wtorek, 31 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (32)

Jest jeszcze druga strona tego medalu, a mianowicie - w sierpniu 1996 roku, TVP pokazała kanadyjski film pt. „Trójkąt Bermudzki” w reżyserii Johna Stonemana, w którym to filmie udowadnia on wprost, że znalezione przez niego w okolicy wyspy Bimini wraki statków są jedynie ofiarami przestępczego zatopienia, a nie np. złej pogody, Kosmitów, czy innych nienaturalnych czynników, co jednak nie wyklucza ich istnienia...


W zrozumieniu tego, co się naprawdę dzieje na styku Stanów Zjednoczonych z wodami Zatoki Meksykańskiej pomógł mi odcinek 9 z I serii serialu „JAG – Wojskowe Biuro Śledcze”, którego bohaterowie uwikłali się w machinacje jednego z karteli narkotykowych, którzy wykorzystał jedna z opustoszałych baz lotniczych w Teksasie na przetwórnię kokainy. Surowiec podstawowy był dowożony samolotem zamaskowanym jako UFO, zaś produkt końcowy rozwożono czarnymi helikopterami bez oznaczeń... Oczywiście dzielny kapitan (później komandor) marynarki Harmon Raab i jego piękna asystentka rozpracowują producentów „białej śmierci”, a przy okazji zostaje obalona jeszcze jedna legenda o UFO. To wcale nie jest takie głupiutkie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje, a jest pewnym rozwiązaniem tajemnicy pojawiania się NOL-i i czarnych helikopterów nad południowymi stanami USA!


Badania wód Atlantyku przy Florydzie wykazało, że na tym akwenie zatopiono łącznie 130 samolotów typu TBM Grumman Avenger, które służyły jako tarcze strzelnicze czy cele powietrzne, albo były po prostu wyrzucone do oceanu jako złom - jak sugeruje to Dermott Purgavie na łamach „The Daily Mail” i „UFO Magazine” nr I-II/1996.


A u nas w Polsce? A u nas sytuacja wygląda podobnie, jak na akwenach Trójkątów. Z terenów byłego Związku Radzieckiego do krajów zachodnich przewożone są ogromne ilości narkotyków - głównie z Afganistanu, Pakistanu i Iranu - które to obszary stanowią tzw. „złoty półksiężyc”- także drogą morską z Obwodu Kaliningradzkiego do Danii i Szwecji.


Nieodpowiedzialność i głupota liberalnych polityków doprowadziła po 1989 roku do otwarcia naszych granic na przemyt narkotyków, broni, materiałów wybuchowych, materiałów rozszczepialnych, itd. itp. Otwarcie granic sprzyja rozwojowi handlu międzynarodowego, ale w polskim przypadku wybitnie nam zaszkodziło, bo cieniutki strumyczek narkotyków zmienił się w gigantyczną Amazonkę, a mikre grupki szmuglerów - w mafie narkotykowe. Błogi spokój bonzów z MSWiA  - którzy z uporem maniaka wmawiały ludziom, że mafii w Polsce nie było i nie ma - został wreszcie przerwany w czerwcu 1998 roku, kiedy to z ręki jakiegoś mordercy zginął gen. Marek Papała. Przyszło opamiętanie i wymierzono mafii kilka solidnych ciosów, chociaż walka z nimi przypomina walkę z hydrą - odrąbanie jednej głowy powoduje odrośnięcie trzech nowych. Likwidacja mafii pruszkowskiej czy wołomińskiej spowoduje powstanie głębiej zakonspirowanych silnych grup przestępczych, kto wie, czy nie powiązanych ze światową międzynarodówką terrorystyczną Osamy ben-Ladena...[1] Coś takiego właśnie miało miejsce w USA i nie widzę przeszkód, by nie miało się wydarzyć także i u nas. No, ale to już osobny temat na inną balladę...


Na szczęście nie wszystkie USO poruszające się we Wszechoceanie naszej planety są Cделано в CCCP. Są także jeszcze prawdziwe Nieznane Obiekty Podmorskie, których nie można złapać w sieci czy zatopić przy pomocy okrętów, helikopterów czy samolotów ZOP. Tymczasem będziemy usiłowali dowieść, że niejednokrotnie w historii Ludzkości ufozjawisko było wprzęgane w służbę polityki. Tym razem chcemy opowiedzieć o tym, jak pod płaszczykiem ufozjawiska zakamuflowano przygotowania do wybuchu III Wojny Światowej.


Powracamy nad Bałtyk. Rzecz dziwna - ale nie mylił się Wiktor Suworow alias Władimir Bogdanowicz Rezun,  major z genewskiej rezydentury GRU, który w latach 70. przeszedł na stronę Zachodu - co do tego, że nie planowano zawczasu obrony strategicznej - wszak to obrona strategiczna w wykonaniu radzieckim, to właśnie głęboka operacja   uderzeniowa - czyli mówiąc po ludzku - zaplanowany i ściśle co do minuty przeprowadzony   n a p a d   na niczego się nie spodziewającego nieprzyjaciela.


Obrona w wydaniu radzieckim jest jedynie atakiem mającym na celu obezwładnienie siły żywej (piękny eufemizm oznaczający wymordowanie niczego nie spodziewających się cywilów i żołnierzy strony przeciwnej) i wyeliminowanie sprzętu technicznego, co jest możliwe jedynie dzięki zmasowanemu i nagłemu a nade wszystko niespodziewanemu uderzeniu sił konwencjonalnych, które byłoby w stanie przełamać obronę nieprzyjaciela, albo uderzenie Broniami Masowego Rażenia (BMR) - co wychodzi na jedno... - linie obrony zostaną przełamane, teren za nimi spustoszony, a armie radzieckie prą coraz to dalej i dalej do przodu... To właśnie tego lodołamacza czy „walca drogowego” obawiali się wszyscy stratedzy europejscy od czasu Napoleona I i straszliwego manto, jakie spuściły mu armie rosyjskie... 


Radziecka strategia lat 80. XX wieku niewiele zmieniła się od czasów panowania na Kremlu towarzysza Josifa Wissarionowicza Dżugaszwilego vel Józefa Stalina, w której podstawowym i jedynym sposobem obrony był atak, atak i jeszcze raz atak, a wszystkie scenariusze III Wojny Światowej rozgrywane przez sztabowców Układu Warszawskiego nieodmiennie zakładały kryzys w Berlinie Zachodnim, czy na granicy NRD - RFN, następnie atak wojsk NATO na państwa UW. Kolejnym krokiem była błyskawiczna rekontra ze zmasowanym użyciem BMR, która ma za zadanie złamanie ataku wojsk NATO, likwidację ich zgrupowań i związków strategicznych, likwidację zaplecza i w rezultacie tego w ciągu 14 dni dojście wojsk UW - a dokładniej wojsk radzieckich, bo wojska polskie, czechosłowackie, węgierskie, itd. były spisane na straty już w pierwszych godzinach wojny - do Atlantyku i Pirenejów.  Ale żeby uzyskać powodzenie na lądzie, najpierw należało uzyskać je na morzu. Tylko odcięcie Europy od szlaków komunikacyjnych z Ameryką gwarantowało pełny sukces tej operacji na kontynencie, bowiem należało pierwej odciąć NATO od USA i Kanady, a potem dopiero po odcięciu dostaw przez Atlantyk, można było unicestwić siły NATO w Europie Zachodniej. To było dokładnie to coś, do czego dążył Hitler, a czego mu się nie udało dokonać i w rezultacie rozłożyło na obie łopatki III Rzeszę.


Admirał Wolfgang Wegener napisał kiedyś, że Niemcy przegrali I Wojnę Światową dlatego, że nie opanowały one wtedy Norwegii. Führer III Rzeszy Adolf Hitler uległ sugestii zawartej w jego książce i uderzył w pierwszym rzędzie na państwa skandynawskie już w kwietniu 1940 roku, po zajęciu Polski. Efektem tego posunięcia była niemal czteroletnia Bitwa o Atlantyk, którą Niemcy przegrały tylko dlatego, że Hitler (na szczęście) nie rozumiał tajników morskiej strategii.


To, czego nie rozumiał Hitler, doskonale rozumiał jego alter ego - Josif Wissarionowicz Stalin i jego następcy. To właśnie temu celowi - wyprowadzeniu Bałtyckiej Floty na Ocean Atlantycki służyć miała ogromna „poroniona” – według wielu komentatorów – inwestycja, jaka zdaniem niektórych sowietologów był Kanał Białomorski. Chodziło o możliwość uzyskania przestrzeni operacyjnej dla niej w przypadku zablokowaniu Cieśnin Duńskich i Kanału Kilońskiego... Radzieccy admirałowie rozumieli doskonale, że opanowanie Skandynawii daje im panowanie nad szlakami północnego Atlantyku i co za tym idzie - możliwość bezkarnego podbicia Europy. Proszę nie zapominać, że w dalszym ciągu po śmierci Wodza Narodów obowiązywała ideologia, której naczelnym dogmatem było rozszerzanie komunizmu na cały świat. Dlatego też skandynawski przyczółek był czymś skrajnie ważnym w planach sowieckich bogów wojny. Doświadczenie wyniesione z Bitwy o Atlantyk kazało im poszukiwanie sposobów szybkiego zdobycia kluczowych pozycji na Półwyspie Skandynawskim i Islandii, a potem wyprowadzenie miażdżącego uderzenia pancernych armii uderzeniowych na kierunkach: RFN - Benelux - Francja i Austria - Włochy i Bałkany. W latach 80. ubiegłego wieku ZSRR wciąż mówiąc o pokoju szykował się do wojny, dokładnie tak, jak to było w 1941 roku. Scenariusz czerwonego sztormu napisany w 1984 roku przez Toma Clancy’ego stał się piekielnie realny, a Związek Radziecki zaczął pisać go już w roku 1980 - w czasie trwania przemian w Polsce i po powstaniu programu SDI - „High Frontier”, który odbierał Sowietom możliwość zadania Zachodowi strategicznego ciosu za pomocą BMR. Sygnałem do rozpoczęcia przygotowań do wywołania III Wojny Światowej i kolejnego „wyzwolenia” Europy było powstanie polskiej „Solidarności”... – przy politycznym poparciu i finansowym wsparciu Watykanu i CIA.




