niedziela, 28 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (16)


8.4. Ognista kula nad Florydą.


W lipcu 1974 roku, cały szereg świadków obserwował spadek ognistej, rozżarzonej kuli w tonie jeziora Okeechobee na Florydzie, USA. Wedle ich relacji, do potężnego wybuchu doszło w momencie, gdy kula dotknęła gładzi jeziora. Ściągnięci natychmiast na miejsce pracownicy odpowiedniego wydziału NASA stwierdzili, że nie mogło iść w żadnym wypadku o spadek jakiejś stacji kosmicznej czy comsatu[1], a zatem musiał to być tylko meteoryt, jak to się powszechnie sądziło[2].[3]

Liczba badaczy na Wschodzie i na Zachodzie sądzących, że Meteoryt Tunguski był tylko meteorytem sukcesywnie spada.[4] Używany współcześnie termin Meteoryt Tunguski trudno rozumieć jako dosłowne oznaczenie konkretnego ciała kosmicznego, bo w żadnym przypadku nie jest on adekwatny w stosunku do naszego stanu wiedzy o tym fenomenie. Jest to tylko hasło wywoławcze tego konkretnego problemu i nic ponadto...


9. Antymateria?


9.1. „I stałem się śmiercią...”


Już w wieku płochych 26 lat geniusz Alberta Einsteina sformułował magiczny wzór na równoważność materii i energii:

E = mc2

Według tego prostego wzoru wszystka przestrzeń Wszechświata jest przeniknięta polami grawitacyjnymi, a właściwości materii są dokładnie takie same w całym Kosmosie. Odkrycie prof. Einsteina zostało wypróbowane w sposób straszliwy w dniu 6 sierpnia 1945 roku, a dokonała tego amerykańska bomba jądrowa o cynicznym kryptonimie Little Boy.[5]

Ta bomba zniszczyła Hiroszimę...[6]

I stałem się śmiercią, a świat zadrży w posadach przede mną – cytował akuratnie dr Julius Robert „Oppie” Oppenheimer jedną ze starożytnych ksiąg hinduskich, kiedy dowiedział się zagładzie Hiroszimy i Nagasaki. Był on bezpośrednio odpowiedzialnym za wyprodukowanie tam użytych bomb atomowych.[7]

Z każdego z 1.000 gramów uranu i plutonu użytego w bombach na lżejsze atomy rozszczepiło się 99,9% atomów, zaś niecały gram materii zamienił się w energię. Niby niewiele, ale wywołało to skutki porównywalne z biblijnym Armageddonem! Kolega „Oppiego” Bainbridge tak to wspomniał po 30 latach:
Kto to widział, ten nigdy nie zapomni. To było bezbożne i groźne widowisko!

Sprawność tego procesu nie wynosiła nawet 1%! – ale moc eksplozji wahała się w granicach 20-30 kt TNT. Uczeni długo myśleli nad tym, jak okiełznać te procesy, ale czy nie doprowadzi to do ogólnoświatowej katastrofy? A co się stanie, kiedy energia atomowa wyrwie się spod kontroli człowieka?[8]

Czy Einstein przewidział podobne niebezpieczeństwo? A może do końca go nie przewidział? Ta możliwość może być spokojnie wykluczona – stary naukowiec na krótko przed śmiercią powiedział, że istnieje pewna podstawowa koncepcja fizyczna, której nikomu nie zdradzi; i tym samym zdecydował się zabrać tajemnicę do grobu.[9]
O co w tym przypadku mogło chodzić? Tego nie wie nikt, ale wielu uczonych się domyśla, że Einsteinowi chodziło o   a n t y m a t e r i ę !

Już za jego życia uczeni zastanawiali się, czy może istnieć taka forma energii, do której materia przetransformowałaby się bez reszty. Taki super-materiał wybuchowy przewyższałby wielokrotnie energię bomby rzuconej na Hiroszimę. Byłoby to coś lepszego od bomby wodorowej.[10] Antymaterię udało się wreszcie zsyntetyzować, wprawdzie na ułamki sekund, ale lody zostały przełamane. Udało się uzyskać jądra antywodoru i antyhelu.[11]

- Czy Einstein milczał na próżno? – pytał dramatycznie pewien amerykański dziennikarz w swym artykule, kiedy dowiedział się o sukcesie swych rodaków z Lawrence Livermore Laboratory. Definitywnej odpowiedzi nie mamy do dziś dnia, ale zagadkowa eksplozja z dnia 30 czerwca 1908 roku mogłaby być pierwszą wskazówką. A zatem czy nie mogła być ta tunguska eksplozja spowodowana przez spadający na Ziemię odłamek z dalekiego antyświata?

Trzej renomowani amerykańscy uczeni – w tym dwaj nobliści – Willard Libby i Clyde Donovan wraz z fizykiem C. Atlurim już w 1965 roku opublikowali w „Nature” nr 4.987 godny uwagi  artykuł pt. „Possible Anti-Matter Content of the Tunguska Meteor of 1908”. Autorzy zawarli w nim podejrzenie, że tunguski obiekt mógł być wytworzony z antymaterii. Według ich poglądów, byłby to o jeden powód więcej, dlaczego ten przypadek był przez całe dziesięciolecia naukową zagadką.


