wtorek, 18 czerwca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (26)

11.9. Fantaści tacy, jak Kazancew i Däniken...


Energiczne odrzucenie hipotezy o katastrofie kosmolotu zmusiło mnie do postawienia prof. Pietrowowi pytania z tej samej parafii: Czy istnieje możliwość istnienia życia pozaziemskiego i czy wedle pańskiego widzenia świata jest możliwym, że kiedyś mieliśmy już odwiedziny gości z innych światów?
- Co do pierwszej części pańskiego pytania – to nie sądzę, byśmy byli samotni we Wszechświecie i nie jesteśmy samotna forma życia w Kosmosie. Absolutnej pewności w tym przypadku mieć nie można. Jeżeli zaś idzie o możliwe wizyty Kosmitów, to możemy być pewni, że coś takiego nie można brać poważnie. Nie można brać na poważnie żadnych teorii na ten temat. W książkach i filmach takich fantastów, jak Kazancew czy Däniken, którzy podobne teorie lansują, nie znajdziecie żadnych podstaw naukowych. Mamy podstawy do stwierdzenia, że oni sami nie wierzą w to, co głoszą.

Moje rozmowy w WBM trwały ponad umówione dwie godziny. Nie chciałem zbytnio nadużywać czasu profesorów, więc zadałem ostatnie pytanie skierowane do prof. Pietrowa: Co pan robi, by udowodnić niezbicie pańską tezę o przyczynach tunguskiej katastrofy? A oto odpowiedź:
- Przede wszystkim na uniwersytecie wraz z moimi studentami zajmuję się aerodynamiką i dzięki temu mam najlepszą sposobność niezbicie udowodnić swoją tezę o rzeczywistym przebiegu tunguskiej katastrofy. Nawet bez tego mamy – owszem – już dzisiaj do dyspozycji dokładne dane. Ja widzę to tak: dnia 30 czerwca 1908 roku w ogóle nie doszło do żadnej eksplozji. Spadające w atmosferze ciało straciło mnóstwo energii i nie doleciało do powierzchni Ziemi. Jedyna możliwość, by mogło ono wywołać tak silną falę uderzeniową było to, że zostało ono niemal całkowicie wyhamowane – co było powodem powstania fal uderzeniowych. Moje badania aerodynamiczne dowiodły, że mogło to być ciało o bardzo małej gęstości...

Nocną fosforencję nieba – wedle słów profesora – można było wyjaśnić wpływem ogona komety, który także dostał się w ziemskie pole grawitacyjne.[1] Mówił on na zakończenie:
- Niech pan pomyśli o tym, że świetlne fenomeny na niebie nie pokazywały się po tunguskiej katastrofie, a nawet przed nią, co wskazuje na to, że była to z całą pewnością kometa, jak twierdzę ja i wielu moich kolegów.

Wywiad był zakończony – profesor odszedł, dr Zotkin także pożegnał się, aliści dr Jawnel miał coś jeszcze na wątrobie – wedle jego poglądów nie byłem jeszcze skutecznie przeświadczony o oczywistości i prawdziwości tez postawionych przez specjalistów „komeciarzy” z WBM i o błędach „innowierców”. Z wywodów Jawnela dowiedziałem się, jak głęboka przepaść dzieli jego, Zotkina czy Pietrowa od ich kolegi Zołotowa i jego stronników. Poznałem także i to, jak charakteryzując „innowierców” przekraczano niejeden raz wszelkie zasady fair play. Dlatego wysłuchałem opowieści dr Jawnela:
Aleksiej Zołotow pojawił się w WBM w 1960 roku – był on wtedy pracownikiem Instytutu Geofizyki[2]- i fascynowała go idea, iż w tajdze doszło do katastrofy kosmolotu. Chciał on też dostać się do obszaru tunguskiego i informował się u nas o tamecznych pomiarach geologicznych. Potem wyjechał. W epicentrum spędził trzy dni, które mu wystarczyły do tego, że sformułował wniosek, że w tajdze eksplodował cetnar uranu. Jak on mógł do tego dojść w trzy dni?! Inni uczeni przed Zołotowem poświęcili temu zagadnieniu wiele lat i nawet nie doszli do końcowych wniosków. I tak w WBM doszliśmy do końcowego wniosku, że Zołotowa nie można uważać za poważnego badacza tego fenomenu. Jego tzw. badania w żadnym przypadku nie spełniają norm i kryteriów dociekania naukowego i nie opierają się na żadnych naukowych podstawach!

Dr Jawnel musiał jednak przyznać, że jego poglądów nie podzielali wszyscy członkowie Akademii. Dla nich Zołotow nie był żadnym dyletantem. Bronił go m.in. jej vice-przewodniczący prof. Borys Konstantinow, który wedle słów Jawnela:
... doszedł wraz z Zołotowem do przekonania, że u podwalin tunguskiego wydarzenia legła czarna dziura – kolapsar. Nie była to absurdalna idea, a to dlatego, że zawsze skłaniał się ku poglądowi, że antymateria występuje także w Układzie Słonecznym – a szczególnie w formie komet. Pojawiła się zatem nowa wersja hipotezy kometarnej i dlatego bezkrytycznie przyjmował on teorie Zołotowa i poparł jego badania radioaktywności w epicentrum wybuchu. Wprawdzie Konstantinow zrobił to jedynie dlatego, że chciał udowodnić swą tezę o tym, że tunguska eksplozja została wywołana przez kolapsar w formie komety. Dlatego też poparł wydanie książki Zołotowa, której autor – jak słyszałem – wręczył ja prof. Pietrowowi.

Ani Kazancew, ani Zołotow nigdy nie byli członkami Akademii Nauk, o czym nie omieszkał mnie poinformować dr Jawnel. Przemilczał jednak fakt, ze Aleksiej Zołotow w żadnym przypadku nie przebywał w tajdze jedynie przez trzy dni, bowiem w 1960 roku poprowadził on na miejsce eksplozji aż osiem ekspedycji!!! Oczywiście nikt z WBM nie sponsorował mu tego, poparcie miał z AN ZSRR, a to dzięki Konstantinowowi oraz Ministerstwu Geologii i Surowców Mineralnych – o czym powiem w następnym rozdziale.

Dr Jawnel nie ceni zbyt wysoko Zołotowa. Rozmawiając ze mną nazwał go „nafciarzem”, który poświęcił się radiometrycznym poszukiwaniom złóż ropy naftowej. Jawnel próbował mi także zasugerować, że także poglądów Aleksandra Kazancewa (też inżyniera) nie należy traktować poważnie. Podobnie wyrażał się o trzecim sympatyku teorii kosmolotu – dr Feliksie Zigielu – o czym będzie mowa w następnej partii tekstu.



[1] I tutaj rzecz ciekawa, bo w dwa lata po opisywanych wydarzeniach, w 1910 roku, Ziemia znalazła się w ogonie komety P/Halley i w ogóle nie zaobserwowano podobnych fenomenów w postaci świecenia nieba w nocy, a i owszem – spodziewano się totalnej, kosmicznej katastrofy – a przynajmniej masowych zatruć cyjanowodorem z warkocza komety, do czego – jak wiadomo – nie doszło, a zatem teoria o Komecie Tunguskiej jest co najmniej wątpliwa...
[2] A dokładniej Wołżańsko-Uralskiej Filii Wszechzwiązkowego Instytutu Badawczego Geofizyki – przyp. aut.