czwartek, 28 marca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (7)



4.4. W przedpieklu.

Najwięcej dostało się tym, którzy mieli pecha znaleźć się w pobliżu epicentrum wybuchu, np. koczownikom, którzy tam łowili ryby czy polowali w bezkresnym morzu syberyjskiej tajgi. Dostali się od razu do przedpiekla.[1]

Po potwornym huku eksplozji nastąpiły niesamowicie silne uderzenia wiatru, wywołanego falami uderzeniowymi, które wytworzył spadający obiekt. Wietrzne wiry zniszczyły całe połacie lasów. Szalejący orkan[2] wyrywał drzewa z korzeniami i rozrzucał je w promieniu kilku kilometrów od miejsca katastrofy. Orkan spadł także na zabudowania kilku wiosek, z których zerwał dachy, wybił okna i powalił ogrodzenia. Myśliwi i pasterze byli zrzucani z koni potwornymi uderzeniami wiatru i unoszeni przez wiele metrów przez powietrze. Niektórzy zostali zrzuceni do rzeki, gdzie tylko cudem unikali utonięcia...

Opona gęstych i ciemnych chmur osiągnęła wysokość 20 km, a potem zaczęło padać, ale to, co padało z nieba było brudną wodą.

Czarny deszcz. Powstawał on w wyniku kondensacji wody na fontannie pyłu i sadzy ze spalonych drzew, które zostały zassane do kuli ognistej w czasie silnej eksplozji. Grzmoty burzy dochodziły do dalekich syberyjskich wiosek...

Rosjanin Iwan Aleksiejewicz Gorbaczow tak opowiadał o tym pewnemu dziennikarzowi:
- Tak synku, wyglądało to tak, jakby ten świat miał się zaraz skończyć. Wszyscy padliśmy na ziemię i wznosiliśmy modły do Bogarodzicy - sądziliśmy bowiem, że tą grozę na świat sprowadziliśmy my. Byłem oślepiony, światło słoneczne zmieniło barwę, a niekończące się grzmoty i złowieszcze dudnienie dosłownie wyrywało duszę z ciała.

Nieprawdopodobny żar wywołany ognistym słupem wysuszył wokół drzewa iglaste i zapalił je. Straszliwa burza ogniowa szalała kilka dni i zniszczyła las o powierzchni ponad 6.000 km2!

Sama fala uderzeniowa obiegła dwukrotnie kulę ziemską. Sejsmometry w Taszkiencie, Irkucku i Jenie odnotowały nienormalne ruchy skorupy ziemskiej. W Irkucku, który znajdował się w pobliżu centrum wydarzeń odnotowano dwa silne wstrząsy podziemne.[3]

Sejsmograf znajdujący się w tym mieście na południowym krańcu jeziora Bajkał dokładnie pokazał, z jaką energią wybuchł kosmiczny pocisk na obszarze Tunguski. I choć epicentrum eksplozji było oddalone od miasta o 900 km, przyrządy wskazywały aktywność sejsmiczną przez ponad godzinę! Przebieg fali uderzeniowej odnotowały przyrządy na całym świecie - w Poczdamie, South Kensington, Cambridge, a także w Londynie, Waszyngtonie, a nawet w Batawii[4] na Jawie!

4.5. Trzy noce jasne jak dzień.

Na Angarze i innych rzekach tego regionu powstały powodzie. Potem - na Zachodzie, w Europie - widoczne były świetlne fenomeny, i nie tylko tam, bowiem poza Europą widziano je także w Japonii, Pn. Afryce i Rosji. Przez trzy noce nie zapadały ciemności. Meteorolodzy dziwili się niepomiernie patrząc na niezwykłe srebrzyste obłoki na niebie, które miały niezwykle ostro zaznaczone kontury. Nawet ciężkie deszczowe Altocumulusy nie były w stanie przytłumić tej cudownej zorzy. Przenikały przez nie różowe i seledynowe promienie[5] i tam, gdzie panowała bezchmurna pogoda zdumiewały ludzi odbywających wieczorne spacery.

Rosyjski uczony A. A. Polkanow - który w tamtych dniach przebywał na Syberii - był pierwszym człowiekiem, który oglądał ten cudowny, niebiański spektakl. 30 czerwca 1908 roku, tak pisał on w swym dzienniku podróżnym:
Niebo jest pokryte zadziwiającą obłoczną warstwą; leje jak z cebra, ale pomimo tego jest niezwykle jasno. W najciemniejszych zakamarkach domu można czytać gazetę bez sztucznego oświetlenia. Ani Słońce, ani Księżyc nie mogą być źródłami tego dziwnego światła[6], ponieważ niebo zasnuwa potężna warstwa chmur. Światło prawdopodobnie dobiega prosto z nich; chmury wypromieniowują niesamowite   z i e l o n o ż ó ł t e   światło, które czasami przechodziło w odcień     r ó ż u...

Już 2 lipca, dziennikarz gazety „Sibir” uzyskał informacje z pierwszej ręki od naocznych świadków ze wsi Niżnyj Karelińsk, oddalonej o 300 km od epicentrum wybuchu:
Na północnym-zachodzie, dość wysoko nad horyzontem, chłopi widzieli jakieś ciało, które świeciło jaskrawym światłem o kolorze jasnoniebieskim. Ten przedmiot miał kształt   w a l c a .
Niebo było bezchmurne, z wyjątkiem jednego, ciemnego obłoku nad horyzontem, dokładnie tam, gdzie poleciało świecące ciało i znikło. Było gorąco i sucho, a kiedy się ten obiekt zbliżył do powierzchni ziemi, to wyglądało tak, jakby się zmienił w chmurę czarnego pyłu. Potem usłyszano straszliwą detonację, ale nie brzmiało to jak grom, ale tak, jakby padały na metal wielkie kamienie, albo jak wystrzały z karabinu maszynowego.
Wszystkie budynki się zachwiały, a w tej samej chwili ciemny obłok przeszył ognisty język. Wieśniacy wybiegli na ulicę i ogarnęła ich panika. Stare kobiety płakały i wszyscy myśleli, że to nadchodzi już koniec świata.

