czwartek, 11 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (10)


5.3. Wielki szok.


Kiedy doszli do rzeki Czamba, skierowali się na północ i sforsowali dopływ Makirty, to ujrzeli pierwsze ślady nieprawdopodobnego kataklizmu spowodowanego uderzeniem meteorytu w tajgę. Dla wszystkich był to nieopisany szok, kiedy wyszli na to miejsce i rozejrzeli się dookoła.

W kierunku północnym las leżał, jakby skoszony gigantyczną kosą. Górny skraj kamiennego brzegu rzeki Makirty był usłany powalonymi sosnami i brzozami: fala uderzeniowa wybuchu skosiła tutaj cały las. Kulik zapisał w swym dzienniku:
Niewysokie pagórki na uboczu stromo wspinały się ku niebu; ich szczyty ogołociła ze wszelkich roślin powietrzna śmierć z 1908 roku...

 Ekspedycja kontynuowała swój marsz. Na początku widzieli oni na skraju spustoszonego obszaru drzewa ogołocone z gałęzi jak słupy telegraficzne, aż wreszcie doszli do terenu, który wywołał u nich stan najgłębszej depresji: leżały tutaj olbrzymie sosny, jodły i modrzewie – przewrócone i wyrwane z korzeniami. Stuletnie drzewa były literalnie skoszone fala uderzeniową wywołaną spadkiem meteorytu. Gleba była pokryta spróchniałymi pniami.

Wyprawa musiała wycinać sobie drogę maczetami, ponieważ tajga zaczęła już odrastać, wierzchołki powalonych olbrzymów leśnych bez wyjątku wskazywały na południowy-zachód, a zatem kierunek przeciwny temu, w którym należało szukać miejsca impaktu.

O 25 km dalej badacze natknęli się na ślad wielkiego pożaru, który – jak to było widać – zaczął się na wierzchołkach drzew i zszedł do dołu pni. Pożar ten nie był spowodowany przez ogniste odłamki meteorytu, ale przez fale potwornego żaru, który podpalił pomniejsze gałęzie.

Kulik wyjaśnił to tak, że meteoryt – który wpadł do ziemskiej atmosfery – tłoczył przed sobą wielką „poduchę” rozgrzanego powietrza. Następnie eksplozja przegrzanego powietrza spowodowała po spadku kosmicznego obiektu rozległe pożary wokół astroblemu.[1] Trzyosobowa wyprawa znów udała się w drogę. Po pewnym czasie doszła do jednego z najwyższych górskich grzbietów w tajdze.


5.4. Pogórze Chłodnyj.


 Z tego miejsca można było spojrzeć na wszystkie strony świata i objąć wzrokiem cały obszar, ale tona co Kulik i jego przewodnicy teraz patrzyli było jeszcze dziwniejszym od tego, co dane im było zobaczyć do tej pory. Na górskim grzbiecie nie było ani jednego drzewa! Były tam widoczne jedynie płaty spalenizny i wywały drzewne. Wierzchołki wywróconych drzew wskazywały południe, zaś korzenie na północ. Było tedy oczywiste, że astroblem wybity przez kosmiczny pocisk musi znajdować się na północy.

Leonid Kulik poczuł nerwowe podniecenie – już tylko krok dzieli go od rozwiązania zagadki! Tak mu się przynajmniej wydawało... Niecierpliwość gnała go do przodu i wciąż poganiał on swych towarzyszy.

Badacz stanął twarzą w twarz z czymś, czego się najmniej spodziewał, a chodziło o Ilię Potapowicza, który stawał się coraz bardziej niespokojny w miarę zbliżania się wyprawy do epicentrum. Bał się on zemsty swych bogów za naruszenie świętości ich terenów, naruszył tabu i obawiał się konsekwencji swych uczynków. Tak też bał się on prowadzić dalej swych towarzyszy do tajgi, bo nie chciał wzbudzić gniewu boga piorunów – potężnego Ogdy’ego – jak wciąż powtarzał to w koło Macieju uczonemu. Kulik wreszcie uległ i 13 kwietnia ekspedycja wróciła do Wanawary.

Kulik nie tracił czasu. Udało mu się pozyskać innego miejscowego przewodnika, uzupełniono zapasy prowiantu i 30 kwietnia 1927 roku ruszył na trasę. Do Czamby używali sań, a potem pieszo dotarli do wywalonego lasu. Brodząc w zaspach podążali uparcie na północ. I wreszcie 20 maja wyprawa dotarła na miejsce, z którego zawróciła poprzednim razem.


