to przede wszystkim te, które towarzyszą człowiekowi: psy, koty, myszy, szczury, konie, krowy i świnie.

Na cholerę nie ma do dziś dnia żadnej szczepionki – można ja leczyć tylko przy pomocy antybiotyków. Uczeni nie odpowiedzieli jak dotąd na podstawowe pytanie – od kiedy cholera zabija ludzi? Bo tylko jedno jest pewne – cholera nie zawsze była dla ludzi szkodliwa... Wiadomo, ze stosunkowo niedawno przebiła ona barierę gatunkową, ale kiedy to było? – tego nie wie nikt.

Z dżumą jest trochę inaczej. Jej letalność jest wynikiem nie tego, że dodano jej jakiś gen powodujący „złośliwość”, ale genetycznie pozbawiono jej możliwości ruchu postępowego w środowisku płynnym, utraciła ona także wiele z biochemicznych możliwości zmiany swego żywiciela na innego (innymi słowy „przypisano” ją do określonych zwierzęcych żywicieli), co oznacza również, że nie może przetrwać w glebie; wyeliminowano także jej cykl Krebsa, który decyduje otrzymaniu wielu składników, które powstają w czasie oddychania... Oznacza to, że musi je otrzymać od żywiciela. I dalej – Y. pestis nie potrafi sama wytworzyć białka hialuronidazy, które umożliwiałoby jej przenikanie do komórek żywiciela. A to ma bardzo poważne konsekwencje, bo podwyższa mordercze zdolności tych bakterii. Udowodniono to nader prosto – zniszczono odpowiednie geny odpowiedzialne za produkcję hialuronidazy i cykl Krebsa u pokrewnych bakteriom dżumy bakterii Y. pseudotuberculosis – co spowodowało, że stały się one tak letalne, jak Y. pestis... Zjadliwość Y. pseudotuberculosis podanej doustnie wzrosła o 1.000 razy, zaś wstrzykniętej podskórnie – aż 10.000 razy![10] Badania nad tymi bakteriami przeprowadzano nie tylko na myszach i szczurach laboratoryjnych...

Wniosek wyciągnięty przez uczonych był jeden – powstanie dwóch mutacji jednej bakterii naraz jest wysoce nieprawdopodobne, a zatem nie były one dziełem Natury. Bakteria Y. pestis została rozmyślnie uszkodzona genetycznie tak, by podnieść jej złośliwość. A co za tym idzie - wszystkie podane powyżej uwarunkowania genetyczne tworzą z niej idealną broń biologiczną, która została stworzona tylko i wyłącznie do niszczenia wielkich populacji ludzkich, uśmiercenia wszystkiego, co żyje a następnie samolikwidacji z braku żywicieli. Po co? – wiadomo: po to, by stosujący tą BMR agresorzy mogli w krótkim czasie opanować określony teren. A zatem była to z całą pewnością broń ofensywna pierwszego uderzenia!

Jest jeszcze jedna sprawa związana z Y. pestis – otóż jej głównym wektorem są pchły. Bakteria ta potrafi tak zmodyfikować organizm tego owada, by pchła zarażała jak najwięcej istot żywych ze swego otoczenia. Zatyka ona dokumentnie jej jelita doprowadzając do szybkiego odwodnienia, co zmusza pchłę do jak najbardziej intensywnego odżywiania się – skakania z żywiciela do żywiciela – i w rezultacie zakażenia wielu z nich, zanim zginie. Szczuty, myszy i koty zakażają z kolei ludzi, którzy są celem biologicznego ataku.

Zauważmy, że oba te dopusty Boże mają bardzo krótki okres wylęgania: cholera 2-3 dni, zaś dżuma 2-5 dni. Jak widać, obie te bakterie idealnie nadają się do prowadzenia wojny biologicznej poprzez tzw. dywersję biologiczną – rozsiewania chorób przy użyciu grup dywersyjno-rozpoznawczych, dywersyjnych bombardowań, ostrzału rakietowego, itp. Po zapowietrzeniu danego terenu dochodzi do wybuchu epidemii, a potem – kiedy śmierć zbierze swe żniwo – do wejścia na ten teren wojsk agresora...