Kilka gazet ten fakt zupełnie zbagatelizowało, co widać z relacji pewnego reportera, który bezpośrednio po wybuchu odwiedził miejscowość Kańsk, oddalona od epicentrum o 600 km. Jego reportaż z dnia 4 lipca 1908 roku wyraźnie zaniża wartość i siłę tego fenomenu:
Huk był nawet dość silny, ale nie stało się nic złego. Wszystkie opowieści miejscowej ludności można przypisać bujnej fantazji zbyt znudzonych monotonią życia mieszkańców. Bez wątpienia w naszą planetę uderzył meteoryt, ale jego nadzwyczajne rozmiary i masa wzbudzają wątpliwości.

Lokalna prasa syberyjska poświęcała temu zjawisku całe kolumny przez długie tygodnie, i tak w dniu 14 sierpnia 1908 roku, czytelnicy gazety „Sibirskij żiwot” mogli przeczytać artykuł o tajemniczych wydarzeniach w kopalni złota oddalonej o 225 km od epicentrum, które doświadczyli tamtejsi górnicy:
Poczuliśmy wszyscy, jak zachwiał się spąg. Wstrząsy były poprzedzone gromowym dudnieniem, potem nastąpiły   d w a   donośne huknięcia, a potem jeszcze   d z i e s i ę ć   przytłumionych detonacji. Teżarskie domy rozwalały się, stare płuczki na złoto chwiały się i dzwoniły, a ludzie w panice wybiegali na zewnątrz. Konie klękały na kolana.

Nie tylko w carskiej Rosji, gdzie np. w Moskwie można było w nocy fotografować, bo na wysokości 85 km wisiały tajemnicze srebrzyste obłoki siejące światło, a także nawet na paryskich bulwarach można było czytać drobny gazetowy druk!

W samej Rosji niektórzy astronomowie i meteorytolodzy zastanawiali się nad czynnikiem, który wywoływał te świetliste zjawiska. Po zapoznaniu się z różnymi relacjami i przesłuchaniu naocznych świadków, po upływie kilku lat doszli do wniosku, że szło tutaj o ogromny meteoryt, którego spadek spowodował podobne symptomy. Drobiazgowo opracowany plan ekspedycji do rejonu katastrofy spalił na panewce z prostej przyczyny: car Mikołaj II potrzebował każdego rubla na większe wydatki - był już rok 1914 i wybuchła I Wojna Światowa. Kosztowała ona życie aż 12 mln istnień ludzkich, czyli aż 8% całej ludności Rosji. Potem carski reżym zmiotła rewolucja bolszewicka w 1917 roku.

Wydawałoby się, że o tunguskiej katastrofie sprzed 9 lat zapomniano na dobre. Ludzie mieli inne kłopoty. Walczyli ze straszliwą nędzą i śmiercią głodową.

Ten tak nieprzychylny rozwiązaniu tajemnicy tunguskiej katastrofy czas skończył się w roku 1921.



[1] Godzi się tutaj wspomnieć awanturniczą powieść Alfreda Szklarskiego pt. „Tajemnica wyprawa Tomka”, któremu spadek Meteorytu Tunguskiego uratował życie w czasie ucieczki przez bandą krwiożerczych Chunchuzów.
[2] Orkanem nazywamy wiatr o sile 12 st. B, czyli o v > 120 km/h.
[3] Rzecz ciekawa, w czasie spadku tzw. Meteorytu Jerzmanowickiego w dniu 14 stycznia 1993 roku, w Obserwatorium Sejsmologicznym PAN w Ojcowie odnotowano także   d w a   wstrząsy skorupy ziemskiej!...
[4] Dziś Dżakarta.
[5] Co upodabniało to zjawisko do intensywnej zorzy polarnej.
[6] W opisywanym czasie Księżyc znajdował się w fazie 2 dni po nowiu, a zatem nie mógł świecić w nocy.

sobota, 23 marca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (6)


4. Impakt.


4.1. Zagadkowe fenomeny świetlne.


Kiedy w czytelni Biblioteki Narodowej przeglądałem żółte płachty gazet z tamtego roku, moją uwagę przyciągnęły dwie informacje. Pod nagłówkiem „Świetlisty fenomen”, wiedeńska gazeta „Neue Freie Presse”, w numerze z czwartku, 2 lipca 1908 roku, na stronie 10 informowała:
Kopenhaga, 1 lipca. Wczoraj wieczorem po zachodzie Słońca, w górnych warstwach atmosfery zaobserwowano bardzo intensywne jasnożółte światło. Poruszało się ono po niebie podobnie jak Słońce, a było ono tak silne, że można było na dworze czytać bez sztucznego oświetlenia. Nie dysponujemy żadnym naukowym wyjaśnieniem tego zjawiska. Wiemy jedynie, że ten tajemniczy fenomen był spowodowany przez bardzo silne odbicie promieni słonecznych w górnych warstwach atmosfery.

Za cytowaną obserwacją z Danii była wydrukowana także inna, która nadeszła z Niemiec:
Berlin, 1 lipca. Dziwny fenomen atmosferyczny, który był obserwowany w Danii, w ubiegłą noc, widziano także i u nas. Niebo świeciło żółto i czerwono. 80 km nad powierzchnią Ziemi zaobserwowano nocne obłoki z dziwnie ostrymi konturami, czego zwykle się nie widuje.[1]

Także z   p o l s k i e g o   Królewca[2]doniesiono, że takie samo zjawisko było obserwowane tam i w ogóle na całym wschodnim wybrzeżu [Bałtyku].

Podobne do tych tutaj cytowanych informacji znalazłem także w oficjalnym oświadczeniu dla „Wiener Zeitung”, z dnia 2 lipca 1908 roku, pod nagłówkiem „Zjawisko przyrody”.