[1] Comsat = COMmercial SATellite – satelita komercyjny.
[2] Próbowałem dowiedzieć się czegoś na temat tego obiektu kosmicznego, ale nie udało mi się niczego wyjaśnić  na jego temat w USA. Wydaje się, że mogła to być jakaś nieudana próba  bronią rakietową nowej generacji, i jako taka została utajniona, zaś relacja o meteorycie stała się tylko „legendą” maskującą ten fakt...
[3] Tak nawiasem mówiąc, to wydarzenie tego rodzaju przewidział na kilka lat wcześniej Stanisław Lem i opisał je w swym opowiadaniu s-f pt. „Szczur w pułapce”.
[4] Ale nie u nas w Polsce. Ten meteorytowy dogmat pokutuje nawet w najnowszych opracowaniach popularnonaukowych z końca lat 90. ubiegłego wieku i nie widać jakichkolwiek zmian w kierunku uznania czy choćby równouprawnienia innych opcji...
[5] Chłopczyk.
[6] Tak naprawdę, to była to druga eksplozja jądrowa. Pierwsza miała miejsce w dniu 16 lipca 1945 roku na Jordana de Muerte (Nowy Meksyk, USA) i nosiła kryptonim Trinity – czyli Trójca Święta. Niektóre fakty wskazują jednak na to, że jeszcze w czerwcu 1942 roku, Niemcy odpalili bombę atomową, skonstruowana w kompleksie badawczym „Olga” w Jonastal (Saksonia), na poligonie antarktycznym na Ziemi Królowej Maud (Neuschwabenland).
[7] Drugim odpowiedzialnym za to był dyrektor techniczny „Projektu Manhattan” gen. Leslie Groves, który używał wszystkich możliwych sposobów do jak najszybszego doprowadzenia do wyprodukowania bomb jądrowych.
[8] A przecież to już było, że wspomnę tylko awarie w Harrisburgu (Three Mile Island), Kysztymie, Sègre, Czarnobylu czy Tokaimura.
[9] Chodzi o tzw. unitarną teorię pola. W tym kontekście można zrozumieć, dlaczego Amerykanie zakonserwowali mózg genialnego uczonego – po prostu mieli nadzieję, że uda się z niego wydobyć wzory tej teorii!
[10] Dla niej zaproponowano już nazwę – broń D od słowa „dezintegracyjna”.
[11] Jest to antycząstka α składająca się z dwóch antyprotonów i dwóch antyneutronów.

czwartek, 25 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (15)


8.2. Meteorytowa rewia.


Meteoryty, które w czasie milionów lat zraniły naszą Matkę-Ziemię musiały być nienormalnie wielkie. Ich masa musiała wynosić kilkaset tysięcy, jak nie milionów, ton. Jednakże nie znaleziono ich zbyt dużo, a jedynie obserwowano ich zbliżanie się do Ziemi. Wedle ostrożnych wyliczeń, było ich około półtorej setki.[1]

Jeżeli idzie o te, co spadły na Ziemię, to największe znalezisko tego rodzaju odkryto w 1920 roku w Namibii. Był to żelazny meteoryt o masie 60 ton.

Niewiele mniejszym był żelazny gigant, który spadł w dniu 12 lutego 1947 roku w górach Sichote-Aliń. Największy jego odłamek ważył 1,7 tony. Dokładne badania wykazały, że meteoryt ten był jednolitą bryłą żelaza, która po wejściu w atmosferę rozpadła się na mniejsze fragmenty.

Najnowszym wypadkiem wejścia dużego meteoru w atmosferę jest wydarzenie z dnia 8 marca 1976 roku, które rozegrało się w chińskiej prowincji Ki-rin. Kosmiczny pocisk miał w tym przypadku masę 4 ton i rozpadł się na 100 fragmentów, z których największy miał masę 1.770 kg, a zatem był o 700 kg cięższy od fragmentu, który wylądował w Kansas w 1948 roku.

Nikt nie ucierpiał od spadków tych meteorytów, co jest o tyle ciekawe, że obiekt ten „rozsmarował” się na powierzchni przeszło 5.000 km2! I żaden z tych meteorytów nie zagroził człowiekowi eksplodując na wysokości 5 km nad Ziemią. Ich prędkość geocentryczna – vG – została oszacowana na 14,5 km/s, a zatem była ona stosunkowo niska. Uwolniona przez impakt energia kinetyczna wyrażona szkolnym wzorem:

Ek = ½ mv2

była wyraźnie niższa, niż w przypadku ciała, które spustoszyło tunguską tajgę. Można założyć, że Tunguski Meteoryt był de facto planetoidą o średnicy co najmniej 20 m, która leciała wokół Słońca i dostała się w pole grawitacyjne Ziemi.

Przy takiej przechadzce w muzeum meteorytów nie można zapomnieć o największym astroblemie, jaki znajduje się w amerykańskim stanie Arizona. Jest to głęboki na 174 m i szeroki na 1.295 m krater Cañon Diablo – Diabelski Kanion.[2] Ostatnio nazywa się tą formację Barringer Crater czy po prostu Meteor Crater.[3]

Obliczenia wykazały, że promień tego meteorytu musiał wynosić 150 m, a zatem jego masa wynosiła około 10 mln ton. Uderzył zaś naszą planetę w czasach prehistorycznych. Uczeni wyjaśnili, dlaczego nie znaleziono resztek tego meteorytu, otóż wyparowały one w momencie uderzenia w Ziemię.


