wtorek, 7 maja 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (19)


10. Czarna dziura?


10.1. Rewelacyjna teza.


Cieszący się uznaniem na całym świecie specjalistyczny magazyn „Nature”, w dniu 14 września 1973 roku, w numerze 245, na stronach 88 i 89 opublikował godny uwagi artykuł. Jego autorami byli amerykańscy uczeni A. A. Jackson i M. P. Ryan jn. z Texas University, a swe opracowanie zatytułowali „Was the Tunguska Event Due to a Black Hole?” obaj uczeni przystąpili do rozwiązania zagadki Meteorytu Tunguskiego w niekonwencjonalny sposób. Nie będziemy tutaj roztrząsać argumentów pro i kontra, jedynie powiem tyle, że clou hipotezy stanowi przypuszczenie, że Ziemia zderzyła się z niewielką czarną dziurą.

Czarne dziury, to obiekty kosmiczne o niewiarygodnej masie. Wszystkie masywne gwiazdy – czyli takie, których masa przewyższa granicę Chandrasekara – wynoszącej 4,44 Ms – istnieją tak długo, jak długo siła grawitacji jest zrównoważona ciśnieniem promieniowania. Kiedy przeważy siła promieniowania, wtedy gwiazda eksploduje jako Nova czy Supernova. Kiedy przeważą siły grawitacji – gwiazda zapada się i staje kolapsarem. Znikanie kolapsarów poza naszym horyzontem zdarzeń jest przewidziane przez OTW i STW Alberta Einsteina, który odkrył zjawisko soczewkowania grawitacyjnego – co możemy zobaczyć w Układzie Słonecznym w pobliżu Słońca, które uginając przestrzeń ugina także trajektorie promieni światła w zakrzywionej grawitacyjnie przestrzeni przysłonecznej...

Z kolapsara nie może wyrwać się żaden promień światła, nic nie jest w stanie wyrwać się z grawitacyjnego uścisku kolapsu – ostrzega John Taylor. Gdyby na jego powierzchni żyły dwuwymiarowe „płaszczaki”, to nigdy nie dowiedziałyby się one o istnieniu całego Wszechświata, bo nie byłyby się w stanie wyrwać poza strefę Schwarzchilda, a ich horyzont byłby na zawsze przytrzaśnięty czarnym wiekiem. Istoty te nie mogłyby nawet podróżować do góry, bo ich dwuwymiarowe ciała zostałyby rozerwane przez straszliwe siły pływowe i tym sposobem, byłyby one więźniami swego „wewnętrznego świata”.[1]


10.2. Kosmiczni kanibale?


John Taylor porównuje kolapsary do kanibalów, gdyż pożerają one wszystko, co stanie im na drodze ich kosmicznej wędrówki. Już sam proces „trawienia” wedle przedstawień przyrodoznawców przedstawia się strasznie. Pechowy podróżnik zostałby na powierzchni czarnej dziury zmiażdżony na cieniuteńki placek i znikłby bezpowrotnie dla naszego świata.

Przypomina to dość dokładnie to, co się dzieje na morzu w osławionym Trójkącie Bermudzkim u wybrzeży USA, i niemniej słynnym Morzu Diabelskim u wybrzeży Japonii – a co można objaśnić znikaniem statków i samolotów w czarnej dziurze. Czyż te pożałowania godne ofiary wyłowione w tych „strefach śmierci” nie są podobne do ryb wyjętych z akwarium?

To pytanie zadał Joseph F. Goodavage, były dziennikarz oraz autor poczytnych książek i seriali publicystycznych. Czy istnieją ludzie, którzy dostali się w strefę działania nieznanych sił, wciągani do czarnej dziury, nawet wtedy, gdy ci nieboracy znajdowali się na pokładzie samolotu czy statku? Goodavage sądzi, że w wodach Trójkąta Bermudzkiego i Morza Diabelskiego może istnieć nieskończenie wiele anomalii grawitacyjnych, które można scharakteryzować jako Black Holes in miniature – mikrokolapsary. Ich rozmiary są niewielkie, ale ten, kto wpadnie w zasięg ich działania, to jakby wpadł w zasięg wiru, który wsysa ich do innego czasu i innej przestrzeni. Także słynny autor wielu bestsellerów na temat Trójkąta Bermudów Charles Berlitz także podziela ten pogląd. W ujęciu Goodavage’a mikrokolapsary są niczym innym, jak bramami do innych, kosmicznych wymiarów.


