piątek, 28 czerwca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (31)

12.6. Niewyjaśnione...


Nie tylko dla Kulika i Krinowa, ale także dla innych badaczy zajmujących się tunguską zagadką, tajemnicą pozostaje kształt strefy zniszczenia. Wszyscy się liczyli z tym, że będzie ona miała kształt koła.

W roku 1965, Aleksiej Zołotow przedstawił wyniki swych badań przed pracownikami ZIBJ w Dubnej. Na początku opowiedział im o poglądach akademika Kiriłła Fłorieńskiego, który w wywiadzie dla tygodnika „Tydzień” nazwał ideę nuklearnego wybuchu w tajdze mianem „fantastyki, nie mającej z nauką niczego wspólnego”. Fłoreńskij w tej sprawie zajął podobne stanowisko w stosunku do laureatów Nagrody Nobla: Libby’ego i Cowana i do koncepcji fizyka Atluri’ego Stellunga. Według niego, przyczyna katastrofy tunguskiej była najprawdopodobniej antymateria.

Zołotow poważył się na zakwestionowanie poglądów Fłoreńskiego, a najgłówniejsze antytezy przedstawił on następująco:

v Anormalny wzrost drzew i innych roślin jest ograniczony do obszaru o średnicy od 10 do 15 km, ze środkiem w epicentrum katastrofy, a zatem pod PUNKTEM ZEROWYM;
v W większej odległości od epicentrum wzrost nie był tak widoczny, ale skutki pożaru, większego dostępu do światła, przewrócenie drzew, itd. itp. są niemal takie same, jak w centralnej strefie zniszczenia;
v  Na NW – gdzie las nie jest tak zniszczony, a znajdował się blisko miejsca eksplozji zagadkowego obiektu – także stwierdzono anomalny wzrost. Tego nie da się wytłumaczyć takimi przyczynami, jak opad żyznego popiołu czy lepszy dostęp światła ze względu na wywrócenie się starodrzewu!
v Drzewa w tamtych warunkach rosną w tempie 5...15 cm/rok, ale w miejscach anomalnego wzrostu wartości te wynoszą aż 35...45 cm/rok. Średnica modrzewia zwiększała się przed katastrofą od 0,3...0,5 mm/rok, natomiast w ciągu 45 lat po eksplozji ów współczynnik wzrósł do 50...60 mm/rok!!! Między nimi były drzewa w wieku 250...300 lat;
v Czynnik wzrostu zaczął działać natychmiast i jego działanie trwa już kilka dziesięcioleci;
v Największa intensywność anomalnego wzrostu była odnotowana w epicentrum, a zmniejszała się w kierunku peryferii strefy eksplozji;
v Czynnik wzrostu stopniowo się zmniejsza od momentu katastrofy.

Hipotezę o wybuchu nuklearnym popierał nie tylko Zołotow. Tym, który przeciwstawił się całemu radzieckiemu naukowemu establishmentowi AN ZSRR był także astronom – dr Feliks Zigel. Już od roku 1948, dr Zigel dał wyraz swej sympatii do hipotezy o wybuchu atomowym na pokładzie kosmolotu nad tajgą. W czasopiśmie „Znanie-siła” nr 6/1959 pisze on tak:
W rzeczywistości hipoteza A. N. Kazancewa jawi się jako jedyne realistyczne wyjaśnienie braku astroblemu i eksplozji zagadkowego ciała niebieskiego w atmosferze.


12.7. Raporty naocznych świadków.


W dwa lata później dr Ziegel w innym czasopiśmie zdefiniował następstwa błysku świetlnego i fali rozpalonego powietrza przy tunguskiej katastrofie. Opierał się on o relacje dwóch geodetów, którzy w momencie katastrofy znajdowali się w odległości około 50 km od epicentrum katastrofy. S. P. Siemionow i P. P. Kosołapow w tym czasie przebywali w faktorii Wanawara. Pierwszy z nich stwierdził, że dosłownie z niczego zrobiło się takie gorąco, iż koszula przylepiła mu się do ciała i przez moment miał wrażenie, że się zaraz na nim zapali. Kosołapow, który był w pobliżu domu Siemionowa oświadczył, że żar mu przypalił uszy i musiał je przykryć rękami. Pisze Zigel:
Aby wywołać w odległości od hipocentrum wynoszącej około 60 km uczucie gorąca, to musiało dojść do uwolnienia energii w ilości 0,6 cal/m2. Mieszkańcy wioski Kieszma, oddalonej o 125 km od epicentrum katastrofy, opisywali nienormalne światło w czasie wybuchu. Eksplozje wywołały tak silne błyski świetlne, że przedmioty przez nie oświetlone rzucały wyraźny cień, mimo słonecznego dnia...