8.3. Jak w Tunguskiej.


Powróćmy jednak do tego obiektu, który pozostaje wciąż zagadką i nie został zidentyfikowany do dziś dnia.

W połowie lat 20., A. W. Wozniesieńskij, onegdajszy kierownik Irkuckiego Obserwatorium Astronomicznego zbadał domniemaną trajektorię meteorytu. Materiałem wyjściowym w tym przypadku były relacje zebrane przez Leonida Kulika i S. W. Obruczewa. Wozniesieńskij był do końca przekonany, że chodziło o meteoryt - z tym, że zakładał on, iż wybuch został spowodowany nie przez jeden meteoryt, ale przez cały rój drobnych ciał niebieskich lecących tym samym torem. To wyjaśniało mu, dlaczego istniała taka rozbieżność pomiędzy kierunkami lotu Bolidu, a kierunkami działania fal uderzeniowych.

Astronom był przekonany przy tym, że ekspedycja natknie się w tajdze na taki sam ogromny krater poimpaktowy, jak w Arizonie. Należałoby tutaj dodać, ze poglądy te były opublikowane przed pierwszą wyprawę w tajgę w 1927 roku! Wyprawa ta była dla niego i jego stronników straszliwym zawodem, a pomimo tego hipoteza ta żyła jeszcze własnym życiem, i nawet w 1951 roku prof. Fiesienkow był przeświadczony o tym, że tunguską katastrofę spowodował meteoryt. Intensywnie wspierał go w tym sekretarz WBM – prof. Krinow, który dosłownie tak powiedział dziennikarzom:
W związku z Tunguskim Meteorytem nie istnieje żadna zagadka. Jego pochodzenie nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.

Po siedmiu latach profesor jednak miał wątpliwości i odstąpił od teorii meteorytowej, stając się stronnikiem hipotezy kometarnej, będąc stuprocentowo przeświadczony o słuszności swego postępowania. Całej społeczności naukowej tłumaczył potem, że to po prostu musiała być kometa. W czasopiśmie „Priroda” nr 8,1960 zamieścił on swój artykuł pt. „Przyczyna tunguskiego przypadku – nie meteoryt, ale kometa”, w którym pisze dosłownie tak:
Opisany ruch tunguskiego obiektu jest niezwykły dla zwyczajnego meteoroidu. Jak powszechnie wiadomo, meteory są produktem zderzeń i rozpadu asteroidów i dlatego poruszają się one w płaszczyźnie ekliptyki, lub pod niewielkim kątem do niej. Przy zderzeniu z Ziemią [...] należy zakładać, że jego prędkość była niewielka.
I tak np. dobrze wszystkim  znany meteoryt z dnia 12 lutego 1947 roku, nadleciał ku Ziemi we wczesnych godzinach rannych od północy, a nie od południa i uderzył w naszą planetę z prędkością 14-15 km/s.[4] Jego orbita wokółsłoneczna – jej aphelium wypadało aż w środkowej części Pasa Asteroidów, zaś w peryhelium dotykała orbity Ziemi, co oznaczałoby, że była to część asteroidu...[5]
A zatem wynikałoby z tego, że ze względu na kierunek ruchu i charakter orbity, Meteoryt Tunguski był ciałem co najmniej niezwykłym.
...Konstatujemy, że vG Meteorytu Tunguskiego nie mogła być niska, dlatego że do końca i w wyższych warstwach atmosfery emitował on znaczną energię, dzięki temu zmienił się w ogniste ciało, którego jasność i intensywność świecenia była porównywalna ze Słońcem. I – jak twierdzą świadkowie - >>Widzieliśmy, jak oderwał się kawałek Słońca<<. A zatem najbardziej prawdopodobnym jest to, że meteoryt ten poruszał się ruchem wstecznym. A to oznacza, że poruszał się on nie dość, że ruchem wstecznym, to jeszcze pod stosunkowo dużym kątem do płaszczyzny ekliptyki, a taki ruch występuje tylko i wyłącznie u komet![6]

Ukazane tutaj stanowisko prof. Fiesienkowa nastąpiło w kilka miesięcy po opublikowaniu pewnej informacji agenturalnej z dnia 30 kwietnia 1960 roku. Moskiewska agencja TASS[7] oznajmiła wtedy, że:
AN ZSRR zmuszona jest zdementować informację, że szło o statek kosmiczny. Ów tajemniczy obiekt, który w roku 1908 spadł na syberyjską tajgę był bez wątpienia – czego dowiodły najnowsze badania – tylko zwyczajnym meteorytem.
Do udowodnienia powyższego stwierdzenia doszło po zbadaniu 104-letnich modrzewi w >>punkcie zero<<, które są zdrowe i nie nosiły śladów pożaru. Gdyby chodziło o eksplozję statku kosmicznego z napędem atomowym, tej nie mogłyby one przeżyć. A to dowodzi tylko tego, że mógł to być tylko meteoryt!
Dwaj radzieccy badacze: geofizyk dr Andriej Zołotow i vice-przewodniczący ówczesnej AN ZSRR Boris Konstantinow postawili na wybuch jądrowy, ponieważ na miejscu eksplozji nie znaleziono szczątków meteorytu, nie znaleziono żadnego krateru poimpaktowego, a przy eksplozji powstała kula ognista, a z niej – jak po wybuchu jądrowym – powstał ognisty słup wzbijający się w niebo. Jednakowoż my wychodzimy z założenia, że był to meteoryt, który po przeniknięciu do ziemskiej atmosfery rozgrzał się do wysokiej temperatury i spłonął doszczętnie i bez śladu.

