wtorek, 19 marca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (4)


3. Odliczanie wsteczne.

3.1. Rano, 6 sierpnia...

Druga Wojna Światowa była już rozstrzygnięta, jedynie Japończycy stawiali jeszcze zajadły opór i nie chcieli kapitulować. Prezydent USA Harry S. Truman postanowił użyć tego strasznego środka walki, jakim jest bomba A, by zakończyć ten zaciekły opór wyznawców Kodeksu Buszido. 6 sierpnia 1945 roku, o godzinie 08:15 czasu miejscowego, pierwsza amerykańska bomba atomowa spadła na japońskie miasto Hiroszima, jak piorun z jasnego nieba. Ta śmiercionośna broń została zrzucona na otwarte miasto przez pilota bombowca B-29 Enola Gay  z wysokości 9.300 m, i eksplodowała na wysokości 500 m nad głowami ludzi. A dokładniej nad Zamkiem Hiroszima, który był siedzibą sztabu armii i celem tego ataku.

Little Boy, bo takie było oznaczenie kodowe tej bomby A, został skonstruowany w oparciu o zasadę reakcji łańcuchowej przebiegającej w izotopie uranu - 235U, zrobił w Hiroszimie piekło na ziemi. Światowe agencje prasowe i filmowe prześcigały się w opisie tego, co stało się w nieszczęsnym mieście. Opisywano, że w momencie eksplozji w niebo wystrzelił ognisty słup, z którego wierzchołka oddzieliła się ognista kula, świecąca jaśniej od Słońca. Huk wybuchu był słyszany w odległości kilkuset kilometrów, a stacje sejsmiczne zarejestrowały wstrząs podziemny na całej planecie.

Następne noce po wybuchu były jasne, a to ze względu na fosforyzujące pałanie obłoków, które powoli przesuwały się po niebie.
W trzy dni po pierwszym, na Japonię poleciał drugi posłaniec śmierci. Atomowa bomba Fat Man zniszczyła drugie miasto - Nagasaki. Obydwa japońskie miasta stały się ofiarami broni, której energii nie mogły równać się żadne chemiczne środki wybuchowe. Energię atomowych eksplozji mierzy się w kilotonach. Jest to jednostka wynosząca 1.000 ton konwencjonalnego materiału wybuchowego znanego pod nazwą trotyl, TNT, a dokładniej 2,4,6-trójnitrotoluen. Później - po próbach z bombami wodorowymi - wprowadzono drugą jednostkę mocy wybuchu nuklearnego - megatonę (Mt TNT) czyli 1.000.000 ton TNT!...

Bomba Little Boy miała ładunek wybuchowy złożony z 235U i jego moc eksplozji oszacowano na 20 kt TNT, ale nie w tym tkwi sedno sprawy. W przypadku wybuchu chemicznego TNT jego skutki są mniej szkodliwe, niż w przypadku wybuchu nuklearnego tej samej mocy, a to dlatego, że dochodzą do tego konsekwencje rozpadu jąder atomowych w czasie reakcji łańcuchowej. Wybuch konwencjonalny razi cel(e) falami uderzeniowymi i rozlotem odłamków, zaś wybuch nuklearny razi je jeszcze dodatkowo błyskiem promieniowania świetlnego, termicznego i przenikliwego, błyskiem neutronowym i opadem promienistym - fall-out’em. Temperatura reakcji łańcuchowej wynosi aż 300.000 K, a jej działanie jest literalnie apokaliptyczne! Rozszerza się z prędkością światła i niszczy wszystko, co napotka na swej drodze. Drewno zapala się w odległości ½ km od punktu zerowego, zaś zwęgla się w odległości do 3 km!

Ekspandujący żar przechodzi w destrukcyjną falę. Promieniowanie  termiczne (IR) zapala wszystkie łatwopalne przedmioty, ale płomienie są gaszone falami uderzeniowymi po eksplozji. Jeszcze w odległości 1.200 m od punktu zero, temperatura wynosi od 2.000 K do 2.300 K, co wystarczy, by zapalić większość materiałów produkowanych przez naszą cywilizację.

A potem następuje cios fali uderzeniowej. W ciągu 3 sekund przemierza ona 1,5 km, a po 8 - dwukrotnie więcej. Pod jej straszliwym ciśnieniem wala się w gruzy lżejsze konstrukcje budowlane, zaś te cięższe są silnie uszkadzane. Potem następuje coś, czego nie ma w klasycznym wybuchu chemicznym - wtórne fale udarowe, które dopełniają dzieła zniszczenia. Wtórna fala uderzeniowa jest bardziej niebezpieczna od pierwszej - jej energia jest nawet do ośmiu razy większa od energii fali pierwotnej!!!...

