piątek, 24 maja 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (24)


11.7. Rozmowa z prof. Pietrowem.


Prof. Georgij I. Pietrow był tego tropikalnego, lipcowego przedpołudnia moim trzecim prominentnym rozmówcą. Swoje pytania do niego formułowałem uwzględniając to, że prof. Pietrow był w byłym ZSRR swego czasu najbardziej renomowanym oponentem do hipotezy o wybuchu statku kosmicznego. Postanowiłem tedy w rozmowie z nim dotknąć i tego tematu.

Z przykrością muszę przytoczyć ten wywiad ad memoriam, bowiem od rosyjskich przyjaciół: prof. Lisiewicza, dr Rubcowa, dr Tjurina-Awińskiego i dr Furduja z którymi spotkałem się w czasie kongresu naukowego na terenie byłej Jugosławii[1] – dowiedziałem się, że ów wybitny naukowiec już zmarł. Prof. Pietrow za życia wykładał matematykę i aerodynamikę na Uniwersytecie Moskiewskim. Urodził się na północy Rosji, w Binezie, i zmarł mając 75 lat. Profesor nie znał niemieckiego, a i po angielsku mówił a little bit, dlatego każdy z nas mówił w swym ojczystym języku – on po rosyjsku, ja po niemiecku. Ten wariant był najoptymalniejszy dzięki tłumaczce, która była w Moskwie zawsze pod ręką.

A oto treść naszej rozmowy:

Pytanie: Co pana, panie profesorze inspiruje do tego, że tak długo stara się pan wyjaśnić problemy przyczyn katastrofy tunguskiej?
Odpowiedź: Spowodowane jest to głównie moją specjalnością naukową – aerodynamiką, którą wykładam na tutejszym uniwersytecie. Najbardziej interesuje mnie to, co się dzieje z ciałem poruszającym się z wielką prędkością w atmosferze ziemskiej. Zainteresowanie to jest bardzo stare. Zasadnicza idea obliczenia matematycznego masy ciała, które eksplodowało w 1908 roku nad Podkamienną Tunguską, naszła mnie pewnego dnia, kiedy przygotowywałem się do wykładu. Nawiązałem wtedy kontakt z członkami WBM, którzy niedawno uczestniczyli w wyprawie do tajgi.

P.: Czy był pan na miejscu katastrofy?
O.: Nie. Przecież nie jestem badaczem tego fenomenu – jestem matematykiem. Z drugiej zaś strony zawsze fascynował mnie w tunguskim fenomenie problem aerodynamiczny, możliwości zbadania przyczyn eksplozji i znalezienie dowodów na nie. dogadałem się ze swym kolegą z Akademii – prof. Władimirem Stułowem, i razem doszliśmy do wniosku, że całej tej problematyce przyjrzymy się z matematycznego punktu widzenia.

P.: Jakie kryterium przyjęliście za faktyczny dowód prawdziwości waszych wniosków?
O.: Najpierw doszliśmy do wniosku, że kosmiczny obiekt, który eksplodował nad tajgą, był bez wątpienia głową komety – ergo – szło o ogromny blok złożony z brudnego śniegu wodnego, zmarzłych gazów i dalszych części składowych.[2] Ciało to przyleciało z kosmicznych dali Układu Słonecznego, miało masę co najmniej 1 mln ton i mierzyło 800 m średnicy. Kometę tą przychwyciła w 1908 roku Ziemia i w momencie, kiedy 30 czerwca we wczesnych godzinach rannych głowa komety rozpędziła się w polu grawitacyjnym Ziemi do prędkości 11,11 km/s i wpadła w górne warstwy atmosfery. Była ona wtedy jeszcze ciałem stałym, ale na wysokości 50 km nad ziemią jej wierzchnie warstwy zamieniły się w gaz. Ten gaz wywołał niespotykanej siły falę uderzeniową, która uderzyła w powierzchnię Ziemi z energią wybuchu wielu bomb wodorowych.

P.: A więc co było przyczyną eksplozji?
O.: Do wybuchu w potocznym sensie tego słowa nawet nie doszło! Ciało kosmiczne straciło w czasie przelotu mnóstwo energii, co było jednym z powodów, że nie spadło na powierzchnię Ziemi. Obiekt ten został całkowicie przez nią wyhamowany, co spowodowało gigantyczną falę uderzeniową. Udowodniliśmy, że atmosfera była w stanie ten obiekt wyhamować – bowiem miał on dużą masę i małą gęstość – wszystkiego około 0,01 g/cm3. Samo ciało – a raczej to, co z niego jeszcze zostało po wybuchu – zanikło jeszcze na wysokości 15 km nad tajgą.

P.: To dlatego nie znaleziono żadnych śladów?
O.: Dokładnie tak. Szczególnym dla tunguskiej katastrofy było to, że obszar tajgi został uderzony bardzo silną falą udarową, która rozszerzała się od epicentrum na znaczną odległość. Spróbujcie opisać wzajemne oddziaływania poruszającego się ciała z atmosferą, a dojdziecie do tego, że będzie to poruszający się obłok gazu z naddźwiękową szybkością – podobnie jak głowa komety – i ciągnącemu za sobą cały szereg fal uderzeniowych.

