piątek, 24 sierpnia 2012

BOGOWIE ATOMOWYCH WOJEN (27)


DODATEK E – CZARNA ZARAZA: PREZENT Z ODLEGŁEJ PRZESZŁOŚCI

W swej pracy pt. „Atomowa wojna bogów” (Lublin 1979), Aleksander Mora twierdzi, że kilkanaście tysięcy lat temu na Ziemi kwitła wspaniała cywilizacja, która – niestety – zgładziła sama siebie w tytanicznym konflikcie z użyciem wszystkich znanych nam i nieznanych broni masowego rażenia – BMR, albo – jak mi się wydaje – została zniszczona w totalnej wojnie z kosmicznymi kolonizatorami i wskutek regresu cywilizacyjnego – cofnęła się do epoki kamienia łupanego. Podobne poglądy wyznaje słowacki pisarz i ufolog dr Miloš Jesenský, który udowadnia to w swej pracy pt. „Bogowie atomowych wojen” (Ústi nad Labem 1998). Z jego enuncjacji tamże zawartych wynika, że cywilizacja Atlantydy czy poprzedzająca ja cywilizacja Atlantyki[1] sięgnęła naszych najbliższych planet i skolonizowała je. Co gorsza – wyprowadziła BMR także w Kosmos, co mogło doprowadzić do tego, że nieaktywne i niewykorzystane jednostki tych kosmicznych BMR wciąż jeszcze okrążają Ziemię, Księżyc i inne planety Układu Słonecznego, grożąc zagładą wszystkiemu, co na niej żyje. Opisywałem już efekty spadku głowic bojowych A i C – co można znaleźć w moim opracowaniu pt. „Projekt Tatry” (Kraków 2002), zaś na łamach „Wizji Peryferyjnych” opisałem działanie broni B.[2] teraz też chciałbym skupić się na tym temacie, bowiem ostatnio uzyskałem   d o w o d y   na to, że broń biologiczna została stworzona przez poprzednie cywilizacje, i że wskutek Wielkiego Konfliktu owa broń wymknęła się spod kontroli człowieka.

Aleksander Mora tak pisał na ten temat:

[...] Antyczny tekst hinduski „Samara Sutradhara” wyraźnie mówi o stosowaniu w odległej przeszłości broni biologicznych – B. Specyfik o nazwie Samhara był używany jako środek wywołujący choroby wśród żołnierzy przeciwnika, zaś inny – Moha – powodował odrętwienia i paraliż. W „Fengshen-yen-i” wspomina się działania wojenne z użyciem broni B prowadzone w Chinach; i znowu w tekstach tych znajdujemy opisy zadziwiająco podobne do hinduskich.
Przy tej niejako okazji powstaje pytanie: czy nie jest możliwe, że niektóre współczesne, trapiące Ludzkość schorzenia zostały kiedyś w przeszłości wywołane w sposób sztuczny? Istnieje wiele chorób, którym ulegają wyłącznie ludzie, nie trapią one natomiast zwierząt.[3] Czy nie mogły one powstać jako rezultat pradawnej, niszczycielskiej wojny bakteriologicznej, której zasięg wymknął się walczącym stronom spod kontroli?
Znany biolog A. Firsow zwraca uwagę na fakt, że wirusy, traktowane obecnie jako reprezentujące etap pośredni pomiędzy światem żyjącym a nieżyjącym, światem organicznym a nieorganicznym, zachowujące się w stanie nieaktywnym jak substancje krystaliczne, zaś w stanie aktywnym reprodukujące się i wykazujące działania celowe, wcale nie musiały powstać u zarania życia na Ziemi. Tym bardziej, że wykazują one wysoki stopień specyficzności w stosunku do żywiciela, co mogłoby wskazywać na ich stosunkowo niedawne pochodzenie.[4] [...]
Inną tajemniczą sprawą, ściśle związaną z tragedią atomową w czasach prehistorycznych, są malowidła na ścianach jaskiń i na skałach, rozrzucone na całej kuli ziemskiej. Malowidła te, przedstawiające postacie tzw. Kosmitów zyskały sobie w ostatnich latach rozgłos światowy, a ich szczególna popularność datuje się od momentu publikacji książki Ericha von Dänikena zatytułowanej „Rydwany bogów”.
Jednym z najbardziej znanych jest kontur olbrzymiej postaci wyryty w skale. Został on odkryty przez Henri Labote’a na płaskowyżu Tassili na Saharze i nazwanej przez niego Wielkim Bogiem Marsjańskim. Szkic ten zadziwiająco przypomina postać odziana w skafander kosmonauty.
Na obszarze płaskowyżu znajduje się więcej podobnych rysunków: jeden z nich przedstawia idącą grupę czterech postaci ubranych w stroje przypominające kombinezony kosmonautów, których głowy są pokryte baniastymi hełmami. Rysunki tego rodzaju odkryto na różnych kontynentach. Istnieje np. rysunek naskalny na południe od miejscowości Fergana w Uzbekistanie, przedstawiający postać, której głowa jest otoczona pierścieniem z wychodzącymi z niego promieniami. Pierścień ten najprawdopodobniej reprezentuje hełm, jaki noszą nurkowie zaopatrzony w anteny. Niemal identyczne postacie przedstawiają rysunki odkryte w Val Camonica we Włoszech. Sylwetki Kosmitów znaleziono także wyrysowane na płaskich ścianach skał w Australii.
Znaczne podobieństwo do postaci na rysunkach wykazują japońskie statuetki Dogu pochodzące z okresu Jomon (Dżomon). Wzbudziły one duże zainteresowanie, ponieważ przedstawiają one ludzi w pewnego rodzaju ubiorach ochronnych i hełmach zaopatrzonych w dziwne okulary. Japoński ekspert Isao Washio tak opisuje strój Dogu:
... rękawice przymocowane są do przedramienia za pomocą wiązania, zaś okulary mogą być zamykane i otwierane. Po bokach postaci umocowane są dźwignie prawdopodobnie przeznaczone do regulacji ich ustawienia, podczas kiedy >>korona<< umieszczona na hełmie spełnia rolę anteny [...]. urządzenia na zewnątrz ubrania nie stanowią elementów zdobniczych, ale są przyrządami pozwalającymi kontrolować ciśnienie w skafandrach w sposób automatyczny...
Wszystkie te rysunki i postacie kojarzy się obecnie z Przybyszami z Kosmosu  oraz poglądem, że planetę naszą w dalekiej przeszłości odwiedzali goście – astronauci z innych układów gwiezdnych. W gruncie rzeczy przedstawiać one mogą niebiańskich bogów – tym bardziej, że rysunkom Kosmitów towarzyszą często latające dyski, kuliste pojazdy i inne urządzenia latające. Wydaje się, że istnieje inne, nie mniej prawdopodobne wyjaśnienie, oparte na odmiennej interpretacji znajdywanych rysunków. Być może przedstawiają one po prostu ludzi w ubiorach chroniących ich przed skażeniem radioaktywnym. Przecież w większości rysunki Kosmitów odkryte zostały na terenach dzisiejszych pustyń. Wcześniej już jednak sugerowano, że pierwszą przyczyną powstania tych pustyń mogło być zastosowanie na tych obszarach broni nuklearnych, dlatego nawet tysiące lat później regiony te wskazywały wysoki stopień skażenia radioaktywnego.
Rysunki mogły być więc wykonane później przez potomków mieszkańców tych okolic, którym udało się przeżyć kataklizm. Widzieli oni przybywających (albo ze schronów podziemnych, albo z obszarów nieskażonych radioaktywnym fall-out’em) ludzi w latających maszynach, którzy zabezpieczeni strojami ochronnymi pojawili się, aby skontrolować tereny, zbadać stopień ich skażenia i ocenić rozmiary zniszczeń.
Niewątpliwie niektóre z tych rysunków mogą przedstawiać Przybyszów z Kosmosu. Nie wydaje się jednak słuszne pomijanie możliwości, że ubrania ochronne noszone były przez mieszkańców Ziemi, jako osłona przed skażeniem radioaktywnym. Gdyby bowiem Kosmici musieli być tak dokładnie chronieni przed naszym ziemskim środowiskiem przy pomocy tak dokładnie izolujących skafandrów kosmicznych, oznaczałoby to, że nie mogli Oni oddychać ziemską atmosferą czy też znosić panującej na powierzchni Ziemi temperatury.[5] A taki obraz kosmicznych bogów – jak pisze Richard E. Mooney – stałby w całkowitej sprzeczności z tym, jaki wyrobiliśmy sobie na podstawie mitów i legend.
O mitycznych bogach Egiptu, Grecji, Indii a także Majów, Inków i Azteków   n i g d y   nie pisano, jako o noszących stroje ochronne. Dlatego albo byli oni Ziemianami, albo Przybyszami z Kosmosu, których fizjologia podobna była do ziemskiej w takim stopniu, że nie potrzebowali skafandrów ochronnych. Oczywiście ci, którzy przybywaliby tylko na krótki pobyt na Ziemi, mogliby nosić ubiory chroniące ich przed odmiennym promieniowaniem słonecznym, czy też nieznanymi, a być może groźnymi dla nich ziemskimi mikroorganizmami. Jednakże biorąc pod uwagę argumenty „za” i „przeciw” oraz uwzględniając rozmieszczenie głównych malowideł oraz materialnych dowodów katastrofy nuklearnej, wydaje się, że najbardziej racjonalnym wyjaśnieniem funkcji owych „kosmicznych” skafandrów jest ochrona przed skażeniem promienistym.