[1] Zob. I. Witkowski – „Al Kaida – teraz Polska”, Warszawa 2005. Na szczęście jak na razie ta ponura prognoza nie spełniła się.

niedziela, 29 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (31)




Hawański proces 8A. Kto kryje się pod nic nie mówiącym kryptonimem „8A”? To jest pseudonim oparty na grze hiszpańskich słów: „ocho” - osiem i „A” - które tworzą nazwisko jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci Kuby - generała Arnaldo Ochoa Sancheza.


Kimże on był? Po powrocie z Angoli, gdzie brał udział w „niesieniu bratniej pomocy narodowi angolskiemu w walce z imperializmem”, w dniu 10-12 czerwca 1989 roku, miał on zostać ministrem obrony Kuby w rządzie Fidela Castro, co dawałoby mu trzecią  pozycję w państwie po braciach Fidelu i Raulu Castro. Jego aresztowanie miało miejsce tuz po przylocie z Angoli. Poza generałem Ochoa zostali aresztowani także: Jorge Martinez Valdés, Antonia de la Guardia Fonta, Amado Padrón Trujillo, Rosa Maria Abreno-Gobin oraz kpt. MSW Miguel Ruiz Poo. Byli to członkowie rozgałęzionego spisku, dzięki któremu miano obalić dyktaturę Castrów i przywrócić na Kubie kapitalizm w amerykańskim wydaniu. Oficjalnie oskarżono ich o powiązania z Pablo Escobarrem i Kartelem z Medellin.


Jeżeli ktoś nie widział przebiegu procesów moskiewskich z lat 30., to oglądając film Orlanda Jiméneza pt. „8A” doskonale mógł sobie wyrobić ich image. Świadkami oskarżenia był jeden z szefów Directión General Informatión - gen. bryg. DGI Manuel Fernandez Crespo (szef kontrwywiadu) i agent kontrwywiadu DGI o pseudonimie „Rodolfo”. Prokurator - gen. bryg. Juan Escalona Reguera - traktował swych podsądnych w stylu swego radzieckiego odpowiednika z lat stalinowskiego terroru Andrieja Wyszynskiego: obrzucał ich wyzwiskami i inwektywami. Oskarżeni - po fatalnym dla nich dniu 13 czerwca 1989 roku - przed obliczem sądu sprawiali wrażenie zupełnie przybitych i zgnębionych potwornością swych zbrodni: błędny wzrok, drżące dłonie, trzęsący się głos... Jakże dziwnie to przypomina mi to proces o podpalenie Reichstagu. Kto wie, czy opór oskarżonych nie łamano w tym „uczciwym i otwartym” procesie przy pomocy amytalu lub pentatolu sodu, LSD, LSD-25 czy innymi środkami psychotropowymi. Niemcy i Rosjanie używali skopolaminy i jej pochodnych, ale najczęściej wystarczyła dobra pałka czy bat, wiadro wody i betoniarka...


 Za powyższym przemawiają ostatnie słowa generała Ochoa, wypowiedziane w dniu 26 czerwca 1989 roku:
- Kiedy przyjdzie czas egzekucji, to moje ostatnie myśli poświęcę Fidelowi i rewolucji, którą dał temu krajowi...


Zachował się dokładnie tak samo, jak Bucharin, Zinowiew, Kamieniew, Tuchaczewskij, Urickij, Uborewicz, Blücher i inni oskarżeni w procesach „starych bolszewików” w latach 30. i 40. Nic dodać, nic ująć... - i nie ma się czego dziwić, bowiem szkoła ta sama, metody śledcze i praktyka sądownicza rodem z kazamatów Łubianki... Zawsze śmieszyło mnie to, jak media zapłakiwały się nad losami „starych bolszewików”, których Stalin spuszczał jednego po drugim do piwnic egzekucyjnych NKWD po sfingowanych procesach pokazowych. Jak to oni - biedactwa - cierpieli za ideę, i tak dalej i temu podobnie. Prawda zaś jest taka, że wszyscy byli doborową zgrają potakiewiczów, którzy nie dość, że gorliwie popełniali najstraszliwsze zbrodnie eksterminacji ludzi nieprawomyślnych wobec systemu komunistycznego, to jeszcze sami wykazywali inicjatywę w walce z „wrogami ludu” i mieli z tego konkretne profity w czasie, kiedy miliony ludzi umierało z głodu w „ziemskim raju dla klasy robotniczej i chłopskiej”. Nie ma się co nad nimi użalać.


Czy to koniec sprawy? Ależ nie, byli w niej jeszcze… Nieznani Szefowie. Najciekawsze były zeznania kapitana MSW Miguela R. Poo, który co chwilę mówił o „tych, co na górze”, „przełożonych” i enigmatycznym „szefostwie”, a które to stwierdzenia wywoływały dziwną reakcję prokuratora. Gen. Escalona zmieniał temat przesłuchania lub po prostu zamykał usta oskarżonemu rycząc na niego z wściekłością i obrzucając stekiem wyzwisk. A co na to obrona? Obrona milczała, chociaż w każdym normalnym kraju rzuciłaby się na jego zeznania, jak sępy na padło, i od razu zażądałaby od sądu przesłuchania tych tajemniczych świadków. No cóż, obrona zachowywała się tak dziwnie, bowiem po prostu musiała się zgodzić z aktem oskarżenia i nie próbowała go podważyć w ani jednym punkcie. Oskarżeni zostali bowiem skazani zanim zapadł wyrok. Jak w Moskwie, Warszawie, Budapeszcie czy Pradze...




A zatem kogo osłaniał Castro? Czy tajemniczym „szefem” był sam El Commendante? W świetle tego, co tutaj napisaliśmy, można powiedzieć, że tak, ale - jak podejrzewamy - El Compañero No. Uno był jedynie parawanem dla prawdziwego „szefa”, którego siedziba znajdowała się tysiące kilometrów na wschód od Kuby. To właśnie w Moskwie zbiegały się wszystkie nici spisku, a generał Ochoa stał się kozłem ofiarnym dla działalności radzieckich tajnych służb szmuglujących prochy do USA. Czy to było możliwe? Oczywiście - tak, jak była możliwa afera Iran - Contras czy wspieranie Osamy ben-Ladena... Amerykanie robili symetrycznie dokładnie to samo, więc nie ma co się nad nimi użalać. Wedle stawu grobla!  


Po prostu nie dało się dalej utrzymać w tajemnicy radzieckiego udziału w produkcję i dystrybucję narkotyków w Ameryce i ktoś musiał wyciągnąć Czarnego Piotrusia - a był nim gen. Ochoa - zwycięski dowódca z Angoli, Salwatoru i Nikaragui. Jakże mi jego los przypomina los marszałka Michaiła Tuchaczewskiego! Ochoa wyrósł ponad Castro i musiał za to zapłacić głową. Stał się bowiem niezmiernie popularny - nie bez kozery na murach Hawany wypisywano „8A”. W ostatecznym zabiła go jego sława i popularność, a nie handel narkotykami. Castro upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: pozbył się konkurenta do władzy i oczyścił Kubę (w tym także ZSRR) od zarzutów przemytu i dystrybucji narkotyków w USA i Kanadzie. Komuniści na Kubie i w ZSRR bardzo potrzebowali tego procesu - właśnie zbliżała się we wschodniej Europie „Jesień Ludów” i misternie trzymane siłą Imperium Radzieckie rozpadało się po kawałku, wymykało spod władzy Kremla i KGB. W tym kontekście, proces w dalekiej Hawanie był rzeczywiście sygnałem ostrzegawczym!...


Tak zatem El Compañero osłonił swych radzieckich przyjaciół. Przyjaciele ci przebywali na Kubie już od 1961 roku, czyli od czasu ataku na koszary Moncanda i obalenia proamerykańskiego reżimu dyktatora Fulgencio Batisty y Zaldivara. Sowiecki gensek Nikita Siergiejewicz Chruszczow nie na darmo nazwał Kubę swym niezatapialnym lotniskowcem, i w październiku 1962 roku przeistoczył ja w radziecki niezatapialny okręt rakietowy... jak strategicznie ważna dla ZSRR była Kuba, to wiedzą doskonale eksperci i analitycy z CIA, ONR, NSA i innych amerykańskich służb specjalnych. Czy to koniec tajemnicy Diabelskich Trójkątów? - ależ nie!


Skąd zatem kartele narkotykowe mają „midgety” do transportu swego towaru do Ameryki? Oczywiście z Kuby, od radzieckich doradców z Łubianki. Istnienie i działalność Karteli była jeszcze jedna operacją dywersyjną wymierzoną w USA. Gros USO zaobserwowanych przez Straż Przybrzeżną zapewne było made in USSR! W akcjach przeciwko nim brały udział jednostki ZOP  wspierane z wody i powietrza - w sumie około 100 jednostek - a wszystko koordynowane z pokładu dwóch samolotów E3A Sentry AWACS. Nie wiem, czy ktoś sobie zdaje sprawę z ogromu tych operacji rozgrywanych na akwenach Zatoki Meksykańskiej, Morza Karaibskiego, Trójkąta Bermudzkiego...


sobota, 28 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (30)

ROZDZIAŁ 6 – Escobarr, KGB i proces 8A



Nie przesadzę chyba jeśli stwierdzę, że nie było dotąd procesu sądowego równie uczciwego, otwartego, szeroko komentowanego, przejrzystego i bezstronnego…
Dzisiaj, kiedy kwestionuje się lub pragnie się kwestionować socjalizm oraz Komunistyczną Partię Kuby, nasz sąd dał sygnał ostrzegawczy. Myślę, że będziemy teraz lepiej rozumiani.
Fidel Castro Ruz


Obrona strategiczna była wymuszonym rodzajem działań bojowych, nie planowało się jej zawczasu. [...] Właśnie obrona własnych interesów zmusza ZSRR do prowadzenia operacji ofensywnych na terytorium nieprzyjaciela.