Uczeni doszli do wniosku, że całość manipulacji powodującej zletalizowanie niezłośliwych szczepów bakterii nie jest taka skomplikowana w wykonaniu, ale nader skuteczna w użyciu. Podobnie rzecz może się mieć z wirusami, które jeszcze bardziej są przystosowane do warunków wojny bakteriologicznej i stanowią niemal idealną broń B.
Co do cholery, to ta bakteria na odwrót – posiada dodatkowy gen, który odpowiada za jej umiejętność syntetyzowania toksyny. Christopher Wills twierdzi wprost, że ów fragment DNA od długiego czasu znajduje się w helisie bakterii V. cholerae, przy czym dodaje, że nabyła go ona od innej bakterii. Ale znowu – taka możliwość jest raczej nikła, więc wygląda na to, że ktoś „pomógł” V. cholerae ten transpozon nabyć...

Patrząc na ten wredny zestaw genów – pisze on – niemal ma się wrażenie, że ten transpozon został umyślnie zaprojektowany, żeby dać Vibrio właściwości niezbędne do dokonania spustoszenia w ludzkich wnętrznościach.

Nie od rzeczy będzie tutaj wspomnieć, że istnieją również choroby zwierzęce, które są wywoływane przez bakterie ze szczepów Vibrio i Pasteurella. Zazwyczaj są one śmiertelne z 99% skutkiem.

Kolejnymi wrednymi patogenami są dur plamisty – Rickettsia provazeki i dur brzuszny – Salmonella typhi. Ten drugi jest szczególnie paskudny, bowiem S. typhi potrafi przywierać do ścianek komórek wyściełających jelita ofiary, przenikać do wnętrza organizmu i wreszcie jest w stanie atakować te komórki, które mogłyby je unieszkodliwić, co stanowi likwidację bariery immunologicznej... – jak w przypadku wirusa HIV! I znowu ciekawa rzecz – istnieją dwa rodzaje szczepów S. typhi – afrykańskie i te, które zamieszkują Afrykę i resztę świata. Te ostatnie zaś pojawiły się na Ziemi w okresie od 2.000.000 do 200.000 lat temu! Ten światowy szczep potrafi infekować swe ofiary i przedostawać się do woreczka żółciowego, a stamtąd wydalać się z organizmu nosiciela i doprowadzać do skażeń wielu ludzi. Tego nie potrafią szczepy afrykańskie... A zatem kolejna celowa mutacja??? I znowu badania DNA Salmonelli i pokrewnej bakterii Shigella flexnen (wywołującej czerwonkę) potwierdziły tą tezę. DNA obu bakterii zawierały dodatkowe geny odpowiedzialne za ich mordercze właściwości... Jak dotąd uczeni nie wiedzą, jak doszło do tych mutacji – ale nikt nie zastanowił się nad ich sztucznym pochodzeniem. To nie ewolucja nadała tym drobnoustrojom ich mordercze właściwości, a celowa robota...

Nieco mniej groźną jest bakteria Escherichia coli, która odpowiada za niektóre infekcje pokarmowe. Uczeni sądzą, że to ona była „genetycznym materiałem wyjściowym” do „wyprodukowania” tych patogenów, których jest bliską krewną.

Co to właściwie jest? – zapyta Czytelnik. Otóż jest to kolejny konkretny   d o w ó d   na to, że dawno temu ktoś manipulował genami bakterii tak, by były one morderczą bronią przeciwko człowiekowi i zwierzętom, które go otaczają. Letalność tych patogenów jest czymś wbrew strategii przeżycia tych bakterii, bowiem patogenom zależy na tym, by ich żywiciel żył jak najdłużej - w ich własnym interesie. Do pewnego czasu śmierć żywiciela nie leżała w interesie bakterii, które były być może nawet bakteriami symbiotycznymi z człowiekiem i zwierzętami domowymi. Wskutek manipulacji genetycznych tutaj opisanych, bakterie te z symbiontów zamieniły się w patogeny i zaczęły zabijać. I o to chodziło. Twórcy tej BMR zamienili się dawno w pył i proch, ale ich dzieło wciąż zbiera krwawe żniwo nawet teraz – po stu dwudziestu wiekach!

Sądzimy, że postęp badań genetycznych mikroflory pozwoli na znalezienie więcej dowodów na to, że manipulacje życiem miały miejsce znacznie wcześniej, niż się to nam wydaje, i że teraz płacimy daninę życia za szaleństwa Białych i Czarnych Magów Atlantydy...

Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz



Jordanów, dn. 2003-09-09

KONIEC


[1] Atlantyka, to umowna nazwa dla cywilizacji jeszcze starszych od cywilizacji Atlantydy ii nie należy jej traktować jako określonego terminu geograficznego czy historycznego.
[2] R. K. Leśniakiewicz – „Czarna zaraza spada z nieba?...” w „Wizjach Peryferyjnych” nr 4/1996.
[3] Co więcej – istnieją choroby, którymi zwierzęta zarażają się od ludzi – jak np. wszystkie infekcje grypo-podobne górnych dróg oddechowych.
[4] Wirus jest pasożytem i jego strategia przetrwania zakłada jak najdłuższe życie w ciele nosiciela, ale tak to do końca nie jest, gdyż istnieją wirusy, które zabijają swego żywiciela od razu, jak np.: wirus grypy hiszpanki, wirus Yellow Fever, wirus O’Ngyong, wirus Lassa Fever, wszystkie szczepy wirusa gorączki krwotocznej Ebola, wirusy HIV, itd. itp., których letalność stanowi dowód na to, że mogły one zostać stworzone po to, by zabijać tylko i wyłącznie człowieka. Wszystkie one pochodzą z afrykańskich i amerykańskich dżungli, w których mogą się znajdować antyczne laboratoria i składowiska różnych antycznych BMR.
[5] Sensownym także wydaje się pomysł, że odwiedzają nas mieszkańcy legendarnej Shamballi-Agharty, którzy mieszkają wewnątrz naszego globu. Dla nich promieniowanie Słońca i atmosfera mogłyby być szkodliwe i dlatego musieliby poruszać się po powierzchni Ziemi w ciśnieniowych i klimatyzowanych skafandrach chroniących ich przed rozrzedzoną i chłodną atmosferą, z oczami przysłoniętymi okularami, które filtrowałyby promieniowanie naszej gwiazdy dziennej...
[6] Rdz. 1,26.
[7] Rdz. 6,1-2 i Rdz. 6,4.
[8] Typowym przykładem mógłby tu być Yeti. Eksperymenty te mogły obejmować też i zwierzęta, dzięki czemu powstawały różne mutanty w rodzaju potworów z mitów greckich i innych: smoki, pegazy, chimery, etc. etc.
[9] Właściwie powinno się o nich mówić „nowi ludzie” lub „ludzie drugiej generacji”, wszak powstali wskutek eksperymentu genetycznego „ludzi pierwszej generacji”.
[10] Wacław Biliński w swej powieści sensacyjnej „Bakteria 078” opisał prace Japończyków nad bakteriami dżumy prowadzone przez gen. Ishii Shiro w tajnym ośrodku badań nad bronią bakteriologiczną w okolicach Harbina (Mandżuria), który po wojnie Amerykanie przekształcili we własne centrum badań bakteriologicznych, osławioną JW 731.

środa, 22 sierpnia 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (26)


DODATEK D – STATEK KOSMICZNY OBCYCH NA WOKÓŁZIEMSKIEJ ORBICIE?

18 grudnia 1955 roku, w przestrzeni kosmicznej, w bezpośredniej bliskości Ziemi zaszło pewne dziwne wydarzenie – jaskrawy błysk światła, wybuch. Ale co mogło eksplodować w próżni? A oto próba odpowiedzi zamieszczona w rosyjskim czasopiśmie „Kalejdoskop NLO” nr 51 (318)/2003 a dnia 15 grudnia 2003 roku.

Nieziemskie satelity na orbicie!

W lutym 1960 roku, Departament Obrony USA oświadczył, że na wokółziemskiej orbicie odkryto Nieznany Obiekt Orbitalny – NOO – o masie około 15 ton. Wojskowi zaczęli sobie łamać głowy nad tym, co to takiego i czy przedstawia ono zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. W Pentagonie byli absolutnie przekonani, że nie był to radziecki sztuczny satelita Ziemi, a to dlatego, że śledzili oni starty radzieckich rakiet kosmicznych i znali trajektorie radzieckich sputników. Był to okres Zimnej Wojny i trwał pojedynek dwóch Supermocarstw w dziedzinie podboju Kosmosu.
Po sześciu latach, w dniu 2 listopada 1966 roku, dowództwo obrony przeciwlotniczej USA i NORAD wydały oświadczenie na temat odkrycia trzech kolejnych NOO nieznanego pochodzenia.
Po dalszych 13 latach, w dniu 20 sierpnia 1979 roku, Związek Radziecki podjął pałeczkę w badaniach satelitów Ziemi nieznanego pochodzenia.  Tego właśnie dnia, południowo-afrykańska gazeta „Rand Daily Mail” opublikowała wywiad z radzieckim uczonym, astrofizykiem dr Siergiejem Pietrowiczem Bożiczem, w którym przyznał on, że ZSRR od samego początku swego programu wystrzeliwania sputników na orbity wokółziemskie prowadzono dokładną radarową kontrolę przestrzeni kosmicznej wokół Ziemi. Dzięki temu odkryto NOO, które nie należały ani do ZSRR ani do USA. Inne kraje nie mogły wchodzić w rachubę, bowiem po prostu nie miały możliwości technicznych wystrzeliwania satelitów na orbitę wokół naszej planety.