P.: A zatem wasz wspólny wniosek i rezultat waszej pracy zgadza się z teorią Leonida Kulika, który wysunął hipotezę o ogromnym meteorycie?
O.: To nie jest tak. Kulik nie sformułował żadnej hipotezy. On poszukiwał astroblemu. Nie znalazł go, ale w czasie jego poszukiwań ciężko było znaleźć cokolwiek – np. ze względu na słabo znany teren. Kulik zmarł przekonany, że pewnego dnia ktoś odkryje astroblem i szczątki meteorytu w nim. Dziś wiadomo, że żaden krater nie istnieje. Była tylko straszliwie silna fala uderzeniowa, która powaliła las na powierzchni 2.200 km2. Dowodem na prawdziwość tej teorii są stojące w epicentrum wybuchu drzewa, niemal nieuszkodzone, mimo tego, że stały one pod PUNKTEM ZERO eksplozji. Znajdowały się one w pewnego rodzaju strefie neutralnej.

P.: Co neguje możliwości, że w tym przypadku nie może iść o antymaterię, kolapsara czy pozaziemski statek kosmiczny, której jednostka napędowa eksplodowała w wyniku awarii?
O.: Poszukiwaliśmy reliktów takiej eksplozji w atmosferze. Gdyby to była antymateria, to do wybuchowej interakcji z atmosferą doszłoby jeszcze wyżej, nad stratosferą. Nie wypada mi traktować serio hipotezy o kolapsarze, zaś pozaziemski statek kosmiczny – to najmniej poważne wyjaśnienie. Gdyby naprawdę doszło do wybuchu atomowego, to dlaczego reakcja łańcuchowa przy tak wielkiej masie – którą wyliczyliśmy – pojawiła się tak wysoko?



[1] Autorowi chodzi o słynny Kongres AAS w Cirkvenicy na początku lat 70. ub. stulecia. Polskę reprezentował na nim m.in. prof. dr inż. Zbigniew Schneigert (1910-1998).
[2] Hipoteza ta nie wytrzymuje krytyki, bowiem Słońce rozgrzałoby jądro komety tak, że po przejściu komety przez punkt przysłoneczny kometa powinna emitować całe obłoki świecących gazów układające się w jej warkocz (ogon), czego nie zaobserwowano... 

wtorek, 21 maja 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (23)


11.5. Specjaliści są zdumieni!

Póki w ramach WBM istniały przesłanki po temu, by ocenić tunguski obiekt jako meteoryt, póty nic się nie zmieniło aż do roku 1958, kiedy to eksperci od wybuchów wrzucili swe trzy grosze do sprawy.
- W tym roku ukazała się książka Aleksandra Kazancewa pt. >>Gość z Kosmosu<<, w której autor sprecyzował swój pogląd z 1946 roku, że 30 czerwca 1908 roku, nad Podkamienną Tunguską doszło do katastrofy obcego statku kosmicznego przy próbie awaryjnego lądowania – mówi dr Jawnel. Książka ta spowodowała przed 42 laty prawdziwy boom turystyczny na miejscu katastrofy. Wszyscy szukali tam śladów po pozaziemskim statku kosmicznym czy UOSO.97 Ale kręgi naukowe, a zwłaszcza WBM AN ZSRR miały na ten temat swoje własne i odmienne zdanie. One wiedziały – podobnie jak dr Jawnel – swoje: Kosmiczny gość był bez jakiegokolwiek wątpienia naturalnego pochodzenia!

I koniec! I kropka!

I mało ich obchodziło to, że naukowiec takiej miary, jak Wasilij Fiesienkow z dnia na dzień zrezygnował z teorii o meteorycie na rzecz teorii o komecie. W swej pracy pt. „Podstawa tunguskiego przypadku: żaden meteoryt, tylko kometa” („Priroda” nr 8,1960) uczony ten wyszedł z dwóch przesłanek, które wydawały mu się zbyt kontrowersyjne, a mianowicie:
v Znaleziono małe kuleczki z krzemianów i magnetytu, i...
v ...zaobserwowano zagadkowe świetlne fenomeny na niebie w kilka dni po wybuchu w tajdze.

Pisze on dosłownie tak:
Nie udowodniono tego, że znaleziona materia meteorytowa ma akurat jakiś związek z wybuchem tunguskim i ma ona takie same pochodzenie, jak cała reszta materiału meteoroidowego na całej kuli ziemskiej. Nie było żadnej zwiększonej koncentracji tych cząstek98 i tak np. ekspedycja z AN Kazachskiej SRR99, która w 1948 roku miała zbierać spadły na Ziemię pył meteorytowy na lodowcach Tuju-Su i Zalijskiego Ałtaju, też niczego nie znalazła.[...]
Badania kuleczek dowiodły, że niektóre z nich mają podwójną budowę – a mianowicie składają się z dwóch związków chemicznych: magnetytu i krzemionki, a jak do tego mogło dojść, tego nie wiadomo.
Byłoby to logiczne, gdyby rozpatrywać Tunguskie Ciało Kosmiczne jako głowę komety, w których mogą istnieć tak złożone twory. Należałoby dodać, że magnetyt i krzemionka topią się w różnych temperaturach.100 Złożenie tych kuleczek świadczy o bardzo szybkich procesach topienia i stygnięcia tej materii mające związek z eksplozją, do której bez wątpienia doszło w głowie komety.
W takim przypadku te znaleziska są   d o w o d e m   w p r o s t   na to, że mają one ścisły związek z wydarzeniem tunguskim. Kuleczki te [...] nie mogły być wynikiem sedymentacji cząstek pyłu kosmicznego spoza Ziemi. [...]