Wiktor Suworow



Co mogą mieć wspólnego narkotyki z UFO czy USO? Co mają wspólnego narkotykowe kartele z Największą Tajemnicą Stulecia?

Zaczniemy ab ovo.  Narkotyki Ludzkość używała tak długo, jak istnieje ona sama. Pragnienie uzyskania odrębnych i odmiennych stanów świadomości było i jest silniejsze od instynktu samozachowawczego. Włodzimierz I. Lenin twierdził, że dla ludu pracującego miast i wsi narkotykiem jest religia. Każda. Zaś Hindusi i inne ludy Dalekiego Wschodu potrzebowali narkotyków w celu oderwania się od cielesnych więzów nałożonych na Ducha przez Materię. Biali ludzie zwulgaryzowali to, czego efektem stała się plaga narkomanii ogarniająca cały świat. Na tym żerują mafie i terroryści islamscy, dla których produkcja, przemyt i dystrybucja narkotyków i innych środków odurzających stało się źródłem niebagatelnych dochodów. To właśnie narkotyki dają chwile zapomnienia o szarej i nudnej egzystencji naturom prymitywnym i zblazowanym...

Dlaczego narkotyki mają tak ogromny zbyt w krajach wysoko rozwiniętych? Dlaczego Pablo Escobarr i jego Kartel z Medellin, Kartel z Calí, narkomafie z Bliskiego, Środkowego i Dalekiego Wschodu oraz Afryki zbijają fortuny na produkcji i dystrybucji „białej śmierci”?



Odpowiedź jest  bardzo prosta - to nierówny podział dóbr materialnych tego świata - bogactwo Północy i bieda Południa - stało się motorem napędowym tego handlu i żyłą złota dla narkotykowych baronów.

Dopiero po zabiciu przez służby specjalne Kolumbii i współpracujące z nimi FBI szefa jednego z największych karteli narkotykowych - tzw. Kartelu z Medellin - don Pablo Escobarra, wyszło na jaw, że Kartel z Medellin został tak naprawdę zlikwidowany przez jeszcze prężniejszy i głębiej zakonspirowany Kartel z Calí, którego udział w produkcji i dystrybucji kokainy wynosiła (za życia Escobarra) nieomal 85% całkowitej produkcji tego narkotyku! Pozostałe 15% było w rękach Escobarra i innych, pomniejszych producentów, tyle że Escobarr wyróżnił się szczególnie tępym okrucieństwem i dlatego był tak znanym. Kartel z Calí posługiwał się ogromną ilością white collars  i dlatego mógł sobie pozwolić na przechwycenie tych konkurencyjnych 15% Escobarra. Don Pablo Escobarr miał za sobą ogromną armię ludzi uzbrojonych po zęby w najnowocześniejszą broń i miłość ludu, któremu dał zatrudnienie i możliwość egzystencji, czego nie gwarantowały mu władze Kolumbii. Kartel z Calí miał i nadal ma za sobą ekipę doskonałych specjalistów i najlepszą technikę komputerową, łącznościową - dzięki której może swobodnie wchodzić i przemieszczać się w sieciach łączności CIA, FBI czy DEA  oraz bankowe, dzięki czemu możliwy jest transfer i pranie ogromnych ilości brudnych pieniędzy w tysiącach legalnych inwestycji, w tym także Kościół katolicki, co stanowiło i stanowi tajemnicę poliszynela.

W styczniu  1994 roku, rzecznik prasowy Komendy Głównej US Coast Guard podał do wiadomości nieprawdopodobną wręcz informację - otóż południowoamerykańskie kartele z Medellin i Calí w swych operacjach przerzutowych narkotyków z Ameryki Południowej do USA używały  miniaturowych okręcików podwodnych! Co ciekawe - są to okręciki zdalnie sterowane, bezzałogowe, co pozwala na wyeliminowanie czynnika ludzkiego - najbardziej zawodnego w takich operacjach...

Tylko jeden kraj produkował tego rodzaju sprzęt bojowy, przeznaczony do działań specjalnych. Wiktor Suworow w książce „Specnaz” opisuje sprzęt jednostek specjalnego przeznaczenia radzieckiego wywiadu wojskowego. Między innymi pisze on o miniaturowych okrętach podwodnych i pomiędzy nimi wymienia także okręciki typu Zwuk - bezzałogowych, szybkich midgetach, które mogłyby być wykorzystywane w podwodnych operacjach dywersyjno-rozpoznawczych. Do transportu też. Narkotyków także...

O podobnych rzeczach opowiadali nam amerykańscy koledzy Roberta Leśniakiewicza w czasie spotkań w Gdańsku, w czasie wizyty patrolowca USCGC Gallatin[1], a także załoganci z  krążownika przeciwlotniczego USS San Jacinto, które to okręty wizytowały ten port w czerwcu 1993 roku. Akcje US CG i US Navy prowadzone na akwenie Zatoki Meksykańskiej potwierdzają informacje o wielkich możliwościach technicznych obu karteli narkotykowych. Zbyt wielkich, jak na prymitywnych zbirów z dżungli i selvy Ameryki Łacińskiej...

Nietrudno jest odpowiedzieć na pytanie, skąd escobarrowcy i gangsterzy z Calí dysponują takim sprzętem technicznym. Jest tajemnicą poliszynela, że oba te Kartele były wspierane przez radzieckie służby specjalne: KGB i GRU w celu osłabienia Ameryki i jej sojuszników właśnie poprzez ułatwienie robienia „wrogiej roboty” przeciwko nim, a taka „wrogą robotą” była produkcja, przemyt i dystrybucja narkotyków. Owa „wroga robota” trwa tam od początku lat 60. XX wieku - czyli od utworzenia na Kubie warunków do zaistnienia komunistycznego reżimu klanu Castro, podporządkowanego Kremlowi. Obecność na wodach Zatoki Meksykańskiej, akwenach Trójkąta Bermudzkiego i Trójkąta Świętego Jerzego radzieckich doradców wojskowych i policyjnych doskonale tłumaczy tajemnicze wydarzenia z tamtych akwenów. Znikanie jachtów i małych statków, małych samolotów, pojawienia się USO - czyli Nieznanych Obiektów Podmorskich - to wszystko ma racjonalne wyjaśnienie w aktywności dywersyjnej służb ZSRR i bratniej Kuby, której DGI cieszy się tak złą sławą w całej Ameryce, jak KGB w Europie, a które to bratnie służby sprzymierzyły się przeciwko Stanom Zjednoczonym, Kanadzie i Meksykowi. Ten ostatni niemal - w latach 70. - nie przeżył tego samego, co Kuba. Dramatycznym wydarzeniom zapobiegła w porę szeroka ekspulsja całego radzieckiego personelu dyplomatycznego (czytaj: szpiegowskiego) z Ciudad Mexico. Niestety, kraje takie, jak Chile, Gwatemala, Peru czy Nikaragua nie miały siły, by się oprzeć ofensywie radzieckich i chińskich komunistów,  w rezultacie doszło tam do ciężkich walk wewnętrznych, przewrotów, rewolt i wojen domowych, za którymi stały Moskwa, Pekin i Waszyngton...




[1] United States Coast Guard Cutter – Okręt Straży Przybrzeżnej USA.

czwartek, 26 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (29)

ROZDZIAŁ 5 – Diabelski spisek w diabelskim Trójkącie


Wróćmy na zachodnią stronę Atlantyku.

Cudowne złote od słońca plaże, zaciszny cień uroczych zagajników palmowych, upajający zapach egzotycznych kwiatów, muzyka wiatru, uroda dziewcząt i chłopców, legendy o skarbach, duchach, kult Voodoo, diabły morskie, Syreny i inne morskie stworzenia – jednym słowem operetkowo-cukierkowy widoczek rodem z amerykańskich folderów reklamujących karaibskie wybrzeża USA i innych krajów tego regionu.  Te rajskie obrazki z Karaibów znajdują się tylko w okolicach Miami i innych kurortów, bo kto nie zapuścił się w bagna Everglades N.P., kto nie zapuścił się w rozlewiska Mississippi czy piekło raf Florida Keys, ten nie wiele wie, czym naprawdę jest obszar przyległy do TB i TSJ.

Piękno tych wysp i wybrzeży zostało skazane na zagładę od pamiętnego dnia 12 października 1492 AD, kiedy to na wody Ameryki wpłynęły żaglowce Kolumba. Biały człowiek nie przyniósł tu niczego poza gwałtem, rabunkiem i śmiercią w każdej postaci.

Karaiby są „miękkim podbrzuszem” USA – a teraz także całej strefy NAFTA – a właściwie takim stały się w czasie I i II Wojny Światowej, po komunistycznym przewrocie Fidela Castro Ruz na Kubie i zwycięstwie sandinistów Daniela Ortegi w Nikaragui i objęcie rządów przez prezydenta Hugo Rafaela Chaveza w Wenezueli. Wydarzenia te wydały te tereny na pastwę promoskiewskich komunistów i ich tajnych służb. Doprowadziło to do tego, że w październiku 1962 roku zegar odmierzający czas do atomowego Armagedonu pokazał „za minutę dwunasta”. Po raz pierwszy w historii Zimnej Wojny.

