czwartek, 25 kwietnia 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (15)


8.2. Meteorytowa rewia.


Meteoryty, które w czasie milionów lat zraniły naszą Matkę-Ziemię musiały być nienormalnie wielkie. Ich masa musiała wynosić kilkaset tysięcy, jak nie milionów, ton. Jednakże nie znaleziono ich zbyt dużo, a jedynie obserwowano ich zbliżanie się do Ziemi. Wedle ostrożnych wyliczeń, było ich około półtorej setki.[1]

Jeżeli idzie o te, co spadły na Ziemię, to największe znalezisko tego rodzaju odkryto w 1920 roku w Namibii. Był to żelazny meteoryt o masie 60 ton.

Niewiele mniejszym był żelazny gigant, który spadł w dniu 12 lutego 1947 roku w górach Sichote-Aliń. Największy jego odłamek ważył 1,7 tony. Dokładne badania wykazały, że meteoryt ten był jednolitą bryłą żelaza, która po wejściu w atmosferę rozpadła się na mniejsze fragmenty.

Najnowszym wypadkiem wejścia dużego meteoru w atmosferę jest wydarzenie z dnia 8 marca 1976 roku, które rozegrało się w chińskiej prowincji Ki-rin. Kosmiczny pocisk miał w tym przypadku masę 4 ton i rozpadł się na 100 fragmentów, z których największy miał masę 1.770 kg, a zatem był o 700 kg cięższy od fragmentu, który wylądował w Kansas w 1948 roku.

Nikt nie ucierpiał od spadków tych meteorytów, co jest o tyle ciekawe, że obiekt ten „rozsmarował” się na powierzchni przeszło 5.000 km2! I żaden z tych meteorytów nie zagroził człowiekowi eksplodując na wysokości 5 km nad Ziemią. Ich prędkość geocentryczna – vG – została oszacowana na 14,5 km/s, a zatem była ona stosunkowo niska. Uwolniona przez impakt energia kinetyczna wyrażona szkolnym wzorem:

Ek = ½ mv2

była wyraźnie niższa, niż w przypadku ciała, które spustoszyło tunguską tajgę. Można założyć, że Tunguski Meteoryt był de facto planetoidą o średnicy co najmniej 20 m, która leciała wokół Słońca i dostała się w pole grawitacyjne Ziemi.

Przy takiej przechadzce w muzeum meteorytów nie można zapomnieć o największym astroblemie, jaki znajduje się w amerykańskim stanie Arizona. Jest to głęboki na 174 m i szeroki na 1.295 m krater Cañon Diablo – Diabelski Kanion.[2] Ostatnio nazywa się tą formację Barringer Crater czy po prostu Meteor Crater.[3]

Obliczenia wykazały, że promień tego meteorytu musiał wynosić 150 m, a zatem jego masa wynosiła około 10 mln ton. Uderzył zaś naszą planetę w czasach prehistorycznych. Uczeni wyjaśnili, dlaczego nie znaleziono resztek tego meteorytu, otóż wyparowały one w momencie uderzenia w Ziemię.


8.3. Jak w Tunguskiej.


Powróćmy jednak do tego obiektu, który pozostaje wciąż zagadką i nie został zidentyfikowany do dziś dnia.

W połowie lat 20., A. W. Wozniesieńskij, onegdajszy kierownik Irkuckiego Obserwatorium Astronomicznego zbadał domniemaną trajektorię meteorytu. Materiałem wyjściowym w tym przypadku były relacje zebrane przez Leonida Kulika i S. W. Obruczewa. Wozniesieńskij był do końca przekonany, że chodziło o meteoryt - z tym, że zakładał on, iż wybuch został spowodowany nie przez jeden meteoryt, ale przez cały rój drobnych ciał niebieskich lecących tym samym torem. To wyjaśniało mu, dlaczego istniała taka rozbieżność pomiędzy kierunkami lotu Bolidu, a kierunkami działania fal uderzeniowych.

Astronom był przekonany przy tym, że ekspedycja natknie się w tajdze na taki sam ogromny krater poimpaktowy, jak w Arizonie. Należałoby tutaj dodać, ze poglądy te były opublikowane przed pierwszą wyprawę w tajgę w 1927 roku! Wyprawa ta była dla niego i jego stronników straszliwym zawodem, a pomimo tego hipoteza ta żyła jeszcze własnym życiem, i nawet w 1951 roku prof. Fiesienkow był przeświadczony o tym, że tunguską katastrofę spowodował meteoryt. Intensywnie wspierał go w tym sekretarz WBM – prof. Krinow, który dosłownie tak powiedział dziennikarzom:
W związku z Tunguskim Meteorytem nie istnieje żadna zagadka. Jego pochodzenie nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.

