piątek, 8 marca 2013

DODATEK – Relacja adm. Byrda.




Admirał Richard Eretyn Byrd wywodził się z jednej z najlepszych rodzin w Wirginii. Jeden z członków  jego rodziny założył w 1737 roku Richmond, stolicę Wirginii.

Urodził się 24 października 1888 roku w Winchester (Wirginia) Uczęszczał najpierw do szkół w swoim mieście rodzinnym. Wkrótce okazało się, że płynie w nim krew poszukiwacza przygód. Już w wieku 12 lat przedsięwziął podróż dookoła świata. Ostatecznie ukończył szkołę wojskową w Wirginii i wstąpił do akademii morskiej, gdzie w 1912 roku otrzymał dyplom. Trzy lata później jako 27 letni oficer marynarki ożenił się z dziewczyną z dystyngowanej rodziny z Nowej Anglii, gzie wówczas wraz ze swoją rodziną mieszkał.

 W czasie II wojny światowej Byrd dowodził amerykańską marynarką na kanadyjskich wodach. W 1922 roku został mianowany na stopień komandora-porucznika w stanie spoczynku. Zdecydował się wówczas całkowicie  poświęcić badaniom nad biegunami polarnymi.

W roku 1926 przeleciał pierwszy raz nad biegunem północnym, a w czerwcu następnego roku przedsięwziął dramatyczny lot transatlantycki z Nowego Jorku do Ver-sur-Mer w Normandii. 6000 kilometrów przebył w 46 godzin. Byrd przewodził tez wyprawom na Arktykę, a w roku 1929 za swoje zasługi został awansowany na stopień kontradmirała. Jednak swoje największe odkrycia miał dopiero przed sobą. W 1947 roku wleciał 2700 kilometrów w otwór ziemi na biegunie północnym. Dziewięć lat później, 13 stycznia 1956 roku uczynił to samo na biegunie południowym. Tym razem jednak wleciał 3700 kilometrów do wnętrza ziemi. Zmarł 2 marca 1957roku nie doczekawszy się oficjalnej publikacji swoich dzienników.

Przedmowa Admirała Byrda

Ten dziennik piszę w tajemnicy, zawiera on moje notatki na temat lotu nad Arktyką, który miał miejsc 19 lutego 1947 roku. Jestem pewien, że nadejdzie taki czas, kiedy wszystkie domysły i rozważania ludzi przemienią się w błahostki i że nie zbitość oczywistej prawdy wygra w tej walce. Wolność słowa jest mi zabrana, nie mogę opublikować swoich notatek i być może nigdy nie ujrzą one światła dziennego. Lecz wypełniłem swoje zadanie i to, co przeżyłem przeczytasz w moich notatkach. Jestem dobrej myśli, mam nadzieję, że nadejdzie taki czas, kiedy żądza i władza pewnej grupy ludzi nie będzie w stanie powstrzymać prawdy.

Z dziennika pokładowego

Mamy poważne turbulencje powietrzne. Wznosimy się na wysokość 2.900 stóp (około 885 metrów). Warunki lotu są dobre. Pod nami widzimy ogromne masy śniegu i lodu. Spostrzegamy, że śnieg pod nami jest zabarwiony na żółto. Zabarwienie to ma prosty wzór. Schodzimy niżej, aby lepiej się temu zjawisku przyjrzeć. Teraz możemy rozpoznać także inne kolory jak czerwony oraz lila wzory. Przelatujemy nad tym obszarem jeszcze dwa razy,
Żeby potem znowu wrócić na nasz dotychczasowy kurs. Łączymy się z naszą bazą przekazując wszystkie informacje dotyczące wzorów i zabarwienia śniegu i lodu. Nasze kompasy wariują. Zarówno kompas magnetyczny jak i żyrokompas kręcą się wokół i wibrują. Nie możemy za pomocą naszych przyrządów sprawdzić miejsca lokalizacji i kierunku.     Pozostaje nam tylko kompas słoneczny. Dzięki niemu możemy utrzymać kierunek. Wszystkie przyrządy działają bardzo wolno. Możemy  stwierdzić oblodzenie. Przed sobą widzimy góry.
                                              
---oooOooo---

Wznosimy się na wysokość 2.950 stóp (ok. 900 m.). Znowu wchodzimy w turbulencje.
---oooOooo---

Przed 29 minutami widzieliśmy po raz pierwszy góry. Nie pomyliliśmy się. Mamy przed sobą całe pasmo górskie. Nie jest zbyt duże. Nigdy przedtem go nie widziałem.