Ale to jeszcze nie wszystko. Rozpoczęta reakcja łańcuchowa cały czas trwa. We wnętrzu kuli ognistej (jaśniejszej niż tysiąc słońc - jak pisał Robert Jungk w swej książce „Heller als Tausend Sonnen”) powstaje próżnia zasysająca powietrze. Dla tych, którzy mieli pecha znaleźć się w punkcie zero i nie zostali zabici falami uderzeniowymi, promieniowaniem czy innymi czynnikami rażącymi, następuje sądny dzień, zostają oni wessani w głąb kuli ognistej. Budowle są literalnie rozdzierane na strzępy przez ogromne różnice ciśnień, a ich szczątki zostają wyrzucone wysoko w powietrze. Wszystko płonie i poszerza się krąg płomienistego piekła...

3.2. Śmiercionośna kula ognista.

Aby hiroszimska bomba spowodowała jak największe zniszczenia, odpalono ją na wysokości 500 m nad celem. Kula ognista wybuchu jądrowego od razu rozszerzyła się na 800 m, przy czym zetknęła się z ziemią, czego efektem było to, że ¼ mieszkańców poniosła silne oparzenia i zwęglenie ciała (oparzenia III stopnia). W Hiroszimie i Nagasaki bezpośrednio po wybuchach odczuto nie tylko termiczne, ale także promieniste oparzenia. Działały tam promienie γ i neutrony, oddziałujące na wszystko, co żyje w promieniu 2 km od punktu zerowego eksplozji. Przenikały one nawet przez grube ściany. Po atomowych eksplozjach zostały zatrute gleba, woda i powietrze. Źródłem śmiertelnych dawek promieniowania był pył, który spadał na ziemię w postaci czarnego deszczu. Trwało to nieskończone 90 minut, a ludzie byli wystawieni na jego działanie bez jakiejkolwiek osłony antyradiacyjnej.[1]

W samej Hiroszimie atak jądrowy pozbawił życia 236.000 ludzi, a ponad 200.000 hospitalizowano wskutek choroby popromiennej.
- To było, jak bezgłośny piorun - opowiadali naoczni świadkowie, którym dane było przeżyć ten najstraszniejszy moment ich życia. Wspominali to potem, jako „ognistą, słoneczną ścianę”.[2]

Wolfgang Hingst w swej książce pt. „Bomba zegarowa imieniem radioaktywność” podaje straszliwy bilans efektów atomowego ataku na dwa miasta japońskie w 1945 roku:
Z 24.000 Japończyków, którzy byli eksponowani na dawkę rzędu 130.000 mrem[3] zmarło na raka o 100 więcej osób, jakby to wynikało z szacunków za lata 1945-66. U dzieci, które pochłonęły dawkę 250.000 mrem, po 25 latach nie stwierdzono nadumieralności wskutek chorób nowotworowych. U Japończyków napromieniowanych dawkami poniżej 100.000 mrem, w czasie 30 lat nie stwierdzono żadnych skutków zdrowotnych napromieniowania.[4]

Zakłada się zatem, że istnieje jakiś próg napromieniowania, poniżej którego nie jest ono szkodliwe dla zdrowia. Jednakże spornym jest wysokość tego progu, a laureat Nagrody Nobla prof. Burnet naraził się przy podobnych uwagach na sprzeciw swych kolegów.

Tak czy inaczej, co może zmienić straszliwe efekty działania jądrowego czy termojądrowego piekła? Co trzeba by powiedzieć, by skończyła się akademicka dyskusja na temat pro czy kontra atomowemu progowi???...

Naoczni świadkowie z roku 1945 jednogłośnie relacjonowali, że do próżni wytworzonej przez kulę ognistą były zasysane szczątki zburzonych domów, które jeszcze uniknęły szalejącego pożaru. Dachówki, tynk, cegły i konstrukcje drewniane były wyrzucone w powietrze i na wysokości 15.000 m utworzyły grzybowaty obłok koloru białego. W meldunku, który podali piloci B-29 czytamy, że w samym bombowcu dało się słyszeć dwa uderzenia, i wszyscy myśleli, że w bezpośredniej bliskości samolotu eksplodowały dwa granaty z zenitówek japońskiej obrony plot. Hiroszima i doki poza granicami miasta, były pokryte ciemną warstwą pyłu, który powoli łączył się z pyłowo-dymowym słupem na niebie. Dalej w meldunku pisze się tak:
Obłok wykazywał silne turbulencje, a na jego powierzchni były widoczne ogniste błyskawice. Grubość pylnego obłoku wynosiła jakieś 5 km. Jeden z obserwatorów zrobił uwagę, że wyglądało to tak, jakby eksplodowało całe miasto, przy czym od dołu pięły się słupy pyłu i zbliżały do samolotu...

