piątek, 24 maja 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (24)


11.7. Rozmowa z prof. Pietrowem.


Prof. Georgij I. Pietrow był tego tropikalnego, lipcowego przedpołudnia moim trzecim prominentnym rozmówcą. Swoje pytania do niego formułowałem uwzględniając to, że prof. Pietrow był w byłym ZSRR swego czasu najbardziej renomowanym oponentem do hipotezy o wybuchu statku kosmicznego. Postanowiłem tedy w rozmowie z nim dotknąć i tego tematu.

Z przykrością muszę przytoczyć ten wywiad ad memoriam, bowiem od rosyjskich przyjaciół: prof. Lisiewicza, dr Rubcowa, dr Tjurina-Awińskiego i dr Furduja z którymi spotkałem się w czasie kongresu naukowego na terenie byłej Jugosławii[1] – dowiedziałem się, że ów wybitny naukowiec już zmarł. Prof. Pietrow za życia wykładał matematykę i aerodynamikę na Uniwersytecie Moskiewskim. Urodził się na północy Rosji, w Binezie, i zmarł mając 75 lat. Profesor nie znał niemieckiego, a i po angielsku mówił a little bit, dlatego każdy z nas mówił w swym ojczystym języku – on po rosyjsku, ja po niemiecku. Ten wariant był najoptymalniejszy dzięki tłumaczce, która była w Moskwie zawsze pod ręką.

A oto treść naszej rozmowy:

Pytanie: Co pana, panie profesorze inspiruje do tego, że tak długo stara się pan wyjaśnić problemy przyczyn katastrofy tunguskiej?
Odpowiedź: Spowodowane jest to głównie moją specjalnością naukową – aerodynamiką, którą wykładam na tutejszym uniwersytecie. Najbardziej interesuje mnie to, co się dzieje z ciałem poruszającym się z wielką prędkością w atmosferze ziemskiej. Zainteresowanie to jest bardzo stare. Zasadnicza idea obliczenia matematycznego masy ciała, które eksplodowało w 1908 roku nad Podkamienną Tunguską, naszła mnie pewnego dnia, kiedy przygotowywałem się do wykładu. Nawiązałem wtedy kontakt z członkami WBM, którzy niedawno uczestniczyli w wyprawie do tajgi.

P.: Czy był pan na miejscu katastrofy?
O.: Nie. Przecież nie jestem badaczem tego fenomenu – jestem matematykiem. Z drugiej zaś strony zawsze fascynował mnie w tunguskim fenomenie problem aerodynamiczny, możliwości zbadania przyczyn eksplozji i znalezienie dowodów na nie. dogadałem się ze swym kolegą z Akademii – prof. Władimirem Stułowem, i razem doszliśmy do wniosku, że całej tej problematyce przyjrzymy się z matematycznego punktu widzenia.

P.: Jakie kryterium przyjęliście za faktyczny dowód prawdziwości waszych wniosków?
O.: Najpierw doszliśmy do wniosku, że kosmiczny obiekt, który eksplodował nad tajgą, był bez wątpienia głową komety – ergo – szło o ogromny blok złożony z brudnego śniegu wodnego, zmarzłych gazów i dalszych części składowych.[2] Ciało to przyleciało z kosmicznych dali Układu Słonecznego, miało masę co najmniej 1 mln ton i mierzyło 800 m średnicy. Kometę tą przychwyciła w 1908 roku Ziemia i w momencie, kiedy 30 czerwca we wczesnych godzinach rannych głowa komety rozpędziła się w polu grawitacyjnym Ziemi do prędkości 11,11 km/s i wpadła w górne warstwy atmosfery. Była ona wtedy jeszcze ciałem stałym, ale na wysokości 50 km nad ziemią jej wierzchnie warstwy zamieniły się w gaz. Ten gaz wywołał niespotykanej siły falę uderzeniową, która uderzyła w powierzchnię Ziemi z energią wybuchu wielu bomb wodorowych.

P.: A więc co było przyczyną eksplozji?
O.: Do wybuchu w potocznym sensie tego słowa nawet nie doszło! Ciało kosmiczne straciło w czasie przelotu mnóstwo energii, co było jednym z powodów, że nie spadło na powierzchnię Ziemi. Obiekt ten został całkowicie przez nią wyhamowany, co spowodowało gigantyczną falę uderzeniową. Udowodniliśmy, że atmosfera była w stanie ten obiekt wyhamować – bowiem miał on dużą masę i małą gęstość – wszystkiego około 0,01 g/cm3. Samo ciało – a raczej to, co z niego jeszcze zostało po wybuchu – zanikło jeszcze na wysokości 15 km nad tajgą.

P.: To dlatego nie znaleziono żadnych śladów?
O.: Dokładnie tak. Szczególnym dla tunguskiej katastrofy było to, że obszar tajgi został uderzony bardzo silną falą udarową, która rozszerzała się od epicentrum na znaczną odległość. Spróbujcie opisać wzajemne oddziaływania poruszającego się ciała z atmosferą, a dojdziecie do tego, że będzie to poruszający się obłok gazu z naddźwiękową szybkością – podobnie jak głowa komety – i ciągnącemu za sobą cały szereg fal uderzeniowych.

P.: A zatem wasz wspólny wniosek i rezultat waszej pracy zgadza się z teorią Leonida Kulika, który wysunął hipotezę o ogromnym meteorycie?
O.: To nie jest tak. Kulik nie sformułował żadnej hipotezy. On poszukiwał astroblemu. Nie znalazł go, ale w czasie jego poszukiwań ciężko było znaleźć cokolwiek – np. ze względu na słabo znany teren. Kulik zmarł przekonany, że pewnego dnia ktoś odkryje astroblem i szczątki meteorytu w nim. Dziś wiadomo, że żaden krater nie istnieje. Była tylko straszliwie silna fala uderzeniowa, która powaliła las na powierzchni 2.200 km2. Dowodem na prawdziwość tej teorii są stojące w epicentrum wybuchu drzewa, niemal nieuszkodzone, mimo tego, że stały one pod PUNKTEM ZERO eksplozji. Znajdowały się one w pewnego rodzaju strefie neutralnej.

P.: Co neguje możliwości, że w tym przypadku nie może iść o antymaterię, kolapsara czy pozaziemski statek kosmiczny, której jednostka napędowa eksplodowała w wyniku awarii?
O.: Poszukiwaliśmy reliktów takiej eksplozji w atmosferze. Gdyby to była antymateria, to do wybuchowej interakcji z atmosferą doszłoby jeszcze wyżej, nad stratosferą. Nie wypada mi traktować serio hipotezy o kolapsarze, zaś pozaziemski statek kosmiczny – to najmniej poważne wyjaśnienie. Gdyby naprawdę doszło do wybuchu atomowego, to dlaczego reakcja łańcuchowa przy tak wielkiej masie – którą wyliczyliśmy – pojawiła się tak wysoko?



[1] Autorowi chodzi o słynny Kongres AAS w Cirkvenicy na początku lat 70. ub. stulecia. Polskę reprezentował na nim m.in. prof. dr inż. Zbigniew Schneigert (1910-1998).
[2] Hipoteza ta nie wytrzymuje krytyki, bowiem Słońce rozgrzałoby jądro komety tak, że po przejściu komety przez punkt przysłoneczny kometa powinna emitować całe obłoki świecących gazów układające się w jej warkocz (ogon), czego nie zaobserwowano...