Także u naszych sąsiadów, w Niemczech, tameczna prasa i społeczeństwo interesowały się tym zadziwiającym zjawiskiem, tak więc reporter dziennika „Preussicher Tageblatt” z dnia 3 lipca 1908 roku, pod tytułem „Za nowymi zjawiskami świetlnymi” napisał:
Z Rautenburga w Prusach Wschodnich donoszą nam o dziwnych zjawiskach świetlnych, które widziano tam w ubiegłe noce:
>>W nocy z 30 czerwca na 1 lipca br. obserwowaliśmy przedziwne zjawiska niebieskie. Po zajściu Słońca, wieczorem 30 czerwca zapadł zmrok - jeżeli możemy w ogóle mówić o zmroku w czerwcową, bezchmurną noc - a o godzinie 22:30 ponownie stało się tak jasno, że człowiek mógł czytać nawet drobny druk! Niebo pokryła gęsta mgła, ale na północnej stronie nieba zauważono świecącą ścianę, która emitowała tak jasne światło, że wszystkie budynki były oświetlone a giorno. Po pewnym czasie mgła się zupełnie rozproszyła, a niebo stało się na powrót modre, zaś jasność się rozszerzała od wschodu. Całe zjawisko trwało aż do białego rana, kiedy to Słońce wschodząc położyło kres tej jasności.

1 lipca, wieczorem fenomen ten powtórzył się jeszcze bardziej intensywnie. Silna burza, która się rozpętała po trzech tygodniach suszy, uspokoiła się dopiero przed wieczorem. Słońce powoli zachodziło i nadciągała noc. Naraz zauważyliśmy około godziny 23 coś, co wyglądało jak szeroki, czerwony pas, który przemieszczał się z północy na wschód. Na niebie wisiały ciężkie czarne chmury odchodzącej burzy, po której panowała cisza. [...] Pas ten rozszerzył się i wyglądał, jak łuna straszliwego pożaru. [...]

Koło północy chmury burzowe całkiem ustąpiły i jedynie przesłaniały widnokrąg na północy. Niebo wciąż było jasne i świeciło żółtym kolorem, potem ukazał się jasnozielony prążek, który szybko przeszedł ze szmaragdowej zieleni w soczysty błękit, kiedy na wschodzie wciąż gorzała żółć. Światło było tak intensywne, że z odległości 3,5 km widać było wyraźnie okna domów we wsi Lappeinen oraz całą okolicę. [...]

Potem, już po godzinie 1 w nocy, cały wschodni horyzont sczerwieniał, a potem całą tą uroczą krainę skąpała żółta zorza z północy, jak morze światła. Jej intensywność już nie zmieniła się do wschodu Słońca, kiedy to dzienne światło odesłało swego konkurenta do niewidzialnego królestwa.


4.2. Pomyłki astronomów.


Te zabarwione poetycko opisy barwnego fenomenu świetlnego stały się przedmiotem najróżniejszych uwag. Nie dziwota, że zabrali głos także astronomowie. Doniósł o tym w numerze z dnia 3 lipca „Preussicher Tageblatt”, którego czytelnicy dowiedzieli się, że dyrektor Berlińskiego Obserwatorium Astronomicznego w Treptow dr F. S. Archenholt:
... w nadchodzącą niedzielę 5 lipca, o godzinie 17, spotka się z Czytelnikami w salce posiedzeń Obserwatorium (restauracja Zenner, Treptower Chaussee 21) i odczyta meldunki obserwacyjne oraz zajmie stanowisko w stosunku do zagadkowych zjawisk niebieskich...

Tak też się stało.

Następną informację można znaleźć w „Göttingen-Grubenhagen-Zeitung” nr 156, z dnia 5 lipca 1908 roku:
W środowy wieczór, po zachodzie Słońca, niebo przedstawiało niezwykły widok. W jego północnej części pojawił się szeroki pas czerwonego i złotego światła. Dyrektor Archenholt z Obserwatorium Astronomicznego Berlin-Treptow skonstatował szybko, że zjawisko to przypomina mu fenomen z 1883 roku, tuż po wybuchu wulkanu Krakatau. Obłoki świecące silnym, żółtym blaskiem, były widoczne na wysokości powyżej 80 km. Możliwe, że obłoki te mają związek ze wzrostem aktywności słonecznej lub wyładowaniami atmosferycznymi. I nic nadto. Z   p o l s k i e g o   Królewca doniesiono nam, że i tam na całym wschodnim wybrzeżu było to zjawisko zaobserwowane; podobne wieści dotarły do nas z Londynu, Kopenhagi i Holandii. W Londynie przeważa opinia, że chodzi o zorzę polarną, która była tak jasna, że można było w jej świetle czytać gazetę. Z Rotterdamu donoszą, że północny horyzont był przez całą noc oświetlony przez cudowne i niezwykle barwne zorze - głównie żółte i pomarańczowe przechodzące w krwistą czerwień. Na północnym-wschodzie było tak jasno, jak we dnie, a na południu były widoczne ciemne chmury.

I to miała być zorza polarna? Przeczytamy o niej jeszcze na łamach heidelbergskiego periodyku „Schwäbischer Merkur”:
W nocy ze środy na czwartek można było z naszych gór oglądać piękną zorzę polarną, która zalała całe północne niebo do białego świtu swą poświatą i dosłownie wymazała zeń gwiazdy. Była widziana przez całą noc.

Nie! - to nie była zorza polarna, ani nawet niebezpieczna bliskość jakiegoś planety - jak przypuszczał hrabia C. von K-R., korespondent gazety „Preussicher Tageblatt”.

I wyjaśnienie podane przez dyrektora Archenholta z Berlińskiego OA, który przypisywał naturę zagadkowych zjawisk świetlnych temu samemu, co w przypadku wybuchu wulkanu Krakatau/Krakatoa/Rakata - także okazało się mylne.

Współcześnie trudno będzie ustalić, czy obserwowane zjawiska mają wspólną przyczynę z Tunguskim Dziwem, czy nie. Faktem bezspornym pozostaje natomiast dokładna lokalizacja tego wydarzenia.

To zdarzyło się w syberyjskiej tajdze. Na obszarze dorzecza Podkamiennej Tunguski...


4.3. Koniec świata o 7:17.


Jasny poranek zapowiadał nadejście upalnego dnia. Nad syberyjskim leśnym morzem rozpięło się ciemnoniebieskie niebo. Słońce wysyłało swe pierwsze promienie ku Ziemi, a ciszę pierwotnych lasów zakłócał jedynie przenikliwy gwizd lokomotywy pociągu na Transsyberyjskiej Magistrali; był to jedyny znak cywilizacji na niezamieszkałym terytorium Syberii Wschodniej do Krasnojarska. Kilku zaspanych pasażerów wystawiło głowy przez okno pozdrawiając nowy dzień. Była godzina 7:17 czasu miejscowego.[3]

I rozpętało się piekło!