A może chodziłoby tu raczej także o skażenie biologiczne??? Ubiory ochronne przeciw mikrobom są równie szczelne jak skafandry kosmiczne czy głębinowe, a zatem są podobne do nich i równie funkcjonalne. Istoty, które obawiały się ziemskich bakterii nie mogły być Kosmitami, tylko ludźmi. To, że ci ludzie nosili skafandry jest na to dowodem. Ziemska flora bakteryjna może być szczególnie niebezpieczna dla istot, które mają podobny lub taki sam metabolizm i budowę komórek podobna do bakterii, a zatem bakterie nie są w stanie zainfekować obcego organizmu, bowiem po prostu nie mogłyby się one w nim namnażać i w rezultacie szybko by zginęły. 

Tak czy inaczej, te złośliwe mikroby powstały wskutek manipulacji genetycznych, co mogło wyglądać tak, wedle Al. Mory:

 [...] Ziemia była bardzo zniszczona. Główne ośrodki cywilizacji nie istniały. Centra dyspozycyjne, niektóre lądy i wszystkie miasta albo znikły pod falami oceanów, albo zamieniły się w starty popiołu pod działaniem broni laserowej i jądrowej. Reszty dzieła zniszczenia dokonały wybuchy wulkaniczne, wstrząsające skorupą ziemską, której równowagę tak lekkomyślnie naruszono.
Pomimo przerażająco smutnego bilansu rozpoczęto organizować nowe bytowanie. Zaczęto gromadzić ocalały jeszcze gdzie niegdzie sprzęt i urządzenia. Ekipy techniczne penetrowały powierzchnię Ziemi, poszukując tych, którym udało się przetrwać kataklizm, a także surowców, środków napędowych, leków i żywności. Podjęto budowę nowych miast, jak Tiahuanaco (?) i osiedli – jak Sacsayhuaman (?). Życie zaczęło wchodzić w bardziej ustabilizowane tryby, pomimo tego, że niezbyt liczne społeczeństwo musiało borykać się z całym szeregiem poważnych problemów.
Przede wszystkim nie było ono jednolite. W skład jego wchodzili przecież ludzie, którzy wychowali się na różnych planetach. Niektórzy z nich od początku nie mogli przystosować się do oddychania ziemską atmosferą, zapewne musieli korzystać z urządzeń wspomagających i ochronnych. Dla innych promieniowanie słoneczne na Ziemi było zbyt silne. Dla jeszcze innych – zbyt słabe.
Wszystkim tym trudnościom należało zaradzić możliwie szybko, jeżeli to nieliczne społeczeństwo miało uchronić przed całkowitą zagładą i wymarcie samo siebie i zdobycze cywilizacji trwającej tysiące lat.
Wśród puszcz tropikalnych, lasów i sawann Ziemi istniały prymitywne plemiona ludzkie znajdujące się na niskim szczeblu rozwoju, których sposób życia nie odbiegał właściwie od zwierzęcego. Zdecydowano się więc na śmiały eksperyment biologiczny, którego celem było dokonanie na kilku wybranych plemionach zabiegu genetycznego, pozwalającego na znaczne przyśpieszenie ich rozwoju. Uzyskane w tym procesie osobniki miały być w przyszłości wykorzystane jako tania, niewykwalifikowana siła robocza, rozumiejąca i wykonująca prawidłowo i w sposób zdyscyplinowany stawiane przez bogów-stwórców zadania.
W biblijnej „Księdze Rodzaju” czytamy: A wreszcie rzekł Bóg: >>Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam...<<[6] na marginesie warto zaznaczyć, że wyraz Elohim - bogowie, stanowiący jedno z imion Boga w Starym Testamencie jest formą od liczby mnogiej Eloah – Bóg.
Eksperyment powiódł się znakomicie, a jego efekty – jak się zdaje – przekroczyły najśmielsze oczekiwania. Rozwój intelektualny plemion poddanych na ograniczonym terenie zabiegowi genetycznemu, a następnie starannej opiece i edukacji postępował bardzo szybko. Jednocześnie doprowadził on do powstania nieprzewidzianego produktu ubocznego – rozwiązał mianowicie problem, z którym bogowie się dotychczas borykali, dostarczył bowiem zastępu niezwykle urodziwych kobiet. Nic więc dziwnego, że co młodsi bogowie natychmiast przystąpili do ulepszania wyników eksperymentu, zapominając, że choć z grubsza przynależą do tego samego gatunku, to jednak reprezentują odmienne drogi rozwoju genetycznego, co szczególnie dotyczyło tych, którzy byli potomkami pokoleń długo żyjących na innych, niż Ziemia, planetach.
Biblijna „Księga Rodzaju” podaje: A kiedy ludzie zaczęli się mnożyć na Ziemi, rodziły się im córki. Synowie Boga widząc, że córki człowieka są piękne, pojmowali je sobie za żony, wszystkie, jakie im się podobały. [...] A w owych czasach byli na Ziemi giganci. Bo gdy Synowie Boga zbliżali się do córek człowieczych, te im ich rodziły. Byli to więc owi mocarze, mający sławę w owych dawnych czasach.[7]
Narodzone z tych związków mutanty nie zawsze mogły być przedmiotem chluby bogów. Niektóre z nich stanowiące całkowicie zdegenerowane formy musiano zlikwidować.[8] Jednakże większość potomków reprezentowała znacznie zwiększone możliwości intelektualne niektórzy mieli tak wysoki poziom intelektualny, że bez trudu mieszali się ze społecznością młodszych bogów.
Udany eksperyment spowodował nowy, gwałtowny rozwój cywilizacji na Ziemi. Bogowie mieli już zastępy siły roboczej. Wybrani spośród rzesz ludzie[9] uzyskiwali kwalifikacje techniczne, a nawet naukowe; wykonywali prace inżynierskie, byli pilotami, żołnierzami, lekarzami, czy wreszcie osiągali status boga. Starzy bogowie wymierali, młodzi coraz bardziej wtapiali się w prężne społeczeństwo inteligentnych Ziemian.

Dr Miloš Jesenský opisał to jeszcze dokładniej w swej pracy, do której odsyłamy Czytelnika. Skoro ludzie   t a m t e j   epoki potrafili manipulując genami wyhodować Homo sapiens sapiens, to wyhodowanie złośliwego szczepu bakterii czy wirusa byłoby dla nich pestką! I było!