Czy w krajach Mezoameryki był kiedyś spokój? Nigdy. Słabe demokracje nie potrafią się utrzymać, a silne dyktatury nie potrafią istnieć bez pomocy z USA. Krajami tymi co chwilę wstrząsają różne rewolucje, rewolty, pucze i przewroty gabinetowe, pałacowe… - jednym słowem mówiąc, ten rejon jest równie niespokojny, jak rejon Bliskiego, Środkowego Wschodu czy do niedawna Bałkanów. I równie krwawy. Leży jednak zbyt daleko od Europy, by stanowić zagrożenie porównywalne ze Wschodem czy Bałkanami.

Jakie są implikacje tej sytuacji, w tym wrzącym bezustannie politycznym kotle? To proste – przede wszystkim transfer legalnej i nielegalnej broni, materiałów wojennych, pieniędzy, alkoholu, narkotyków, towarów luksusowych i czego tam jeszcze. Na Morzu Karaibskim i w Zatoce Meksykańskiej krzyżowały się i nadal się krzyżują szlaki piratów, szmuglerów, mafiosów wyposażonych w najnowocześniejszą elektronikę i technikę. Nie zmieniły się tylko metody – pozostały takie same od XVII wieku.

Problem piractwa politycznego (w odróżnieniu od „normalnego” piractwa uprawianego dla zysku) pojawił się dopiero w latach 20. XX wieku. Takim klasycznym przykładem jest poruszona przez L. D. Kusche’a sprawa szkunera Carrol A. Deering. Początkowo snuto różne przypuszczenia, co do losów załogi tego szkunera, a po sześciu miesiącach „New York Times”, w dniu 21 czerwca 1921 roku, podaje dosłownie taką informację:

[…] Rząd Stanów Zjednoczonych podjął już energiczne wysiłki w celu wyjaśnienia tej zagadki. W grę wchodzi, zdaniem osobistości oficjalnych, możliwość odrodzenia się praktyk pirackich jakie kiedyś były pospolitym zjawiskiem na wybrzeżu atlantyckim, lub też zawładnięcie tymi statkami na rzecz Rosji Radzieckiej.

Tak poważna gazeta, jak NYT nie pozwoliłaby sobie na zamieszczenie na swych łamach takiej blagi… Pisze się o statkach, a nie o jednym statku, bowiem poza Carrol A. Deering zaginął w tym czasie także SS Hewitt. Możliwe, że któremuś z naszych autorów zrobiła się zbitka pojęciowa i zamieścił oznaczenie SS przed nazwą Carrol A. Deering, który był żaglowcem. I jeszcze raz oddajemy głos dziennikarzowi z „New York Timesa” w ciągu dalszym jego korespondencji:

Ministerstwo Handlu ujawniło dzisiaj, że zaginęły jeszcze dwa inne amerykańskie statki. Stało się to w okolicznościach, które nakazują przypuścić, że statki te […] nie zatonęły. Przyznano otwarcie, że podejrzewa się porwanie przez piratów [lub] sympatyków komunizmu. […] Nie podano nazw obu statków, a na pytania o okoliczności zaginięcia statków rzecznik ministerstwa odpowiadał nader mgliście.

Oczywiście, boż czy mówi się otwarcie o faktach, kiedy toczy się rutynowe śledztwo? Trudno posądzać ludzi z FBI o kretynizm w tej i innych sprawach, a nie była to pierwsza sprawa tego rodzaju, co wynika z artykułu w NYT w dniu następnym, tj. 22 czerwca:

Ministerstwo Handlu dołączyło dziś nazwy trzech kolejnych statków, zaginionych ostatnio na Atlantyku w tajemniczych okolicznościach do listy przypadków […] mniej lub bardziej związanych z prawdopodobnym porwaniem załogi amerykańskiego szkunera Carrol A. Deering […] Nie jest co prawda pewne, że wszystkie statki rzeczywiście padły ofiarą piratów czy też zwolenników bolszewizmu […] niemniej fakt, ze zniknięcia te miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie, uważa się za bardzo znaczący […]

Jesteśmy szalenie ciekawi, co zawierały ocenzurowane fragmenty artykułów oznaczone […] przez redaktora wydania? I co z tego wynika? Ano to, że tych statków „widm” było więcej, bo już aż pięć!

L. D. Kusche by zdyskredytować rzetelność informacji na temat możliwości porwania załogi Carrol A. Deering przez komunistów, piratów czy Pozaziemian podaje jeszcze jedną ciekawą informację, a mianowicie:

Nowojorska policja oświadczyła 23 czerwca, że już rok wcześniej organizacja o nazwie Związek Robotników Rosyjskich w USA i Kanadzie zaleciła swym członkom, by zaciągali się na statki, namawiali do buntu i w razie ich powodzenia kierowali je do portów rosyjskich. W związku z tym przypomniano również, że mniej więcej w tym samym czasie załogi paru statków odmówiły posłuszeństwa, a William O’Brien, który z tego powodu musiał nawet na jeden dzień zawrócić do portu, po ponownym wyjściu w morze znikł na dobre.

No cóż, takie postawienie sprawy było już nie do przyjęcia przez L. D. Kusche’a, który wolał zwalić wszystko na karb huraganów i sztormów.

Przyznaję, że lektura całej dostępnej nam literatury na temat działalności radzieckiego GPU i OGPU nie przyniosła nam odpowiedzi na pytanie, czy w latach 20. XX w. miała miejsce tego rodzaju operacja dywersyjna u wybrzeży amerykańskich. Nie jest to takie dziwne zważywszy fakt, że ta właśnie organizacja którą będziemy dalej nazywać po prostu KGB zajmowała się rozpoznaniem i dywersją w Europie i Ameryce Północnej. Istnieją przesłanki, że rzecz taka była możliwa, bowiem młoda Republika Rad po zakończonej wojnie domowej i przegranej wojnie z Polską w 1920 roku biorące udział w interwencji kraje Europy Zachodniej i Ameryki Północnej – szczególnie USA i Kanada – były wrogami numer jeden i coś takiego byłoby oczywistym – atakowanie statków wroga na ich własnych wodach i porywanie ich pod zmienioną banderą, nazwą i wyglądem do swoich portów. To akurat jest wykonywalne i całkowicie możliwe. Czemuż by nie? – nauka Włodzimierza Ilicza Lenina pouczała, że w walce z kontrrewolucją cel uświęcał każde środki. Nie zapominajmy, że szefem radzieckiej „czerezwyczajki” był Feliks Edmundowicz Dzierżyński – towarzysz Edmund – człowiek Lenina i zbrojne ramię Rewolucji Październikowej. Czy mógł wpaść na taki szalony pomysł? Oczywiście mógł, bo był do tego zdolny. Zainteresowanym polecam powieść polskiego pisarza Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego pt. „Lenin” (Poznań 1930), w którym ukazuje on także portret Dzierżyńskiego jako diabelskiego zbrodniarza i pomoże Czytelnikowi zrozumieć mentalność członków dworu tego „czerwonego cara Wszechrosji”, jakim był Lenin w jego pisarskiej wizji. Już tak nawiasem mówiąc, gdyby któremukolwiek z sanacyjnych bonzów chciało się ją przeczytać, to zapewne marszałek Rydz-Śmigły nie wydałby tego fatalnego w skutkach, najgłupszego i najgorszego z możliwych rozkazu: z Sowietami nie walczyć…, a którego efektem był Katyń i inne miejsca masakry Polaków na Wschodzie.

W poprzednich rozdziałach pisze się o zaginięciu w rejonie TB kutra Sno’ Boy. L. D. Kusche stwierdza przy tym, że nader dziwnym jest fakt, że na 63-stopowej (21 m) łodzi rybackiej było aż 55 osób! Sno’ Boy płynął z Kingston na Jamajce do Northeast Cay w grupie wysp Pedro Banks. Idziemy o zakład, że prawdziwym celem podróży ludzi ze Sno’ Boy była Floryda, a kuter przewoził nielegalnych emigrantów do USA. Był rok 1963, i zaczął się masowy exodus ubogiej ludności karaibskiej do USA – jedynego bogatego kraju w regionie. Porównanie tego przypadku z tym, co się dzieje na Bałtyku daje dużo do myślenia, ale o tym później.  

Trzecim przypadkiem do omówienia tutaj, a który cytuje L. D. Kusche, jest przypadek frachtowca MS El Caribe. Gazeta San Juan Star z dnia 16 października 1971 roku niedwuznacznie sugeruje, że El Caribe został po prostu porwany na Kubę. Ciekawym i znaczącym jest fakt, że szedł on z Barranquili w Kolumbii do San Juan w Dominikanie. Zapamiętajmy to sobie. Statek zaginął w 1971 roku i to też sobie zapamiętajmy. Oficjalnie El Caribe wiózł ładunek cementowego klinkieru, ale co tam było naprawdę?

W Rozdziale 2 nie ujęto zaginięcia statku czy łodzi rybackiej Linda, którą rzekomo zatopiły złe siły Trójkąta Bermudzkiego. Prawda wedle L. D. Kusche’a jest taka, że po ataku kubańskich uchodźców na kubańskie łodzie i kutry rybackie w rejonie Starego Kanału Bahamskiego, na których znaleziono radioelektroniczna aparatura do prowadzenia nasłuchu radiowego (przypominamy, że KGB i GRU używały kutrów i trawlerów rybackich do prowadzenia RRE) przypuszczenie takie nie było bezzasadne, bowiem władze kubańskie w odwecie zaaresztowały kuter bandery USA – właśnie Lindę i Gracia a Dios, które trzymano na Kubie!