Tajemniczy wybuch w Kosmosie...

Według słów dr Bożicza – radzieccy uczeni obliczyli orbity niektórych z tych NOO. Rezultaty tych obliczeń zaszokowały specjalistów: te obiekty stanowiły części jakiegoś większego ciała, które rozpadło się na orbicie. A to znaczyło, że w dniu 18 grudnia 1955 roku, w bezpośredniej bliskości planety Ziemia, eksplodowało i rozpadło się na fragmenty jakieś ciało kosmiczne o średnicy około 80 metrów. Radziecki astrofizyk wysunął przypuszczenie, że mowa tu o statku kosmicznym, który eksplodował na w czasie zbliżania się do Ziemi lub na wokółziemskiej orbicie.

... i nie widać rozwiązania zagadki!

Niewiarygodne? Oczywiście! Ale amerykańscy specjaliści, którzy także przeanalizowali dane z obserwacji tajemniczych NOO na wokółziemskich orbitach, doszli do identycznego wniosku. Amerykański astronom dr John P. Bagby opublikował w 1969 roku swe obliczenia orbit małych satelitów Ziemi. Według jego poglądów, 18 grudnia 1955 roku, na orbicie wokółziemskiej coś rzeczywiście wybuchło, ale dr Bagby nie miał na myśli statku kosmicznego.
I tak jedna z zagadek naszej najbliższej i tak ponoć dobrze zbadanej części przestrzeni kosmicznej pozostała niewyjaśniona do dnia dzisiejszego. Być może doszło tam do zderzenia się dwóch asteroidów? A może to jakiś asteroid rozpadł się pod wpływem sił ziemskiego ciążenia? A może – jak głosi jedna z najfantastyczniejszych hipotez – był to statek kosmiczny z innej planety, który latał po wokółziemskiej orbicie parkingowej i tam eksplodował z nieznanej przyczyny? Albo może przyleciała do nas kosmiczna sonda sterowana przez automaty. W każdym przypadku, udowodniono, że nie był to jakiś tajny satelita, wystrzelony w największej tajemnicy przez któreś z Supermocarstw.
Pozostało mieć nadzieję, że kiedyś tam ziemska nauka dobierze się wreszcie do tych odłamków orbitujących w Kosmosie, i ich pochodzenie zostanie ustalone bez żadnych wątpliwości.

Przyznaję, że przekładając ten tekst poczułem się, jak kot, który złapał wyjątkowo smakowitą mysz. Od kiedy przetłumaczyłem książkę Petera Krassy – „Największa zagadka stulecia” (Berlin – Frankfurt nad Menem 1996) i zredagowałem opracowanie pt. „Bolid Syberyjski” (CBUFOiZA, 2002 – na prawach rękopisu), to przez cały czas w materiałach przewijała się ta dziwna sprawa NOO zwanych w Rosji Czarnym Księciem (po rosyjsku: Чёрной Принц) czy na Zachodzie Czarnym Baronem (Black Baron). Obie te nazwy są używane wymiennie na nazwanie obiektu(ów), które obserwowano pod koniec lat 40. i na początku lat 50. w najbliższej nam przestrzeni kosmicznej. Obserwowano je także w Polsce – zainteresowanych odsyłam do mojego referatu na VII UFO Forum we Wrocławiu w dniu 13 kwietnia 2003 roku.