Zawsze zagadkę stanowiło dla nas to, jak to można by udowodnić. I dowód taki znaleźliśmy w książkach autorstwa Richarda Prestona – „Strefa skażenia” (Warszawa 1996); Petera Radetsky’ego – „Niewidzialni najeźdźcy” (Warszawa 1998), a nade wszystko w pracy Christophera Willsa pt. „Żółta febra, czarna bogini” (Poznań 2001). Otóż jednymi z najbardziej letalnych chorób są bakteryjne infekcje w rodzaju cholery azjatyckiej – Vibrio cholerae, czy dżumy dymienicznej – Yersinia pestis. Epidemie i pandemie tych chorób dziesiątkowały ludność całego świata czy nawet pustoszyły znaczne jego obszary, bowiem dżuma jest także chorobą atakującą zwierzęta i uśmiercającą je – i to przede wszystkim te, które towarzyszą człowiekowi: psy, koty, myszy, szczury, konie, krowy i świnie.

Na cholerę nie ma do dziś dnia żadnej szczepionki – można ja leczyć tylko przy pomocy antybiotyków. Uczeni nie odpowiedzieli jak dotąd na podstawowe pytanie – od kiedy cholera zabija ludzi? Bo tylko jedno jest pewne – cholera nie zawsze była dla ludzi szkodliwa... Wiadomo, ze stosunkowo niedawno przebiła ona barierę gatunkową, ale kiedy to było? – tego nie wie nikt.

Z dżumą jest trochę inaczej. Jej letalność jest wynikiem nie tego, że dodano jej jakiś gen powodujący „złośliwość”, ale genetycznie pozbawiono jej możliwości ruchu postępowego w środowisku płynnym, utraciła ona także wiele z biochemicznych możliwości zmiany swego żywiciela na innego (innymi słowy „przypisano” ją do określonych zwierzęcych żywicieli), co oznacza również, że nie może przetrwać w glebie; wyeliminowano także jej cykl Krebsa, który decyduje otrzymaniu wielu składników, które powstają w czasie oddychania... Oznacza to, że musi je otrzymać od żywiciela. I dalej – Y. pestis nie potrafi sama wytworzyć białka hialuronidazy, które umożliwiałoby jej przenikanie do komórek żywiciela. A to ma bardzo poważne konsekwencje, bo podwyższa mordercze zdolności tych bakterii. Udowodniono to nader prosto – zniszczono odpowiednie geny odpowiedzialne za produkcję hialuronidazy i cykl Krebsa u pokrewnych bakteriom dżumy bakterii Y. pseudotuberculosis – co spowodowało, że stały się one tak letalne, jak Y. pestis... Zjadliwość Y. pseudotuberculosis podanej doustnie wzrosła o 1.000 razy, zaś wstrzykniętej podskórnie – aż 10.000 razy![10] Badania nad tymi bakteriami przeprowadzano nie tylko na myszach i szczurach laboratoryjnych...

Wniosek wyciągnięty przez uczonych był jeden – powstanie dwóch mutacji jednej bakterii naraz jest wysoce nieprawdopodobne, a zatem nie były one dziełem Natury. Bakteria Y. pestis została rozmyślnie uszkodzona genetycznie tak, by podnieść jej złośliwość. A co za tym idzie - wszystkie podane powyżej uwarunkowania genetyczne tworzą z niej idealną broń biologiczną, która została stworzona tylko i wyłącznie do niszczenia wielkich populacji ludzkich, uśmiercenia wszystkiego, co żyje a następnie samolikwidacji z braku żywicieli. Po co? – wiadomo: po to, by stosujący tą BMR agresorzy mogli w krótkim czasie opanować określony teren. A zatem była to z całą pewnością broń ofensywna pierwszego uderzenia!

Jest jeszcze jedna sprawa związana z Y. pestis – otóż jej głównym wektorem są pchły. Bakteria ta potrafi tak zmodyfikować organizm tego owada, by pchła zarażała jak najwięcej istot żywych ze swego otoczenia. Zatyka ona dokumentnie jej jelita doprowadzając do szybkiego odwodnienia, co zmusza pchłę do jak najbardziej intensywnego odżywiania się – skakania z żywiciela do żywiciela – i w rezultacie zakażenia wielu z nich, zanim zginie. Szczuty, myszy i koty zakażają z kolei ludzi, którzy są celem biologicznego ataku.

