sobota, 29 czerwca 2013

NAJWIĘKSZA ZAGADKA STULECIA (32)

12.9. Ognisty słup w kształcie oszczepu


Nie tylko widziano tam fontannę pyłu. Inni świadkowie widzieli tam np. ognisty słup podobny do oszczepu czy słup ognia, który zaraz zniknął. Astapowicz doszedł do wniosku, że ogień, dym i pył dosięgły wysokości 29 km, przy czym był on nachylony w stosunku do horyzontu pod kątem 16-20o i był widoczny z odległości 450-500 km od epicentrum. Astapowicz pisał o grzybie atomowym z Hiroszimy, w roku 1951 roku, że był on wysoki na 12-15 km. Z nieukrywanym podziwem pisał on, że: Obłok nad Tunguską miał kształt grzyba atomowego znad Hiroszimy.

Jeszcze w 1938 roku, Leonid Kulik przepytywał naocznego świadka nazwiskiem Brjuchanow. Ten rolnik pracował na swym polu rankiem 30 czerwca 1908 roku, w osadzie Narodina, o 6 km na E od Kieszmy. Kieszma leży o 210 km na S-SW od epicentrum eksplozji. Brjuchanow wspominał:
Prawie usiadłem do śniadania obok pługa, kiedy usłyszałem oddalone detonacje, jakby kanonadę salw dział artylerii dużego kalibru. Koń upadł na kolana, zaś na północy nad lasem ukazał się płomień. Najpierw pomyślałem, że to wojna. W następnym momencie miałem wrażenie, że słyszę wrzenie bitwy. Potem ujrzałem, jak jodłowy bór zaczyna się giąć pod podmuchami silnego wiatru. Sądziłem, że zaczyna się wichura i złapałem się pługa, by mnie wiatr nie porwał. Uderzenia wiatru były tak silne, że odwalały z powrotem skiby na polu (!!!) Potem wichura przyniosła ścianę wody, którą zdmuchnęła na Angarze. Wszystko to widziałem bardzo dokładnie, a to dlatego, ze moje pole znajduje się na stoku góry.

W 9 lat później badaczka Wostrikowowa przepytywała innego świadka, który przez przypadek też nazywał się Brjuchanow. Dowiedziała się od niego o następujących wydarzeniach:
Prawie skończyłem kąpiel i nie byłem jeszcze zupełnie ubrany, kiedy usłyszałem dudnienie. Na wpół ubrany wypadłem z domu. Wyglądało to tak, jakby huk dobiegał z nieba. Kiedy nań spojrzałem, to ujrzałem światło. Na niebie świeciły czerwone, pomarańczowe i zielone szerokie pręgi. Potem pogasły, ale jeszcze wciąż słyszałem gromowe dudnienia. Ziemia się zakolebała straszliwie. Ponownie pojawiły się świetlne pręgi i ciągnęły się w kierunku północnym. Były one oddalone od Kieszmy o jakieś 20 km. O wiele później dowiedziałem się, że wszystko rozegrało się o wiele, wiele dalej – na obszarze Tunguski.

Rolnik G. I. Syrianow ze wsi Sosino, położonej na południe od Preobrażenki oświadczył, że na niebie...
... pod obłokami leciał, a właściwie można powiedzieć lepiej – płynął – jakiś słup z roziskrzonym ogonem, a do tego ten obiekt był o wiele jaśniejszy od Słońca!  

Następnym naocznym świadkiem była K. W. Barakowa, który opisała obiekt podobny do popielniczki po bokach węższej, a pośrodku szerszej. Zaś wszyscy bez wyjątku świadkowie unisono powstanie charakterystycznego grzybowatego obłoku po eksplozji.

Co jak co, ale zeznania naocznych świadków należy brać na poważnie. Prof. Pietrow przejawił w tym względzie karygodną lekkomyślność, kiedy w czasie rozmowy ze mną próbował po prostu zmieść do kosza na śmieci wszystko to, co nie pasowało do jego poglądów...[1]

Już w 1966 roku, Feliks Zigel stwierdził, że żadna z trajektorii podanych przez naocznych świadków nie pasuje do tego, co ustalili uczeni.
- Jeszcze do niedawna zakładało się, że Tunguski Meteoryt, który 30 czerwca 1908 roku wleciał do ziemskiej atmosfery, przebył w niej 800 km lecąc z południa na północ – przypomniał badacz w swej najnowszej pracy. 
W dalszej analizie dr Zigel twierdzi, że:
- Będziemy zatem uważać, wedle kierunku powalenia na ziemię aż 50.000 drzew, że Meteoryt Tunguski nadleciał nad teren ze wschodu, a dokładnie z kierunku E-SE. To oczywiste – obie trajektorie: POŁUDNIOWA i WSCHODNIA da się sprowadzić do wspólnego mianownika wtedy i tylko wtedy, gdy założymy, że Meteoryt Tunguski   s a m   z m i e n i ł   k u r s   - tzn. wykonał manewr skrętu. A to z kolei widzie do tezy, że Meteoryt Tunguski przed eksplozją co najmniej dwa razy zmienił kierunek lotu!!! Leciał on do Kieszmy kursem na NW, zaś gdzieś nad Preobrażenką, lub nieco na wschód od tej wsi skręcił na W – co doskonale tłumaczy rozbieżności w zeznaniach świadków.