I kto powiedział, że Karaiby to sielanka??? Jak widać, była to zwykła, rutynowa operacja wywiadowcza i represyjna toczona pomiędzy specsłużbami Kuby i USA. Gdzie tutaj jest miejsce na Legendę TB?

Dużo tutaj napisaliśmy o Kubie, i nie bez racji, bowiem Kluba i jej historia pozwala zrozumieć to, co się naprawdę dzieje w rejonie TB – przynajmniej od 1945 roku. ale zanim opowiemy o Kubie, to opowiemy najpierw o narkotykach w Trójkącie Bermudzkim.


a

piątek, 20 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (28)

I ostatnia wizyta na polskim wybrzeżu, dosłownie sprzed kilku dni!


„Gazeta Krakowska” z dnia 25.XI.2013 roku donosi:


WALEŃ BĘDZIE ATRAKCJĄ HELU

Naukowcy badaja ciało wala butlonosego, którego morzwe wyrzuciło w Unieściu.

Ostatni taki przypadek na polskim wybrzeżu badacze zanotowali – uwaga – ponad 100 lat temu!

Ostatni taki przypadek na polskim wybrzeżu miał miejsce ponad 100 lat temu. Teraz doszło do kolejnego na plaży w Unieściu (woj. zachodniopomorskie). Mowa o gigantycznym waleniu butlonosym (Hyperoodon ampullatus), który został wyrzucony przez morze martwy na plażę. Te ssaki są bardzo rzadkimi gośćmi na Bałtyku, bo zamieszkuja umiarkowaną strefę Oceanu Atlantyckiego i Oceanu Spokojnego oraz strefę arktyczną.

Zauważył go wędkarz

Gigantyczny martwy wal butlonosy został podniesiony na plaży w Unieściu za pomocą dwóch ciężarówek z napędem na cztery osie, koparko-spycharki, wolontariuszy oraz pracowników UM w Słupsku. Niespotykane w polskim Bałtyku zwierzę przetransportowano na ciężarówce do Stacji Morskiego Instytutu Oceanografii na Helu. Tu jest badane. […]
- Wiemy już wiecej o walu. Ssak ważył 3,2 tony i mierzył 7,45 m – wylicza prof. Krzysztof Skóra. – Ogladajac go dokładnie nie stwierdzono wyraźnych zmian patologicznych, ale nie oznacza to, że zwierzę nie mogło być chore. Wiele szczegółów wykażą badania laboratoryjne – zastrzega.
- W jelicie stwierdzono ślady kalmarów, wiec stosunkowo niedawno żerował poza Bałtykiem – mówi prof. Skóra – zaś samej treści żołądkowej jeszcze nie zbadaliśmy. […]

Wal butlonosy w Bałtyku

Dlaczego wal butlonosy zawędrował do Bałtyku? – poruszamy się wyłącznie w sferze hipotez – twierdzi prof. Skóra. – Sądzę, że w każdym gatunku są osobniki, które penetruja obce obszary. Najwidoczniej ten nasz przepłynął przez wąskie cieśniny z Morza Północnego do Bałtyku i być może nie potrafił się stąd wydostać.

Tomasz Turczyn


Wydaje się nam, że wiemy, co mu się stało. Te walenie żywią się kałamarnicami. W poszukiwaniu pożywienia wal zaczął nurkować w Morzu Bałtyckim i w rezultacie czego trafił na składowisko broni chemicznej, która – jak np. tabun czy sarin – przenikając przez skórę atakują układ nerwowy. Reszta już jest prosta. Waleń uległ porażeniu przez toksyny arseno- i fosforoorganiczne i zginął…  
   

Po zwycięstwie nad Trzecią Rzeszą – pisze Fiodor Rudniew w swym artykule „Hitlerowska broń C pod wodą”, materiał ten ukazał się na łamach rosyjskiego czasopisma „NLO” nr 51/2005 w dniu 19 grudnia 2005 roku. - Alianci zaczęli badać wojenne arsenały Hitlera – pisze on. – Znaleźli oni setki ton bojowych środków trujących (BŚT) – głównie gazów bojowych – w pojemnikach na rozmaite chemikalia, pociskach artyleryjskich i bombach lotniczych. Były to najbardziej toksyczne ze znanych w latach 40. BŚT: sarin, iperyt, luizyt, soman, fosgen, adamsyt, tabun... Wiele innych BŚT pojawiło się w laboratoriach chemicznych Wehrmachtu. Ich wzory opracowali najlepsi chemicy Europy. Wielu z nich już po wojnie znalazło się w USA, osiedli oni w centrach badawczych, uniwersytetach i... dalej tam prowadzili swe badania. W niemieckich tajnych składach i magazynach wojskowych znajdowało się około 500.000 ton różnych – najczęściej gazowych – BŚT, które Hitler chciał wykorzystać w celu podboju świata i wyniszczeniu wszelkich niepotrzebnych Aryjczykom narodów. Z tymi strasznymi znaleziskami trzeba było coś zrobić. Armie trzech mocarstw światowych – Anglii, USA i ZSRR – po zakończeniu wojny miały dość innych kłopotów, i dlatego nikt na serio nie pomyślał o problemie unieszkodliwienia tych BŚT. Zadecydowano więc zatopić ten arsenał broni C w Morzu Bałtyckim, rzecz jasna dlatego, że w latach 40. ubiegłego stulecia, uczeni nie potrafili inaczej unieszkodliwiać BŚT w takich ilościach. W tym czasie decyzja o zatopieniu tych kontenerów i pocisków była prawidłowa.
Wszystko to przeprowadzono przy zachowaniu najwyższego stopnia utajnienia. Marynarze nawet nie wiedzieli, jaki ładunek mają na burcie. Nikt też nie wyjaśnił im, dlaczego wydawano im rozkaz „opuścić statek!” – i wszystko, co znajdowało się na pokładach i ładowniach, szło na dno wraz z niemieckim okrętem. Sowieccy marynarze postępowali odmiennie – statki, okręty i barki zostawiali dla siebie, a kontenery z BŚT po prostu wyrzucali za burtę wprost do wody. Alianci w roku 1945 działali bez jakiegokolwiek planu, a map stref zatopienia BŚT nikt nie wykonał. Do ostatnich dni świat nie wiedział niczego o szczegółach tej strasznej operacji i miejsc zatopienia poniemieckich BŚT. Bomby, fugasy, pociski, beczki i kontenery z poniemiecką bronią C wrzucano w wody Bałtyku w ciągu dwóch lat – 1946 i 1947. I tylko wtedy zafiksowano koordynaty miejsc ich zatopienia: cieśniny Skagerrak i Mały Bełt, Zatoka Kilońska, Głębia Bornholmska i Gotlandzka.
Przez 50 lat nikt nie mówił o zatopionych broniach chemicznych Wehrmachtu. Kraje nadbałtyckie sprawiały wrażenie, że są one położone nad brzegami najczystszych wód morskich na świecie i odławiają w Bałtyku najczystsze ryby oraz rozwijają ekologiczną, przyrodniczą turystykę. (Nie jest to prawda, bowiem już w latach 70. i 80. kraje skandynawskie biły na alarm w związku z postępującym zanieczyszczeniem wód Bałtyku ściekami – w przypadku Polski głównie komunalnymi i rolnymi, przemysłowymi – co dotyczyło głównie NRD, RFN i ZSRR oraz radioaktywnymi odpadami stałymi i płynnymi z radzieckich zakładów jądrowych – przyp. tłum.) Na wszelkie informacje na temat zatopionej w tym morzu broni C był nałożony gryf tajności – TAJNE lub TAJNE SPECJALNEGO ZNACZENIA. (W Polsce zaczęto otwarcie mówić o tym problemie po roku 1980, kiedy to ukazało się kilka pozycji książkowych traktujących o problemach ekologii Bałtyku i w ogóle Wszechoceanu) Także międzynarodowa organizacja, która zajmuje się ekologią Morza Bałtyckiego – HELCOM – milczała na temat tych BŚT, jakby nabrała do ust wody bałtyckiej... Przyczyna jest bardzo prosta – informacja o broni chemicznej znajdującej się na dnie morza mogła spowodować społeczne i polityczne katastrofy w krajach, których gospodarka opierała się na turystyce i przetwórstwie ryb. Cóż to za ekologia, kiedy w wody Bałtyku przeniknęło już 7 ton iperytu, sarinu, luizytu, somanu, adamsytu, tabunu...

Morska woda nie daje możliwości zneutralizowania BŚT znajdujących się w hitlerowskiej amunicji. Poza tym pod wodą cały czas trwa proces korozji zżerającej metalowe korpusy bomb, pocisków i kontenerów. Część BŚT, która została przykryta warstwami morskich osadów już nie przedstawia niebezpieczeństwa. Ale ich setki ton leżą na dnie omywane silnymi prądami przydennymi. Tam też toczą się po dnie wraki okrętów puszczonych na dno przez Anglików i Amerykanów, wyładowane po same wręby tym straszliwie toksycznym ładunkiem. Rosyjscy uczeni sądzą, że te podwodne arsenały niosą zagrożenie wszystkim krajom basenu Morza Bałtyckiego. I jak na ironię, niektóre akweny Bałtyku, jak Głębia Gotlandzka i Głębia Bornholmska są tradycyjnymi miejscami intensywnego odłowu ryb. To właśnie w tych miejscach norwescy (???) rybacy wyławiają „najczystszą ekologicznie rybę na świecie”! A w rzeczy samej wyławiają oni nie tylko ryby...