Zauważmy, że oba te dopusty Boże mają bardzo krótki okres wylęgania: cholera 2-3 dni, zaś dżuma 2-5 dni. Jak widać, obie te bakterie idealnie nadają się do prowadzenia wojny biologicznej poprzez tzw. dywersję biologiczną – rozsiewania chorób przy użyciu grup dywersyjno-rozpoznawczych, dywersyjnych bombardowań, ostrzału rakietowego, itp. Po zapowietrzeniu danego terenu dochodzi do wybuchu epidemii, a potem – kiedy śmierć zbierze swe żniwo – do wejścia na ten teren wojsk agresora...

Uczeni doszli do wniosku, że całość manipulacji powodującej zletalizowanie niezłośliwych szczepów bakterii nie jest taka skomplikowana w wykonaniu, ale nader skuteczna w użyciu. Podobnie rzecz może się mieć z wirusami, które jeszcze bardziej są przystosowane do warunków wojny bakteriologicznej i stanowią niemal idealną broń B.
Co do cholery, to ta bakteria na odwrót – posiada dodatkowy gen, który odpowiada za jej umiejętność syntetyzowania toksyny. Christopher Wills twierdzi wprost, że ów fragment DNA od długiego czasu znajduje się w helisie bakterii V. cholerae, przy czym dodaje, że nabyła go ona od innej bakterii. Ale znowu – taka możliwość jest raczej nikła, więc wygląda na to, że ktoś „pomógł” V. cholerae ten transpozon nabyć...

Patrząc na ten wredny zestaw genów – pisze on – niemal ma się wrażenie, że ten transpozon został umyślnie zaprojektowany, żeby dać Vibrio właściwości niezbędne do dokonania spustoszenia w ludzkich wnętrznościach.

Nie od rzeczy będzie tutaj wspomnieć, że istnieją również choroby zwierzęce, które są wywoływane przez bakterie ze szczepów Vibrio i Pasteurella. Zazwyczaj są one śmiertelne z 99% skutkiem.

Kolejnymi wrednymi patogenami są dur plamisty – Rickettsia provazeki i dur brzuszny – Salmonella typhi. Ten drugi jest szczególnie paskudny, bowiem S. typhi potrafi przywierać do ścianek komórek wyściełających jelita ofiary, przenikać do wnętrza organizmu i wreszcie jest w stanie atakować te komórki, które mogłyby je unieszkodliwić, co stanowi likwidację bariery immunologicznej... – jak w przypadku wirusa HIV! I znowu ciekawa rzecz – istnieją dwa rodzaje szczepów S. typhi – afrykańskie i te, które zamieszkują Afrykę i resztę świata. Te ostatnie zaś pojawiły się na Ziemi w okresie od 2.000.000 do 200.000 lat temu! Ten światowy szczep potrafi infekować swe ofiary i przedostawać się do woreczka żółciowego, a stamtąd wydalać się z organizmu nosiciela i doprowadzać do skażeń wielu ludzi. Tego nie potrafią szczepy afrykańskie... A zatem kolejna celowa mutacja??? I znowu badania DNA Salmonelli i pokrewnej bakterii Shigella flexnen (wywołującej czerwonkę) potwierdziły tą tezę. DNA obu bakterii zawierały dodatkowe geny odpowiedzialne za ich mordercze właściwości... Jak dotąd uczeni nie wiedzą, jak doszło do tych mutacji – ale nikt nie zastanowił się nad ich sztucznym pochodzeniem. To nie ewolucja nadała tym drobnoustrojom ich mordercze właściwości, a celowa robota...

Nieco mniej groźną jest bakteria Escherichia coli, która odpowiada za niektóre infekcje pokarmowe. Uczeni sądzą, że to ona była „genetycznym materiałem wyjściowym” do „wyprodukowania” tych patogenów, których jest bliską krewną.