To, co stało się potem nastąpiło tak szybko, że naoczni świadkowie nie mieli czasu, by zarejestrować bieg wydarzeń we właściwym porządku.
- Siedziałem na werandzie i patrzyłem w kierunku północnym, kiedy na południowym-wschodzie ujrzałem olbrzymi, ognisty błysk - wspominał potem rolnik S. P. Siemionow, kiedy opowiadał po raz pierwszy o tajemnicy Podkamiennej Tunguskiej w 1928 roku. Mieszkał i pracował on wtedy w faktorii Wanawara, oddalonej od epicentrum eksplozji o 65 km.

- Był on potwornie gorący, że nie mogłem tego wytrzymać. Koszula mi się przylepiła do ciała i odnosiłem wrażenie, że palą mi się plecy. Przez moment widziałem ogromną kulę ognia zakrywającą większość horyzontu. Niebo od razu pociemniało. Potem usłyszałem grzmot potwornej eksplozji, następnie dopadł mnie straszny wir powietrza, który mnie sponiewierał tak, że na kilka chwil straciłem przytomność. Kiedy się pozbierałem, usłyszałem nieprawdopodobny dźwięk przeszywający cały mój dom. Wszystkie szyby wyleciały z okien, stodoła otworzyła się sama, chociaż drzwi były zamknięte na skobel.

Inny naoczny świadek - P. P. Kozołapow[4] - który w tym czasie przebywał w domu Siemionowa opowiadał, że niesamowity żar przypalił mu uszy i instynktownie przykrył je dłońmi.

Do wydarzeń tych doszło stosunkowo niedaleko miejsca impaktu - epicentrum katastrofy. Także pasażerowie Kolei Transsyberyjskiej, której tory biegły w odległości niemal 700 km od niego twierdzili, że cudem tylko potworny huk nie uszkodził im bębenków usznych. I oni także widzieli kulę ognistą, która leciała na niebie z niewiarygodną prędkością. Promieniowanie świetlne tego obiektu było tak intensywne, że w porównaniu z nim zbladło Słońce!...

Po chwili płomieniste zjawisko znikło za północnym horyzontem i świadkowie usłyszeli ogłuszający huk. Na północy powstawał z wolna w niebo olśniewający słup ognia, który u szczytu miał grzybowaty obłok, wciąż zwiększający się przy akompaniamencie dalszych detonacji.

Ziemia zaczęła się chwiać, jak przy trzęsieniu ziemi. Lokomotywa i wagony zataczały się dziko i wydawało się, że wypadną z szyn... Przerażony maszynista zobaczył, jak tor przed nim zaczął się wyginać. Przytomnie zahamował woląc postawi pociąg w bezruchu, niż go wykoleić.

Niektórzy podróżni zostali wyrzuceni ze swych miejsc tym gwałtownym hamowaniem, ale na szczęście skończyło się na paru siniakach. Kiedy ziemia po kilku minutach się uspokoiła, maszynista powoli ruszył do przodu i pociąg wznowił swój bieg.



[1] Były to tzw. „srebrzyste obłoki”, które mają kształt zasłon czy draperii i nigdy nie mają ostrych konturów. Prawdopodobnie były one niezwykle gęste tej nocy...
[2] Dawniej Königsberg, dzisiaj Kaliningrad w Obwodzie Kaliningradzkim Federacji Rosyjskiej.
[3] Dokładny pomiar czasu zdjęty z sejsmogramów wskazywał godzinę 07h17m11s IRKT (czyli 00h17m11s GMT) dla miejscowości położonej na 60°55’N - 101°57’E - epicentrum eksplozji Tunguskiego Ciała Kosmicznego.
[4] Według innych źródeł: Kosołapow

czwartek, 21 marca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (5)

3.3. Dawno temu przed Hiroszimą.

Wszystkie te doniesienia znane były pewnemu człowiekowi, który w kilka miesięcy po bombardowaniu atomowym znalazł się na gruzach Hiroszimy. A był to dlań fascynujący widok, zaś szczególnie zainteresowało go to, co zostało z kwatery sztabu 5. DP japońskiej armii, który znajdował się w Zamku Hiroszima.

Był on właściwym celem amerykańskiego ataku i choć leżał on w gruzach - Little Boy eksplodował 500 m nad nim - ów zagraniczny korespondent nie mógł nie zwrócić uwagi na obraz, który był mu już skądinąd znany: drzewa w epicentrum wokół zburzonego zamku nie były specjalnie zniszczone przez falę detonacyjną!

Fala uderzeniowa, która wystąpiła zaraz po wybuchu bomby, dosłownie „ogoliła” je z gałęzi i czubów, zaś zwęglona kora spowodowała to, że drzewa wyglądały jak wyciągnięte ku niebu palce. Na pierwszy rzut oka przypominały one słupy telegraficzne. Uważny obserwator już coś takiego kiedyś widział - to było w jego kraju - w byłym Związku Radzieckim, w syberyjskiej tajdze. Aleksander Kazancew, fizyk akademicki i znany pisarz został wraz ze swym kolegą z AN ZSRR zaproszony do Japonii, aby zwiedził Hiroszimę i zapoznał się ze skutkami ataku jądrowego. Kiedy ujrzał rozmiary całej katastrofy, to uświadomił sobie doniosły fakt, że Hiroszima i Nagasaki   n i e   b y ł y   p i e r w s z y m i   ofiarami atomowej zagłady - wręcz na odwrót, amerykańskie bomby atomowe wydawały się być śmiesznymi petardami w porównaniu z morderczą siłą kosmicznego pocisku, który już przed 37 laty zniszczył powierzchnię 6.000 km2 syberyjskiego lasu w Krasnojarskiej Obłasti, na północny-zachód od jeziora Bajkał.