Jest przy tym interesujące, że nie znaleziono w tajdze żadnego szczątka meteorytu, ba! – nawet najmniejszego odłamka! Zmusza nas to do wyciągnięcia wniosku, że ich tam wcale nie było i nie ma i to dlatego właśnie można sądzić, że u źródła tunguskiego fenomenu leży właśnie   k o m e t a ...

Także świetlne fenomeny, które podziwiano w trzy dni po eksplozji nie były dla Fiesienkowa żadną zagadką:
WBM AN ZSRR wysłał do wszystkich krajów świata dokładny kwestionariusz, dzięki któremu udało się z dużą dokładnością ustalić granice nadzwyczajnego pojaśnienia nieba po wybuchu. Na podstawie zgromadzonych danych można stwierdzić, że przed spadkiem Meteorytu Tunguskiego, np. w nocy 29/30 czerwca 1908 roku, ilość światła na niebie nie odbiegała od normy.
Inaczej się mają sprawy po wybuchu, bo doszło do wyraźnego nasilenia widma ciągłego nocnego nieba, jednakowoż bez   ż a d n y c h   linii emisyjnych. To świadczy o tym, że do górnych warstw atmosfery przeniknął obłok drobnego pyłu, który był zorientowany w stosunku do Słońca w przeciwnym kierunku...
Oznacza to zatem, że Meteoryt Tunguski posiadał pyłowy ogon, który dostał się do atmosfery i był skierowany odsłonecznie. Już sam ten fakt dowodzi tego, że ten obiekt   b y ł     k o m e t ą .

Radzieccy uczeni udowodnili w 1949 roku, że nagłe zanieczyszczenie ziemskiej atmosfery w lipcu i sierpniu 1908 roku było spowodowane tunguską katastrofą. Nie udało się jednak wyjaśnić niektórych anomalii zaobserwowanych wkrótce po wybuchu tego ciała niebieskiego.

To udowadnia, że sproszkowana materia nie dostała się do wyższych warstw ziemskiej atmosfery i nie oddaliła się od powierzchni Ziemi nie dalej, niż 30 km – skonstatował w 1960 roku prof. Fiesienkow. Czy będziemy zatem zakładać, że cząstki tej materii były równomiernie rozmieszczone nad całą północną hemisferą?  Jeśli tak, to łączna masa tych cząstek musiałaby pójść w miliony ton! Fiesienkow tak się do tego odniósł:
Zjawisko to najprawdopodobniej należy zapisać na karb gazowo-pyłowego śladu, który zostawia za sobą każda głowa komety przy przelocie przez ziemską atmosferę.


11.6. Czy była to może kometa P/Encke?


Dr Igor Zotkin – mój drugi rozmówca uczony, który w latach 60. wraz z dr Michaiłem Zikulinem próbował w warunkach laboratoryjnych odtworzyć tunguską katastrofę i ostatnią fazę lotu tego obiektu kosmicznego – także interesował się niezwykłymi zjawiskami świetlnymi na terenie Rosji oraz europejskich i pozaeuropejskich miejscowości, z których donoszono o ich pojawieniu się po wybuchu nad Syberią.

Wielka to szkoda, że związku pomiędzy ukazaniem się tych fenomenów atmosferycznych a Meteorytem Tunguskim dopatrzono się dopiero w końcu lat 20., a zatem bardzo późno. Dlatego też pozostały bez echa różne publikacje, które się nimi zajmowały...

WBM próbował w latach późniejszych to zaniedbanie nadrobić. W różnych dostępnych źródłach dostrzeżono dwie różne i sprzeczne ze sobą przesłanki, jednakże Zotkin dostrzegł i drugą stronę tego medalu. Nie liczyła się dla niego ilość, ale jakość informacji. Istniała potrzeba stworzenia dostatecznie jasnego i przejrzystego obrazu, który byłby możliwy do przyjęcia przez świat naukowy i wypełniał wszystkie kryteria stosowane tamże.

Zdjęcia robione w okresie pomiędzy 30 czerwca a 1 lipca 1908 roku wykazują znaczną intensywność świecenia obłoków. Srebrzyste obłoki były widoczne w wielu zakątkach Ziemi. Jest całkiem możliwe, że fenomen ten jednak nie miał nic wspólnego z Meteorytem Tunguskim...

Mój rozmówca ostro odciął się od obowiązującej wówczas teorii o zorzy polarnej i pochwalił brytyjskie czasopismo „Knowledge” oraz „English Mechanic”, w których opublikowano dziesięć artykułów poświęconych konkretnie temu dziwnemu zmierzchowi:
Obserwatorzy całkowicie wykluczyli możliwość, że była to zorza polarna. Nie zaobserwowano jakichkolwiek zmian pola magnetycznego, zaś nacisk położono na niezwykłość obłoków, które widziano, ich kolor, blask i kształty oraz brak źródła światła, które je rozświetlało.