---oooOooo---

Przelatujemy bezpośrednio nad pasmem gór. Lecimy prosto, ciągle w kierunku północnym.

---oooOooo---

Za pasmem górskim znajduje się mała dolina. Przez dolinkę tą przepływa rzeka. Jesteśmy zdziwieni: przecież tu nie może być żadnej tego typu doliny tym bardziej zielonej. Nic z tego nie rozumiemy. Pod nami muszą być masy śniegu i lodu a tu po lewej stronie widać zieleń drzew, które porastają góry. Nasze przyrządy nawigacyjne w ogóle nie działają.

---oooOooo---

Schodzę 1550 stóp (ok. 470 m.) w dół.

---oooOooo---

Obracam samolot ostro na lewo. Tylko w taki sposób mogę lepiej zobaczyć dolinę pod nami. Ta zieleń nie ma prawa tu być . Cała dolina i zbocza gór pokryte są drzewami i mchem. Jest tu inne oświetlenie, nie widać już tu słońca,.

---oooOooo---

Znowu skręcamy w lewo. Spostrzegamy ogromne zwierzę pod nami. To mógłby być słoń. Nie ! To nieprawdopodobne, ale on wygląda jak mamut .

---oooOooo---

Schodzę jeszcze niżej. Jesteśmy na wysokości 1000 stóp (ok. 305m.).

---oooOooo---

Patrzymy na to zwierzę przez lornetkę: to mamut lub bardzo podobne do niego zwierzę. Informujemy o tym bazę, opisuję to co widzimy.

---oooOooo---

  Tymczasem przelatujemy nad resztą małych, porośniętych drzewami i mchem gór.
Znowu jestem zdziwiony, nic nie rozumiem. Wszystkie przyrządy działają. Zrobiło się ciepło jest 74 stopnie Fahrenheita ( 23 st. C. ) na termometrze. Trzymamy kurs.  Po paru  minutach kontakt drogą radiową z bazą został zerwany , sprzęt łącznościowy przestał działać.

Teren pod nami staje się coraz bardziej płaski. Nie wiem , czy dobrze się  wyrażę , ale wszystko dzieje się  zupełnie normalnie – przed nami wyłania się miasto !!! TO NIE MOŻLIWE . Wszystkie przyrządy przestają działać. Tracimy kontrolę nad samolotem. Mój boże co tu się dzieje, co będzie z nami.


---oooOooo---
                                                
Widzimy jakieś  latające obiekty. Są one bardzo szybkie i lecą równolegle do toru naszego samolotu. Są tak blisko, że mogę dokładnie zobaczyć ich oznaczenia. Jest na nich pewien ciekawy  symbol przypomina swastykę. Nie mam pojęcia gdzie trafiliśmy nie wiem gdzie jesteśmy ani co się z nami stało. Sprawdzam nasze przyrządy, nadal nie działają.

---oooOooo---

Zostajemy otoczeni przez pojazdy w kształcie talerza. Mamy poczucie osaczenia, pułapki. Latające obiekty promieniują własnym światem.

---oooOooo---

Coś zawarkotało w naszym radiu* Jakiś głos zaczął mówić do nas po angielsku z niemieckim akcentem:
„WITAMY NA NASZYM TEYTORIUM, ADMIRALE!!! Dokładnie za siedem minut pozwolimy wam lądować. Proszę się odprężyć Admirale nic złego się wam nie stanie.”
Od tego moment nasze silniki przestały działać. Kontrola nad naszym samolotem jest w obcych rękach.

---oooOooo---

Otrzymujemy właśnie kolejną informację, po czym niezwłocznie zaczynamy lądować. Przez cały nasz samolot przechodzi ledwo zauważalne, lekkie drżenie. Samolot opada ku ziemi. Odnosimy wrażenie jak byśmy znajdowali się w jakiejś ogromnej, przezroczystej windzie. Unosimy się lekko nad ziemią, dotykanie ziemi jest ledwo odczuwalne. Jednocześnie czujemy krótkie, lekkie uderzenie.

