niedziela, 7 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (9)


5.2. Cel podróży – Syberia.


Jeszcze tego samego roku 1921, przygotowania do ekspedycji zostały ukończone. Z kilkoma kolegami, w październiku 1921 roku wyjechał z Piotrogrodu na Syberię. Całość wyprawy – dzięki poparciu mistrza Wiernadskiego – sfinansowała AN ZSRR. Kulik i jego towarzysze mieli do dyspozycji jeden wagon Kolei Transsyberyjskiej!

Trasa wiodła przez Omsk, Tomsk i Krasnojarsk – do domniemanego końca podróży i celu wyprawy – wsi Kańsk. Tam Kulik i jego ludzie zgromadzili informacje, zeznania i relacje o przebiegu całego zdarzenia. Prace te doprowadziły do doniosłego wniosku: tajemnicza kula ognista (według Kulika jeszcze meteoryt), musiała spaść o wiele dalej na północ, niż to się do tego czasu zakładało. Kulik zlokalizował wreszcie miejsce impaktu na obszarze dorzecza rzeki Podkamienna Tunguska, prawego dopływu Jenisieju.

Uczony wrócił do Piotrogrodu jeszcze bardziej przekonany, że idzie dobrą drogą w dobrym kierunku. Należało zgromadzić fakty i dowody, ale nade wszystko trzeba było zabiegać o dalsze finanse na dalszą ekspedycję, która miała doprowadzić go do epicentrum kolizji naszej planety z meteorytem.

Te wszystkie plany zrealizowano dopiero po 6 latach. Przez ten cały czas Kulik interesował się wszystkim, co miało jakikolwiek związek z Meteorytem Tunguskim i dokładnie studiował wszelkie opinie uczonych na ten temat. Były to m.in. informacje geologa S. W. Obruczewa[1] i etnografa I. M. Susłowa. Kulik dowiedział się od nich o niesłychanej niechęci do opowiadania o tym wydarzeniu z 1908 roku, przejawianym przez mieszkańców tajgi z tego rejonu. Dzięki informacjom od tych dwóch uczonych, udało się od kilku Tunguzów[2] dosłownie wydusić interesujące ich informacje o tym, że w odległości aż czterech dni marszu pod faktorii Wanawara na północ, znajduje się ogromna rozległa przestrzeń z wywróconymi drzewami. Ponadto Kulik dowiedział się, że zasługa niszczycielskiego meteorytu było zabicie ponad 1.000 reniferów. Katastrofa wywołała orkany, które dosłownie zmiotły z powierzchni ziemi kilka koczowisk plemiennych Ewenków.

W lutym 1927 roku, Leonid Kulik ponownie wyruszył na szlak. Z jednym przewodnikiem wsiadł do pociągu Kolei Transsyberyjskiej w Leningradzie[3] i udał się najpierw do Kańska, a stamtąd podróżował dalej do Tajszetu.

Tubylec, do którego Kulik zwrócił się z pytaniem o Meteoryt Tunguski, potwierdził, że straszliwa ognista kula leciała na północ, czym utwierdził mineraloga w tym, że musi on szukać meteorytu w dorzeczu Podkamiennej Tunguski.

Kulik uzupełnił prowiant, sprzęt i samowtór z przewodnikiem udał się w tajgę. Konnymi saniami pojechali w kierunku północno-wschodnim wzdłuż Angary. Od razu pokazało się, że nie chodzi tutaj o niedzielny spacerek do podmiejskiego lasu, bowiem musieli oni ciągnąć sanie po niebezpiecznym osuwistym brzegu, przeciwko silnemu prądowi, co kończyło się niejednokrotnie upadkiem i kąpielą w lodowatej wodzie... Droga była straszna! W dzień forsowali oni rzeczki i potoki, niebezpieczne urwiska i brzegi, zaś w nocy trzęśli się z zimna u ogniska.

Kulik i jego asystent wyjechali z Leningradu w lutym, a pod koniec marca (!!!) dostali się wreszcie do Wanawary. Tam mieli dalsze problemy. Miejscowi twardo wzbraniali się przed zaprowadzeniem ich do epicentrum eksplozji. Byli to prości ludzie, dodatkowo ogłupiani przez szamanów, zaś ci ostatni twierdzili, że impakt był dziełem boga ognia oraz gromów Ogdy, który właśnie zstąpił z niebios i wszystkich intruzów „palił niewidzialnym ogniem”. Kulik nie dał jednak za wygraną i poszczęściło mu się wreszcie: Tunguz Ilia Potapowicz zgłosił się na ochotnika, by poprowadzić dwuosobową wyprawę do epicentrum katastrofy.

8 kwietnia 1927 roku, trójka awanturników udała się w tajgę. Sprzęt i żywność załadowali na kilka jucznych koni i poszli. Musieli przebyć około 100 km po niesamowitych wertepach z ciężkimi przyrządami na plecach. Najbardziej delikatnymi były narzędzia wiertnicze, którymi Kulik miał zamiar wydobyć na światło dzienne próbki meteorytu, a do tego musiał się wgryźć w wieczną zmarzlinę. Marsz był niezmiernie wyczerpujący.

Wszyscy cierpieli na szkorbut, spowodowany brakiem witaminy C, bo brakowało im świeżych jarzyn i owoców.

Kulik i jego przewodnicy szli jednak z zaciśniętymi zębami. Gdyby nie Ilia Potapowicz, to nigdy nie trafiliby na miejsce przeznaczenia. Kompas był zupełnie nieprzydatny, bo na tej szerokości geograficznej nie można było polegać na dokładnych izoklinach ziemskiego pola magnetycznego. Mapa, w którą Kulik zaopatrzył się w Krasnojarsku, też ich zmyliła. Nikt nie naniósł na nią tych wszystkich przeszkód i niebezpieczeństw terenowych, z jakimi im się przyszło tam spotkać...


[1] Znanego w Polsce m.in. z powieści s-f pt. „Plutonia”.
[2] Dzisiaj nazywa się ich Ewenkami – przyp. aut.
[3] Tak nazwano w ZSRR Sankt Petersburg.