Zotkin wyciągnął ten artykuł z tuzinem innych, które napisali niemieccy autorzy, a potem ten wysokiej klasy specjalista od tunguskiej eksplozji przystąpił do przedstawiania swej wersji problemu. Sam osobiście uczestniczył w latach 60. w trzech ekspedycjach do epicentrum tunguskiej katastrofy i dlatego był on w stanie podzielić się ze mną swymi poglądami na naturę zagadkowego obiektu kosmicznego.:
1 maja 1908 roku, zbliżyła się do Ziemi kometa P/Encke101 do punktu przysłonecznego swej orbity, co może oznaczać, że w momencie tunguskiego wybuchu, w pobliżu Ziemi znajdowała się część towarzyszącego jej gęstego roju meteorów. Można zatem spokojnie przypuścić, że anomalne zjawiska na naszym niebie spowodowane zostały przez ogon pyłowy przechodzącej wtedy przez peryhelium komety, i że ta ostatnia mogła być przyczyna tunguskiego zjawiska. Jednakże byłoby czymś bezsensownym łączyć kometę Enckego z Meteorytem Tunguskim, ale można przypuszczać, że ogromna kometa przyniosła ze sobą jakiegoś kosmicznego przybłędę o dużej masie.

Z czego to ciało się składało? Jak to się stało, że nikt go wcześniej do tej pory nikt nie widział? I główne pytanie: dlaczego nie znaleziono jego szczątków? Zotkin tak mi na to odpowiedział:
Już w latach 50. amerykański astronom Fred Whipple wykazał, że jądra komet są zbudowane z lodu zamarzniętych gazów – metanu, dwutlenku węgla i wody z domieszką cząstek stałych. Dochodzimy zatem do wniosku, że dnia 30 czerwca 1908 roku z Ziemią zderzyła się mała kometa, której jądro mierzyło kilkadziesiąt metrów średnicy i ważyło kilkaset tysięcy ton. Odmiennie niż meteoryty, komety poruszają się przy kolizji z prędkością nawet 40 km/s...102

Odważyłem się zaoponować: ależ dlaczego tego ciała nikt wcześniej nie widział i jak mogło niepostrzeżenie przeniknąć do naszej atmosfery?
Zostało to spowodowane tym, że wydawało się, że kometa ta przyleciała wprost od Słońca i dlatego nikt jej nie widział.[1] Widzialną stała się wtedy, kiedy weszła w gęste warstwy atmosfery ziemskiej – lodowa kula spadła na Syberię, zaś gazowo-pyłowy ogon ukazał się nad Europą.[2] Kiedy takie ciało wleci w atmosferę, to wywołuje tzw. balistyczna falę uderzeniową. Na Ziemi odczuje się to jako nagły skok ciśnienia, który w mniejszym stopniu potrafi wywołać samolot odrzutowy przekraczający 1 Ma. Meteoryt spręży przed sobą powietrze, co spowoduje wzrost temperatury do 10.000 K, jego materia wyparuje i wyemituje jaskrawe światło. Promieniowanie termiczne jest tak silne, że może ono wywołać pożar lasu. Na wysokości 5-10 km nad Ziemią opór powietrza i żar jest tak silny, że takie ciało jak meteoryt zacznie się topić. Zmieni się ono w pył i parę. Przy uderzeniu w barierę powietrza się momentalnie rozpadnie, a jego ogromna energia kinetyczna zamieni się w nadciśnieniową falę uderzeniową.
Bardzo uważnie wysłuchałem tego pokrętnego popisu oratorskiego mojego rozmówcy. Miałem ochotę na zadanie mu wielu pytań, czego nie ukrywałem przed dr Zotkinem. Co właściwie było przyczyną tego, że 2.200 km2 lasu zostało zniszczone, a drzewa na   d w u k r o t n i e   większej powierzchni poważnie uszkodzone?

To spowodowała fala uderzeniowa, o czym już nadmieniłem. Uderzyła ona w las od góry i skosiła drzewa wokół miejsca epicentrum. Do dziś dnia nie wiemy ze stuprocentową pewnością, co było przyczyną eksplozji TUNGUSKIEJ KOMETY. Czy był to proces rozpadu, czy przemiany ze stałego stanu skupienia w gazowy? To jest wciąż przedmiotem badań. Ja osobiście przychylam się do poglądu, że szło o rozpad; co popiera także prof. Fiesienkow. We wspólnym oświadczeniu – swego czasu – przedstawiliśmy stanowisko, że jądro komety było rozniesione przez siły aerodynamiczne, które wynosiły 30.000 kG/cm2 powierzchni!

Hipoteza ta wywołała spore kontrowersje pomiędzy zwolennikami teorii kometarnej. W roku 1975 dwaj akademicy: prof. Pietrow i prof. Stułow zaproponowali, że trzeba brać pod uwagę także możliwość odparowania tego ciała kosmicznego.