---oooOooo---

W pośpiechu robię mój ostatni pokładowy zapis.

---oooOooo---

Grupa kilku mężczyzn podchodzi do naszego samolotu. Są wysocy i mają blond włosy. Dalej, wgłębi widzę oświetlone miasto. Wydaje się ono promieniować kolorami tęczy. Mężczyźni są chyba nieuzbrojeni. Nie wiem, co nas jeszcze czeka. Jakiś głos wzywa wyraźnie moje imię i wydaje mi rozkaz – „Otwierać!” Jestem posłuszny i wykonuję ten rozkaz.

---oooOooo---

Tutaj kończą się moje zapiski w dzienniku.

---oooOooo---

Wszystko co dalej następuje, piszę z mojej pamięci.

---oooOooo---

To jest nieprawdopodobne, nie potrafię tego opisać i gdybym sam tego nie przeżył, uznałbym to za całkowite szaleństwo.
Obydwaj, mój radiooperator i ja zostajemy wyprowadzeni z samolotu i nad wyraz serdecznie powitani. Następnie jesteśmy prowadzeni do ruchomego krążka, który służy tu jako środek poruszania się. Nie ma on żadnych kół. Z ogromną prędkością zbliżamy się do świecącego miasta. Bogactwo barw miasta tworzy jakiś materiał podobny kryształowi, z którego zresztą jest ono zbudowane. Wkrótce zatrzymujemy się przed imponującym budynkiem. Takiej architektury jeszcze nigdy dotąd nie widziałem. Nie da się jej z niczym porównać. Dostajemy ciepły napój, który smakuje inaczej niż wszystko, co do tej pory spożywałem w życiu.. Żaden napój i żadna potrawa nie ma porównywalnego smaku. Smakuje po prostu inaczej, smakuje wspaniale.
Po upływie ok.10 min. ,zjawiło się dwóch z naszych gospodarzy. Przemawiają do mnie i oznajmiają, że mam z nimi iść. Nie widzę innego wyboru jak tylko wykonać ich rozkaz. Rozdzielamy się więc. Zostawiłem mojego radiooperatora i ruszyłem z nimi we wskazanym kierunku.
Następnie wchodzimy do windy. Poruszamy się w dół. Gdy się zatrzymujemy, drzwi otwierają się cicho do góry. Idziemy przez długie przejście w rodzaju tunelu, które jest oświetlone jasnoczerwonym światłem, które wydaje się promieniować przez ściany. Podchodzimy do dużych drzwi. Nad nimi znajduje się napis, o którym nie wolno mi mówić. Drzwi otwierają się bez najmniejszego szelestu. Jakiś głos nakazuje mi wejść do środka.
„Niech się pan nie boi, Admirale” uspokaja mnie głos jednego z moich towarzyszy. „Zostanie pan przyjęty przez mistrza.”
A więc wchodzę. Oślepia mnie różnorodność barw, światło, które wypełnia pomieszczenie, moje oczy, nie wiem co się dzieje, muszą przyzwyczaić się do tego stanu. Dopiero po chwili mogę cokolwiek rozpoznać, z wszystkiego, co mnie otacza.
To co teraz widzę, jest czymś najpiękniejszym, cokolwiek w życiu widziałem. Nie jestem w stanie opisać tego co widzę. To jest wspaniałe, piękne, cudowne. Myślę, że nie istnieje taki język na Ziemi, za pomocą, którego można by to opowiedzieć-zabrakłoby słów.
Moje rozważania zostają przerwane przez melodyjny, ciepły, serdeczny  głos: „Czuję się zaszczycony, iż mogę pana powitać w naszej krainie, Admirale.” Przede mną znajduje się mężczyzna o szlachetnej budowie ciała, pogodnej twarzy, na której widać znamiona czasu. Siedzi na imponującym stole i ruchem ręki daje mi do zrozumienia, że mam zająć miejsce na jednym z przygotowanych wcześniej krzeseł. Wykonuję ten rozkaz. Następnie układa swoje dłonie tak, że koniuszki jego palców zostają scalone. Uśmiecha się do mnie.