Ciekawa jest tutaj jeszcze jedna sprawa, a mianowicie: data 20 sierpnia 1979 roku. Fani polskiej ufologii wiedzą, o co chodzi – to data spadku (a raczej przelotu) Wielkiego Bolidu Polskiego – tajemniczego ciała kosmicznego, które wieczorem tego dnia albo przeleciało nad Skandynawią, Polską, Ukrainą i wpadło do Morza Czarnego gdzieś na wysokości Konstancy w Rumunii, albo odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną gdzieś nad Morzem Czarnym i Turcją... Pytałem o to w czasie II Miedzynarodowej Konferencji Ufologicznej w Debreczynie we wrześniu 1996 roku Węgrów – m.in. Gabora Tarcali’ego i znanego także w Polsce pisarza Istvána Nemerego, Rumunów – pisarza prof. dr Calina N. Turcu, red. Petera Leba i innego pisarza Gyorgy’ego Mandicsa; Bułgarów – Kiriła Kaneva i Turków – dr Akdogana Haktana (szefa istambułskiego „Siriusa”, znanego już polskim Czytelnikom z artykułu na temat Wielkiego Bolidu Tureckiego z dnia 1 listopada 2002 roku, opublikowanego na łamach „Nieznanego Świata” w 2003 roku) – odpowiedź była zawsze negatywna. Tak już mówiąc nawiasem, to być może dowiedziałbym się czegoś więcej rozpytując wśród byłych pracowników rumuńskiej Securitate, bułgarskiej Drżavnej Sigurnosti czy radzieckiego KGB i GRU, którzy stacjonowali w tych krajach...

A swoją drogą, to zaiste dziwny to zbieg okoliczności: ponad połową Europy przelatuje dziwny bolid – nie-bolid, a na drugim końcu świata południowoafrykańska publikuje wywiad z radzieckim astrofizykiem na temat NOO. Przypadek? Nie ma takich przypadków. Teraz to rozumiem. Po prostu on wiedział, że w każdej chwili może dojść do spadku takiego obiektu w każdym punkcie naszej planety. No i Norwegowie, Szwedzi, Duńczycy, Polacy, Słowacy i Ukraińcy wyciągnęli Czarnego Piotrusia. 20 sierpnia 1979 roku podziwiali przelot Wielkiego Bolidu Polskiego, który mógł być jednym z fragmentów tajemniczego Czarnego Barona czy jak kto woli – Czarnego Księcia...

Nie podzielam optymizmu Autorki i uważam, że już nie ma się do czego śpieszyć. To, co latało na tych orbitach albo spadło w atmosferę ziemską i spłonęło, albo oddaliło się poza pole grawitacyjne naszej planety i poleciało w Kosmos. Ale jeżeli jest na orbicie choć jeden odłamek Czarnego Księcia, to sądzę, że warto będzie go poszukać już to w Kosmosie, już to na dnie Morza Czarnego, i zbadać.
Tylko co nam przyniesie ta wiedza???...

Galina Sidniewa

Przekład z j. rosyjskiego –
 Robert K. Leśniakiewicz ©

wtorek, 21 sierpnia 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (25)