97 Unknown Outer Space Object – Nieznany Obiekt Kosmiczny.
98 Stwierdzenie to wkrótce przeinaczono – przyp. aut.
99 Dziś Kazachstan.
100 Krzemionka przechodzi w stan ciekły przy +1.470°C, a magnetyt przy +1.565°C.
101 Nazwana tak od nazwiska astronoma Johanna Franza Enckego (1791-1865), który pierwszy obliczył jej orbitę wokółsłoneczną na 3,3 roku – przyp. aut.
102 Nie jest to ścisłe, bowiem istnieją roje meteorytowe, których vG wynosi nawet 70,7 km/s – Leonidy, czy 69,4 km/s – ε-Geminidy, 66,4 km/s – Orionidy, 66,3 km/s – Aurigidy, 65,5 km/s – η-Akwarydy, 65 km/s – Komaberenicydy, 59,4 km/s – Perseidy, 58,4 km/s – τ-Hydraidy i kilka innych.
[1] Zostało to potwierdzone w 2002 roku, kiedy to Ziemia omal nie została trafiona przez asteroidę 2002 MN, która została wykryta w 3 dni po minięciu punktu perygeum!
[2] W opisywanym przypadku, gdyby kometa leciała   o d   Słońca, to najpierw Ziemia weszłaby w jej gazowo-pyłowy ogon i wszystkie świetlne fenomeny byłyby widoczne   p r z e d   wejściem jej jądra w atmosferę Ziemi. – co najmniej od połowy czerwca 1908 roku. Stanowiłoby to dowód wprost na to, że teoria o spadku komety na Podkamienną Tunguską jest ewidentnie fałszywa... Jednak niektóre fakty zdają się wskazywać na to, że tak właśnie było, co wynika z dalszych partii tekstu książki.

czwartek, 16 maja 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (22)


11.2. Immanuela Velikovsky’ego teoria kometarna.


Hipoteza Immanuela Velikovsky’ego głosząca, że Ziemia przed 3.500 laty została spustoszona przez ogromną kometę, i że ten „zanik światła” znalazł swe odzwierciedlenie we wszystkich tekstach świętych ksiąg na całej kuli ziemskiej[1], wywołała zaciekłe dyskusje i spory na całym świecie. Autora poniżano i upokarzano, zaś jego książka znalazła się na indeksie ksiąg zakazanych... Mimo tego ostracyzmu doszło jednak do rozniecenia „światowego pożaru” odnotowanego w źródłach historycznych. Według autora, wędrówka Żydów po pustyni pod przewodnictwem Mojżesza bezpośrednio wiąże się z tą kosmiczną katastrofą, która w tym czasie dosięgła naszą planetę. Wykład Velikovsky’ego został zilustrowany cytatami z „Biblii” – Wj 13,21 i 13,22. I chodziło tutaj bynajmniej nie o Boga, ale o kosmicznego przybłędę, który zamienił światowy ład w chaos...

Także cud rozstępującego się Morza Czerwonego, o którym wspominają egzekci jest według niego następnym dowodem na globalną katastrofę. Wszystko to jest wyjaśnialne wpływem grawitacyjnym głowy komety, która była wielkości Ziemi!

To, co się rozegrało na Ziemi i obok niej 3.500 lat temu musiało przypominać mieszkańcom Ziemi sądny dzień. Przeglądając literaturę Starożytności znajdujemy cały szereg relacji o takich „końcach świata”. Cokolwiek by nie powiedzieć o Velikovskym, to jest on pierwszym, który wskazał na możliwość kolizji Ziemi z kometą w czasach biblijnych. To właśnie kometa miałaby być odpowiedzialna za Potop i rozstępowanie się wód Wszechoceanu.[2] Jest oczywistym, ze jeżeli poglądy Velikovsky’ego są słuszne, to legendy wszystkich narodów świata mówią o niesamowitej katastrofie, którą przeżyła nasza planeta. To jest bezdyskusyjne.


11.3. Zbieżność z kometą P/Pons-Winnecke?


A zatem czy była to kometa, która w 1908 roku spustoszyła tajgę na Syberii? Wielu rosyjskich uczonych jest o tym przeświadczonych, zaś Leonid Kulik – który przez 10 lat uważał, że to meteoryt i szukał jego szczątków - w rozmowie z pewnym brytyjskim pisarzem stwierdził, że katastrofa tunguska może mieć punkty styczne z kometą P/Ponsa-Winnecke. Ten kosmiczny wędrowiec już raz niebezpiecznie zbliżył się do naszej planety, mijając Ziemię z odległości 5 mln km, co jak na standardy astronomiczne jest niezwykle blisko...
- Wtedy, za życia Leonida Kulika rozpropagowano pogląd, że szczątki komety P/Pons-Winnecke spadły na Ziemię jako kamienne meteoryty – wyjaśnił mi problem dr Jawnel z pracowni WBM w Moskwie. - Pracował w nim także i Kulik, a w dniu dzisiejszym WBM mieści się w czynszowej kamienicy przy ulicy Marii Ulianowej.[3] Zdecydowana większość uczonych objaśniała ten fenomen spadkiem nie tyle meteorytu, ale komety – jak twierdzi dr Jawnel.

Należał do nich także brytyjski meteorolog i geofizyk Francis Whipple i radziecki astronom I. Astapowicz. Anglik w 1930 roku był przeświadczonym, że w syberyjską tajgę uderzyła bez wątpienia   g a z o w a   k o m e t a   - co wyjaśniało brak jakichkolwiek śladów po niej. Astapowicz przyznał mu w 1933 roku rację dodając, że wyjaśnia to fenomen białych nocy i innych zjawisk świetlnych na niebie po wybuchu w tajdze, a co trwało 3 dni po tym wydarzeniu. Astapowicz zwrócił uwagę także na to, że tameczna detonacja była o wiele silniejsza, niż najsilniejsze orkany[4] i potężne wybuchy wulkanów.[5]
W roku 1950 głos zabrał także i amerykański astronom Fred Whipple[6], który uzasadnił tezę o komecie: chodzi o to, że w atmosferę przeniknęła głowa komety złożona z zamarzniętych gazów i pyłu kosmicznego. Jego hipoteza była jedną z nielicznych, która uzyskała posłuch i uznanie wśród astronomów radzieckich. Teoria meteorytu była spychana coraz bardziej na margines i tam znajduje się do dziś dnia. Swe poglądy zmienił także i sam przewodniczący WBM prof. Wasilij Fiesienkow. W swym studium zawartym w czasopiśmie „Priroda” przyznał on, że ogólny obraz powstały po tunguskiej eksplozji odpowiada teorii o kometarnym pochodzeniu tego fenomenu.