Nie znaliśmy detalicznych szczegółów tego manewru i kreskowana linia jest jedynie domyślną trajektorią tego ciała. W najbliższej przyszłości będzie ona zapewne uściślona, jednakże już dzisiaj jest jasne, że Meteoryt Tunguski skierował się na kurs na wschód od Preobrażenki, o czym świadczyć może fakt, że ani w Witimie, ani w Bodajbo go nie widziano, ale za to wszyscy słyszeli tam huk eksplozji...

Obiekty kosmiczne   n i g d y   nie zmieniają trasy swego lotu w czasie swobodnego spadania, a z tego wynika całkowicie jasno, że Meteoryt Tunguski był ciałem sztucznie wytworzonym!

Dr Zigel znów odwołał się do obserwacji syberyjskich świadków naocznych mówiących o tym, że zaobserwowano kosmicznego „gościa” daleko na wschód od Wanawary. Prominentni stronnicy hipotezy kometarnej wciąż przypominają, że należy wciąż brać pod uwagę owe nieszczęsne magnetytowe kuleczki, które dr Jawnel znalazł w próbkach gleby dowiezionych do Moskwy przez ekspedycję Leonida Kulika z epicentrum katastrofy nad Podkamienną Tunguską.[2]


12.10. Szczątki statku kosmicznego?


Te mikroskopijnie małe cząsteczki są pozostałością procesów, które zostały wywołane przez wniknięcie meteorytu w ziemską atmosferę. Kiriłł Fłorieńskij – zadeklarowany przeciwnik teorii o wybuchu jądrowym nad tajgą, w ciągu trzech ekspedycji w latach 1958, 1961 i 1962, próbował sprowadzić teorie Kazancewa, Zigela i Zołotowa do absurdu. Obleciał on helikopterem w 1962 roku cały obszar Podkamiennej Tunguskiej i sporządził z niego mapę. Wyszło przy tym, ze obszar epicentrum ma kształt   e l i p s y .  Ekipa Fłorieńskiego odkryła ponadto całą masę drobnych, połyskliwych kuleczek. W większości były posklejane ze sobą.

Wszystkie te kuleczki były rozsiane na elipsoidalnej powierzchni, zbieżnej z centrum katastrofy. Dla Fłorieńskiego był to oczywisty dowód na to, że chodzi tutaj o pozostałości po komecie...

Zołotow i niektórzy uczeni z ZSRR nie podzielali tego poglądu: dokładna analiza kuleczek wykazała, że składają się one m.in. ze spławu kobaltu – Co, niklu – Ni, miedzi – Cu i... germanu – Ge. To są wszystko metale śladowo występujące w glebie, a zatem ich koncentracja może wskazywać na to, że pochodzą one z czegoś, co zostało stworzone sztucznie! Aleksander Kazancew – Nestor hipotezy kosmolotu tak odniósł się do tej opinii:
Jeżeli wyjdziemy z założenia, że w tunguskiej maszynie latającej były przyrządy elektryczne i elektroniczne, to z całą pewnością były tam miedziane kable i podzespoły, które zbudowano na bazie półprzewodników, zawierających – jak wiadomo – german. Takie jest wyjaśnienie obecności tych małych, jakby szklanych kuleczek.

I po znalezieniu tych szklistych kuleczek zaczęło się wielkie polowanie na szczątki statku kosmicznego. Czołowy radziecki magazyn naukowy – „Wykłady AN ZSRR” w roku 1971 opublikował wyniki badań próbek gleby w rejonie Podkamiennej Tunguskiej, które prowadziła grupa pod kierownictwem dr Jurija Dagłowa. Próbki pobrano z głębokości 27,5...35 cm, była to z pewnością warstwa z 1908 roku.

Dagłow i jego współpracownicy najpierw musieli oddzielić od siebie glebę i materiał powybuchowy. To, co pozostało, to były relikty wybuchu – po wielokrotnym wypłukiwaniu i spalaniu resztek roślinnych i humusu. Były to kuleczki przypominające swym wyglądem kolorowe szkło. Największe z nich mierzyły 1,4 mm średnicy, zaś najmniejsze 10...180 μm. Największe z nich były bezbarwne lub mleczne, natomiast mniejsze miały kolor niebieskawy, zielonkawy lub czarny. Nie wyjaśniono do końca, czy ich forma wynikła li tylko z ogromnego żaru, czy też z walcowatego kształtu obiektu. Dr Dagłow pośpieszył z „wyjaśnieniem”, że german mógł występować i w „zwyczajnym” meteorycie.[3]

Jest wyraźnie widoczne, że nie da się sporządzić żadnego spójnego obrazu zdarzenia. Ciekawym jest to, że dr Dagłow w swej rozprawie ani jednym słowem nie wspomina o śladach germanu. Czyżby tego pierwiastka tam nie znaleziono? A może celowo nie podano do publicznej wiadomości tego szczegółu?