Szczególnie godnym uwagi było to, że w epicentrum wybuchu, w pobliżu rzeczki Chuszmo (prawy dopływ rzeki Czamby, która w odległości zaledwie 30 km od faktorii Wanawara wpada do Podkamiennej Tunguskiej), drzewa były pozbawione kory, gałęzi i wierzchołków - identycznie jak w Hiroszimie. I tak jak one stały pionowo... Lasowi temu nadano nazwę: Лес Телеграфических Столбов - Las Słupów Telegraficznych.

Aleksander Kazancew skonfrontował się z tym zjawiskiem bardzo blisko. Urodzony w syberyjskim mieście Akmolińsku, studiował potem w uniwersytetach Tomska i Omska, a potem podjął pracę w Instytucie Technologicznym w Tomsku, gdzie został jednym z najznamienitszych uralskich technologów.

Po wybuchu II Wojny Światowej wstąpił do Armii Czerwonej, ale zwolniono go ze służby liniowej na froncie. Pracował na kierowniczym stanowisku w Moskwie nad nowymi rodzajami uzbrojenia. Za zasługi na tym polu został odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy.

Jest on także poczytnym pisarzem - jego scenariusz pt. „Arenida” wziął pierwszą nagrodę w konkursie, i choć nigdy go nie sfilmowano, to Kazancew przerobił go na powieść i wydał pod tytułem „Płonąca wyspa”, która okazała się bestsellerem!

Po wojnie zajął się na serio pisaniem i rychło stał się autorem poczytnych powieści s-f o tematyce paleokontaktów w prehistorii Ludzkości. Wreszcie zajął się badaniem wydarzenia, które zainteresowało go podwójnie - z zawodowego i pisarskiego punktu widzenia.

To, że Aleksander Kazancew tak bardzo zajął się Tunguskim Fenomenem z 1908 roku wynikało z jego syberyjskich studiów w młodzieńczych latach. Już wtedy wysuwano różne hipotezy na temat tego incydentu, dlatego też Kazancew zaczął się zaznajamiać z różnymi informacjami na temat tej tajemniczej eksplozji i zbierać materiał dowodowy.


3.4. Kiedy Ogda zstąpił z niebios.


Kiedy po latach, ten Rosjanin stanął na gruzach Hiroszimy, przypomniały mu się słowa tunguskiego szamana, które sobie dobrze zapamiętał, a tłumaczące dlaczego Ewenkowie mieszkający na terenach północy byłego ZSRR tak uparcie odmawiali wstępu na teren katastrofy:
Ani my, ani nasze dzieci nie zapomnimy tego, co tam się stało. po straszliwym wybuchu, w niebo zaczął piąć się obłok w kształcie drzewa, którego korona stale się zwiększała i świeciła niesamowicie białym światłem. Tam, gdzie to się stało, ziemia zamieniła się w pustynię, drzewa obróciły się w kamień i nie rośnie tam ani jedno źdźbło trawy. Bóg Ogda (Ogdy) zstąpił na ziemię i spalił naszych ludzi niewidzialnym ogniem!...

Czyżby więc ów   n i e w i d z i a l n y   o g i e ń   nie był promieniowaniem radioaktywnym po wybuchu w tunguskiej tajdze, i któremu można było przypisać tajemnicze zachorowania ludzi i zwierząt? Etnograf I. M. Susłow w roku 1926, w rozmowach z naocznymi świadkami eksplozji aż od 60 Tunguzów dowiedział się, że detonacja wywołała u reniferów rodzaj   l i s z a j u ,  którego przed tym wydarzeniem na tych terenach nigdy nie było. Także członek AN ZSRR Giennadij Plechanow udał się - w kilka dziesięcioleci po wydarzeniu - w tajgę, by tam przesłuchać jeszcze żyjących 20 naocznych świadków, na okoliczność pojawienia się dziwnej choroby, która dotknęła członków ich rodzin. Dowiedział się on, że   w s z y s t k i e   przypadki tej choroby kończyły się śmiertelnym zejściem. Czyżby zatem szło o skutki napromieniowania tych ludzi promieniowaniem jonizujacym?

Praca Plechanowa jednak nie doprowadziła do żadnego wniosku. Opowieści rdzennych Tunguzów wydawały mu się niedorzecznymi. A może jego kolega bał się wyciągnąć konkretne wnioski?... - taka myśl naszła Kazancewa jeszcze   z a n i m   jego wzrok padł na ruiny Hiroszimy.

Obraz zniszczeń, który miał przed sobą, na trwale wrył mu się w pamięć. To, czego dowiedział się o przebiegu i skutkach nuklearnego ataku jednoznacznie oznajmiło mu, że w danym przypadku   i s t n i e j e   bezpośredni związek pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami!!!

I wtedy to dokładnie Kazancew zrozumiał, że należy odkurzyć wiadomości o wydarzeniach z 1908 roku. Postanowił on zbadać każdy ślad, jaki uda mu się znaleźć. Przede wszystkim należało odpowiedzieć na pytanie: jak to się stało, że obiekt ten spowodował tak straszliwe zniszczenia? Przecież doszło tam do wybuchu o energii eksplozji kilku czy nawet kilkudziesięciu bomb wodorowych; efekty działania były wszak 2.000 razy większe, niż w przypadku bomb z Hiroszimy i Nagasaki!

A zatem, czy był to sztucznie wytworzony obiekt, który przed 37 laty spustoszył eksplozją rozległy obszar jego ukochanej Syberii? Czy 30 czerwca 1908 roku nie spadła tam jądrowa bomba? A może... - a może wybuchnął tam jakiś pozaziemski statek kosmiczny???...

Aleksander Kazancew nie zmienił już swego poglądu i bez wahania przystąpił do udowodnienia swego przypuszczenia.     

wtorek, 19 marca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (4)


3. Odliczanie wsteczne.

3.1. Rano, 6 sierpnia...

Druga Wojna Światowa była już rozstrzygnięta, jedynie Japończycy stawiali jeszcze zajadły opór i nie chcieli kapitulować. Prezydent USA Harry S. Truman postanowił użyć tego strasznego środka walki, jakim jest bomba A, by zakończyć ten zaciekły opór wyznawców Kodeksu Buszido. 6 sierpnia 1945 roku, o godzinie 08:15 czasu miejscowego, pierwsza amerykańska bomba atomowa spadła na japońskie miasto Hiroszima, jak piorun z jasnego nieba. Ta śmiercionośna broń została zrzucona na otwarte miasto przez pilota bombowca B-29 Enola Gay  z wysokości 9.300 m, i eksplodowała na wysokości 500 m nad głowami ludzi. A dokładniej nad Zamkiem Hiroszima, który był siedzibą sztabu armii i celem tego ataku.

