sobota, 9 marca 2013

OPERACJA ZIEMIA (dokończenie)


POSŁOWIE - Od tłumacza.

Książka „Operacja ZIEMIA” autorstwa sir Brinsley’a le Poer-Trencha - Lorda of Clancarty zainteresowała mnie w burzliwym lecie 1980 roku, kiedy to jeszcze jako młody podporucznik Wojsk Ochrony Pogranicza służyłem na przejściu granicznym Świnoujście – Baza Promów Morskich POL-Line A/B – PŻB. Właśnie wtedy przeczytałem o niej po raz pierwszy w książce Aleksandra Grobickiego pt. „Nie tylko Trójkąt Bermudzki”, w której pisał on m.in. o tajemnicach Agharty.

Jako jeden z nielicznych w czasach PRL interesowałem się sprawą teorii Pustej Ziemi, bowiem była to – obok Meteorytu Tunguskiego – nasza legenda rodzinna przekazana mi przez mojego dziadka ze strony mojej Mamy – Franciszka Baranowicza, który z tymi fenomenami zetknął się na początku ubiegłego wieku, gdy przebywał na Syberii. Dlatego właśnie ta książka tak mnie zainteresowała i poszukiwałem jej przez niemal pięć lat. Dopadłem ją w 1985 roku, a to dzięki przynależności do Klubu Kontaktów Kosmicznych i znajomości z Nestorem polskich popularyzatorów ufologii – Panem Redaktorem Lucjanem Zniczem-Sawickim z Bydgoszczy, który zaproponował mi opracowanie polskiego przekładu książki sir Brinsley’a. Oczywiście zgodziłem się od razu i przetłumaczyłem ją w ciągu trzech miesięcy. Przekład poszedł na maszynę jeszcze tego samego roku i został on przekazany do Biblioteki Klubu Kontaktów Kosmicznych.

Potem czytałem także i inne książki tego samego autora, ale „Operacja Ziemia” wywarła na mnie największe wrażenie. Może dlatego, że mam do niej szczególny sentyment – wszak była to moja pierwsza samodzielna praca, która wykonałem dla KKK, i którą przyjął ode mnie red. Lucjan Znicz-Sawicki. Poza nim redakcją zajął się także Pan Bronisław Rzepecki z Krakowa, dzięki czemu książka została skrócona o różne ozdobniki i pozostała w niej tylko konkretna treść.

Choć już mocno leciwa – wydana przecież w 1976 roku – to niewiele praca ta straciła na swej aktualności w swych pryncypiach, mimo wszelkich zmian i nowinek, które dodałem do niej w przypisach. No cóż – sir Brinsley nie przewidział kilku wojen, upadku Czerwonego Imperium Zła, katastrof ziemskich statków kosmicznych, serii zamachów politycznych, wzrostu przestępczości zorganizowanej w postaci Mafii, Camorry, Cosa Nostry, Yakuzy, Triady i mafii rosyjskich „Cichych Donów”; terroryzmu politycznego, religijnego i kryminalnego; burzliwego rozwoju informatyki, Internetu, telefonii komórkowej – NB, dzięki tym dwóm wynalazkom Ludzkość powoli, ale nieuchronnie, staje się jedną wielką rozgadaną rodziną...

W swych pozostałych książkach, które czytałem – „Men Among Mankind” i „In My Soul I Am Free” (Londyn 1981) – sir Brinsley porusza cały szereg ważkich problemów ufologii – od pojawiania się agroformacji do kapturowej działalności służb specjalnych USA, NATO i krajów Układu Warszawskiego w tej dziedzinie. I tak np. jak się okazuje nie ma nic sensacyjnego w doniesieniach pewnych polskich „badaczy” którzy z tryumfem obwieścili światu, że na tych samych polach pewnej kujawskiej miejscowości pojawiły się agrosymbole cztery razy pod rząd każdego roku – podczas, gdy w niektórych hrabstwach południowo-zachodniej Anglii znajdują się miejscowości, w których agroformacje pojawiają się rok w rok na tych samych miejscach od dwóch czy trzech stuleci, i nikt nie histeryzuje na ich temat i kruszy o to kopii, a po prostu bada się to zjawisko. Tak samo rzecz się ma z najsłynniejszą ufokatastrofą – mowa oczywiście o tzw. Incydencie z Roswell, gdzie w dniu 2 lipca 1947 roku rzekomo rozbił się latający spodek... Sir Brinsley nigdzie o nim nie wspomina, a przecież powinien. Ba! – rzecz w tym, że incydent ten został sfabrykowany przez amerykańskie służby specjalne (oczywiście CIA), w celu postraszenia Związku Radzieckiego i przy okazji ujawnienia wrogiej agentury we własnym obozie. Klasyczna metoda „zatrutego pokarmu”. To właśnie dlatego ujrzał on światło dzienne po raz pierwszy na przełomie lat 70. i 80., trwała bowiem Zimna Wojna, która sięgnęła potem wymiaru kosmicznego w postaci reaganowskiego programu SDI/NMD i analogicznego programu radzieckiego, a kto wie, czy także i chińskiego? Dowód na prawdziwość tego domysłu spoczywa w książkach sir Brinsleya...