11.4. Co odkrył dr Jawnel?


Studium Fiesienkowa wydrukowano w sierpniu 1960 roku, w trzy lata potem dr Jawnel dokonał znaczącego odkrycia:
Próbki gleby, które zebrał Leonid Kulik z obszaru Tunguski poddałem laboratoryjnym testom i obejrzałem je pod silnym powiększeniem. Odkryłem w nich mikroskopijne cząstki materii pozaziemskiej. Były to drobne kuleczki krzemionki – SiO2 i magnetytu – Fe2O3, które wyglądały jak kropelki czy banieczki. Każda z nich mierzyła tylko kilka setnych milimetra średnicy, a niektóre z nich były połączone ze sobą w agregaty przypominające winne grona.

Podobne magnetytowe i krzemowe twory powstają podczas przelotu meteorytów przez ziemską atmosferę w trakcie chemicznych procesów z tym związanych. Problem w tym, że dr Jawnel zaliczył to na korzyść hipotezy meteorytowej. Do tego zainspirował go inny astronom – prof. dr K. P. Staniukowicz – jednakże jego wnioski były przedwczesne, bowiem... podobne kuleczki magnetytu i krzemionki znaleziono także na atomowych poligonach Alamogordo oraz w okolicach Hiroszimy i Nagasaki...

W roku 1958 wyruszyła w tajgę ekspedycja, która udała się nad podziw. Znaleziono ogromną ilość magnetytowych i krzemianowych cząstek, i to najwięcej na NW od epicentrum eksplozji w 1908 roku. Rezultatem było potwierdzenie poglądu Krinowa, że meteoryt eksplodował w powietrzu, a nie na powierzchni Ziemi, w tajdze, jak to Krinow poprzednio twierdził.


[1] Zob. L. Zajdler – „Atlantyda”.
[2] Nieprawda: pierwszym, który zwrócił uwagę na taką możliwość, był... polski pisarz tworzący w Rosji, dzisiaj już całkiem zapomniany – Jan Józef Sękowski, który w opowiadaniu s-f pt. „Podróż uczona na Wyspę Niedźwiedzią” opisuje ni mniej ni więcej, ale katastrofę całego świata sprzed 12.000 lat spowodowana przez kolizję Ziemi z kometą! Jego opowiadanie ukazało się drukiem w Sankt Petersburgu w XIX wieku!
[3] Aktualny adres: Российская Академня Наук, Комитет по Метеоритам, 117975 Москва, ГСП-1, ул. Косыгина 19, tel.: +7-095 1374270.
[4] Wiatry o prędkości >120 km/h.
[5] W tym przypadku może chodzić o gwałtowne erupcje wulkanów Krakatau w 1883, Katmai w 1912 i Mt. St. Helens w 1980 roku.
[6] Brytyjski astronom nie był jego krewnym, zbieżność nazwisk jest przypadkowa – przyp. aut.

poniedziałek, 13 maja 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (21)


11. Kometa?


11.1. Kiedy Słońce nie zachodziło


Nadeszła śmierć i zagłada... Morze wystąpiło z brzegów. Doszło do straszliwej powodzi... Ludzie utonęli w miękkim błocku, które spadło z nieba... Na Ziemi zapadł zmrok, a ponury deszcz trwał wiele dni i nocy... a nad głowami ludzi rozlegało się ogłuszające o przeraźliwe ogniowe dudnienie...

O tej katastrofie możemy poczytać sobie w dziele „Popul Vuh”[1] – świętej księdza majowskiego plemienia Quiche.[2] Opis ten jako żywo przypomina nam to, co dobrze znamy z chrześcijańskiej Biblii. I to właśnie z „Popul Vuh” dowiadujemy się, że niebo pociemniało, a nad Ziemią zawisła nieprzenikniona zasłona chmur. Ludzie oszaleli ze strachu i cokolwiek by nie robili, katastrofy nie dało się już odwrócić czy uniknąć:
[Ludzie] próbowali wychodzić na dachy, ale domy się rozpadały grzebiąc ich pod swymi gruzami; próbowali wspinać się na drzewa, ale te przewracały się...

Także uczony Egipcjanin imieniem Ipuwer sporządził nam dokładny opis podobnego wydarzenia – ogólnoplanetarnej katastrofy:
 Ogień strawił bramy, słupy i ściany, a same niebiosa znikły w zamęcie... Drzewa leżą powalone i nie ma żadnych owoców ani roślin. Wszystko, cośmy jeszcze wczoraj widzieli, już dziś nie istnieje...

Tak to opisuje upadek kultury ten egipski autor piszący o wydarzeniach z roku 1500 p.n.e., kiedy to Ludzkość została wydana na żer płomieniom.