Little Boy, bo takie było oznaczenie kodowe tej bomby A, został skonstruowany w oparciu o zasadę reakcji łańcuchowej przebiegającej w izotopie uranu - 235U, zrobił w Hiroszimie piekło na ziemi. Światowe agencje prasowe i filmowe prześcigały się w opisie tego, co stało się w nieszczęsnym mieście. Opisywano, że w momencie eksplozji w niebo wystrzelił ognisty słup, z którego wierzchołka oddzieliła się ognista kula, świecąca jaśniej od Słońca. Huk wybuchu był słyszany w odległości kilkuset kilometrów, a stacje sejsmiczne zarejestrowały wstrząs podziemny na całej planecie.

Następne noce po wybuchu były jasne, a to ze względu na fosforyzujące pałanie obłoków, które powoli przesuwały się po niebie.
W trzy dni po pierwszym, na Japonię poleciał drugi posłaniec śmierci. Atomowa bomba Fat Man zniszczyła drugie miasto - Nagasaki. Obydwa japońskie miasta stały się ofiarami broni, której energii nie mogły równać się żadne chemiczne środki wybuchowe. Energię atomowych eksplozji mierzy się w kilotonach. Jest to jednostka wynosząca 1.000 ton konwencjonalnego materiału wybuchowego znanego pod nazwą trotyl, TNT, a dokładniej 2,4,6-trójnitrotoluen. Później - po próbach z bombami wodorowymi - wprowadzono drugą jednostkę mocy wybuchu nuklearnego - megatonę (Mt TNT) czyli 1.000.000 ton TNT!...

Bomba Little Boy miała ładunek wybuchowy złożony z 235U i jego moc eksplozji oszacowano na 20 kt TNT, ale nie w tym tkwi sedno sprawy. W przypadku wybuchu chemicznego TNT jego skutki są mniej szkodliwe, niż w przypadku wybuchu nuklearnego tej samej mocy, a to dlatego, że dochodzą do tego konsekwencje rozpadu jąder atomowych w czasie reakcji łańcuchowej. Wybuch konwencjonalny razi cel(e) falami uderzeniowymi i rozlotem odłamków, zaś wybuch nuklearny razi je jeszcze dodatkowo błyskiem promieniowania świetlnego, termicznego i przenikliwego, błyskiem neutronowym i opadem promienistym - fall-out’em. Temperatura reakcji łańcuchowej wynosi aż 300.000 K, a jej działanie jest literalnie apokaliptyczne! Rozszerza się z prędkością światła i niszczy wszystko, co napotka na swej drodze. Drewno zapala się w odległości ½ km od punktu zerowego, zaś zwęgla się w odległości do 3 km!

Ekspandujący żar przechodzi w destrukcyjną falę. Promieniowanie  termiczne (IR) zapala wszystkie łatwopalne przedmioty, ale płomienie są gaszone falami uderzeniowymi po eksplozji. Jeszcze w odległości 1.200 m od punktu zero, temperatura wynosi od 2.000 K do 2.300 K, co wystarczy, by zapalić większość materiałów produkowanych przez naszą cywilizację.

A potem następuje cios fali uderzeniowej. W ciągu 3 sekund przemierza ona 1,5 km, a po 8 - dwukrotnie więcej. Pod jej straszliwym ciśnieniem wala się w gruzy lżejsze konstrukcje budowlane, zaś te cięższe są silnie uszkadzane. Potem następuje coś, czego nie ma w klasycznym wybuchu chemicznym - wtórne fale udarowe, które dopełniają dzieła zniszczenia. Wtórna fala uderzeniowa jest bardziej niebezpieczna od pierwszej - jej energia jest nawet do ośmiu razy większa od energii fali pierwotnej!!!...

Ale to jeszcze nie wszystko. Rozpoczęta reakcja łańcuchowa cały czas trwa. We wnętrzu kuli ognistej (jaśniejszej niż tysiąc słońc - jak pisał Robert Jungk w swej książce „Heller als Tausend Sonnen”) powstaje próżnia zasysająca powietrze. Dla tych, którzy mieli pecha znaleźć się w punkcie zero i nie zostali zabici falami uderzeniowymi, promieniowaniem czy innymi czynnikami rażącymi, następuje sądny dzień, zostają oni wessani w głąb kuli ognistej. Budowle są literalnie rozdzierane na strzępy przez ogromne różnice ciśnień, a ich szczątki zostają wyrzucone wysoko w powietrze. Wszystko płonie i poszerza się krąg płomienistego piekła...

3.2. Śmiercionośna kula ognista.

Aby hiroszimska bomba spowodowała jak największe zniszczenia, odpalono ją na wysokości 500 m nad celem. Kula ognista wybuchu jądrowego od razu rozszerzyła się na 800 m, przy czym zetknęła się z ziemią, czego efektem było to, że ¼ mieszkańców poniosła silne oparzenia i zwęglenie ciała (oparzenia III stopnia). W Hiroszimie i Nagasaki bezpośrednio po wybuchach odczuto nie tylko termiczne, ale także promieniste oparzenia. Działały tam promienie γ i neutrony, oddziałujące na wszystko, co żyje w promieniu 2 km od punktu zerowego eksplozji. Przenikały one nawet przez grube ściany. Po atomowych eksplozjach zostały zatrute gleba, woda i powietrze. Źródłem śmiertelnych dawek promieniowania był pył, który spadał na ziemię w postaci czarnego deszczu. Trwało to nieskończone 90 minut, a ludzie byli wystawieni na jego działanie bez jakiejkolwiek osłony antyradiacyjnej.[1]