Pierwsze przypadki zatrucia rybaków odnotowywano jeszcze w latach 50. W sieciach wraz z rybami zaczęły się pojawiać pojemniki, pociski, kontenery z niemieckimi napisami i symbolami. Rybacy zatruwali się lub odnosili oparzenia chemiczne. W czasie ostatnich 5 lat odnotowano 360 przypadków, kiedy rybacy z różnych krajów postradali zdrowie od broni chemicznej, którą zatopiono pół wieku wcześniej. Skandynawscy lekarze najgłośniej mówią o tym, że w ich krajach zwiększyła się zapadalność na choroby nowotworowe i genetyczne. I tak np. jedna z najczystszych ekologicznie krain świata – Szwecja – wyszła na pierwsze miejsce w zakresie zachorowań na raka. Wskaźnik ten wynosi tam 3.000 zachorowań na 100.000 ludzi, co wynosi aż 16-krotny wzrost w stosunku do lat poprzednich.

Rosyjscy uczeni badający składowiska BŚT na dnie Bałtyku rysują straszne obrazy na przyszłość. Morska woda przeżre wreszcie korpusy bomb i pocisków z bronią C. Już od kilku lat proces korozji idzie ku temu, że chemiczny ładunek przeniknie wreszcie do wody i nastąpi autentyczny atak chemiczny na Ludzkość w niedalekiej przyszłości. W Bałtyku znajduje się tyle BŚT, że są one unicestwić wszystkie żywe istoty w morzu i na jego brzegach co najmniej sześciokrotnie! Pierwszym etapem tej chemicznej wojny będzie wymarcie wszystkich organizmów żywych w wodach Bałtyku i na jego wybrzeżach. Drugi etap, to przenikniecie gazowych BŚT do atmosfery i skażenie nimi krajów Europy i Rosji aż do Uralu. Składowane środki bojowe Hitlera może rozprzestrzenić się do Morza Śródziemnego i Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu na południu, zaś do Ameryki Północnej na zachodzie. Rozprzestrzenienie się tych BŚT można porównać tylko z jej masowym użyciem w pełnoskalowej wojnie chemicznej.


Informacje o niemieckich wojennych arsenałach broni C przestała być tajną. O hitlerowskich BŚT na dnie Bałtyku piszą gazety na Litwie, Łotwie, Polsce i Estonii. Dno Bałtyku badają rosyjscy uczeni. No, ale żeby monitorować i unieszkodliwić wszystkie te pociski i bomby potrzebny jest wysiłek wszystkich krajów basenu Morza Bałtyckiego, a także całego świata. Uczeni już opracowali technologie pozwalające na zneutralizowanie setek ton BŚT, bez uszczerbku dla ekologii Ziemi.

Moim zdaniem powinni płacić ci, którzy to świństwo wyprodukowali i ci, którzy je topili. No, ale to już kwestia dla prawników – to jest ich działka. Najśmieszniejsze i zarazem najgroźniejsze jest to, że producenci tych gazów i ci, którzy je topili zamierzają teraz poruszyć tą puszkę Pandory kładąc gazociąg na miejsca składowania tychże BŚT i obłudnie wzywają społeczność międzynarodową do pokrywania kosztów tych brewerii, hipokryzja podniesiona do n-tej potęgi! Ale nie o tym mowa.


* * *


Ten wieloryb, to tylko kolejna ofiara i nie ma się co uspokajać, że w morzu dojdzie do naturalnego rozkładu i finalnego zneutralizowania tego morderczego ładunku. Tak może myśleć tylko człowiek pozbawiony wyobraźni. Trucizny składowane w Bałtyku są naprawdę niebezpieczne i gaworzenie różnych „ekspertów” o ich nieszkodliwości jest próbą uciszenia ich brudnych sumień. Nie ma i nigdy nie było nieszkodliwych bojowych środków trujących! Każdy z tych BŚT został opracowany właśnie dokładnie tak, by jak najtrudniej było go zneutralizować, bo po to je wyprodukowano, by zabijały wszelkie żywe istoty, a w szczególności ludzi. Dzisiaj umierają wieloryby – jutro ludzie. A chemiczna bomba tyka na dnie Bałtyku i czeka na kolejne ofiary. Kto i kiedy ją wreszcie rozbroi?


Białe wieloryby, to nie okręty podwodne, a te ostatnie, to nie USO. W artykule w „Gazecie Krakowskiej” nie pisze się nic o obserwacjach okrętów i tajemniczych łodzi podwodnych w skandynawskich fiordach, bo w roku 1988 jeszcze był to u nas temat tabu. I nawet teraz niewiele się o tym mówi i pisze, a to oznacza, że musi być po temu jakiś ważki powód. Ale o tym w następnych rozdziałach.


a

czwartek, 19 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (27)


A jednak rozwiązanie znalazło się po wielu latach. Były to najprawdopodobniej próby z radziecką wersją amerykańskiego programu Farside, który miał na celu wypracowanie jak najskuteczniejszego sposobu odpalania rakiet balistycznych i kosmicznych podwieszonych pod balonami, które miały za zadanie wywindować pocisk na wysokość powyżej 40 km i tam dopiero go odpalić w kierunku celu. To tłumaczyło także, dlaczego te „balony” latały nad krajami obozu socjalistycznego – miały być dla nich ostrzeżeniem i zarazem pokazem możliwości technicznych ZSRR…


* * *


I wreszcie coś na temat wizyt na Bałtyku rzadkich gości – wielorybów. W dniu 6 maja 2005 roku szwedzkie gazety „Expressem” i „Svenska Dagbladet” doniosły o tym, że na plażę Hästens – nieco na północ od portowej miejscowości Kläva k./Hönö na szkierach na północ od Göteborga, morze wyrzuciło zwłoki wieloryba. Jak podało Szwedzkie Radio, wieloryb ten miał 9-10 metrów długości. Został on znaleziony przez strażaków w poniedziałkowe popołudnie. Miejscowe muzeum historii naturalnej w Göteborgu przewiezie ten eksponat w 30-stopowym kontenerze do siebie celem wypreparowania i wystawienia na widok publiczny tego wieloryba. Poza tym zostaną pobrane próbki krwi i mięśni zwierzęcia w celu ustalenia przyczyny jego śmierci. Na razie możemy tylko przypuszczać... Sprawą zajęły się szwedzkie służby ratownictwa morskiego i ochrony środowiska, co daje nadzieję na to, że zostanie ona wyjaśniona do końca, a wyjaśnienie zostanie podane do wiadomości publicznej... Osobne dochodzenie prowadzi także Straż Przybrzeżna.


Nie był to przypadek odosobniony i takie notatki prasowe, jak zaprezentowana poniżej zdarzały się od czasu do czasu w polskiej prasie, tu w „Gazecie Krakowskiej” w 1988 roku:


Niecodzienny gość na Bałtyku
Biały wieloryb u brzegów Półwyspu Helskiego

GDAŃSK (PAP) Załogi kilku kutrów rybackich, które przed sztormową falą schroniły się niedawno w odległości 4 km od helskiej latarni, na wodach o głębokości ok. 30 m – zetknęły się z niecodziennym zjawiskiem. W pobliżu łodzi, podczas słonecznej pogody, co chwilę wynurzał się z wody biały wieloryb ok. 7-metrowej długości. Jeden z rybaków miał przy sobie aparat fotograficzny i zrobił zdjęcie przed zniknięciem morskiego ssaka w głębinach.

Podobny przypadek miał miejsce przed 3 laty, kiedy to u wybrzeży szwedzkich pojawił się kilkunastometrowy wieloryb. Do jego wypłoszenia ze stosunkowo małego morza jakim jest Bałtyk, Skandynawowie użyli nawet elektrowstrząsy. Inny z kolei wieloryb o 6-metrowej długości, znalazł się przed 10 laty w sieciach polskich rybaków poławiających w pobliżu Portu Północnego w Gdańsku. Trzeba było przeprowadzić całą akcję, by zagubionego walenia uwolnić z pułapki.

Ssaki z gatunku wielorybów co jakiś czas pojawiają się w Bałtyku, a potem nie mogą znaleźć drogi powrotnej przez wąskie Cieśniny Duńskie na północny Atlantyk. W tym roku w sieci rybaków z Jastarni złapała się młoda samica morświna, zaliczana również do gatunku wielorybowatych. Niestety, nie udało się jej utrzymać przy życiu.


Tyle „Gazeta Krakowska”.


Nie jest to pierwszy wypadek śmierci wieloryba na Bałtyku. (Przypominam, że Kattegat należy do basenu Morza Bałtyckiego.) W latach 80. ubiegłego stulecia wieloryby kręciły się w wodach otaczających Półwysep Skandynawski i niejednokrotnie były mylone z okrętami podwodnymi. W ubiegłych latach także polskie wybrzeże było kilkukrotnie nawiedzane przez te największe w świecie ssaki. Latem 2004 roku, niektóre media przyniosły informację o tym, że morze wyrzuciło na plażę w rejonie miejscowości Skowronki na Mierzei Wiślanej ogromny płat mięsa o masie 200 kg. Szczątki zostały przewiezione do Morskiego Laboratorium na Helu, gdzie zostały poddane badaniom w celu ustalenia, do jakiego gatunku należało zwierzę, do którego należały te pozostałości.


Gazety twierdzą, że są to być może szczątki wieloryba – a dokładniej kaszalota – Physeter catodon, który był widziany w lipcu i sierpniu 2004 roku w okolicach wysp Bornholm i Rugia przez Duńczyków i Niemców. Jeżeli tak, to byłaby sensacja światowa, bowiem kaszalota ostatni raz u polskich brzegów widziano w XIII wieku... Kaszaloty są ogromne, jak na Bałtyk – długość ich ciała sięga 20 m, zaś masa – do 50 ton. Zamieszkują one wszystkie akweny Wszechoceanu, i od czasu do czasu zaglądają także na Bałtyk. Żywią się rybami i głowonogami na które polują w głębinach oceanicznych zanurzając się do 3.000 m na czas do 90 minut! Niestety – zostały one poważnie przetrzebione przez człowieka, który polował na nie m.in. ze względu na olbrot (spermacet – stąd ich angielska nazwa - spermwhale) i ambrę, które używa się w przemyśle perfumeryjnym jako utrwalacza zapachów.