„Przywołaliśmy pana do nas, bo ma pan na górze, w świecie duże znajomości”

„Na górze w świecie?”, z trudem łapałem oddech. „Tak”, i w ten sposób mistrz rozwiał moje wątpliwości, „Jest pan teraz w królestwie Aranni, we wnętrzu świata. Wkrótce pana misja tutaj zostanie zakończona, wkrótce wróci pan na powierzchnię ziemi. Ale najpierw muszę panu powiedzieć, dlaczego pana tu wezwałem, Admirale. Śledzimy wydarzenia na górze na ziemi. Nasze zainteresowanie wzrosło, gdy zrzuciliście pierwsze bomby atomowe na Hieroszimę i Nagasaki. W każdym tak strasznym momencie wkraczamy naszymi pojazdami w Wasz świat. Musimy ujrzeć na własne oczy to, co czyni Wasza rasa. Wy tymczasem powiecie: to było dawno temu, to przecież już HISTORIA. Ale dla nas to ma duże znaczenie. Nigdy nie mieszaliśmy się w wasze wojny – Wasze barbarzyństwo, zezwalaliśmy Wam na to. Tym czasem Wy zaczęliście eksperymentować z siłami wokół, których poznanie nie miało być dane człowiekowi. To znaczy atom.
Już próbowaliśmy kilka razy sprawującym władzę na świecie przekazać wiadomość – ale oni nie chcą nas słuchać. Z tego powodu zostali wybrani. Powinni dać świadectwo na to, że my i nasz świat we wnętrzu ziemi egzystujemy. Niech się pan rozejrzy a wówczas szybko pan stwierdzi, że nasza nauka i kultura o wiele tysięcy lat wyprzedza Waszą. Niech się pan rozejrzy, Admirale.”
„Ale”, przerwałem mistrzowi, „co ja mam z tym wspólnego, Sir?”
Mistrz zmierzył mnie wzrokiem i odpowiedział: „Wasza rasa osiągnęła ‘Point of no return’. Są wśród Was ludzie którzy są gotowi zniszczyć cały świat niż żeby oddać władzę, o której rzek0omo wiedzą wszystko.”
Znów skinąłem głową na znak tego że rozumiem jego wywód. Mistrz mówił dalej:
„Już od dwóch lat próbujemy się z Wami skontaktować. Jednak na wszystkie nasze próby odpowiadacie agresją. Nasze pojazdy są przez Wasze samoloty wojskowe śledzone, namierzane i zestrzeliwane. Teraz muszę panu powiedzieć, że na Ziemię nastąpi ogromny atak. To szaleństwo będzie trwało bardzo długo. Wasi naukowcy i Wasze armie stanowią mu naprzeciw, lecz nikt nie znajdzie rozwiązania. Ten atak mógłby zniszczyć wszelkie życie, całą cywilizację, każdą kulturę na Ziemi. Zapanowałby wówczas chaos. Wojna, która właśnie się skończyła jest tylko przykrywką do tego, co może Was spotkać. Dla nas tutaj staje się z każdym dniem i z każdą godziną coraz bardziej oczywiste. Roczne czasy na Waszej Ziemi zostaną przykryte całunem. Jednak myślę, że kilkoro z Waszej rasy przeżyje ten pożar. Co wówczas się wydarzy, o tym nie mogę nic powiedzieć. Jednak spoglądając daleko w przyszłość wiem, że powstanie nowa Ziemia zbudowana z ruin Waszego dawnego świata i każdy będzie ten świat wspominał i szukał jego legendarnych skarbów. A one będą znajdować się u nas. Gdy nadejdzie ten czas pomożemy ludziom swoją kulturę i rasę zbudować on nowa. Być może wówczas zrozumiecie, że wojna i przemoc nie prowadzi w przyszłość. Wówczas zostanie Wam przez nas dana wiedza, która już wcześniej znaliście. Od pana, mój synu, oczekuję tego, że wraz z tymi  informacjami wróci pan na powierzchnię ziemi.”
Tym apelem mistrz zakończył rozmowę i pozostawił mnie bardzo zmieszanego, lecz tak naprawdę wiedziałem, że mistrz ma rację. Z wielkiego szacunku lub też z pokory, sam tego nie wiem, żegnając się z mistrzem lekko się ukłoniłem.
Zanim się spostrzegłem, przybyli moi towarzysze, którzy wcześniej mnie tu przyprowadzili. Wskazali mi drogę. Jednak ja jeszcze raz odwróciłem    się w kierunku mistrza. Na jego twarzy gościł ciepły, przyjazny uśmiech. „Życzę panu miłej podróży, mój synu.” Na drogę otrzymałem od mistrza znak pokoju i wówczas nasze spotkanie nieodwołalnie dobiegło do końca.
Wróciliśmy szybko do naszego pojazdu. Wznieśliśmy się ku górze. Gdy wróciłem do mojego radiooperatora, zauważyłem strach w jego oczach. „Wszystko w porządku, nie martw się wszystko jest O.K.” – próbowałem go uspokoić.
Wraz z naszymi towarzyszami poszliśmy do szybującego krążka, który zawiózł nas szybko do samolotu. Silniki już działały, więc niezwłocznie wsiedliśmy na pokład. Gdy zamknęliśmy właz*, nasz samolot został zniesiony przez niewytłumaczalną siłę na wysokość 2.700 stóp (około 825 metrów) Towarzyszyły nam dwa ich pojazdy. Trzymały się one jednak w pewnej odległości od nas. Tachometr nie pokazywał żądnej prędkości, chociaż lecieliśmy z imponującą szybkością.
Nasze radio* znów działało i tak otrzymaliśmy ostatnią wiadomość od towarzyszących nam obiektów latających „Za chwilę wszystkie pańskie przyrządy zaczną działać, Admirale. Teraz musimy już pana opuścić. Do widzenia!”
Śledziliśmy wzrokiem obiekty latające do momentu, gdy znikły na niebieskim, bladym niebie. Nie rozmawialiśmy ze sobą, ponieważ każdy z nas był zajęty swoimi myślami.