W samej Hiroszimie atak jądrowy pozbawił życia 236.000 ludzi, a ponad 200.000 hospitalizowano wskutek choroby popromiennej.
- To było, jak bezgłośny piorun - opowiadali naoczni świadkowie, którym dane było przeżyć ten najstraszniejszy moment ich życia. Wspominali to potem, jako „ognistą, słoneczną ścianę”.[2]

Wolfgang Hingst w swej książce pt. „Bomba zegarowa imieniem radioaktywność” podaje straszliwy bilans efektów atomowego ataku na dwa miasta japońskie w 1945 roku:
Z 24.000 Japończyków, którzy byli eksponowani na dawkę rzędu 130.000 mrem[3] zmarło na raka o 100 więcej osób, jakby to wynikało z szacunków za lata 1945-66. U dzieci, które pochłonęły dawkę 250.000 mrem, po 25 latach nie stwierdzono nadumieralności wskutek chorób nowotworowych. U Japończyków napromieniowanych dawkami poniżej 100.000 mrem, w czasie 30 lat nie stwierdzono żadnych skutków zdrowotnych napromieniowania.[4]

Zakłada się zatem, że istnieje jakiś próg napromieniowania, poniżej którego nie jest ono szkodliwe dla zdrowia. Jednakże spornym jest wysokość tego progu, a laureat Nagrody Nobla prof. Burnet naraził się przy podobnych uwagach na sprzeciw swych kolegów.

Tak czy inaczej, co może zmienić straszliwe efekty działania jądrowego czy termojądrowego piekła? Co trzeba by powiedzieć, by skończyła się akademicka dyskusja na temat pro czy kontra atomowemu progowi???...

Naoczni świadkowie z roku 1945 jednogłośnie relacjonowali, że do próżni wytworzonej przez kulę ognistą były zasysane szczątki zburzonych domów, które jeszcze uniknęły szalejącego pożaru. Dachówki, tynk, cegły i konstrukcje drewniane były wyrzucone w powietrze i na wysokości 15.000 m utworzyły grzybowaty obłok koloru białego. W meldunku, który podali piloci B-29 czytamy, że w samym bombowcu dało się słyszeć dwa uderzenia, i wszyscy myśleli, że w bezpośredniej bliskości samolotu eksplodowały dwa granaty z zenitówek japońskiej obrony plot. Hiroszima i doki poza granicami miasta, były pokryte ciemną warstwą pyłu, który powoli łączył się z pyłowo-dymowym słupem na niebie. Dalej w meldunku pisze się tak:
Obłok wykazywał silne turbulencje, a na jego powierzchni były widoczne ogniste błyskawice. Grubość pylnego obłoku wynosiła jakieś 5 km. Jeden z obserwatorów zrobił uwagę, że wyglądało to tak, jakby eksplodowało całe miasto, przy czym od dołu pięły się słupy pyłu i zbliżały do samolotu...

Tylko w samej Hiroszimie zostało zniszczonych 46 km2 powierzchni mieszkalnej. W promieniu 800 m od punktu zerowego nie pozostał kamień na kamieniu. 50.000 z całkowitej ilości 75.000 domów miejskiej zabudowy zostało całkowicie zniszczonych, zaś 18.000 budynków dosięgło częściowe zniszczenie. Jeszcze w odległości 13 km od epicentrum atomowego kataklizmu stwierdzono wybicie szyb i naruszenie ścian domów.

3.3. Dawno temu przed Hiroszimą.

Wszystkie te doniesienia znane były pewnemu człowiekowi, który w kilka miesięcy po bombardowaniu atomowym znalazł się na gruzach Hiroszimy. A był to dlań fascynujący widok, zaś szczególnie zainteresowało go to, co zostało z kwatery sztabu 5. DP japońskiej armii, który znajdował się w Zamku Hiroszima.

Był on właściwym celem amerykańskiego ataku i choć leżał on w gruzach - Little Boy eksplodował 500 m nad nim - ów zagraniczny korespondent nie mógł nie zwrócić uwagi na obraz, który był mu już skądinąd znany: drzewa w epicentrum wokół zburzonego zamku nie były specjalnie zniszczone przez falę detonacyjną!

Fala uderzeniowa, która wystąpiła zaraz po wybuchu bomby, dosłownie „ogoliła” je z gałęzi i czubów, zaś zwęglona kora spowodowała to, że drzewa wyglądały jak wyciągnięte ku niebu palce. Na pierwszy rzut oka przypominały one słupy telegraficzne. Uważny obserwator już coś takiego kiedyś widział - to było w jego kraju - w byłym Związku Radzieckim, w syberyjskiej tajdze. Aleksander Kazancew, fizyk akademicki i znany pisarz został wraz ze swym kolegą z AN ZSRR zaproszony do Japonii, aby zwiedził Hiroszimę i zapoznał się ze skutkami ataku jądrowego. Kiedy ujrzał rozmiary całej katastrofy, to uświadomił sobie doniosły fakt, że Hiroszima i Nagasaki   n i e   b y ł y   p i e r w s z y m i   ofiarami atomowej zagłady - wręcz na odwrót, amerykańskie bomby atomowe wydawały się być śmiesznymi petardami w porównaniu z morderczą siłą kosmicznego pocisku, który już przed 37 laty zniszczył powierzchnię 6.000 km2 syberyjskiego lasu w Krasnojarskiej Obłasti, na północny-zachód od jeziora Bajkał.

Szczególnie godnym uwagi było to, że w epicentrum wybuchu, w pobliżu rzeczki Chuszmo (prawy dopływ rzeki Czamby, która w odległości zaledwie 30 km od faktorii Wanawara wpada do Podkamiennej Tunguskiej), drzewa były pozbawione kory, gałęzi i wierzchołków - identycznie jak w Hiroszimie. I tak jak one stały pionowo... Lasowi temu nadano nazwę: Лес Телеграфических Столбов - Las Słupów Telegraficznych.

Aleksander Kazancew skonfrontował się z tym zjawiskiem bardzo blisko. Urodzony w syberyjskim mieście Akmolińsku, studiował potem w uniwersytetach Tomska i Omska, a potem podjął pracę w Instytucie Technologicznym w Tomsku, gdzie został jednym z najznamienitszych uralskich technologów.