Tylko w samej Hiroszimie zostało zniszczonych 46 km2 powierzchni mieszkalnej. W promieniu 800 m od punktu zerowego nie pozostał kamień na kamieniu. 50.000 z całkowitej ilości 75.000 domów miejskiej zabudowy zostało całkowicie zniszczonych, zaś 18.000 budynków dosięgło częściowe zniszczenie. Jeszcze w odległości 13 km od epicentrum atomowego kataklizmu stwierdzono wybicie szyb i naruszenie ścian domów.

3.3. Dawno temu przed Hiroszimą.

Wszystkie te doniesienia znane były pewnemu człowiekowi, który w kilka miesięcy po bombardowaniu atomowym znalazł się na gruzach Hiroszimy. A był to dlań fascynujący widok, zaś szczególnie zainteresowało go to, co zostało z kwatery sztabu 5. DP japońskiej armii, który znajdował się w Zamku Hiroszima.

Był on właściwym celem amerykańskiego ataku i choć leżał on w gruzach - Little Boy eksplodował 500 m nad nim - ów zagraniczny korespondent nie mógł nie zwrócić uwagi na obraz, który był mu już skądinąd znany: drzewa w epicentrum wokół zburzonego zamku nie były specjalnie zniszczone przez falę detonacyjną!

Fala uderzeniowa, która wystąpiła zaraz po wybuchu bomby, dosłownie „ogoliła” je z gałęzi i czubów, zaś zwęglona kora spowodowała to, że drzewa wyglądały jak wyciągnięte ku niebu palce. Na pierwszy rzut oka przypominały one słupy telegraficzne. Uważny obserwator już coś takiego kiedyś widział - to było w jego kraju - w byłym Związku Radzieckim, w syberyjskiej tajdze. Aleksander Kazancew, fizyk akademicki i znany pisarz został wraz ze swym kolegą z AN ZSRR zaproszony do Japonii, aby zwiedził Hiroszimę i zapoznał się ze skutkami ataku jądrowego. Kiedy ujrzał rozmiary całej katastrofy, to uświadomił sobie doniosły fakt, że Hiroszima i Nagasaki   n i e   b y ł y   p i e r w s z y m i   ofiarami atomowej zagłady - wręcz na odwrót, amerykańskie bomby atomowe wydawały się być śmiesznymi petardami w porównaniu z morderczą siłą kosmicznego pocisku, który już przed 37 laty zniszczył powierzchnię 6.000 km2 syberyjskiego lasu w Krasnojarskiej Obłasti, na północny-zachód od jeziora Bajkał.

Szczególnie godnym uwagi było to, że w epicentrum wybuchu, w pobliżu rzeczki Chuszmo (prawy dopływ rzeki Czamby, która w odległości zaledwie 30 km od faktorii Wanawara wpada do Podkamiennej Tunguskiej), drzewa były pozbawione kory, gałęzi i wierzchołków - identycznie jak w Hiroszimie. I tak jak one stały pionowo... Lasowi temu nadano nazwę: Лес Телеграфических Столбов - Las Słupów Telegraficznych.

Aleksander Kazancew skonfrontował się z tym zjawiskiem bardzo blisko. Urodzony w syberyjskim mieście Akmolińsku, studiował potem w uniwersytetach Tomska i Omska, a potem podjął pracę w Instytucie Technologicznym w Tomsku, gdzie został jednym z najznamienitszych uralskich technologów.

Po wybuchu II Wojny Światowej wstąpił do Armii Czerwonej, ale zwolniono go ze służby liniowej na froncie. Pracował na kierowniczym stanowisku w Moskwie nad nowymi rodzajami uzbrojenia. Za zasługi na tym polu został odznaczony Orderem Czerwonej Gwiazdy.

Jest on także poczytnym pisarzem - jego scenariusz pt. „Arenida” wziął pierwszą nagrodę w konkursie, i choć nigdy go nie sfilmowano, to Kazancew przerobił go na powieść i wydał pod tytułem „Płonąca wyspa”, która okazała się bestsellerem!

Po wojnie zajął się na serio pisaniem i rychło stał się autorem poczytnych powieści s-f o tematyce paleokontaktów w prehistorii Ludzkości. Wreszcie zajął się badaniem wydarzenia, które zainteresowało go podwójnie - z zawodowego i pisarskiego punktu widzenia.

To, że Aleksander Kazancew tak bardzo zajął się Tunguskim Fenomenem z 1908 roku wynikało z jego syberyjskich studiów w młodzieńczych latach. Już wtedy wysuwano różne hipotezy na temat tego incydentu, dlatego też Kazancew zaczął się zaznajamiać z różnymi informacjami na temat tej tajemniczej eksplozji i zbierać materiał dowodowy.