Już po przeczytaniu tej informacji staje się jasne, że nie ma co mówić o znajdowaniu jakichkolwiek dowodów. Na początku tekstu mówi się w tonie tryumfalnym, że – ba! – znaleziono dwa żywe modrzewie w „punkcie zerowym” eksplozji, ale na końcu już się spuszcza z tonu i dochodzi się do wniosku, że ... meteoryt spłonął wywołując efekt eksplozji jądrowej bomby.

Jasnym jest więc, że taka „wiara” może tylko oznaczać niewiedzę!...




[1] Dzięki specjalnemu teleskopowi LINEAR (Nowy Meksyk, USA) ilość tą zwiększono w roku 2002 do ponad 750.
[2] Powstał on 22.000 lat temu wskutek impaktu meteorytu, który uderzył w Ziemię z prędkością 13,33 km/s. Energia impaktu w równoważniku trotylowym wynosiła 0,5 Mt TNT.
[3] Nie jest to największy krater, bowiem istnieją jeszcze większe astroblemy: północna część Morza Kaspijskiego, Zatoka Meksykańska, Zatoka Hudsona czy astroblem Chicxulub.
[4] Prędkość geocentryczna – vG­ ­– zależy od odległości danego ciała od Słońca, wokół którego to ciało krąży zgodnie z Drugim Prawem Keplera.
[5] Czyli była to orbita o rozpiętości 1...3,0-3,5 AU.
[6] Nie tylko, bowiem dwie znane planety Układu Słonecznego: Merkury i Pluton poruszają się pod dużymi kątami do płaszczyzny ekliptyki: Merkury – 7*,00 a Pluton – aż 17*08’. Istnieją domniemania, że Faeton (hipotetyczna planeta pomiędzy Marsem a Jowiszem) krążyła po orbicie o nachyleniu 85* do płaszczyzny ekliptyki, zaś tajemniczy Transpluton (lub nawet trzy Transplutony) aż o 90* i do tego ruchem wstecznym!
[7] Tielegraficzieskaja Agientia Sowietskowo Sojuza. 

niedziela, 21 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (14)


7.3. Ostrzeżenie z Kosmosu?


Mając tą świadomość trzeba osądzać zagadkowe wypadki sprzed prawie wieku. Tunguzi uznali to za ostrzeżenie z niebios – głos bogów, z których jeden – Ogda/Ogdy – podobnie jak Zeus czy Perkun – był bogiem ognia i piorunów, który zstąpił na Ziemię, by ukarać nieposłusznych Ziemian...

Z tego punktu widzenia jest czymś całkowicie zrozumiałym, że ludzie o mentalności tych drwali i myśliwych wzbraniali się doprowadzić badaczy na miejsce, gdzie wedle ich mniemania i religii, na Ziemię zstąpił z nieba ich bóg Ogda. Jest jasne, dlaczego było tak mało naocznych świadków tunguskiej eksplozji, którzy zgodzili się opowiedzieć o niej badaczom, i których zeznania zapisano.

Tunguzi doskonale znali swe środowisko naturalne, niebezpieczeństwa bagien i bystrych rzek górskich. Stanowili oni i nadal stanowią integralny element naturalnego środowiska tajgi. Jednocześnie ci ludzie nigdy nie byli dzikimi czy prymitywnymi tubylcami. Można ich śmiało porównać z Indianami północnoamerykańskimi, dzięki temu, że byli i są doskonałymi obserwatorami Przyrody. Dlatego też   n i e   ma żadnych racjonalnych przesłanek po temu, by poddawać relacje Ewenków wątpliwości i można im dać całkowicie wiarę.

Wszyscy ci świadkowie twierdzili zatem, że rankiem 30 czerwca 1908 roku widzieli, jak na niebie leciała   o g n i s t a   r u r a   - która -   ś w i e c i ł a  jaskrawym biało-niebieskim światłem. To spowodowało francuskiego eksperta z zakresu nauk pogranicza prof. Luciena Barniera do zadania następującego pytania: Czy widzieliście kiedyś cylindryczny meteoryt?[1]

A zatem co spadło przed 90 z górą laty na obszar Podkamiennej Tunguskiej???... Czy jeszcze można to zagadkowe ciało uważać za meteoryt?


8. Meteoryt?


8.1. Przed 15 milionami lat.


Około 15 mln lat temu – milion lat w przód, milion lat w tył nie odgrywa tu żadnej roli – w kierunku Ziemi leciał meteor. Leciał on z prędkością około 15 km/s, i w nieoczekiwaną przeszkodę, jaką była nasza planeta uderzył pod kątem około 30 stopni.

Miejscem spadku kosmicznego gościa  jest okrągła równina, która rozłożyła się w Niemczech pomiędzy Alpami Szwabskimi i Frankońskimi. To niecka Nördlinger Ries, którą onegdaj uważano za kalderę wulkaniczną, co udowadniały badania geologiczne próbek lawy i stopionego kwarcu. W promieniu 60 km od niej znajdowano próbki minerałów, które – jak uważano pochodziły z kaldery wulkanu Nördlinger Ries.