DODATEK C – KOLOROWE ŚNIEGI

W dniu 22 lutego 2004 roku, polskie media przyniosły interesującą wiadomość – otóż nocą 21/22 lutego na znacznej połaci województwa podkarpackiego i części małopolskiego spadł kolorowy śnieg. Zjawisko obejmowało swym zasięgiem obszar od Ustrzyk Dolnych do Rzeszowa i Kolbuszowej, zaś w Małopolsce plamy barwnego śniegu widziano w okolicach Grybowa i Nowego Sącza. A najciekawsze było to, że ani na Słowacji, ani na Ukrainie takiego zjawiska nie odnotowano, a zatem wygląda na to, że opad tego rdzawego pyłu ograniczył się tylko i wyłącznie do wyżej wspomnianego obszaru – patrz mapka.
Poza tym media podały, że kolorowe, pomarańczowo-rdzawe plamy na śniegu widoczne były szczególnie w zagłębieniach terenu i śnieg pokryty tym pyłem wydzielał nieprzyjemny zapach. Analizy wstępnie wykazały, że był to zwyczajny piasek, który został najprawdopodobniej przyniesiony przez wiatry z Sahary, gdzie kilka dni wcześniej szalała potężna burza piaskowa. Red. Andrzej Zalewski z Eko Radio PR-1, w poniedziałek 23 lutego oznajmił dodatkowo, że kolorowy śnieg spadł także we Włoszech. Tam także miał spaść pył saharyjski, który zabarwił śniegi na czerwono.
Kolorowe śniegi nie są czymś nadzwyczajnym, od czasu do czasu odnotowuje się śniegi o różnych zabarwieniach: czerwonym i rdzawym od piasków i pyłów pustynnych, żółtym od lessu, czarnym od produktów spalania związków węgla i różnokolorowe od barwników nieorganicznych, które są wydzielane trakcie produkcji różnych związków chemicznych. Szare, czarne i czerwonawe plamy na śniegu powodują również opady tefry i popiołów wulkanicznych. Sam wielokrotnie widziałem kolorowe plamy na śniegach Tatr i Karkonoszy czy Beskidów, które powodowały emisje przemysłowe. Ale czy to, co spadło na Małopolskę i Podkarpacie w niedzielę 22 lutego 2004 roku było pyłem saharyjskim? Nie byłbym tego taki pewny.
Kolor pyłu – pomarańczowo-rdzawy i jego konsystencja – piasek - sugerowałyby, że mamy istotnie do czynienia z pyłem pochodzenia pustynnego. Jednakże jego nieprzyjemny zapach sugeruje coś innego. Moim zdaniem mógł to być piasek – a właściwie pył kosmiczny – pochodzący z meteorytu lub małej komety... Spadł on tylko w ściśle określonym rejonie i nie był obserwowany w krajach sąsiednich, a zatem zjawisko to miało charakter ściśle lokalny.
Kosmiczny „gość” wpadł w atmosferę Ziemi i eksplodował na dużej wysokości. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – Polskie Towarzystwo Meteorytowe dysponuje relacjami o przypadkach zaobserwowania dużych meteorytów i następującym po ich spadku opadzie piasku. Nie mógł on być widzialny, bowiem w tym dniu nad obszarem Polski południowej zalegały gęste chmury, z których padał śnieg i śnieg z deszczem. Pył zawierający najprostsze związki organiczne: metan, amoniak, siarkowodór, itd. – które nadawały mu nieprzyjemny zapach – opadł na śniegi Podkarpacia i Małopolski powodując alarm przeciwchemiczny. (Lekcja Czarnobyla nie poszła jednak na marne.)
Nasuwa się tutaj spostrzeżenie, iż jeżeli z takim pyłem mogły spaść na Ziemię najprostsze aminokwasy, to mogły spaść także i obce, pozaziemskie drobnoustroje: wirusy grypy ludzkiej i ptasiej, priony BSE/CJD, wirusy HIV, Ebola czy Lassa, riketsje choroby legionistów, itd. itp. A zatem należy uważać na stan zdrowia mieszkańców Polski południowej, bowiem istnieje możliwość pojawienia się tam jakiegoś czynnika chorobotwórczego.
Tyle było wiadomo do dnia 25 lutego 2004 roku.
W kilkanaście dni później, już w marcu, przeczytałem na portalu Onet.pl i na stronie internetowej CBUFOiZA o pojawieniu się bolidu EN 200204 „Łaskarzew”, którego zaobserwowano nad Polską w dniu 20 lutego 2004 roku, o godzinie 18:54 GMT, jak leciał z prędkością około 13,4 na początku do 10,0 km/s na końcu trajektorii pomiędzy miejscowościami Kozienice a Garwolinem. Początkowa wysokość wynosiła 71 km, zaś końcowa – 36 km nad Ziemią.
Co z tego wynika? Ano wynika to, że teoria meteorytowa zyskuje solidną poszlakę. Kolorowe i śmierdzące plamy na śniegu mogły być plamami piachu z resztek meteorytu EN 200204 „Łaskarzew”, albo innego, który mu towarzyszył, bowiem takie ciała kosmiczne nie latają solo, a astronomowie twierdzą, że meteor ten był szczątkiem pozostałym po jakiejś kosmicznej kolizji w Pasie Asteroidów – i rzecz w tym, że takich szczątków mogło być znacznie więcej.
Mieliśmy okazję widzieć pozostałości po gościu z Kosmosu, który spadł w dniach 20-21 lutego 2004 roku na Polskę południową. Uważam zatem, że ta zagadka została rozwiązana, chyba że...
Chyba że mieliśmy do czynienia z kolejnym przypadkiem niewyjaśnionym, który sugerowałby to, iż zetknęliśmy się z kolejnym reliktem po atomowych wojnach bogów-astronautów sprzed 120 wieków...