Ciekawe jest to, co się właściwie stało z tym wielorybem. Jaka była przyczyna śmierci tego potężnego ssaka? Mógł on paść ofiarą jakiejś miny, na którą wpłynął przez nieuwagę, co jest jednak trudne do przyjęcia, bowiem te zwierzęta są inteligentne i nauczyły się trzymać z daleka od przedmiotów, które im mogłyby zagrażać. Istnieje możliwość, że kaszalot został „rozjechany” przez jakiś statek, który wpadł nań podczas drzemki. Takie rzeczy się w przeszłości zdarzały. Osobiście jednak jesteśmy zdania, że kaszalota (o ile był to kaszalot) mogły zgubić jego przyzwyczajenia. Wystarczyło, by zanurkował do dna Bałtyku, gdzie leżą wraki i pojemniki załadowane iperytem, iperytem azotowym i toksynami fosforoorganicznymi, które składowano tam po obu wojnach światowych w Europie, by się zatruć... A potem tylko w oszołomieniu wypłynął na powierzchnię i resztę znamy. Uderzenie dziobnicy mogło dobić morskiego giganta, a śruby napędowe dokończyły dzieła. Na brzeg morze wyrzuciło tylko 200 kg mięsa.

Na zatrucie tymi środkami jest narażone każde stworzenie, które poluje na większych głębokościach, dlatego też przeżyły inne wieloryby, które zapędziły się na Bałtyk, a nie nurkowały w jego mroczne, chłodne i zatrute gazami bojowymi tonie. Dlatego przeżył wieloryb sfotografowany w okolicach Chałup w lecie 1995 roku przez dziennikarza z „Kuriera Polskiego”, przeżył wieloryb z okolic Parłówka z 1979 roku. Przeżyły delfiny, które kręciły się po akwenie Zatoki Pomorskiej, a jeden z nich nawet wylądował na plaży w Świnoujściu w połowie lat 80. Niestety – kaszalot nie miał takiej możliwości. Najprawdopodobniej zabiły go produkty ludzkiego szaleństwa i nienawiści sprzed z górą półwiecza. A tak mówiąc, to w czym ten kaszalot miał pływać? W ciągu ubiegłorocznych wakacji[1] media doniosły o bujnym zakwicie morderczych alg skażających wodę neurotoksynami, potem pojawiły się nie wiedzieć skąd ogromne plamy ropy na Zatoce Gdańskiej mające od 2.300 do 7.500 m²...



[1] W roku 2004. 

środa, 18 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (26)


Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, ufologiczny świat epatowały ustawicznie doniesienia o obserwowanych nad Europą i Ameryką NOL-ach w kształcie czarnych trójkątów. W kilkudziesięciu przypadkach udało się je sfotografować i sfilmować – także na obszarze Polski i terenach przygranicznych – a dokładnie na północno-zachodnich rubieżach naszego kraju: dokładnie nad Zatoką Pomorską, gdzie filmowali je Polacy, Niemcy, Rosjanie i wszędobylscy Japończycy... Tak pisze o nich w swym blogu Robert Leśniakiewicz:

Wcześniej jednak, bo w latach 60., 70. i 80. nad Polską obserwowano – i to w biały dzień – wielkie NOL-e w kolorze białym, które przez długi czas unosiły się nad naszym krajem, wzbudzając z jednej strony zainteresowanie tysięcy ludzi, a z drugiej niepokój władz i uczonych. Te NOL-e były rzeczywiście ogromne i ich rozmiary sięgały setek metrów, o czym później.

Moje pierwsze spotkanie z takim trójkątnym NOL miało miejsce pod koniec czerwca 1968 roku (nie 1967, jak podawałem we wcześniejszych publikacjach), na akwenie Zalewu Szczecińskiego. Byłem wtedy na koloniach letnich w Szczecinie-Dąbiu. W dniu 27 czerwca kierownictwo zorganizowało nam wycieczkę statkiem Żeglugi Szczecińskiej do Świnoujścia – była to, jak pamiętam, MS Alina.

Kiedy około godziny 6:30 szliśmy z tamtejszej Szkoły Podstawowej, w której byliśmy zakwaterowani, na przystań Żeglugi Szczecińskiej, to kilkoro uczniów i wychowawców zauważyło na błękitnym rannym niebie wiszący niemal nad nami, na wysokości 65-70° nad horyzontem, trójkątny obiekt. Wychowawcy orzekli, że z pewnością jest to balon-sonda meteorologiczna, zwłaszcza, że niedaleko znajdowało się lotnisko sportowe Aeroklubu i port lotniczy w Goleniowie, więc nikogo to specjalnie nie zdziwiło i takie „wyjaśnienie” nas zadowoliło...

O godzinie 7:00 odbiliśmy od przystani i wypłynęliśmy na Jezioro Dąbskie. Otoczyła nas dość gęsta mgła, której kłęby ograniczały znacznie widzialność horyzontalnie, jednakże NOL był widziany wysoko nad naszymi głowami. Wydawało się, że trochę zniżył się nad północno-zachodni horyzont, ale to mogło być złudzenie.

Około godziny 8:00 wypłynęliśmy wreszcie na Zalew Szczeciński i znów zwróciliśmy uwagę na tego NOL-a. Wydawał się bardziej odległy i wisiał niżej nad horyzontem – jakieś 45° nad Kleines Haffem, po stronie niemieckiej. Starałem się nie spuszczać go z oka. Widziałem także, że obserwowali go załoganci z holownika MS Zeus, który szedł kursem równoległym do naszego od II Bramy do Kanału Piastowskiego – potem skręcił on w kierunku Karsiboru. Poza nimi obiekt ten musiał być zauważony przez wachty trzech czy czterech frachtowców, które szły przez Zalew, a także pasażerowie i załogi dwóch wodolotów – były to duże wodoloty -  Komety: HFV Adriana i jeszcze jeden jej wielkości, które mijały nas w okolicach III Bramy.

Trójkątnego NOL-a straciliśmy z oczu, kiedy MS Alina weszła na akwen Kanału Piastowskiego i przesłoniły nam go drzewa porastające południowe brzegi Półwyspu Wydrzany. Było to około godziny 9:00. W pół godziny później wylądowaliśmy na Nabrzeżu Władysława IV w Świnoujściu i od razu poszliśmy na plażę, gdzie spędziliśmy czas do 17:00. O godzinie 18:00 odbiliśmy od Władysława IV i o dziewiątej wieczorem byliśmy z powrotem w Szczecinie-Dąbiu. Smażąc się na plaży i kąpiąc w morzu nie zauważyliśmy już żadnego dziwnego obiektu, także wracając przez Zalew nie stwierdziliśmy niczego dziwnego na niebie. Natomiast uderzyła nas jedna rzecz – tego dnia od rana do południa nad Świnoujściem latały polskie samoloty wojskowe – głównie MiG, które poruszały się stosunkowo wolno i na niskich pułapach – poniżej 100 m, co powodowało straszliwy hałas. Jeden z nich nawet wystrzelił stromą świecą w górę tuż nad plażą, wydmuchując na nas strumień gorących spalin z silnika. Wtedy jeszcze nie skojarzyliśmy tych dwóch faktów: pojawienia się latającego trójkąta i kilku MiG-ów. Teraz to wydaje się zrozumiałe – nasze lotnictwo jednak coś widziało i posłało myśliwce na przechwyt nieznanego celu nad morzem...

Do dziś dnia nie wiem, co to było. Już służąc w Wojskach Ochrony Pogranicza w Świnoujściu poszukiwałem śladów tego „czegoś”, ale bezskutecznie. Jeżeli nawet istniały jakieś dokumenty na ten temat: notatki służbowe, zapisy w książkach służby czy meldunki operacyjne, to z całą pewnością zostały dawno przemielone. Był to rok 1980, a zatem 12 lat po opisanych wydarzeniach. Incydentu tego nie pamiętali nawet najstarsi stażem oficerowie sztabowi Pomorskiej Brygady WOP, z którymi na ten temat rozmawiałem. Zresztą nikt nie zawracał sobie głowy kosmicznymi mrzonkami w tych burzliwych czasach – trwała przecież Zimna Wojna... Być może – patrząc na to wszystko z perspektywy XXI wieku - miało to wszystko związek z „bratnią pomocą”, której miały udzielić nasze „bratnie” wojska „bratnim” narodom: czeskiemu i słowackiemu wraz z „bratnimi” armiami innych „bratnich” narodów?... Myślę, że to może być jedyne racjonalne rozwiązanie tej zagadki, bo każde inne nieuchronnie zaprowadzi nas albo do Kosmitów albo do Atlantów czy naszych pra-pra-pra-...prawnuków, którzy będą mogli podróżować w czasie. Incydent ten miał swe dobre strony o tyle, że to właśnie od tego czasu na serio zainteresowałem się Kosmosem i zacząłem czytać literaturę science-fiction...

