poniedziałek, 24 czerwca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (29)

12.2. Wizyta u Kazancewa


Czyżby więc należało wszystkie domysły i spekulacje o wizytach Kosmitów w przeszłości i teraźniejszości odłożyć ad acta? Czy oznacza to, że ich nigdy nie było?

Jednym z tych, którzy to przeświadczenie popierają swym autorytetem jest inż. Aleksander Kazancew. Kiedy tego popularnego pisarza odwiedziłem w jego mieszkaniu przy Prospekcie Łomonosowa, to był on bardzo otwarty:
Długo już gromadzę ślady, które świadczą o tym, że naszą Ziemię w przeszłości odwiedzali międzyplanetarni astronauci – tak rozpoczął on naszą rozmowę. Na dowód tego stwierdzenia wyjął on z witryny dwie brązowe statuetki i postawił przede mną. W Japonii nazywa się je „dogu” i dostał on je od swych przyjaciół z Dalekiego Wschodu. Te i inne artefakty były wykonane w Kraju Kwitnącej Wiśni czyli Kraju Wschodzącego Słońca. „Dogu” mojego rozmówcy były różnej wielkości – największa mierzyła 60 cm wzrostu.

W tych rzeźbach zwracały uwagę przede wszystkim hełmiaste nakrycia głowy zakrywające twarze. Ich oczy były zasłonięte wielkimi okularami, które przypominały narciarskie gogle. Kazancew na moje pytanie o nie odpowiedział, że najwidoczniej istoty te musiały chronić swój wzrok przed promieniami naszej gwiazdy dziennej, jako że mogły one pochodzić z innych układów gwiezdnych, o innych składowych promieniowania gwiazdy (gwiazd) dziennych.[1] Także odzież noszona przez tych ludzi (???) przypominała bardziej skafandry nurków, lotników czy astronautów/kosmonautów/taikonautów, niż normalne ubrania. Widać było jakieś urządzenia do oddychania i słuchawki na uszach. Czyż nie byli to przedstawieni jako dogu pozaziemscy astronauci, którzy kiedyś wylądowali w Japonii???... To też była zagadka podobna do tej, jaka leżała mi na wątrobie – tunguska katastrofa z 1908 roku! Kazancew dał mi do zrozumienia, że będzie mówił wprost i otwarcie:
Początkowo sądziłem, że masakrę tajgi w okolicach Podkamiennej Tunguskiej spowodował radioaktywny meteoryt, ale po zbadaniu wszystkich okoliczności musiałem od tego poglądu odstąpić. Dowód jest więcej, niż oczywisty: uran-235 jest bardzo rzadko spotykanym izotopem, a pluton w przyrodzie w ogóle nie występuje. A jednak ta potężna eksplozja w tajdze była przez nie spowodowaną. Wybuch odpowiadał swą energią wybuchowi 500 bomb atomowych lub kilku wodorowych – a jak powszechnie wiadomo – zawierają one także uran-235 i pluton-239.[2] Jasnym jest, że przy tej eksplozji nie doszło do przemiany energii kinetycznej w termiczną, jak to ma miejsce w przypadkach wpadnięcia meteoroidów do atmosfery. Jednoznacznie pojawiło się uwolnienie energii jądrowej. By spowodować eksplozję 235U czy 239Pu należy spełnić dwa warunki: materiał musi być nadzwyczaj czysty chemicznie i musi go być w wystarczającej ilości. Żaden z tych warunków nie został spełniony w sposób naturalny w przypadku eksplozji tunguskiej – ergo masa krytyczna czystego materiału rozszczepialnego musiała być uzyskana w sposób sztuczny. Kto na Ziemi, na początku XX wieku był w stanie wyprodukować czysty chemicznie uran lub pluton w ilości potrzebnej do wywołania reakcji łańcuchowej i eksplozji jądrowej? Oczywiście   n i k t !!!


12.3. Co doprowadziło do katastrofy?


Zatem jaka mogła być przyczyna tunguskiego wybuchu?

Kazancew: Nie chodziło wcale o bombę, jakbyśmy sądzili na początku. Chodzi tutaj o katastrofę pozaziemskiego aparatu latającego z załoga na pokładzie. Radioaktywne paliwo z nieznanego powodu eksplodowało ponad Ziemią. Moją hipotezę udowadniam i tym, że las w epicentrum nie został obalony i nigdy nie znaleziono szczątków nieznanego obiektu. Ze względu na to, że wybuch miał miejsce na dużej wysokości, drzewa nad PUNKTEM ZERO nie zostały zwalone przez podmuch – czyli falę uderzeniową – spadający na nie z góry. Straciły one korę i gałęzie, ale nie zostały one wyrwane z korzeniami. Natomiast wszędzie tam, gdzie fala udarowa uderzała pod ostrym kątem – drzewa były wywracane i powstawały wykroty.
Na dowód tych twierdzeń Kazancew pokazał mi książkę. Jej autorem był geofizyk – dr Aleksiej Zołotow, który urodził się na Uralu. Tytuł jego naukowej pracy brzmiał: „Problemy tunguskiej katastrofy z 1908 roku”. Zołotow wydał ją w 1969 roku w Mińsku. Kazancew pośpieszył z wyjaśnieniem:
Aleksiej przez całe 5 lat prowadził ekspedycje, które poszukiwały w tajdze śladów meteorytu i intensywnie zajmował się szczegółowymi badaniami tunguskiej katastrofy.