10.3. Czarna minidziura?


Jak pasuje opisany tutaj proces do tezy postawionej przez Jacksona i Ryana? Twierdzą oni, że kolapsary występują także w miniaturowych gabarytach. Wedle ich poglądów, miniaturowa czarna dziura przeniknęła do atmosfery we wczesnych godzinach rannych dnia 30 czerwca 1908 roku, i nad syberyjską tajgą spowodowała ona wybuch nader podobny do wybuchu głowicy termojądrowej. Potem przeleciała na skroś kulę ziemską i wyleciała z niej gdzieś na północnym Atlantyku, a następnie wróciła w Kosmos...

To fantastyczna hipoteza i obaj autorzy nie przytaczają żadnych dowodów na jej potwierdzenie, boż dowodem samym w sobie był spadek Meteorytu Tunguskiego. Ujęli to oni tak:
Meteoryt Tunguski pozostawiał za sobą widoczny, ognisty ślad, poprzedzony promieniowaniem świetlnym i falami uderzeniowymi, które równały las z ziemią na obszarze co najmniej 100 km2. Nie znaleziono żadnego krateru poimpaktowego i materiału pochodzenia kosmicznego, które mogłyby być połączone z tym wydarzeniem. Wedle naszych wyliczeń, na zniszczenie roślinności na tak wielkiej przestrzeni, potrzeba wybuchu jądrowego o energii od 0,2 do 20 Mt TNT.[2]

Założyli zatem, że „ich” kolapsar, który uderzył w Ziemię w rejonie Podkamiennej Tunguskiej, miał masę równą masie wielkiego asteroidu. I choć jego promień wynosił zaledwie kilka dziesięciomilionowych części centymetra, to według poglądów obu Amerykanów, wokół tego ciała musiało istnieć super-silne pole grawitacyjne. Geometryczny promień tej czarnej dziury powinien być mierzony w angstremach. Jest to jednostka pomiaru długości fali świetlnej i odpowiada ona jednej dziesięciomilionowej części milimetra.[3] Jednostka ta wzięła nazwę od nazwiska szwedzkiego astronoma i fizyka Andersa Jonasa Ångströma.[4]

Jackson i Ryan zakładają, że prędkość tej czarnej mini-dziury była nieporównywalnie większa, niż prędkość „manewru unikowego” Ziemi, ale obiekt o takiej mikroskopijnej średnicy musiał wywołać odpowiadającą jego masie (a była ona gigantyczna w stosunku do rozmiarów) falę udarową. Czarna dziura pokonała te 30 km ziemskiej atmosfery w ciągu 1 sekundy.[5]

Obaj Amerykanie oparli się nie tylko na obliczeniach, ale także na zeznaniach świadków. Wynikało z nich, że w czasie lotu obiektu wypadały zeń „błyski światła”, zaś zagadkowe ciało opisywano jako „jasnoniebieską rurę”. Uczeni stwierdzili, że doskonale to pasuje do obrazu typowych symptomów, które powinny wystąpić w czasie kolizji kolapsaru z planetą:
Zasadniczo większość promieniowania w przypadku przelotu kolapsaru przez atmosferę powinna być wypromieniowana w zakresie promieniowania UV, a także innych rodzajach promieniowania. Nie występowałoby tutaj promieniowanie X, zatem więc plazmowy słup miałby kolor niebieski – co zaobserwowano.