---oooOooo---

Końcowe zapiski w dzienniku pokładowym:
Znów znajdujemy się nad ogromnym terenie pokrytym śniegiem i lodem. Jesteśmy oddaleni od bazy o 27 minut lotu. Możemy porozumieć się z bazą, której o niczym nie informowaliśmy. Mamy miękkie lądowanie.

Mam polecenie.

Koniec zapisków w dzienniku pokładowym.

Marzec 1947:

Byłem na posiedzeniu w Pentagonie. Poinformowałem wszystkich o moich odkryciach   wiadomościach mistrza. Wszystko zostało spisane. Prezydent również został poinformowany. Byłem tu wiele godzin przesłuchiwany. Byłem wypytywany o wszystko przez lekarzy. To było piekło! Otrzymałem rozkaz: Dla dobra ludzkości muszę wszystko, co przeczytałem utrzymać w tajemnicy. Powiedziano mi, że jestem oficerem i dlatego muszę słuchać rozkazów.

Grudzień 1956

Ostatni zapis:

Kolejne lata po roku 1947 nie były dla mnie przyjemne. Robię ostatni zapis w tym szczególnym dzienniku. Muszę jeszcze wspomnieć, że moje odkrycia zatrzymałem dla siebie tak jak mi rozkazano. mam nadzieję, że ludzkość dowie się o tej tajemnicy, bo tylko wtedy istnieje dla niej jakaś nadzieja. Widziałem prawdę, lecz nie mogę jej wyjawić. Wierzę głęboko w to, że nadejdzie taki moment, kiedy władzom nie uda się już ukryć dłużej prawdy... Widziałem świat po tamtej stronie Bieguna,... centrum Obcych!

R.E.B. USNAVY[1]

Tłumaczenie  :   IRG   Toruń, maj 2004 r.


afc


[1] Wszystko wskazuje, że relacja ta jest niestety humbugiem sporządzonym w konkretnym celu – zdobycie funduszy. Adm. Byrd poczynił znaczne długi, z których trudno mu się było wygrzebać i właśnie dlatego pojawiła się ta relacja, która zapewniła mu popularność i… pieniądze.