Klucz do rozwiązania tunguskiej katastrofy spoczywa w prędkości ruchu obiektu. Zrazu szacowano ją na kilkanaście km/s i jedynym argumentem >>za<< było to, że energia wolno poruszającego się ciała nie może się wyładować w sposób wybuchowy. Tak było, póki zakładano, że jedynym rodzajem energii może być w tym przypadku energia kinetyczna...
Badanie drzew ze strefy zniszczenia dowiodły, ze najsilniej działały tu fale uderzeniowe powstałe w momencie wybuchu ciała, a nie fale balistyczne – które nie były w stanie złamać nawet najmniejszej gałązki!

Zołotow obliczył, że zagadkowe ciało musiało poruszać się w końcowej fazie lotu z v < 3 km/s i dlatego wytwarzało ono tak słaby podmuch balistyczny. Feliks Zigel tak odniósł się do tego problemu:
Jest jeszcze jedna metoda, jak obliczyć prędkość ciała w ruchu. Im ciało szybciej się porusza, tym silniej przed sobą spręża powietrze – które z kolei się rozgrzewa. Naoczni świadkowie katastrofy twierdzą, że obiekt w locie świecił intensywniej od Słońca, a co za tym idzie i wynika ze wzorów aerodynamiki, ciało to poruszało się z v < 4 km/s. Dalsze badania doprowadziły do tego, że świadkowie lot tego obiektu widzieli i słyszeli, co jest możliwe wtedy i tylko wtedy, gdy obiekt porusza się z v < 0,33 km/s – czyli poniżej bariery 1 Ma. Gdyby obiekt poruszał się z v = 50...60 km/s, jak dawniej zakładano, to naoczni świadkowie najpierw widzieliby przelot ciała, a potem usłyszeli jego dźwięk.

I dalej:
Ciało lecące z prędkością kilkudziesięciu km/s wyglądałoby, jak ognista krecha na niebie – a naoczni świadkowie w takim przypadku nie mogliby nawet opisać kształtu obiektu. A przecież wiadomo, że opisywano je jako >>ognistą kulę<< czy >>ogniste jajo<<.

Wszystko to sprowadza się do wniosku, że obiekt w momencie eksplozji leciał z v < 4...5 km/s - oznacza to, że energia kinetyczna tego ciała była zbyt mała, by spowodować taką eksplozję, i nie odpowiada to rozmiarom katastrofy przy tak niskiej prędkości.


12.8. Skąd i dokąd?


Poglądy Kazancewa – podobnie jak Zigel czy Monozkow – przyswoił sobie także radziecki specjalista rakietowy prof. Boris Ljapunow. Według jego poglądów, szło także o obiekt latający sztucznego pochodzenia – dokładniej mówiąc o kosmolot – który uległ katastrofie w atmosferze ziemskiej. Ljapunow doszedł do tego studiując prace Monozkowa. Zgadzali się w tym zupełnie, że kosmolot po wejściu w atmosferę zachowywał się, jak zwykły naddźwiękowiec – czyli zupełnie inaczej, niż jakiekolwiek naturalne ciało kosmiczne.

Interesujące było jednak to, że istniała rozbieżność pomiędzy wyliczeniami Kazancewa a relacjami naocznych świadków. A. W. Wozniesienskij – były dyrektor Obserwatorium Astronomicznego w Irkucku, etnograf I. M. Susłow i członek AN ZSRR – I. S. Astapowicz byli pierwszymi ekspertami, którzy próbowali zrekonstruować przedziwną trajektorię Tunguskiego Meteorytu na podstawie relacji naocznych świadków. Wszyscy oni doszli do zgodnego wniosku, że meteoryt nadleciał z kierunku S-SE i skierował się na N-NW. Leonid Kulik sądził, że meteoryt ten leciał z południa na północ, natomiast jego przyjaciel Krinow zakładał, że bolid ten leciał z SE na NW – poszedł on jeszcze jeden krok do przodu: postarał się zrekonstruować początek trajektorii bolidu w kierunku powierzchni Ziemi; jej początek znajdował się dokładnie nad północnym brzegiem jeziora Bajkał.