Po siedmiu latach profesor jednak miał wątpliwości i odstąpił od teorii meteorytowej, stając się stronnikiem hipotezy kometarnej, będąc stuprocentowo przeświadczony o słuszności swego postępowania. Całej społeczności naukowej tłumaczył potem, że to po prostu musiała być kometa. W czasopiśmie „Priroda” nr 8,1960 zamieścił on swój artykuł pt. „Przyczyna tunguskiego przypadku – nie meteoryt, ale kometa”, w którym pisze dosłownie tak:
Opisany ruch tunguskiego obiektu jest niezwykły dla zwyczajnego meteoroidu. Jak powszechnie wiadomo, meteory są produktem zderzeń i rozpadu asteroidów i dlatego poruszają się one w płaszczyźnie ekliptyki, lub pod niewielkim kątem do niej. Przy zderzeniu z Ziemią [...] należy zakładać, że jego prędkość była niewielka.
I tak np. dobrze wszystkim  znany meteoryt z dnia 12 lutego 1947 roku, nadleciał ku Ziemi we wczesnych godzinach rannych od północy, a nie od południa i uderzył w naszą planetę z prędkością 14-15 km/s.[4] Jego orbita wokółsłoneczna – jej aphelium wypadało aż w środkowej części Pasa Asteroidów, zaś w peryhelium dotykała orbity Ziemi, co oznaczałoby, że była to część asteroidu...[5]
A zatem wynikałoby z tego, że ze względu na kierunek ruchu i charakter orbity, Meteoryt Tunguski był ciałem co najmniej niezwykłym.
...Konstatujemy, że vG Meteorytu Tunguskiego nie mogła być niska, dlatego że do końca i w wyższych warstwach atmosfery emitował on znaczną energię, dzięki temu zmienił się w ogniste ciało, którego jasność i intensywność świecenia była porównywalna ze Słońcem. I – jak twierdzą świadkowie - >>Widzieliśmy, jak oderwał się kawałek Słońca<<. A zatem najbardziej prawdopodobnym jest to, że meteoryt ten poruszał się ruchem wstecznym. A to oznacza, że poruszał się on nie dość, że ruchem wstecznym, to jeszcze pod stosunkowo dużym kątem do płaszczyzny ekliptyki, a taki ruch występuje tylko i wyłącznie u komet![6]

Ukazane tutaj stanowisko prof. Fiesienkowa nastąpiło w kilka miesięcy po opublikowaniu pewnej informacji agenturalnej z dnia 30 kwietnia 1960 roku. Moskiewska agencja TASS[7] oznajmiła wtedy, że:
AN ZSRR zmuszona jest zdementować informację, że szło o statek kosmiczny. Ów tajemniczy obiekt, który w roku 1908 spadł na syberyjską tajgę był bez wątpienia – czego dowiodły najnowsze badania – tylko zwyczajnym meteorytem.
Do udowodnienia powyższego stwierdzenia doszło po zbadaniu 104-letnich modrzewi w >>punkcie zero<<, które są zdrowe i nie nosiły śladów pożaru. Gdyby chodziło o eksplozję statku kosmicznego z napędem atomowym, tej nie mogłyby one przeżyć. A to dowodzi tylko tego, że mógł to być tylko meteoryt!
Dwaj radzieccy badacze: geofizyk dr Andriej Zołotow i vice-przewodniczący ówczesnej AN ZSRR Boris Konstantinow postawili na wybuch jądrowy, ponieważ na miejscu eksplozji nie znaleziono szczątków meteorytu, nie znaleziono żadnego krateru poimpaktowego, a przy eksplozji powstała kula ognista, a z niej – jak po wybuchu jądrowym – powstał ognisty słup wzbijający się w niebo. Jednakowoż my wychodzimy z założenia, że był to meteoryt, który po przeniknięciu do ziemskiej atmosfery rozgrzał się do wysokiej temperatury i spłonął doszczętnie i bez śladu.

Już po przeczytaniu tej informacji staje się jasne, że nie ma co mówić o znajdowaniu jakichkolwiek dowodów. Na początku tekstu mówi się w tonie tryumfalnym, że – ba! – znaleziono dwa żywe modrzewie w „punkcie zerowym” eksplozji, ale na końcu już się spuszcza z tonu i dochodzi się do wniosku, że ... meteoryt spłonął wywołując efekt eksplozji jądrowej bomby.

Jasnym jest więc, że taka „wiara” może tylko oznaczać niewiedzę!...




[1] Dzięki specjalnemu teleskopowi LINEAR (Nowy Meksyk, USA) ilość tą zwiększono w roku 2002 do ponad 750.
[2] Powstał on 22.000 lat temu wskutek impaktu meteorytu, który uderzył w Ziemię z prędkością 13,33 km/s. Energia impaktu w równoważniku trotylowym wynosiła 0,5 Mt TNT.
[3] Nie jest to największy krater, bowiem istnieją jeszcze większe astroblemy: północna część Morza Kaspijskiego, Zatoka Meksykańska, Zatoka Hudsona czy astroblem Chicxulub.
[4] Prędkość geocentryczna – vG­ ­– zależy od odległości danego ciała od Słońca, wokół którego to ciało krąży zgodnie z Drugim Prawem Keplera.
[5] Czyli była to orbita o rozpiętości 1...3,0-3,5 AU.
[6] Nie tylko, bowiem dwie znane planety Układu Słonecznego: Merkury i Pluton poruszają się pod dużymi kątami do płaszczyzny ekliptyki: Merkury – 7*,00 a Pluton – aż 17*08’. Istnieją domniemania, że Faeton (hipotetyczna planeta pomiędzy Marsem a Jowiszem) krążyła po orbicie o nachyleniu 85* do płaszczyzny ekliptyki, zaś tajemniczy Transpluton (lub nawet trzy Transplutony) aż o 90* i do tego ruchem wstecznym!
[7] Tielegraficzieskaja Agientia Sowietskowo Sojuza.