Po wybuchu II Wojny Światowej wstąpił do Armii Czerwonej, ale zwolniono go ze służby liniowej na froncie. Pracował na kierowniczym stanowisku w Moskwie nad nowymi rodzajami uzbrojenia. Za zasługi na tym polu został odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy.

Jest on także poczytnym pisarzem - jego scenariusz pt. „Arenida” wziął pierwszą nagrodę w konkursie, i choć nigdy go nie sfilmowano, to Kazancew przerobił go na powieść i wydał pod tytułem „Płonąca wyspa”, która okazała się bestsellerem!

Po wojnie zajął się na serio pisaniem i rychło stał się autorem poczytnych powieści s-f o tematyce paleokontaktów w prehistorii Ludzkości. Wreszcie zajął się badaniem wydarzenia, które zainteresowało go podwójnie - z zawodowego i pisarskiego punktu widzenia.

To, że Aleksander Kazancew tak bardzo zajął się Tunguskim Fenomenem z 1908 roku wynikało z jego syberyjskich studiów w młodzieńczych latach. Już wtedy wysuwano różne hipotezy na temat tego incydentu, dlatego też Kazancew zaczął się zaznajamiać z różnymi informacjami na temat tej tajemniczej eksplozji i zbierać materiał dowodowy.

3.4. Kiedy Ogda zstąpił z niebios.

Kiedy po latach, ten Rosjanin stanął na gruzach Hiroszimy, przypomniały mu się słowa tunguskiego szamana, które sobie dobrze zapamiętał, a tłumaczące dlaczego Ewenkowie mieszkający na terenach północy byłego ZSRR tak uparcie odmawiali wstępu na teren katastrofy:
Ani my, ani nasze dzieci nie zapomnimy tego, co tam się stało. po straszliwym wybuchu, w niebo zaczął piąć się obłok w kształcie drzewa, którego korona stale się zwiększała i świeciła niesamowicie białym światłem. Tam, gdzie to się stało, ziemia zamieniła się w pustynię, drzewa obróciły się w kamień i nie rośnie tam ani jedno źdźbło trawy. Bóg Ogda (Ogdy) zstąpił na ziemię i spalił naszych ludzi niewidzialnym ogniem!...

Czyżby więc ów   n i e w i d z i a l n y   o g i e ń   nie był promieniowaniem radioaktywnym po wybuchu w tunguskiej tajdze, i któremu można było przypisać tajemnicze zachorowania ludzi i zwierząt? Etnograf I. M. Susłow w roku 1926, w rozmowach z naocznymi świadkami eksplozji aż od 60 Tunguzów dowiedział się, że detonacja wywołała u reniferów rodzaj   l i s z a j u ,  którego przed tym wydarzeniem na tych terenach nigdy nie było. Także członek AN ZSRR Giennadij Plechanow udał się - w kilka dziesięcioleci po wydarzeniu - w tajgę, by tam przesłuchać jeszcze żyjących 20 naocznych świadków, na okoliczność pojawienia się dziwnej choroby, która dotknęła członków ich rodzin. Dowiedział się on, że   w s z y s t k i e   przypadki tej choroby kończyły się śmiertelnym zejściem. Czyżby zatem szło o skutki napromieniowania tych ludzi promieniowaniem jonizujacym?

Praca Plechanowa jednak nie doprowadziła do żadnego wniosku. Opowieści rdzennych Tunguzów wydawały mu się niedorzecznymi. A może jego kolega bał się wyciągnąć konkretne wnioski?... - taka myśl naszła Kazancewa jeszcze   z a n i m   jego wzrok padł na ruiny Hiroszimy.

Obraz zniszczeń, który miał przed sobą, na trwale wrył mu się w pamięć. To, czego dowiedział się o przebiegu i skutkach nuklearnego ataku jednoznacznie oznajmiło mu, że w danym przypadku   i s t n i e j e   bezpośredni związek pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami!!!

I wtedy to dokładnie Kazancew zrozumiał, że należy odkurzyć wiadomości o wydarzeniach z 1908 roku. Postanowił on zbadać każdy ślad, jaki uda mu się znaleźć. Przede wszystkim należało odpowiedzieć na pytanie: jak to się stało, że obiekt ten spowodował tak straszliwe zniszczenia? Przecież doszło tam do wybuchu o energii eksplozji kilku czy nawet kilkudziesięciu bomb wodorowych; efekty działania były wszak 2.000 razy większe, niż w przypadku bomb z Hiroszimy i Nagasaki!

A zatem, czy był to sztucznie wytworzony obiekt, który przed 37 laty spustoszył eksplozją rozległy obszar jego ukochanej Syberii? Czy 30 czerwca 1908 roku nie spadła tam jądrowa bomba? A może... - a może wybuchnął tam jakiś pozaziemski statek kosmiczny???...

Aleksander Kazancew nie zmienił już swego poglądu i bez wahania przystąpił do udowodnienia swego przypuszczenia.    


[1] W późniejszych czasach Japończycy ukuli nazwę dla tego zjawiska shi no hai - dosł.: popiół śmierci - po wypadku kutra rybackiego MV Fukuruyu Maru, który w dniu 1 marca 1954 roku dostał się w strefę opadu radioaktywnego fall-out’u powstałego po amerykańskim teście bomby wodorowej o kryptonimie Castle na atolu Bikini. Kuter został pokryty promieniującymi resztkami koralowców zawierającymi izotopy: 106Ru*, 106Rh, 129mTe*, 129Te, 95Zr*, 95Nb*, 144Ce, 144Pr*, 89Sr, 90Sr* i 90Y. Sumaryczna dawka napromieniowania wyniosła 27-440 radów. Podobny los spotkał załogi statków japońskich: MV Misaki Maru, Dzin-cuga-wa Maru, Kansai Maru oraz amerykański MV Gunners Knot. 
[2] Stąd właśnie wzięła się japońska nazwa bomby atomowej - pikadon = piorun.
[3] Mrem - miliremów.
[4] Co wcale nie znaczy, że efekty letalne nie pokażą się w następnych pokoleniach. Dzisiaj, w roku 2002, w dalszym ciągu umierają ludzie wskutek działania efektów napromieniowania w czasie ataku atomowego na obydwa miasta japońskie.