Od 1959 roku, byli to przede wszystkim młodzi ludzie z Syberii, Uralu, Moskwy i Leningradu, którzy szli tam na własną rękę za swe własne oszczędności, w ciemne labirynty tej syberyjskiej tajemnicy. Organizowali oni swe ekspedycje w czasie swych urlopów z wielkim zaangażowaniem, przeczesywali teren eksplozji i jego bezpośrednie otoczenie. Temu badawczemu entuzjazmowi zawdzięczamy to, że klasyczne hipotezy o katastrofie tunguskiej z 1908 roku   m u s i a ł y   być zweryfikowane!

Nadmieniłem, że przecież od początku badań istniały kontrowersyjne poglądy na to wydarzenie, a Kazancew na to, że:
To oczywiste, że były poglądy znacznie różniące się od siebie. Istniały trzy grupy badawcze, które udały się do krytycznego miejsca: I.Grupa z Tomska, którą kierowali Giennadij Plechanow i Nikołaj Wasiliew – wyznawała ona pogląd, że Tunguski Meteoryt składał się z kosmicznego pyłu. Był to pogląd, którego nie podzielała II. Grupa, kierowana przez dr Zołotowa z W-UFIBG AN ZSRR, a którego popierało Ministerstwo Geologii i Surowców Mineralnych, a nade wszystko vice-przewodniczący AN ZSRR – prof. Boris Konstantinow. Obydwaj doszli do wniosku, że w 1908 roku doszło do wybuchu jądrowego na wysokości 10 km nad tajgą. Koncepcja ta stała się fundamentem publikacji Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej pod Moskwą, którą w 1967 roku wydał akademik prof. Władimir Mechedow, a którą zatytułowano >>O radioaktywności różnych gatunków drzew na obszarze tunguskiej katastrofy<<.

Istniała także III. Grupa, kierowana przez inż. Grigoriewa, która cieszyła się poparciem... Komunistycznego związku Młodzieży![3] Grupie tej dano największe poparcie i mogła ona publikować swe prace na łamach rządowego dziennika >>Izwiestia<<.

Ale jak przebiegała ekspedycja, którą kierował Zołotow?

Kazancew wrócił i do tego:
Aleksiej i jego koledzy znaleźli na obszarze eksplozji drzewo, które wprawdzie zostało zniszczone w momencie katastrofy, ale nie wywrócone. Dokładne badanie wykazało, że to drzewo znajdowało się najbliżej epicentrum i trajektorii obiektu, co wiodło do dwóch wniosków: drzewo było eksponowane na wpływ fal balistycznych i podmuchu eksplozji – fala balistyczna powstała dzięki naddźwiękowej prędkości ruchu obiektu.

W 1959 roku, w kręgach naukowych powszechnie panował pogląd, że obiekt ów leciał z v = 40 km/s, aczkolwiek nie było żadnych przesłanek, by tak twierdzić. Zołotowowi udało się ją wyliczyć poprawnie na podstawie badań gałęzi drzew oderwanych podmuchami eksplozji i falami balistycznymi obiektu. Okazało się, że obiekt leciał z v = 4...5 km/s. A to jest nieco przymało, jak na naturalne ciało niebieskie i wystarczająco dużo, jak na podchodzący do lądowania statek kosmiczny[4]- Kazancew rzekł to z dziwnie szyderczym uśmieszkiem...



[1] Wyjaśnienie to może odnosić się nie tylko do Kosmitów, ale także np. do ludzi z epoki atlantydzkiej CNT istniejącej 12.000 lat temu, a która opanowała sztukę lotów kosmicznych. Może to też odnosić się do hipotetycznych mieszkańców podziemnych światów w rodzaju Interterry czy Szambali-Agarty, którzy od 61.000 lat żyją w łonie Ziemi i od czasu do czasu wychodzą na jej powierzchnię – w bezksiężycowe, ciemne noce, by badać życie na jej powierzchni...
[2] W bombach atomowych i wodorowych izotop 239Pu* jest stabilizowany plutonem-240, co zmniejsza ryzyko samorzutnego rozpadu i w rezultacie samoczynnej reakcji łańcuchowej prowadzącej do eksplozji.
[3] Komunisticzieskij Sojuz Mołodzioży – Komsomoł.
[4] Jak wiadomo – prędkość wchodzenia w atmosferę Ziemi statków kosmicznych wynosi właśnie około 5 km/s i jest wyhamowywana aerodynamicznie, co trwa około 30 minut.