Dalszymi wskazówkami były szczątki drzew spalonych w czasie wybuchu. Pożar spowodowała nie temperatura lecącego obiektu, ale energia podmuchu fali uderzeniowej zagadkowego obiektu. Świadkami – w tym przypadku nie całkiem dobrowolnymi – stali się uczeni radzieccy: dr Igor Zotkin i dr Michaił Zikulin, którzy swego czasu w laboratorium odtworzyli możliwy przebieg trajektorii tego kosmicznego ciała. Na podstawie wyników ich badań, obaj Amerykanie doszli do następujących wniosków:
Zotkin i Zikulin przy pomocy wybuchów lontu detonacyjnego[6] stworzyli model eksplozji, która zniszczyła drzewa tajgi. Wyliczyli oni, że Meteoryt Tunguski poruszał się po trajektorii nachylonej o 30° do powierzchni Ziemi, a potem nad nią doszło do eksplozji. Wynikałoby zatem z tego, że była to eksplozja obiektu w kształcie walca lecącego ku Ziemi pod kątem ostrym. Podobnie rzecz się ma w przypadku czarnej mini-dziury o średnicy ułamków milimetra – obraz zniszczeń jest identyczny. Poza tym kolapsar nie pozostawia po sobie śladów impaktu w postaci astroblemu – co możemy definitywnie uznać za rozwiązanie zagadki tunguskiego fenomenu. Czarna dziura przeniknęła do Ziemi, a jej spoistość i twardość skał zatrzymałaby jakąkolwiek falę uderzeniową.[7]

Dzięki swej ogromnej masie, (a co za tym idzie  bezwładności)i małej średnicy przelatując przez Ziemię miniaturowy kolapsar straciłby jedynie mizerny ułamek swej energii kinetycznej, i po przeleceniu Ziemi na wylot poleciałby w niebo gdzieś na północnym Atlantyku pomiędzy 40°N a 50°N oraz 30°W a 40°W.[8]    
   
Problemem, który nie dawał spać obu Amerykanom był wylot kolapsaru z wnętrza naszej planety, no bo skoro przylot wywołał takie gwałtowne zjawiska, to odlot także powinien je spowodować. Jak dotąd to nie ma żadnej wskazówki o zaobserwowanym zjawisku  tego typu w dniu 30 czerwca 1908 roku na wodach Atlantyku, które musiałyby być zaobserwowane przez załogi statków tam przepływających. To pewnik. I dlatego należałoby zbadać zapisy dzienników okrętowych wszystkich statków, które znajdowały się tam w nocy 29/30 czerwca 1908 roku.[9]



[1] Opuściłem tutaj wywody dotyczące genezy kolapsarów, bowiem są one dostępne w każdym podręczniku astronomii dla szkół średnich i nie widziałem potrzeby, by je tutaj przytaczać.
[2] Zakładając, że 1 kg TNT wydziela 4,18 x 106 J, to energia sumaryczna wybuchu musiała wynosić odpowiednio od 8,36 x 1014 do 8,36 x 1019 J.
[3] 1 Å = 10-10 m = 1 nm (nanometr).
[4] W układzie SI obowiązującą jednostką pomiaru fali świetlnej jest mikrometr – 1 µm (lub 1 mcm) czyli 10-6 m.
[5] Oczywiście Autorowi chodziło o gęstsze warstwy ziemskiej atmosfery.
[6] Jest to specjalny rodzaj lontu, w którym ścieżkę czarnego prochu spalającego się z prędkością 1 cm/s, zastąpiono pentrytem, który spala się detonacyjnie z prędkością 6 km/s.
[7] Argument ten nie jest taki oczywisty, bowiem skały maja pewną sztywność, która powoduje rozprzestrzenianie się w nich fal sejsmicznych i wlot, przelot i wylot nawet miniaturowego kolapsaru musiałby wywołać trzęsienie ziemi na całej trasie jego przelotu.
[8] Czyli pomiędzy Azorami a Nową Fundlandią, we wschodniej części Basenu Nowofunlandzkiego, na północny-zachód od Azorów. Istnieje jeszcze jedna możliwość, że mikrokolapsar lecąc cały czas niezmienionym kursem wyleciał nie z wód Oceanu Atlantyckiego, ale u północnych wybrzeży Kanady.
[9] Zakładając, że ten kolapsar przeleciał przez Ziemię z prędkością przemieszczania się 30 km/s, co trwałoby kilka minut, natomiast wskazany akwen znajduje się w strefie czasowej GMT-2h, tzn. w momencie katastrofy była tam godzina 22:17.11 czasu lokalnego, ale jeszcze dnia 29 czerwca 1908 roku i dlatego należałoby szukać zapisów właśnie z tego dnia i po tej godzinie na tym, a nie innym akwenie.