W buddyjskich świętych tekstach znajdujemy opis podobny do poprzedniego, a dotyczący tegoż samego niezwykłego i groźnego zjawiska:
Kiedy świat został zniszczony wichrem... ukazała się najpierw wielka chmura... Zrywa się wiatr, który zwiastuje koniec świata. Na początku wiruje drobny pył, potem piasek, a na końcu żwir i wielkie kamienie...

Podobną informację znajdujemy także w „Starym Testamencie” za sprawą biblijnego Mojżesza. Ten prorok i przywódca żydowski przepowiedział straszliwą katastrofę, która dotknęła Egipt. Chodziło w tym przypadku o 10 legendarnych plag egipskich, które miały zmusić faraona Ramzesa II Wielkiego do wypuszczenia z Egiptu ludu Izraela, który tam był w niewoli.[3] Dowiadujemy się zatem o krwawym zabarwieniu wody w Nilu, o wymieraniu tamtejszych ryb, o ciemnych chmurach zasłaniających Słońce, o gradobiciach i szalejących pożarach. Wystarczy otworzyć „Exodus”.[4]

Według Amerykanina – Immanuela Velikovsky’ego – który te mity zbierał przez całe swe życie, nie chodziło tu bynajmniej o „karę Bożą”, jak to się pisze w „Biblii”. Planeta Ziemia dostała się pod wpływ grawitacyjny ogromnej komety – jak twierdził ten autor w 1950 roku, w swej książce pt. „Worlds in Collision”, co manifestowało się zrazu pojawieniem się czerwonego pyły w atmosferze, który spadał z nieba. Pokrywał on lądy i wody, tak że wszystko wyglądało jak krwawe. A to był dopiero początek wszystkich nieszczęść, jakie dotknęły Ziemię  - pisze Velikovsky.

Kiedy opadł ten czerwony pył, był on  tak drobny, jak sproszkowana sadza. Pokrył on cały Egipt, a potem na całą Ziemię runęła ulewa meteorytów. Nasza planeta dostała się w głębiny ogona komety.   

W innych starożytnych tekstach zachowała się wypowiedź, że cały Egipt został zasypany gorącymi kamieniami i czymś, co nazwano „naphta”, która spowodowała u ludzi oparzenia i pęcherze. „Naphta” w językach hebrajskim i aramejskim znaczy tyle samo, co po polsku „nafta”. Velikovsky tak to wyjaśnił:
Ogony komet są utworzone z węglowodorów, które ze względu na niedostatek tlenu nie palą się, ale w przypadku wejścia w atmosferę bogatą w tlen dochodzi do zapłonu.

 Tak zatem doszło do tego, że gazy z ogona komety przetransformowały się w ropę naftową, która w postaci kropli spadła w naszą atmosferę i tam doszło do jej samozapłonu, czego rezultatem było – o ile wierzyć Velikovsky’emu – spadek ognistego deszczu, którego nikt nie mógł uniknąć![5]

To, że Ziemia przeszła przez ogon komety doprowadziło do jeszcze bardziej strasznych wydarzeń, bowiem kometa wciąż zbliżała się do naszej planety. Według Velikovsky’ego – ten kosmiczny pocisk wpłynął także na rotację Ziemi.

Na Ziemi zaczęły wiać nieprawdopodobne orkany – spowodowane zmianą rotacji planetarnej i świszczące powodzią gazu, pyłu i popiołu z komety...

Coś podobnego podaje także „Biblia” i inne święte teksty ze Starożytności.


[1] Także spotyka się pisownię „Popool Vooh”.
[2] Kicze – stąd język kiczua.
[3] Nieco inaczej widzi ten problem francuski pisarz i egiptolog Christian Jacq, który w pięcioksięgu sensacyjno-przygodowo-historycznej powieści o życiu i rządach Ramzesa II Wielkiego twierdzi wprost, że sławetne plagi egipskie były jedynie anomaliami przyrodniczymi, które żydowska propaganda rozdęła do rozmiarów kary i zemsty Jahwe.
[4] Wj  7,1-14,31.
[5] Rozrzedzenie gazów w warkoczu czy też ogonie komety jest bardzo duże i wynosi kilka cząsteczek na metr sześcienny przestrzeni. Gdyby ta hipoteza była prawdziwa, to w 1910 roku musielibyśmy przeżyć podobny kataklizm w związku z wejściem Ziemi w gazowy ogon komety P/Halley. Nie zaobserwowano niczego podobnego...

środa, 8 maja 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (20)


10.4. Reakcja na list pewnego czytelnika.


Także i w ZSRR hipoteza obu Amerykanów stała się przedmiotem zażartej dyskusji. Pojawiły się rozmaite punkty widzenia. W roku 1974, aspirant Instytutu Fizyki w Moskwie A. G. Ponariew odpowiedział na łamach magazynu „Ziemia i Wszechświat” nr 5,1974 na list czytelnika – J. L. Poljakina, który zajmował się sprawą Tunguskiego Meteorytu oraz hipotezą Ryana i Jacksona. Stwierdził on m.in., że dowodem na prawdziwość ich hipotezy jest kanadyjski Chabb Crater o średnicy 3,5 km. W swym liście wskazywał on na ten krater, jako możliwe miejsce wylotu tego mikrokolapsaru z wnętrza kuli ziemskiej. Na takie dictum A. G. Polnariew dyplomatycznie odpisał, że:
... jak dotąd nikt nie doszedł do tego, co naprawdę było przyczyna tunguskiej eksplozji, czarna dziura czy coś innego.