Teraz okazuje się, że ta teoria, którą wbijano do głów studentów geologii, była fałszywa! – a to dlatego, że niecka Nördlinger Ries   n i g d y   nie była wulkanem! Naprawdę powstała ona w wyniku impaktu ogromnego meteorytu czy małej asteroidy i jest de facto ogromnym astroblemem!

Zwolennicy teorii wulkanicznej byli zrazu bardzo zdumieni i od razu przytomnie zaoponowali twierdząc, że nie widać tam żadnego śladu spadku jakiegoś ciała kosmicznego. Nigdy nie znaleziono żadnego śladu żelaza czy materiału meteorytowego. Na nic się jednak nie zdała próba zepchnięcia tej hipotezy ad absurdum: meteoryty zdolne do wytworzenia w skorupie ziemskiej takiego wielkiego astroblemu musiałyby się pierwej w atmosferze ziemskiej rozpaść na drobne kawałki.

A jednak te zarzuty odparto, ba! – udało się zrekonstruować powstanie astroblemu Nördlinger Ries. Teraz jest już całkiem jasne, że chodzi o ogromny krater meteorytowy. Kiedy swego czasu ten kosmiczny pocisk wtargnął do atmosfery z prędkością co najmniej 15 km/s, mogło dojść do trzech wydarzeń:

1. Ogromny kosmiczny przybłęda uderzył w Ziemię;
2.  Meteor wyparował doszczętnie w atmosferze;
3.  Meteor sprężył przed sobą powietrze do tego stopnia, że wreszcie uderzył w nie jak w twardy mur i roztrzaskał się na kawałki.

Okazało się, że meteoryt uderzył w Ziemię i rozpylił w atmosferze ogromną ilość materiału skalnego. Powstał przy tym krater o głębokości 1 km. Odłamki bombardowały pogórze w promieniu 60 km od miejsca impaktu. Gigantyczny skok temperatury roztopił skały i wytworzył tym sposobem lawę – a raczej quasi-lawę, która tak naprawdę „prawdziwą” lawą nigdy nie była.

I tak jak na Księżycu, w centrum impaktu wytworzyła się centralna górka, która dzisiaj mierzy sobie 496 metrów. Wielkie, ciemne i oliwkowe krople roztopionego żelaza były wyrzucone eksplozją nawet na odległość 400 km i można je znaleźć w okolicach czeskiego Brna.[2]

W porównaniu z tym bombardowaniem współczesne bomby wodorowe wydają się być nędznymi petardami. Według wyliczeń impakt, który utworzył nieckę Nördlinger Ries uwolnił energię o równoważniku 100.000 Mt TNT! Dla laika dodajmy, że 1 Mt = 1.000.000 ton trotylu![3]

Dlatego też jest wysoce prawdopodobnym, że z dnia na dzień jesteśmy zagrożeni spadkiem takiego ogromnego meteorytu i mamy powody, by z obawą patrzyć w niebo. Bo chociaż chroni nas pancerz atmosfery ziemskiej, to jest on iluzoryczny w starciu z dużymi przybłędami z przestrzeni kosmicznej...


[1] Na to pytanie można odpowiedzieć twierdząco, bo taki był obserwowany w Polsce, w dniu 20 sierpnia 1979 roku. W początkowej fazie lotu tzw. Wielki Bolid Polski miał kształt walca – jak dowiodły tego badania Br. Rzepeckiego i K. Piechoty. NB, natura WBP pozostaje zagadką do dnia dzisiejszego – podobnie jak natura Meteorytu Tunguskiego!
[2] Są to mołdawity, które składają się w głównej mierze z glinokrzemianów żelaza i magnezu. Zainteresowanych odsyłam do pionierskich prac mgr Andrzeja Kotowieckiego na temat tektytów, do których mołdawity się zaliczają.
[3] By zabić człowieka wystarczy odpalić 20 g TNT na jego głowie. Wedle wyliczeń Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) – moc całego ziemskiego arsenału nuklearnego wynosiła aż 9,5 Gt TNT czyli 9,5 x 109 ton TNT...

czwartek, 18 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (13)


7. Tajga


7.1. „Uśpiona ziemia”.


Człowiek w tajdze stanowi większą rzadkość, niż trzy syberyjskie niedźwiedzie. Człowiek w tajdze, to żywe wyzwanie rzucone przyrodzie. Ten mały człowiek w swym małym czółnie może spokojnie twierdzić, że posiada najlepszy środek lokomocji na Ałbasizie.

Tak właśnie opisał tą bezludną i bezlitosną krainę w książce pt. „Ale Bóg tam był” znany rosyjski autor Ivar Lissner, którego imię i nazwisko wskazuje na łotewskie pochodzenie. Taka jest tajga – piękna, ale zarazem okrutna.

Rosyjski chłop nazywa tajgą to, co kończy się za jego polem – pisze Lissner, który te przestrzenie poznał tak, jak i Tunguzi, wśród których żył. Jest to ziemia, która nie jest łaskawa dla przybyszów – po prostu o niego się nie stara i nie martwi. Wszystko tutaj śpi – jak wskazuje na to nazwa – Syberia...