Przykładów tych jest wiele i wskazują one na to, że ufologia i polityka oraz religia nierzadko chodzą ze sobą w parze. I nie zawsze wychodzi to nam na dobre. To tak, jak mieszać rum z koniakiem i piwem. Każde z nich jest dobre osobno, ale kiedy się je zmiesza, to wychodzi z niego mieszanina piorunująca... Poza tym w ramach działań zaciemniających służb specjalnych – głównie NATO i amerykańskiej CIA oraz służb specjalnych Izraela ostatnimi czasy w Polsce i innych krajach rozwinęła się znacznie ufologia kreatywna, która nie bada ufozjawiska, ale je po prostu tworzy w celach komercyjnych i nade wszystko dla hamowania rozwoju ufologii, która jest w stanie dojść do prawdy, kto naprawdę stoi za Latającymi Spodkami... Takim sztandarowym przykładem na ufologię kreatywną jest sprawa zwłok Kosmitki z Roswell, która została rozdmuchana w latach 90. ub. wieku przez film Ray’a Santilli’ego. Wmówiono wtedy ludziom, że w Roswell rozbił się latający spodek z Ufitami na pokładzie, a na dowód pokazano film mający to uwiarygodnić. Santilli zbił na tym nielichą kasę – bo kaseta z takim 30-minutowym filmem kosztowała 33 GBP – czyli prawie 200 PLN – licząc po kursie z dnia 1 stycznia 2004 roku! A jaki spowodował tym zamęt w głowach ludzi młodych i niedoświadczonych – tego już się nie przeliczy na żadne pieniądze. Tego sir Brinsley nie przewidział, że komercjalizacja zabije ufologię, a to dlatego, że ludzie zawsze wolą słuchać tego, co odpowiada ich poglądom, a nie obiektywnie istniejącym faktom. Dlatego ufologia kreatywna wyrządziła – i jeszcze wyrządzi – tak wiele zła... Poza tym jest to na rękę wszystkim tajnym służbom, które chcą jak najwięcej wiedzieć o ufozjawisku w celu uzyskania nowych technologii po to, by zapewnić przewagę swego państwa nad innymi, a po drugie – zamaskować swoje niejawne działania i czarne projekty – w czym celują Stany Zjednoczone AP... Takim typowym przykładem jest osławiona Area 51 w Newadzie, do której tłumnie ściągają nawiedzone oszołomy, wypisujące potem niestworzone brednie, sprytnie podsycane przez różnych agentów rządowych w rodzaju Boba Lazara czy Johna Leara, podczas kiedy prawdziwe próby z ekstra-tajnymi projektami prowadzi się gdzieś indziej... Klasyczna maskirowka – legenda, w którą uwierzyło miliony ludzi. Dlatego tylko, że ludzie kochają tajemnice i uwielbiają odczuwać miły dreszczyk emocji warując przy jakiejś bazie wojskowej czy na punktach obserwacyjnych. Podsycane jest to umiejętnie przez media, a w szczególności seriale TV w rodzaju „Z Archiwum X”, „Mroczne niebo” i inne, które skonstruowano zgodnie ze starą goebbelsowską zasadą głoszącą, że dobre kłamstwo mija się o włos z prawdą. I tak bzdet rodzi kolejny bzdet, bzdura rodzi kolejną bzdurę, a potem na tym się dobrze zarabia. Czytamy potem o „Incydencie w Górach Kaczawskich”, „Ufokatastrofie Ustka” i innych sensacyjnych, wyssanych z palca rojeniach czyjegoś chorego z żądzy kasy i taniego poklasku mózgu. Przyznaję, że i mnie to nie ominęło – co wychodzi w niektórych moich pracach - i całe szczęście, że udało mi się zachować w tym jakiś umiar.

Czy jestem sceptykiem? Nie, nie jestem, ale uważam, że trzeba studiując ufozjawisko iść drogą środka – bowiem tylko ona może nas doprowadzić do prawdy o tym fenomenie i zjawiskach jemu towarzyszących. Odchylenie w stronę sceptycyzmu w jedną stronę i mistycyzmu w drugą   z a w s z e   wiedzie na manowce albo chorego racjonalizmu, który zabija wszelkie twórcze myślenie, albo chorego idealizmu, dzięki któremu rodzą się potwory w rodzaju niektórych sekt ufologiczno-religijnych w rodzaju Heaven’s Gate i im podobnych. Ale jest to signum temporis czasów Wielkiego Przełomu, który nadchodzi. Nie będzie to może to, co obiecują sobie i nam wyznawcy ruchów New Age, ale raczej zmiana dotychczasowego sposobu patrzenia na naukę i myślenia o Wszechświecie, i miejscu w nim człowieka. Dlatego byłem, jestem i będę rzecznikiem umiarkowania.

A będzie nam ono potrzebne w czasach nadchodzących zmian i wejścia naszej planety w nowy okres cyklu precesyjnego. Tego wymarzonego New Age, które według jednych będzie przebudzeniem czy iluminacją, a według mnie po prostu początkiem bardzo długiego procesu przeproszenia się z Naturą, odtrucia naszej planety i humanizowania naszej stechnicyzowanej cywilizacji, która zabija nas swą bezdusznością. Bo to nie Kosmitów nam brakuje, ale czasami tylko (a może aż!) drugiego człowieka, którego nie zastąpi żadna, nawet najbardziej rozumna i doskonała maszyna, żaden komputer...

Robert K. Leśniakiewicz