Drugi raz z latającymi trójkątami los zetknął mnie w Tatrach, w dniu 13 września 1973 roku, kiedy to obserwowałem nad górami przelot dziwnego NOL-a w kształcie trójkąta równoramiennego, skierowanego najostrzejszym kątem w dół. Następnego dnia przeczytaliśmy o tej obserwacji w „Gazecie Krakowskiej” i „Dzienniku Polskim”, gdzie zamieszczono wzmianki o tym, że dwóch uczonych z Obserwatorium Astronomicznego UJ: prof. dr hab. Kazimierz Kordylewski i prof. dr hab. Zbigniew Dworak (wtedy jeszcze magister) obserwowało to UFO i dokonało stosownych pomiarów. Według nich, ten NOL w kształcie ostrosłupa miał wysokość około 100 m, był wykonany z materiału lustrzanie odbijającego światło i na dodatek wisiał na wysokości co najmniej 100 km nad Polską! Mało tego – w tych dniach odbywało się w Krakowie naukowe sympozjum poświęcone możliwościom istnienia w Kosmosie życia – a w domyśle – życia rozumnego! Od tego czasu zainteresowała mnie ufologia.  

Dalsze dwa wydarzenia miały miejsce w Świnoujściu, w latach 1984-85, kiedy to kilkakrotnie nad miastem zaobserwowano dziwne struktury, kojarzone zazwyczaj z „balonami meteorologicznymi”. Istnieje kilka takich relacji, ale mnie udało się dotrzeć do jednej z nich, a mianowicie – tej z dnia 27 czerwca 1985 roku.

Zaczęło się od tego, że kilku moich kolegów z Granicznej Placówki Kontrolnej WOP w Świnoujściu – Baza Promów Morskich Polskiej Żeglugi Bałtyckiej - Pol Line A/B opowiedziało mi o obiekcie w kształcie świecącego białym światłem trójkąta równoramiennego, zwróconego najostrzejszym kątem w dół, który wisiał nad miastem przez kilka godzin, a potem odpłynął na zachód. Obserwowano go z czterech punktów, dzięki czemu udało mi się obliczyć, że znajdował on się niemal nad przejściem granicznym Świnoujście-Ahlbeck na wysokości około 7.900 m ± 100 m n.p.m. Obserwowano tego NOL-a z Bazy Promów Morskich, miasta Świnoujście po lewobrzeżnej stronie rzeki Świny przejścia granicznego Świnoujście-Ahlbeck i Punktu Kontroli Ruchu Rybackiego. Właśnie z PKRR obserwowano go przy pomocy silnej – 20 x lornety – i dzięki temu mamy teraz rysunek, sporządzony przez chor. Tadeusza Sz., który prawie pełnił tam służbę.

Oficjalnie podano do wiadomości, że był to balon meteorologiczny wypuszczony z Królewskiego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego w Drammen (inna wersja mówiła o miejscowości Ski) w Norwegii, który nadleciał nad Świnoujście z kierunku NE-E i poleciał dalej w kierunku zachodnim – nad Niemcy (wtedy jeszcze NRD). I tutaj rzecz ciekawa -   n i k t   nie zainteresował się bliżej tym „balonem”. Najciekawszą informację uzyskaliśmy od jednostki Marynarki Wojennej, gdzie powiedziano nam, że ten obiekt tam   w i d z i a n o , ale kiedy pomacano go radarem przeciwlotniczym, to... nie dawał on   ż a d n e g o   echa! Dla radaru ten NOL po prostu  n i e   i s t n i a ł !  A przecież gdyby był to balon meteorologiczny, to musiałby dawać silne, pełnometaliczne odbicie fal radiolokatorów, bowiem pokrywa się je metaliczną folią po to, by radar mógł je łatwo wykryć...

Jeden z mych kolegów – st. chor. Andrzej Sch. Wykonał zdjęcie swoim „zenitem”, ale niestety obraz „balonu” jest na nim ledwie czytelny. No cóż, żyliśmy w czasach, kiedy zdobycie porządnego materiału fotograficznego graniczyło niemal z cudem...

To chyba jednak nie był balon, a jeżeli nawet, to nie meteorologiczny. Czym był ten NOL, tego nie wiem do dziś dnia.

Kolejne wydarzenie z trójkątnym obiektem miało miejsce w dniu 1 października 1985 roku. Było ono tak dziwne, że zapamiętałem je doskonale. Tego wieczoru wiało paskudnie od Cieśnin Duńskich. Nie bacząc na to – a że wieczór przy pełni Księżyca był wyjątkowo i uroczo niesamowity – wybrałem się z żoną na spacer po miejskiej plaży – od granicy państwowej do falochronu. Idąc plażą patrzyliśmy na niebo i morze. Wiało straszliwie, jakby się wszyscy diabli żenili. Niebo było czyste i widzialność nieograniczona, idealne warunki do obserwacji.

Na północnym-zachodzie coś się działo. Widzieliśmy ogromną piramidę z chmur (?), straszliwie białych w zielonkawym świetle Księżyca, z której strzelały w morze biało-liliowe błyskawice. Nie słyszeliśmy grzmotów, wszystko zagłuszało wycie wiatru i łomot fal łamiących się na plaży.

Trójkątna chmura wisiała nieporuszenie nad horyzontem, w odległości jakichś 10 km od nas. Nie zmieniła swego kształtu w ciągu dwóch godzin! Z góry oświetlał ją Księżyc, z dołu fioletowe światło jaskrawych błyskawic – sceneria, jak z kiepskiego horroru czy filmu Spielberga. Zastanawiałem się potem, czy ta chmura nie kryła czasem jakiegoś NOL-a, który był odpowiedzialny za rozładowanie jej elektrycznego potencjału? Tak czy inaczej, nie mamy pojęcia, czym był ten fenomen...

Potem już się nie słyszało o tego rodzaju obiektach latających. Osobiście jestem przekonany, że obiekty te mogły być – ale oczywiście nie musiały – jednak jakimiś ziemskimi konstrukcjami latającymi, tyle że zbudowanymi w oparciu o nieznane technologie – m.in. stealth. Możliwe, że dokonywano prób, które później zaowocowały pojawieniem się „czarnych latających trójkątów”, które są typowymi konstrukcjami stealth. Zatem dlaczego puszczano je nad krajami Paktu Warszawskiego? Wyjaśnienie jest proste – bo o to właśnie chodziło, żeby je próbowano wykryć i zestrzelić! Radary tego nie wykrywały, ergo nie było żadnego niebezpieczeństwa. NOL wyglądał jak balon meteo, więc przyjmowano wersję balonu. Kto wie, czy nie były to radzieckie balony meteorologiczne czy zwiadowcze. A wtedy nie można było nawet palcem kiwnąć, bo to była własność Wielkiego Brata. I kropka.

W przypadku obserwacji z 13 września 1973 roku uznano, że owszem – to było UFO – ale i tak nie można go było zestrzelić, bo leżało to daleko powyżej możliwości naszej OPL. Mimo tego, że obiekt był wielki jak stodoła, ale niestety wisiał na wysokości ponad 100 km, a zatem w jonosferze, zaś nasze możliwości nie sięgały tak wysoko... I tylko ten obiekt zasługuje na miano prawdziwego NOL-a.

Ciekawą sugestię wysunął pierwszy polski kosmonauta gen. pil. Mirosław Hermaszewski, z którym spotkałem się na planie programu TVN „Rozmowy w toku” red. Ewy Drzyzgi, w dniu 8 kwietnia 2003 roku. Otóż gen. Hermaszewski stwierdził, że oba trójkąty zaobserwowane nad Zalewem Szczecińskim i Tatrami mogły być radzieckimi lub amerykańskimi eksperymentami z rozwieszaniem na LEO[1] rozkładanych luster, które odbijałyby promienie Słońca w kierunku naszej planety tworząc na jej powierzchni słonecznego „zajączka”, który oświetlałby znaczne tereny Ziemi. Faktycznie, Rosjanie bodaj w roku 2000 usiłowali dokonać takiego eksperymentu ze stacją Mir, na której zainstalowano zwierciadło paraboliczne o średnicy 25 m, a które miało puścić takiego „zajączka” w kierunku Syberii. Ten eksperyment o kryptonimie Пятно -2½[2] nie powiódł się, bowiem zwierciadło nie rozłożyło się do końca. Być może te trójkąty były takimi urządzeniami umieszczonymi na LEO – gen. Hermaszewski stwierdził przy tym, że były takie plany w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, ale zarzucono je ze względu na negatywne ekologiczne efekty takich działań. Faktycznie – pamiętam niektóre programy popularno-naukowe w których lansowano takie propozycje. Zakładano w nich, że na polarne orbity należałoby wyrzucić miliardy kryształków, które utworzyłyby „halo” wokół Ziemi, na którym załamałyby się promienie Słońca i oświetliłyby Ziemię tworząc dzień na nocnej półkuli... Ziemia przypominałaby Saturna, ale jej pierścień byłby ustawiony prostopadle do promieni słonecznych. Na szczęście porzucono ten pomysł, który byłby straszliwym naruszeniem i tak już kruchej równowagi ekologicznej na naszej planecie!

Osobiście mnie wyjaśnienie gen. Hermaszewskiego nie satysfakcjonuje w pełni, bowiem trudno przypuścić, by w latach 60. i 70. XX wieku można było wystrzelić w Kosmos konstrukcje o długości ≥ 100 m i rozkładane, jak markiza. Oczywiście mógłby to być balon stratosferyczny, ale trudno jest przypuścić, by taki balon latał na wysokości LEO... Z drugiej strony, te 100 km, to jeszcze stosunkowo gęste warstwy jonosfery i o ile nie sprawia to kłopotu niewielkim satelitom czy statkom kosmicznym i wahadłowcom, to duża konstrukcja może stawić już znaczny opór, wyhamować swą prędkość i spaść na Ziemię, lub spalić się w atmosferze... Prędkość lotu tej konstrukcji była niewielka, a zatem raczej to   n i e   m ó g ł    być jakiś sztuczny satelita. To tyle, co mam do powiedzenia na ten temat.

* * *




[1] Niska Orbita Wokółziemska.
[2] Dosł. Plama-2½.