Robert K. Leśniakiewicz

Jordanów, dn. 2004-04-07

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (24)


DODATEK B – SARS SPADA Z NIEBA


Do koszmarów, które straszą nas po przekroczeniu progu kolejnego tysiąclecia, od października 2002 roku doszedł jeszcze jeden. Te cztery litery: SARS budzą grozę i panikę wśród mieszkańców Ziemi. Pojawiła się kolejna, obok dżumy, cholery, czarnej ospy, grypy hiszpanki, gorączki krwotocznej Ebola i Lassa, Hanta,  HIV (AIDS), choroba zakaźna na którą zapadło ponad 6.000 osób i zmarło około 300 – według danych WHO na dzień 1 maja 2003 roku.
SARS to Severe Acute Respiratory Syndrom­ – syndrom ostrej niewydolności układu oddechowego – choroba, która pojawiła się początkowo w Chińskiej Republice Ludowej, a którą początkowo uważano za jakąś odmianę wirusa grypy. Nie jest to takie dziwne, jako że w latach 60. i 80. XX wieku przez świat przewaliły się dwie fale grypy Hong Kong o ciężkim przebiegu. Tym razem także zaatakowała ona Hong Kong, ale jej źródło znajduje się w środkowych Chinach – dokładniej w prowincji Shaanxi.
Objawami SARS podanymi przez amerykański CDC&P (Center for Disease Control and Prevention – Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom) są przede wszystkim: wysoka gorączka – powyżej +38oC (albo +100,4oF), bóle głowy, gardła i stawów, czasami bóle całego ciała, suchy, męczący kaszel, który pojawia się w ciągu 2-7 dni. A zatem typowe objawy infekcji grypowych.
SARS rozprzestrzenia się drogą kontaktową zarówno z nosicielami wirusa, jak i materiałem zakażonym wirusem. Dlatego też wskazane jest noszenie maseczek, aby nie kontaktować się z kropelkami śliny, śluzu i innych płynów ustrojowych zawierających wirusy. Nie powinno kontaktować się ze skórą osób zainfekowanych. Chorobę prawdopodobnie wywołują tzw. koronowirusy[1], które wykryto we krwi osób zarażonych tą chorobą.[2]
Interesuje nas problem tego, skąd właściwie wziął się SARS? Czy jest to tylko zmutowany wirus jakiejś innej choroby, który naraz przebił barierę immunologiczną człowieka i objawił się w postaci nowej, a więc ex definitio groźnej infekcji? Groźnej dlatego, bo chociaż codziennie setki ludzi ginie w wypadkach czy wskutek głodu, wojen czy katastrof naturalnych, to tym wszystkim wydarzeniom można zapobiec stosunkowo prostymi i wykonalnymi środkami. Chorobę nie da się pokonać tak łatwo. Choroba, to przede wszystkim coś groźnego, tajemniczego, niewidzialnego i niedotykalnego – czego przyczynę można zobaczyć tylko pod mikroskopem. Z tym jest tak, jak z promieniowaniem jonizującym czy zatruciem chemicznym. To jest sprawa psychiki. Boimy się tego, co jest niewidzialne...
Skąd to się przywlokło? Jak dotąd uczeni nie potrafią dać jednoznacznej odpowiedzi. Jedni twierdzą, że mamy do czynienia z chorobą odzwierzęcą – jak np. w przypadku wirusa HIV, Lassa czy Ebola; inni zaś widzą w tym broń biologiczną, która wyrwała się spod kontroli...
Hipotezy na temat pochodzenia SARS można podzielić następująco:
v  SARS to zmutowany wirus jakiejś choroby zwierzęcej, który przerzucił się na ludzi po przekroczeniu bariery immunologicznej, co mogło być spowodowane np. zmianami klimatycznymi wywołanymi np. przez zjawisko El Niño;
v  SARS jest wirusem wyhodowanym przez chińskich czy północnokoreańskich mikrobiologów jako broń biologiczna, która wyrwała się spod kontroli. Wszystkie dane wskazują na to, że jest on pokrewny wirusom... świnki (mumsa) i odry! Rosyjski specjalista dr Siergiej Kolesnikow twierdzi wprost, że SARS został wyhodowany przez człowieka jako broń B.