Powstanie krateru przy wylocie kolapsaru z wnętrza Ziemi nie jest prawdopodobne, ale Polnariew chciał wykluczyć i takiej możliwości.[1]

Mój konsultant dr A. A. Jawnel – renomowany członek WBM AN ZSRR nie chciał sobie zawracać głowy tą hipotezą.
- No i tym sposobem czytelnik ten nie otrzymał odpowiedzi, ani nikt nie wyprostował mu jego błędnych poglądów – powiedział on. W celu zweryfikowania prawdziwości hipotezy amerykańskich uczonych należy wykonać następujące czynności:
v dokonać badań możliwości występowania w Naturze miniaturowych kolapsarów o rozmiarach liczonych w μm;
v zbadać, jaką reakcję wywołałoby wejście do atmosfery takiego mikro-kolapsara;
v zbadać, jakie efekty uzyskałoby się w przypadku uderzenia takiego mikro-kolapsara w grunt i czy pokrywają się one z efektami zaobserwowanymi w czasie katastrofy tunguskiej.

- Polnariew w odpowiedzi na list czytelnika, niestety – mimo posiadanych przezeń informacji – nie ujawnił danych na temat energii eksplozji tunguskiej – mój konsultant uściślił swe uwagi. Za to wspomniał po łebkach o oświadczeniach naocznych świadków mówiące o >>niebieskim słupie ognistym<< . Widocznie ta okoliczność rozzłościła Jawnela i tego nie skrywał przede mną.

Oczywiście dr Jawnel stwierdził, że cały wniosek jest oparty na niesprawdzonych wiadomościach, więc jest  oczywiście niewiarygodny, bo żywcem wyjęty z artykułu Amerykanów. Oczywiście – wg dr Jawnela – nie można powoływać się na dane uzyskane z badań Zikulina i Zotkina, bo istnieją rażące różnice pomiędzy tym, co piszą Amerykanie, a rzeczywistością. Obraz wywału drzew wyraźnie wskazuje na działanie synergiczne fal uderzeniowych: sferycznej i cylindrycznej. Poza tym kolapsar w czasie przelotu przez atmosferę nie zmniejszyłby swej masy – a na odwrót – zaś tutaj nastąpiło znaczne rozpylenie materii meteoroidowej. To właśnie dlatego doszło do znacznego zapylenia atmosfery i białych nocy, co – wedle dr Jawnela – powoduje to, że hipoteza Jacksona i Ryana musi być odrzucona, bo jest bezsensowna i nie przystaje w ogóle do faktów.

Także próby poszukiwania śladów wylotu kolapsara na dnie północnego Atlantyku są bezsensowne – twierdzi on. Hipoteza Poljakina jest do niczego, bowiem:
Ten kanadyjski krater – jak wykazały to badania geologiczne – powstał już przed epoką lodową, a zatem nie istnieje tutaj żadna koincydencja z zagadkowym wydarzeniem w tajdze w czerwcu 1908 roku...


10.5. Pogląd przeciwko poglądowi.


I tak to jeden pogląd naukowy stanął przeciwko drugiemu. I niczego nie udowodniono!

Nie udało się w żaden sposób zanegować tego, że „kosmiczny kanibal” swego czasu dosięgnął także Układu Słonecznego. Wedle najnowszych danych astronomicznych, jedna czarna dziura zmierza w kierunku naszego wycinka Kosmosu, i gdyby te wyliczenia były bezbłędne, to taka możliwość stałaby się realną rzeczywistością, ale za długie tysiąclecia czy nawet dziesięciotysiąclecia! Astronomiczne odległości czasami mają swoje dobre strony!!!

Naukowcy szacują ilość kolapsarów w Kosmosie na miliardy sztuk. Black Holes mają różne wielkości – istnieją kolapsary o wielkości naszego Słońca i jeszcze większe[2] oraz także miniaturowe czarne dziury wielkości ziaren piasku. Cechą wspólną wszystkich tych ciał astronomicznych jest ogromna masa i potężna siła grawitacji. Ich powstanie ma związek z pierwotnym wybuchem kreującym nasz Wszechświat – czyli Big Bangiem.

Hipotetycznie rozważano możliwość, że wybuch na Syberii wywołał mikro-kolapsar o średnicy ziarenka kurzu, ale o masie 8 mln ton – ale co do prawdopodobieństwa tego zdarzenia, to tutaj drogi badaczy się rozchodzą...

Już katolicki teolog i filozof Pierre Teilhard de Chardin w jednej ze swych mądrych prac zauważa:
Współczesna fizyka nas poucza, że w przestrzeni kosmicznej nawet najbardziej fantastyczna możliwość może stać się prawdą...



[1] Jeżeli na ten mikrokolapsar patrzeć, jak na pocisk przebijający Ziemię na wylot, to faktycznie krater wylotowy powinien być większy od wlotowego – i tak właśnie byłoby! Krater te byłby wybity nie przez kolapsar, bo jego średnica jest zbyt mała na to, ale przez towarzyszące mu fale uderzeniowe poruszające się w ośrodku stałym – w tym przypadku skałach skorupy ziemskiej. Pod tym względem hipoteza Poljakina jest poprawna!.
[2] Autorowi chodziło najprawdopodobniej o jądra galaktyk, co do których są przypuszczenia, że są one gigantycznymi kolapsarami o masie wielu milionów Słońc!