Co to właściwie jest? – zapyta Czytelnik. Otóż jest to kolejny konkretny   d o w ó d   na to, że dawno temu ktoś manipulował genami bakterii tak, by były one morderczą bronią przeciwko człowiekowi i zwierzętom, które go otaczają. Letalność tych patogenów jest czymś wbrew strategii przeżycia tych bakterii, bowiem patogenom zależy na tym, by ich żywiciel żył jak najdłużej - w ich własnym interesie. Do pewnego czasu śmierć żywiciela nie leżała w interesie bakterii, które były być może nawet bakteriami symbiotycznymi z człowiekiem i zwierzętami domowymi. Wskutek manipulacji genetycznych tutaj opisanych, bakterie te z symbiontów zamieniły się w patogeny i zaczęły zabijać. I o to chodziło. Twórcy tej BMR zamienili się dawno w pył i proch, ale ich dzieło wciąż zbiera krwawe żniwo nawet teraz – po stu dwudziestu wiekach!

Sądzimy, że postęp badań genetycznych mikroflory pozwoli na znalezienie więcej dowodów na to, że manipulacje życiem miały miejsce znacznie wcześniej, niż się to nam wydaje, i że teraz płacimy daninę życia za szaleństwa Białych i Czarnych Magów Atlantydy...

Robert K. Leśniakiewicz, Wiktoria Leśniakiewicz



Jordanów, dn. 2003-09-09

KONIEC


[1] Atlantyka, to umowna nazwa dla cywilizacji jeszcze starszych od cywilizacji Atlantydy ii nie należy jej traktować jako określonego terminu geograficznego czy historycznego.
[2] R. K. Leśniakiewicz – „Czarna zaraza spada z nieba?...” w „Wizjach Peryferyjnych” nr 4/1996.
[3] Co więcej – istnieją choroby, którymi zwierzęta zarażają się od ludzi – jak np. wszystkie infekcje grypo-podobne górnych dróg oddechowych.
[4] Wirus jest pasożytem i jego strategia przetrwania zakłada jak najdłuższe życie w ciele nosiciela, ale tak to do końca nie jest, gdyż istnieją wirusy, które zabijają swego żywiciela od razu, jak np.: wirus grypy hiszpanki, wirus Yellow Fever, wirus O’Ngyong, wirus Lassa Fever, wszystkie szczepy wirusa gorączki krwotocznej Ebola, wirusy HIV, itd. itp., których letalność stanowi dowód na to, że mogły one zostać stworzone po to, by zabijać tylko i wyłącznie człowieka. Wszystkie one pochodzą z afrykańskich i amerykańskich dżungli, w których mogą się znajdować antyczne laboratoria i składowiska różnych antycznych BMR.
[5] Sensownym także wydaje się pomysł, że odwiedzają nas mieszkańcy legendarnej Shamballi-Agharty, którzy mieszkają wewnątrz naszego globu. Dla nich promieniowanie Słońca i atmosfera mogłyby być szkodliwe i dlatego musieliby poruszać się po powierzchni Ziemi w ciśnieniowych i klimatyzowanych skafandrach chroniących ich przed rozrzedzoną i chłodną atmosferą, z oczami przysłoniętymi okularami, które filtrowałyby promieniowanie naszej gwiazdy dziennej...
[6] Rdz. 1,26.
[7] Rdz. 6,1-2 i Rdz. 6,4.
[8] Typowym przykładem mógłby tu być Yeti. Eksperymenty te mogły obejmować też i zwierzęta, dzięki czemu powstawały różne mutanty w rodzaju potworów z mitów greckich i innych: smoki, pegazy, chimery, etc. etc.
[9] Właściwie powinno się o nich mówić „nowi ludzie” lub „ludzie drugiej generacji”, wszak powstali wskutek eksperymentu genetycznego „ludzi pierwszej generacji”.
[10] Wacław Biliński w swej powieści sensacyjnej „Bakteria 078” opisał prace Japończyków nad bakteriami dżumy prowadzone przez gen. Ishii Shiro w tajnym ośrodku badań nad bronią bakteriologiczną w okolicach Harbina (Mandżuria), który po wojnie Amerykanie przekształcili we własne centrum badań bakteriologicznych, osławioną JW 731.