Słowo Sibir pochodzi z języka tatarskiego i oznacza Śpiąca ziemia.

W książce pt. „Syberia: Jej zdobycie i rozwój” jej autor Jurij Siemionow bardzo realistycznie opisuje tą izolację ziem w okolicach Kamiennej i Podkamiennej Tunguskiej od reszty świata:
Tajga nie jest tu tylko ogromną i lesistą przestrzenią. Jest ona porośnięta ponurą i dziką puszczą, w której giną ludzie nieprzystosowani i słabi, w niezgłębionych przepaścistych masywach leśnych, niebezpiecznych mokradłach i bagnach, gdzie ginie wszystko, co żywe, które ma pecha wpaść w ich paście, a to, co rośnie na jej powierzchni wnet szczelnie zakryje wszelkie ślady tragedii. Olbrzymie pnie drzew powoli butwieją w śmierdzącej wodzie...

Tak zatem Syberię nie można nawet nazwać terra nondum cognita gdzieś pomiędzy Uralem a Pacyfikiem.

Wciąż żyje tam dzika zwierzyna, niedźwiedzie i wilki, przed którymi miejscowi muszą wciąż się trzymać na baczności. Tajga jest to puszcza, przebędziecie sto mil, po następnych padniecie z głodu i wyczerpania, aż wreszcie pochłonie was bagno.

Drzewa rosną tam tak gęsto, że sprawia to wrażenie, jakby kradły sobie światło. A tymczasem ich wierzchołki kąpią się w słonecznym świetle, a na dole z jego braki schną igły i liście... Tutejsza przyroda wiedzie wyścig ze śmiercią głodową. Bezlitosna walka drzewa z drzewem pozwala wygranemu pozostać na słonecznej stronie.

Ten, kto szuka tu własnej drogi, musi zrezygnować. Intruz zawsze natknie się na nieprzekraczalne bariery leśnych przeszkód. Tajga, to jest nawet dzisiaj pas dżungli szeroki na 2.500 km. To dzika ziemia. Niewyobrażalny wał modrzewi, sosen, świerków, jodeł, cedrów, brzóz i osik, poprzecinany z rzadka rzekami, a za nimi ukazuje się stepowa kraina – równie bagnista, jak i lasy...

Centralna Syberia ma obszar większy od Alaski i jest zasiedlona bardzo słabo. Jej ludność stanowi zaledwie kilka tysięcy osób! I to właśnie na tym odludziu znajduje się szczyt wszelkiego opuszczenia – rejon Kamiennej Tunguskiej!


7.2. Z dala od wszelkiej cywilizacji.


Każdy, kto chce plastycznie opisać tajgę, szybko łapie się na tym, że ta unikalna połać naszej planety jest bogata w faunę. Znajdziecie tutaj niedźwiedzie, wilki, lisy, gronostaje, wydry, łosie, jelenie oraz renifery.[1] Tunguzi – Ewenkowie także łowią ryby i hodują renifery.

Odległości pomiędzy miastami syberyjskimi mierzone są w tysiącach kilometrów, i tak np. z Irkucka do Tomska jest 1.300 km. Swego czasu dystansów na Syberii nie mierzyło się w kilometrach, ale w dniach drogi od – do. Jeżeli idzie o pogodę, to na Syberii jest albo lato, albo zima. Inne pory roku nie istnieją. Kiedy wszystko zamarzało na długie miesiące, Syberie skuwają wieczne lody. Kiedy lody puszczały w lecie, to sytuacja stawała się krytyczna. Ian Watson ukazał taką twarz Syberii i rozkosze podróży po syberyjskich roztopach w książce s-f pt. „Podróż Czechowa”, w której także opisuje tunguską katastrofę.

Pewnego lata, 30 czerwca 1908 roku, nad tym leśnym morzem wybuchł ładunek stężonego piekła, jakiego ta planeta jeszcze nigdy nie widziała.[2] Kosmiczny pocisk, który tego ranka spadł na tajgę był 2.000 razy silniejszy od bomb, które spustoszyły Hiroszimę i Nagasaki.

Jeden, jedyny błysk światła spalił 80.000.000 drzew! Wszystkie zwierzęta, które miały pecha być w rejonie eksplozji przestały istnieć – do tego trzeba dodać jeszcze nieznaną liczbę tunguskich koczowników, którzy znaleźli się w pobliżu miejsca impaktu.

To, co po tym zostało tak opisuje Ivar Lissner:
... spalone lasy, nieprawdopodobne kłębowisko martwych, szarych pni bez kory i gałęzi, żałobnie powstających przeciwko niebu, tak jakby jakiś boski architekt okrutnie sobie zażartował stawiając tam telegraficzne słupy. Ogień był spowodowany niezmiernym żarem, ale nie zdołał on strawić zielenią kipiące drzewa, więc je poprzewracał i upodobnił do jakichś straszydeł. I tak martwe pnie celują w niebo...

Nieznany kosmiczny obiekt, nieznanego pochodzenia wybuchł na szczęście w niemal bezludnej części Ziemi. Żyli tam i nadal żyją ludzie, u których miłość do Natury stapia się w jedno ze strachem przed Nią i Jej siłami. Ludzie, dla których głos szamanów wciąż stanowi dla nich najważniejsze prawo.