Do innych rezultatów doszedł Kiryłł Fłorieńskij – wprawdzie na wiele lat po eksplozji tunguskiej doszedł on do wniosku, ze ciało to leciało z kierunku E-SE na N-NW... Z tym poglądem zgodził się także uczony W. G. Konieczkin. Tymczasem Aleksiej Zołotow badając kierunki padania fal uderzeniowych doszedł do wniosku, że obiekt nadleciał z kierunku SW...

I gdzież leży tu prawda???

Zapytałem o to Aleksandra Kazancewa, który tak to ujął:
To oczywiste, że większość naocznych świadków podała tor lotu z południa na północ – zaś z drugiej strony wywrócone drzewa wskazują jednoznacznie na to, że obiekt musiał na miejsce katastrofy nadlecieć ze wschodu.

Czy przypadkiem   o b y d w a   kierunki lotu  są prawidłowe?

Gdyby tak było, to nieznany obiekt musiałby dokonać samodzielnie korekty kursu! – co w przypadku naturalnego ciała kosmicznego, jakim jest meteoroid czy kometa jest absolutnie wykluczone!!!

Dr Igor Zotkin wyłuszczył mi własną wersję przebiegu inkryminowanego zdarzenia:
Wraz z mym kolegą – dr Zikulinem – zbudowaliśmy w laboratorium makietę tunguskiej tajgi w skali 1 : 10.000, na której to płaszczyźnie ustawiliśmy modele drzew odpowiedniej wielkości, i to tak, by przewróciły się od najlżejszego podmuchu powietrza. Następnie nad makietą umieściliśmy lont detonujący z miniaturowym ładunkiem na końcu. Markował on trasę lotu bolidu, zaś mikroładunek – wybuch Tunguskiego Bolidu. Po kilkunastu próbach z różnymi katami i wysokościami odpalanego ładunku wyszło nam, że kąt trajektorii do płaszczyzny horyzontu musiał wynosić 27-30o, by obraz powalonych drzewek był nieomal identyczny z tym, co widzimy w tajdze. Obliczenia dowiodły, ze do tej eksplozji doszło na wysokości około 8 km nad ziemią.

O pożytkach płynących z tak zrekonstruowanej katastrofy nie ma sensu dyskutować. Wątpliwości jednak wzbudzają wypowiedzi tych, których uznano za świadków jeszcze w 1908 roku, i którzy te zagadkowe wydarzenia przeżyli. Prof. Pietrow i niektórzy członkowie AN ZSRR uważają te oświadczenia za niewiarygodne. Pietrow uznał wszystkie protokolarne zapisy zeznań za „pogłoski”, a świadków za beznadziejnie naiwnych.

No cóż, teraz, kiedy świadkowie już nie żyją – nie mogą bronić swej racji i całe zastępy takich Pietrowów mogą udowadniać, co im się żywnie podoba...


Mieszkańcy Wanawary pamiętali potworny wybuch, ale nie pamiętali przelatującego obiektu, natomiast mieszkańcy wsi Preobrażenko – znajdującej się w odległości 350 km na wschód od Wanawary widzieli dokładnie oślepiająco jasne ciało kosmiczne przelatujące przez atmosferę, zaś po eksplozji ujrzeli oni obłok w kształcie fontanny bijącej prosto w niebo. To wszystko wiemy, dzięki pracy badacza tego fenomenu I. S. Astapowicza z 1933 roku. Wszystkie wypowiedzi sprowadzały się do tego, że zaobserwowano wtedy gęsty wypiętrzający się obłok, albo też chmurę czarnego pyłu. To godna uwagi zbieżność, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie fakt, iż świadków rozdzielały setki kilometrów.