3.4. Kiedy Ogda zstąpił z niebios.

Kiedy po latach, ten Rosjanin stanął na gruzach Hiroszimy, przypomniały mu się słowa tunguskiego szamana, które sobie dobrze zapamiętał, a tłumaczące dlaczego Ewenkowie mieszkający na terenach północy byłego ZSRR tak uparcie odmawiali wstępu na teren katastrofy:
Ani my, ani nasze dzieci nie zapomnimy tego, co tam się stało. po straszliwym wybuchu, w niebo zaczął piąć się obłok w kształcie drzewa, którego korona stale się zwiększała i świeciła niesamowicie białym światłem. Tam, gdzie to się stało, ziemia zamieniła się w pustynię, drzewa obróciły się w kamień i nie rośnie tam ani jedno źdźbło trawy. Bóg Ogda (Ogdy) zstąpił na ziemię i spalił naszych ludzi niewidzialnym ogniem!...

Czyżby więc ów   n i e w i d z i a l n y   o g i e ń   nie był promieniowaniem radioaktywnym po wybuchu w tunguskiej tajdze, i któremu można było przypisać tajemnicze zachorowania ludzi i zwierząt? Etnograf I. M. Susłow w roku 1926, w rozmowach z naocznymi świadkami eksplozji aż od 60 Tunguzów dowiedział się, że detonacja wywołała u reniferów rodzaj   l i s z a j u ,  którego przed tym wydarzeniem na tych terenach nigdy nie było. Także członek AN ZSRR Giennadij Plechanow udał się - w kilka dziesięcioleci po wydarzeniu - w tajgę, by tam przesłuchać jeszcze żyjących 20 naocznych świadków, na okoliczność pojawienia się dziwnej choroby, która dotknęła członków ich rodzin. Dowiedział się on, że   w s z y s t k i e   przypadki tej choroby kończyły się śmiertelnym zejściem. Czyżby zatem szło o skutki napromieniowania tych ludzi promieniowaniem jonizujacym?

Praca Plechanowa jednak nie doprowadziła do żadnego wniosku. Opowieści rdzennych Tunguzów wydawały mu się niedorzecznymi. A może jego kolega bał się wyciągnąć konkretne wnioski?... - taka myśl naszła Kazancewa jeszcze   z a n i m   jego wzrok padł na ruiny Hiroszimy.

Obraz zniszczeń, który miał przed sobą, na trwale wrył mu się w pamięć. To, czego dowiedział się o przebiegu i skutkach nuklearnego ataku jednoznacznie oznajmiło mu, że w danym przypadku   i s t n i e j e   bezpośredni związek pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami!!!

I wtedy to dokładnie Kazancew zrozumiał, że należy odkurzyć wiadomości o wydarzeniach z 1908 roku. Postanowił on zbadać każdy ślad, jaki uda mu się znaleźć. Przede wszystkim należało odpowiedzieć na pytanie: jak to się stało, że obiekt ten spowodował tak straszliwe zniszczenia? Przecież doszło tam do wybuchu o energii eksplozji kilku czy nawet kilkudziesięciu bomb wodorowych; efekty działania były wszak 2.000 razy większe, niż w przypadku bomb z Hiroszimy i Nagasaki!

A zatem, czy był to sztucznie wytworzony obiekt, który przed 37 laty spustoszył eksplozją rozległy obszar jego ukochanej Syberii? Czy 30 czerwca 1908 roku nie spadła tam jądrowa bomba? A może... - a może wybuchnął tam jakiś pozaziemski statek kosmiczny???...

Aleksander Kazancew nie zmienił już swego poglądu i bez wahania przystąpił do udowodnienia swego przypuszczenia.    


[1] W późniejszych czasach Japończycy ukuli nazwę dla tego zjawiska shi no hai - dosł.: popiół śmierci - po wypadku kutra rybackiego MV Fukuruyu Maru, który w dniu 1 marca 1954 roku dostał się w strefę opadu radioaktywnego fall-out’u powstałego po amerykańskim teście bomby wodorowej o kryptonimie Castle na atolu Bikini. Kuter został pokryty promieniującymi resztkami koralowców zawierającymi izotopy: 106Ru*, 106Rh, 129mTe*, 129Te, 95Zr*, 95Nb*, 144Ce, 144Pr*, 89Sr, 90Sr* i 90Y. Sumaryczna dawka napromieniowania wyniosła 27-440 radów. Podobny los spotkał załogi statków japońskich: MV Misaki Maru, Dzin-cuga-wa Maru, Kansai Maru oraz amerykański MV Gunners Knot. 
[2] Stąd właśnie wzięła się japońska nazwa bomby atomowej - pikadon = piorun.
[3] Mrem - miliremów.
[4] Co wcale nie znaczy, że efekty letalne nie pokażą się w następnych pokoleniach. Dzisiaj, w roku 2002, w dalszym ciągu umierają ludzie wskutek działania efektów napromieniowania w czasie ataku atomowego na obydwa miasta japońskie.