[3] Faktycznie – byłaby to idealna broń B, jako że nie ma żadnej szczepionki przeciwko temu wirusowi, zaś sposoby leczenia są dopiero opracowywane... W podobnym duchu, tylko jeszcze bardziej stanowczo wypowiedział się prof. dr Tadeusz Płusa, który stwierdził, że istnieje znaczne podobieństwo wirusów koreańskiej piorunującej gorączki krwotocznej, a którą umarło 20.000 Amerykanów w czasie Wojny Koreańskiej, gorączki krwotocznej Ebola, wirusa Hanta i wirusa SARS. Wniosek nasuwa się sam – wszystkie te wirusy mogły zostać wyprodukowane w tych samych laboratoriach w Północnej Korei lub Ch.R.L. i użyte na frontach różnych wojen: Wojny Wietnamskiej, I Wojny w Zatoce i II Wojny w Zatoce... Co gorsze, jak twierdzi prof. Płusa, istnieją plany stworzenia połączeń wirusów czarnej ospy i Eboli oraz innych koszmarnych chorób, które miałyby zastosowanie jako broń B.[4] 
v  SARS jest wirusem, który przybył do nas z Kosmosu na jakimś meteorycie. Jak dotąd uczeni i miłośnicy z Polskiego Towarzystwa Meteorytowego nic nie wiedzą o spadku jakiegokolwiek meteorytu na tych terenach, więc nie ma podstaw, by tak sądzić, aliści nie zapominajmy, że PTM nie ma swych informatorów tamże, a Ch.R.L. jest w dalszym ciągu krajem praktycznie zamkniętym dla Europejczyków i Amerykanów... Osobiście biorę pod uwagę fakt, że SARS mógł spaść wraz z ostatnim deszczem Leonidów, którego maksimum przypadło właśnie na 17-19 listopada 2002 roku;
v  SARS jest zmutowanym ziemskim organizmem, który powrócił na Ziemię w jakimś „złomie kosmicznym” w postaci nieaktywnego sztucznego satelity Ziemi lub stacji kosmicznej. Obawy takie uczeni wysuwali w związku z wejściem i spaleniem się w górnych warstwach atmosfery rosyjskiej stacji kosmicznej Mir, chodziło w jego przypadku o zmutowane pod wpływem  promieniowania kosmicznego i braku grawitacji grzyby. Podobne obawy powstały w związku z katastrofą promu kosmicznego Columbia w lutym 2003 roku;
v  SARS jest przybyszem z głębokiego Kosmosu, który został tutaj zawleczony przez kometę lub strumień meteorytów pozaukładowych. Byłoby to kolejnym dowodem na istnienie życia pozaziemskiego, a nawet poza Układem Słonecznym!
v  I wreszcie SARS jest pozostałością po jednej z poprzednich cywilizacji Ziemi, która wykorzystywała wirusy do różnych celów – jako broń B lub nawet jako... lekarstwo na wiele chorób – w tym raka. Powstały one jako rezultat manipulacji i inżynierii genetycznej. Po upadku tej Supercywilizacji, wirusy po prostu „zdziczały” i stały się zwyczajnymi pasożytami, letalnymi dla swych żywicieli – w tym człowieka. 
A zatem która z tych hipotez jest prawdziwa? Mamy nadzieję, że ta niebezpieczna choroba zostanie w porę opanowana i nie zdoła zagrozić naszemu krajowi, a wbrew pozorom jest to niezmiernie łatwe, bowiem otwarte granice z krajami, gdzie stwierdzono tą chorobę mogą ją sprowadzić do nas w każdej chwili.
Czy SARS spadło z nieba? Być może – dowodów na to na razie nie ma. Być może jest to – jak powiedzieliśmy to w ostatnim punkcie naszej wyliczanki – pozostałość po poprzednich cywilizacjach[5], która czai się w jej ruinach w dżunglach Afryki, Azji, Mezoameryki i Ameryki Łacińskiej, albo lata jeszcze po orbicie wokółsłonecznej czy nawet wokółziemskiej i od czasu do czasu spada powodując wybuchy epidemii nieznanych, a wybitnie letalnych i trudnych do wyleczenia chorób.[6] Ale to już jest temat z zupełnie innej ballady...

Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz

Jordanów, dn. 2003-05-19


[1] Są to wirusy wywołujące m.in. odrę.
[2] Patrz internetowa strona CDC – www.cdc.gov/ncidod/sars/ oraz www.who.int/csr/sars/en
[3] Jerzy Serafin – „SARS – broń biologiczna?” w „FiM” nr 18,2003 z dn. 2-8 maja 2003 roku.
[4] Prof. dr Tadeusz Płusa – wywiad dla „Radiowego Magazynu Wojskowego”, PR-1 w dniu 18 maja 2003 roku.
[5] Zainteresowanych odsyłamy do pracy Aleksandra Mory – „Atomowe wojny bogów”, Lublin 1980.
[6] Zob. Miloš Jesenský – „Bogowie atomowych wojen” na stronie internetowej CBUFOiZA w Krakowie www.ufocentrum.org