[1] Niektóre dane wskazują na to, że żyją tam jeszcze... mamuty!
[2] Nieprawda – nasza planeta widziała nieraz takie impakty w swej historii, że wspomnę tylko spadek meteorytu, który spowodował powstanie astroblemu Chicxulub na Jukatanie, co wymordowało dinozaury 65 mln lat temu... 

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (12)


6.2. Sympatie i empatie.

 Zanim akademicy: Staniukowicz i astronom I. S. Astapowicz odrzucili tezę Kazancewa jako „bezsensowną”, inni uczeni ze Związku Radzieckiego potraktowali jego hipotezę bardziej tolerancyjnie. Stwierdzili oni, że owszem – referat był „poniekąd fantastyczny”, ale doszli do wniosku, że rzecz należy zbadać, a nie odrzucać a priori.

Jednym z uczonych, którzy podeszli otwarcie do hipotezy kosmolotu był fizyk i matematyk oraz astronom doc. dr Felix Zigiel z Moskiewskiego Instytutu Aerodynamiki i Lotnictwa, gdzie szkolili się także kosmonauci. W swym artykule zamieszczonym w czasopiśmie „Znanie – Siła” z czerwca 1959 roku, zajął on pozytywne stanowisko do hipotezy Kazancewa pisząc, że:
... wydaje mi się, że jego hipoteza jest bardzo realistycznym wykładem, ponieważ jest w stanie niezmiernie logicznie wyjaśnić brak astroblemu i fakt eksplodowania ciała kosmicznego w powietrzu.

Tymczasem poważni uczeni i akademicy szydzili i naśmiewali się z Kazancewa nazywając go „fantastą”.[1] Pomijając jego niezmierną autorską popularność, zwłaszcza wśród młodych czytelników, nie można pomiąć tego, że w ciągu kilkunastu lat swej aktywności był on wielokrotnie wyróżniany i nagradzany.  W roku 1954 otrzymał on nawet nagrodę chruszczowoską za pisarskie zasługi dla ZSRR i Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego przyjęła go w swe szeregi. Przy okazji wyszło na jaw, że Kazancew utrzymywał ścisłe kontakty z członkami radzieckiego lobby kosmicznego. W roku 1957, magazyn „Radio” opublikował jego „oficjalnie z góry pobłogosławiony” artykuł pt. „Rejestracja radiosygnałów ze sztucznych satelitów i ich naukowe badanie”, w którym nie tylko zawarł on zapowiedź wysłania pierwszego sztucznego satelity Ziemi, ale podał także częstotliwości fal radiowych wysyłanych przez jego nadajniki. W krótkim czasie po tym artykule, w Kosmos poleciał pierwszy radziecki sztuczny satelita Ziemi – Sputnik-1.

Sam fakt, że Kazancew na cztery miesiące przed początkiem tej radzieckiej misji kosmicznej był o niej doskonale poinformowany i zezwolono mu na opublikowanie tych informacji świadczy wymownie o jego pozycji w świecie naukowym i politycznym ZSRR. W dziewięć lat potem, Kazancew został zaszczycony przez samego prof. Borysa Parenago pochlebnymi uwagami o jego pamiętnym wystąpieniu w moskiewskim planetarium. Powiedział on:
Wszyscy zgadzamy się co do tego, że mamy do czynienia z jakimś gościem z Kosmosu. Osobiście jestem przekonany w 70%, że był to jednak meteoryt, ale pozostałe 30% wskazuje na to, że nie wykluczam tutaj i statku kosmicznego.

Aleksandrowi Kazancewowi udało się potrącić kamyczek, który obruszył lawinę. W roku 1951 głos zabrali dwaj radzieccy prominentni uczeni: akademik prof. Wasilij Fiesienkow i znany nam już prof. E. L. Krinow – sekretarz WBM AN ZSRR. Obydwaj uczeni energicznie zaprotestowali stwierdzeniu, ze w 1908 roku nad tajgą eksplodował kontener z radioaktywnym materiałem pędnym do Nieznanego Obiektu Latającego:
Był to w rzeczywistości meteoryt, a nie statek kosmiczny. Do eksplozji tego ciała kosmicznego nie doszło na wysokości kilkuset metrów nad Ziemią, jak fantazjuje Kazancew, ale przy uderzeniu w ziemię, a powstały w ten sposób astroblem wypełniła woda. Meteoryt Tunguski nie jest żadną zagadką, a jego naturalne pochodzenie jest bez wątpliwości udowodnione.

Ciekawe samo w sobie było to, że akademicy: Fiesienkow, Krinow, Staniukowicz i Astapowicz wydawali się być zgorszeni tym „normalnym” fantastyczno-naukowym wyjaśnieniem i nie żałowali czasu na publikowanie swego stanowiska w różnych czasopismach naukowych. Dla pisarza taka kontrakcja była czymś normalnym i zdopingowała go do dalszej pracy.