W związku z tunguską katastrofą, ciekawość uczonych i laików wzbudził kolejny fenomen: zagadkowe świetlne zjawiska na nocnym niebie zaobserwowane na nocnym niebie, widoczne na całej półkuli. Kazancew uważa je za skutek potężnej eksplozji nad tunguską tajgą. Materia w chwili wybuchu wyparowała z epicentrum, a potem dzięki silnym prądom powietrza powstałym w temperaturze 10 mln K, została wyrzucona w górne warstwy atmosfery, gdzie następował jej radioaktywny rozpad[4], wywołujący zjawisko świecenia i srebrzystą obłoczność. Podobne zjawiska obserwowano po eksplozjach bomb A nad Hiroszimą i Nagasaki.

Doc. dr Feliks Zigel w jednym ze swych artykułów wystąpił przeciwko twierdzeniom niektórych uczonych, że świetlne efekty atmosferyczne z 1908 roku można wyjaśnić wpływem gazów z kometarnego warkocza:
Te przedziwne świecenie nocnego nieba nie można wyjaśnić wpływem kometarnego ogona. Jest faktem, że Ziemia przeniknęła przez warkocze komet, np. w latach 1861, 1882 czy 1910, przy czym nie stwierdzono żadnych fenomenów magnetycznych. Nie ma w tym niczego dziwnego, bowiem ogony komet są niezwykle rozrzedzone – ich gęstość jest miliard razy mniejsza od gęstości powietrza. Zderzenie naszej planety z ogonem komety nie mogłoby spowodować takich fenomenów świetlnych na niebie, ani niewyjaśnionych zmian ziemskiego pola magnetycznego.

Kiedy w roku 1883 doszło do wielkiego wybuchu wulkanu Krakatau/Rakata/Krakatoa, to eksplozja ta wyrzuciła w powietrze tysiące ton drobnego pyłu i cząstek tefry[5] na całe miesiące w atmosferę i wywołało to dziwne zorze poranne i wieczorne na całej Ziemi. Dziwne zorze po katastrofie tunguskiej pogasły już po trzech dniach. Nie mogło to być spowodowane pyłem z warkocza komety, który utrzymywałby się w atmosferze przez długi czas. Rzecz w tym, że zorze te były obserwowane w stożku cienia Ziemi, ergo – nie da się tego wyjaśnić rozproszeniem światła słonecznego na cząstkach pyłu i gazów z komety.

Jądro komety jest otoczone obłokiem gęstego pyłu o średnicy kilkuset kilometrów – można by założyć, że taki obłok mógłby wytworzyć intensywniejsze zorze, niż warkocz komety. Jest jednak faktem, ze w centrum eksplozji takowej nie zaobserwowano.

Zawsze wszystkie komety, które przelatywały blisko Ziemi lub których warkocze Ziemia przenikała, były widoczne z naszej planety, jako duże i jasne ciała niebieskie, nawet jeżeli ich głowy były oddalone o miliony kilometrów. Gdyby w roku 1908 Ziemia zderzyła się z kometą, (nie chodziło tu o zwyczajne przejście przez jej warkocz), to ona sama byłaby widoczna na niebie przez wiele dni   p r z e d   zderzeniem i nie wzbudziłaby ona ogólnoświatową uwagę. Jednakże w 1908 roku nie odnotowano   ż a d n e j   obserwacji tego rodzaju!!!




[1] Jest to postawa typowych twardogłowych uczonych na całym świecie, znana wszystkim ufologom i innym przedstawicielom „nauk z pogranicza”. Ta nieodpowiedzialność tego rodzaju „uczonych” doprowadziła niejednokrotnie do zaprzepaszczenia – w wielu przypadkach bezpowrotnego) cennych informacji, które wyjaśniłyby wiele zagadek z naszej przeszłości i teraźniejszości...
[2] W roku 2000 w tajgę poszła ekspedycja włoska, której zadaniem było zbadanie osadów dennych jeziora odległego o 8 km od epicentrum eksplozji. Wszyscy mieli nadzieję znalezienia szczątków meteorytu, komety bądź kosmolotu... – jak dotąd bezskutecznie. Nie znaleziono niczego.
[3] Musiałby to być niezwykły meteoryt, jako że german występuje w przyrodzie jedynie w ilości 0,1 ppm – tzn. 1 atom na 10.000.000 – i to w minerałach takich, jak germanit – Cu2GeS3, stottyt – FeGe(OH)6 i argirodyt – Ag8GeS6, zaś jego dwutlenek IV – GeO2IV towarzyszy rudom cynku.
[4] Chodzi tutaj o rozpad produktów reakcji jądrowych o T1/2 = 1h...7d, bowiem w innym przypadku te świetlne zjawiska nie pojawiłyby się, ze względu na rozproszenie w atmosferze.
[5] Popiół wulkaniczny – nazwa pochodzi od greckiego słowa tephraτεφσα – oznaczającego popiół.