5.5. Zagadkowe bagno.


Kulik słuchał uważnie tego, co opowiadał mu przewodnik o obszarze błot zwanym Bagno Południowe. To musiało być to miejsce, gdzie znajdował się także astroblem. Na początku czerwca stanęli u celu podróży, która trwała trzy miesiące! I wszystko tutaj było zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażali! Przed nimi znajdowało się Bagno Południowe, które Kulik natychmiast obszedł dookoła. Bez wątpliwości musiało to być miejsce impaktu meteorytu. Wokół zamarzniętego bagna promieniście leżały powalone drzewa, a cała formacja przypominała ogromny wir.

Ale gdzie znajdował się olbrzymi krater, który meteoryt musiał wybić w gruncie? Wszystkim, co znalazł Leonid Kulik, to był obszar bagien mierzący 7 x 10 km. Czyżby więc astroblem po upływie 19 lat zmienił się w bagno? A jaki to miało związek z okrągłymi otworami w gruncie? Wiele z nich mierzyło kilka metrów średnicy, inne zaś miały jeszcze większe średnice. Wszystkie zaś były wypełnione ciemną, brunatną wodą i miały porośnięte brzegi mchem.

Bardziej na południe Kulika zaskoczył wygląd pagórków, który go dosłownie poraził:
Ziemia wyglądała tak, jakby popękała i wytworzyła fale. Przypominało to dość dokładnie morskie bałwany ze spękanej gleby – zapisał on w swym dzienniku. Do tego wszystkiego dołączył on to, co usłyszał od Ewenków na temat katastrofy z 1908 roku, i od których dowiedział się o niżej opisanym wydarzeniu:
Widzieliśmy wtedy olbrzymi płomień. Znajdowaliśmy się wtedy około 85 km od Tunguski. Żar był tak straszliwy, że padliśmy plackiem na ziemię...

Inny tubylec opowiedział Kulikowi, ze bagienna gleba po eksplozji się nieco zestaliła, i że można było po niej przejść suchą nogą – a zatem czy cały ten obszar został osuszony straszliwym udarem termicznym?
Leonid Kulik nie tracił czasu i zaczął poszukiwać odłamków meteorytu. Najpierw opracował on mapy topograficzne, geologiczne i petrograficzne tego rejonu. Tak więc wreszcie wszystkie grzbiety górskie zostały nazwane i oznaczone. Wiele lat później tak powiedział on o przebiegu swej pierwszej wyprawy z 1927 roku:
Wyniki pierwszych oględzin nieporównywalnie przekroczyły historie opowiedziane przez naocznych świadków i moje najśmielsze oczekiwania.

Już wiosną 1928 roku Leonid Kulik udał się ponownie w tajgę. Tym razem w wyprawie uczestniczył zoolog W. Sytin i filmowiec z „Sowkina” N. Stukow. To jemu właśnie zawdzięczamy pierwszy reportaż z miejsca spadku Meteorytu Tunguskiego.

W latach następnych kolejne ekspedycje szły w tajgę i nie udawało im się znaleźć żadnego śladu meteorytu, mimo wierceń w wiecznej zmarzliny do głębokości 34 m. Pomiary magnetyzmu też niczego nie wniosły nowego – nie stwierdzono żadnych śladów niklu, żelaza czy materiału meteorytowego.[2] Kulik nie znalazł meteorytu, którego masę początkową określał na kilkaset tysięcy ton, zaś masę końcową na co najmniej 200 ton żelaza i niklu...

Poglądów jego nie podzielał m.in. E. L. Krinow, który twierdził, że tajemnicze leje powstały w wyniku procesów naturalnych, a potem stwierdził wręcz – już po śmierci Kulika – że meteoryt eksplodował nie w ziemi, ale w powietrzu.

Leonid Kulik zmarł w hitlerowskiej niewoli w dniu 24 kwietnia 1942 roku w Stalagu Spas-Demeńsk na tyfus.


[1] Krater meteorytowy (poimpaktowy).
[2] W powieści s-f Stanisława Lema pt. „Astronauci”, w roku 2003 udało się odnaleźć kontener informacyjny należący do statku kosmicznego, a właściwie bezzałogowego aparatu szpiegowskiego z Wenus, który uległ katastrofie nad Syberią.