6.3. Z Marsa do Bajkału?


Kazancew wciąż nie ustawał w wysiłkach i modyfikował swoją hipotezę. Wedle jego mniemania, na Ziemię przylecieli astronauci z Marsa, a to dlatego, że na naszej planecie istnieją nieprzebrane zasoby wody. Dla Kazancewa był to całkiem realistyczny pomysł, bowiem Mars – jak to dzisiaj wiadomo po lotach sond Viking jest planetą umierającą z braku wody.[2]

Syberia jako punkt docelowy nie była wybrana przypadkowo – Marsjanie najprawdopodobniej chcieli wylądować przy największym zbiorniku czystej i słodkiej wody na Ziemi – długim na 600 km jeziorze Bajkał[3] - który znajduje się na południowy-wschód od rzeki Podkamienna Tunguska.

Hipoteza Kazancewa zakładała, że marsjański kosmolot poleciał najpierw na Wenus, która zajmowała wtedy dogodne położenie względem Marsa i Ziemi. Poza tym niektóre informacje astronomiczne utwierdzały go w tym przekonaniu, bowiem zaobserwowano na kilka godzin przed impaktem na Syberii, jasne ciało astronomiczne podobne do komety, które po katastrofie tunguskiej już nigdy nie pokazało się na niebie...

Kazancew doszedł do wniosku, że na statku kosmicznym doszło do awarii, wskutek której wleciał on w atmosferę pod nieodpowiednim kątem – efekt znamy.

John Baxter i Thomas Atkins w swej książce „The Fire Came By” tak opisali ostatnie sekundy lotu marsjańskiego kosmolotu:
... Ten manewr był już ich ostatnią czynnością. Grodzie w zbiornikach jądrowego paliwa puściły i paliwo doszło do masy nadkrytycznej. Rozpoczęła się reakcja łańcuchowa.
W kilka milisekund później, od horyzontu po horyzont przebiegł nad tajgą przeraźliwy błysk atomowej eksplozji i kosmolot literalnie wyparował wraz z załogą...

Aleksander Kazancew powrócił potem raz jeszcze do tego tematu w jednym z opowiadań które zawarł w zbiorku, pod tytułem „Gość z Wszechświata”, wydanego w 1958 roku.

Tymczasem w kołach naukowych ZSRR panuje przekonanie, że są to „wypociny chorego mózgu”, a poglądy autora uważa się powszechnie za „nienaukowe”, „niepoważne” czy „bezsensowne”. Podobne uwagi wysłuchałem od sędziwych akademików w czasie mojego pobytu w Rosji także i ja.


6.4. Tunguski dogmat?


Trzeba było znaleźć stutonowy żelazny meteoryt, by ten naukowy „tunguski dogmat” zatrząsł się na posadach.

Ów kosmiczny olbrzym wybrał sobie na miejsce spadku dalekowschodni obszar Związku Radzieckiego i wybił tam ogromny astroblem. Specjaliści meteorytolodzy znaleźli tam ponad 23 tony kosmicznego żelaza.[4] Materiał ten przebadano w Moskwie, ale uczeni nie śpieszyli się do robienia jakichkolwiek porównań z Meteorytem Tunguskim z prostego powodu – braku materiału porównawczego! To uniemożliwiało przeprowadzenie jakiejkolwiek analogii z Meteorytem Sichote-Alińskim.[5]

To wszystko doprowadziło akademika prof. A. A. Michajłowa do wniosku, że spadła tam kometa. Badacz zalecił posłanie w tajgę kolejnej ekspedycji, której celem byłoby znalezienie resztek materii kometarnej, które potwierdziłyby jego teorię. Onże sam potwierdzał pogląd, że nieznane ciało eksplodowało w powietrzu, i że resztki „jego” komety znikły gdzieś w bagiennych obszarach tajgi tunguskiej.

Tak czy owak – cokolwiek tam eksplodowało: meteoryt, kometa czy kosmolot – wygląda na to, że ogromna przestrzeń syberyjskiego „leśnego morza” chciała zachować to w tajemnicy.
- Jeden obraz z mojej własnej przeszłości szczególnie wrył mi się w pamięć – wspomina Aleksander Kazancew w swym kultowym opowiadaniu „Wybuch” i daje wyobrażenie o naszej niewiedzy o tamtejszych tajemnicach – Wysokie góry spadające stromo ku wodzie, jakby były poodcinane jakimś ogromnym nożem. Szeroka rzeka toczy swe wody w zakolu. Brzeg jest dziki, kamienisty i ponury, a za nim rozpościera się odwieczna tajga...

Co z tego wynika? – a to, że człowiek musi zbadać tajgę, by ją zrozumieć...


[1] W języku rosyjskim słowo „fantasta” funkcjonuje wymiennie ze słowem „głupiec” – przyp. aut.
[2] Badania wykonane przez orbiter sondy Mars Odyssey udowodniły, że na Marsie znajduje się woda pod warstwą regolitu i pyłu, co podały światowe media w dniu 21 maja 2002 roku.
[3] Bajkał był czystym jeziorem do początku lat 70., aktualnie jest on zanieczyszczony przez ponad 30 papierni i kombinatów celwiskozowych powstałych w ramach Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej.
[4] De facto były tam aż 122 kratery, z których największy miał 28 m średnicy i 6 m głębokosci. Zebrano tam 20 ton meteorytowego żelaza, jak podaje to Andrzej S. Pilski w książce „Nieziemskie skarby” (Warszawa 2000).
[5] Spadł on w dniu 12 lutego 1947 roku, w górach Sichote-Aliń na radzieckim Dalekim Wschodzie.