poniedziałek, 1 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (8)


5. Pionier


5.1. Na początku była kartka z kalendarza.


Leonid A. Kulik jest tym człowiekiem, którego uznaje się za prawdziwego odkrywcę dla świata Tunguskiego Fenomenu.

Był on zdolnym mineralogiem. Nigdy by nie przypuszczał, że kartka ze starego zrywnego kalendarza ze starego przedrewolucyjnego Petersburga, który dostał od swego przyjaciela, będzie miała tak ważki wpływ na jego życie. Ale w marcowe popołudnie 1921 roku nic na to nie wskazywało. A w tym przypadku idealnie potwierdziło się stare przysłowie mówiące, że małe rzeczy mogą mieć doniosłe skutki.

Na tylnej stronie kartki z kalendarza była wydrukowana informacja z jednej z syberyjskich gazet, w której opisano spadek niezwykłego meteorytu. Kulik poczuł ciekawość, a to dlatego, że do tego dnia nigdy o tym nie słyszał. 38-letni uczony ze zdumieniem czytał o wielki ciele niebieskim, które spadło w połowie czerwca 1908 roku, o ósmej rano, kilka kilometrów od torów Kolei Transsyberyjskiej, nieopodal węzła kolejowego Filimonowo. Miejsce impaktu miało się znajdować 11 km od wsi Kańsk.

I dalej czytał on, że meteoryt wywołał swym upadkiem wielki huk, że jego dudnienie i grzmoty słychać było na 400 km dookoła. Pociąg, który w chwili katastrofy mijał to miejsce zastopował tak, że podróżni mogli sobie to dziwo dokładnie obejrzeć, jednakże ciało niebieskie było tak rozżarzone, że chętni do obejrzenia tego przybysza z Kosmosu musieli trzymać się odeń w większej odległości... – tak to opisywano w gazetowym reportażu. Kulik dowiedział się dalej, że później – kiedy kosmiczny posłaniec wystygł, kilku podróżnych i kolejarzy zbadało go. Meteoryt werżnął się cały w grunt, a na widoku – jak głosiła gazetowa story – wystawała jedynie jego górna część. Podano nawet rozmiary ciała: biały kamienny blok miał objętość 12 m3.

Leonid Kulik przeczytał tą informację z wciąż wzrastającym zainteresowaniem. Jedno, co mógł stwierdzić na pewno to to, że w tym gazetowym artykule nic nie odpowiadało prawdzie. Przebieg wypadków był totalną brednią od A do Zet... A jednak w tym wszystkim była i dobra strona: uczony mineralog uświadomił sobie, że ma przed sobą nowy, fascynujący cel badawczy. Postanowił tego znaleźć meteoryt.

Leonid Kulik urodził się w roku 1883, w estońskim mieście Tartu.[1] Rok jego narodzin dziwnym trafem zbiegł się z rokiem wybuchu wulkanu Krakatau.[2] Początkowo studiował leśnictwo w St. Petersburgu, a potem matematykę i fizykę na uniwersytecie w Kazaniu. Jako leśnik początkowo pracował na Uralu, gdzie spotkał on swego mistrza i mentora – był nim prof. W. I. Wiernadskij, który był kierownikiem ekspedycji mineralogicznej. Odkrył on w Kuliku zawołanego mineraloga i dzięki temu załatwił mu pracę w Muzeum Mineralogii, gdzie pod jego kierunkiem ukończył on studia mineralogiczne. Potem ożenił się z Lidią Iwanowną i potem razem już pracowali w Sankt-Petersburskim Muzeum Mineralogicznym. W 1914 roku został powołany do wojska, ale jego kariera wojskowa rychło się skończyła. Koniec I Wojny Światowej zbiegł się z przewrotem komunistycznym, ale Kulikom udało się przeżyć wojnę domową w bezpiecznym miejscu. Uczestniczył potem w uralskich ekspedycjach swego mistrza prof. Wiernadskiego.

Ten zdolny mineralog mieszkał czas jakiś w Tomsku, gdzie wciąż doskonalił swe wiadomości i umiejętności, a w 1920 roku powrócił do Piotrogrodu (Sankt Petersburga), gdzie powrócił do pracy w Muzeum Mineralogicznym, aliści cały swój czas [poświęcał na badanie meteorytów. Przeczytał wszelką dostępną literaturę i sam zaczął kolekcjonować okazy. Wkrótce zaczęto uważać go za eksperta w tej dziedzinie.

I tak pewnego marcowego dnia 1921 roku doszło do nieprzewidzianego zwrotu, kiedy Leonidowi Kulikowi wpadła w ręce kartka ze starego kalendarza... Po przestudiowaniu informacji na niej wydrukowanej – a były to same brednie – doszedł do wniosku, że powinien poszukać dalszych informacji o tym wydarzeniu. Wkrótce odniósł pierwszy sukces. Czytając różne gazetowe doniesienia doszedł do wniosku, że cały opis na kartce z kalendarza, to była jedna wielka kaczka dziennikarska, ale jednocześnie skonstatował, że wydarzenie to miało miejsce naprawdę. Jak coś takiego było możliwe? Co się z tym wiązało?

I tak np. w pewnej irkuckiej gazecie pisało, że chłopi we wsi Kierienskaja obserwowali owego czerwcowego ranka 1908 roku:
... olśniewająco świecące ciało – straszliwie jasne dla niechronionego oka, emitujące niebieskawo-biały żar. Leciało ono w dół, w ciągu 10 minut, i miało kształt rury albo walca.

W tej informacji stało dalej, że po spadnięciu żarzącego się obiektu powstała szara chmura czarnego pyłu i było słyszane dudnienie przypominającą kanonadę artyleryjską. Budynki się trzęsły, a w ciemnym obłoku wielokrotnie błyskały płomienie. Wieśniaków ogarnęła panika i w popłochu wybiegli na ulice oczywiście sądząc, że nadszedł koniec świata...

Kulikowi ta sprawa nie dawała spokoju. Wiele z tego, co wiedział o meteorytach, nie pasowało do obrazu zdarzenia. Byłbyż ten obiekt niczym innym, jak tylko meteorytem??? Kulik uzyskał niezaprzeczalną pewność tego, że w dniu 30 czerwca 1908 roku w żadnym   przypadku nie mogło iść o kolizję naszej planety z jakimś kosmicznym przybłędą. Był on wprawdzie przekonany, że w każdym przypadku szło o jakieś ogromne ciało kosmiczne, które spadając potrafiło zmienić potężną połać tunguskiej tajgi w gołą pustynię. Postanowił zatem znaleźć ten „meteoryt” w miejscu jego spadku.


[1] Dawniej Dorpat – słynący ze swego uniwersytetu.
[2] Inne nazwy: Rakata lub Krakatoa. Eksplozja tego wulkanu zmiotła z powierzchni Ziemi trzy wysepki i wyrzuciła w górne warstwy atmosfery 18 km3 pylistej tefry.