wtorek, 5 listopada 2013

Trójkąty Bermudzkie... (3)

Druga Wojna Światowa stanowi pewną cezurę pomiędzy dwoma poglądami na to, co się dzieje w przestrzeni powietrznej i na wodach TB, MD i innych. W czasie wojny też miały miejsce dziwne wydarzenia, które określamy tu jako…


Bitwy z cieniem


Wiosna 1943. Pierwsza bitwa z cieniem to bitwa o wyspy Pribiloff (Pribyłow). Otrzymano informacje że do Aleutów zbliża się japońska flota. Wysłano tam eskadrę B-24, które przez chmury zrzuciły swój śmiercionośny ładunek. Okazało się że ta japońską flotą były owe szare, kamieniste Wyspy Pribiloff. Przy okazji zdziesiątkowano tam kolonie fok. Biedne foki – typowe ofiary omyłkowego ataku swoich wojsk, przypadek zwany przez Amerykanów friendly fire. Nie pierwszy i nie ostatni, bowiem w każdej wojnie zdarzało się omyłkowe ostrzelanie swoich wojsk czy wojsk sojuszniczych, jak to miało miejsce np. z polskimi okrętami podwodnymi ORP Orzeł czy ORP Jastrząb, które zostały zatopione właśnie alianckim friendly fire’em.  


I ten sam rejon w lipcu 1943 roku stał się teatrem „bitwy świecących plamek” - znaków na monitorach radarów. Plamki te odczytano jako znak obecności pojawienia się floty japońskiej. Amerykanie myśleli ze japońska flota szykuje się do desantu na Kiske jako wsparcie tamtejszemu garnizonowi. Amerykańskie pancerniki i krążowniki wystrzeliły w imaginowanego przeciwnika setki pocisków. Owe plamki to w rzeczywistości fałszywe odbicia spowodowane wyjątkowymi warunkami meteorologicznymi jakie tam panowały. (James F. Dunnigam, Albert A. Nofi. Wojna na Pacyfiku. Encyklopedia.)


W ogóle Aleuty to seria pomyłek amerykańskich. Najlepszym przykładem jest inwazja wyspy Kiska. Japończycy po stracie Attu ewakuowali 28 lipca 1943 tuż pod nosem Amerykanów swoich żołnierzy (ok. 5200). Zrobili to tak niepostrzeżenie i szybko, że Amerykanie nadal sadzili, że na wyspie nadal znajduje się silny garnizon. Nadal ostrzeliwali ją i bombardowali z powietrza. W końcu amerykańska operacja przeciwko pustej wyspie rozrosła się do monstrualnych rozmiarów. Jej zwieńczeniem było lądowanie 17 sierpnia prawie 35 tysięcy (!!!) żołnierzy amerykańskich i kanadyjskich wspieranych przez flotę 95 okrętów (w tym 3 pancerniki) i 187 samolotów. Dopiero po kilku dniach stwierdzono, że wyspa jest pusta. W tym czasie wojska alianckie zdążyły stracić ponad 200 ludzi (w tym ponad 20 zabitych) w wyniku wzajemnego ostrzeliwania, od min i pułapek pozostawionych przez Japończyków oraz chorób, zaś flota straciła ciężko uszkodzony w wyniku wejścia na minę niszczyciel USS Abner Read (71 zabitych i 47 rannych). Za tą cenę zdobyto kilka pustych baraków (zresztą "ozdobionych" przez Japończyków obraźliwymi dla Amerykanów tekstami) i stado wałęsających się psów. Aleuty, a w szczególności właśnie wspomniana przez Kiska to największa chyba kompromitacja amerykańskiej armii w wojnie na Pacyfiku, lub nawet w całej II wojnie, zwłaszcza że w operację było zaangażowanych 300 tysięcy żołnierzy alianckich i więcej niż bodaj 1\3 amerykańskiej floty na Pacyfiku.


Ciekawą wersję tych wydarzeń, a szczególnie „bitwy z cieniem” ukazał Jan Piwowoński w swej pierwszej książeczce „Bój o wyspy mgieł” (Gdańsk 1959). Podałem ją na łamach „Nieznanego Świata” nr 3/1993, ss. 26-27 i przytaczam tutaj z niewielkimi uzupełnieniami i poprawkami:


Pierwszy z nich miał miejsce w nocy z 25 na 26 lipca 1943 roku, na akwenie w pobliżu Aleutów. W tym czasie, po pierwszym zaskoczeniu Amerykanie przeszli do kontrofensywy (Operation Land Crab) i odzyskali panowanie nad „wyspami mgieł”. Jedynie na Kiska pozostał niewielki – 5.500 osobowy garnizon japoński, który lada moment miał zostać ewakuowany przez zespół dwóch lekkich krążowników i ośmiu niszczycieli dowodzonych przez admirała Masatomi Kimurę, wysłane z bazy z Paramushiro. Operacja ewakuacji nosiła kryptonim Ke-Go. Pogoda była bardzo niesprzyjająca i gęste mgły groziły rozproszeniem zespołu adm. Kiury. Doszło nawet do zagubienia się w niej jednego z krążowników, na szczęście okręt ten znalazł resztę eskadry i dołączył do niej.


Tej nocy okręty adm. Kimury przekradały się w kierunku Kiska, zaś Amerykanie, którzy czekali na te okręty tworząc „żelazny pierścień” wokół wyspy przeżyli nie lada emocje…


Była to kanonada we mgle i mroku: „W cichą i ciemną noc z 25 na 26 lipca – pisze Jan Piwowoński – eskadra amerykańska pod dowództwem wiceadmirała Roberta C. Giffena, krąży w odległości około 80 mil morskich (ok. 148 km) na południe od Kiska. Wtem, o godzinie 00:45 stacja radarowa pancernika USS Mississippi melduje wykrycie okrętów w odległości 15 mil (ok. 28 km). Meldunek ten potwierdzają radary pancernika USS New Mexico oraz krążowników USS Wichita i USS Portland. Za chwilę z USS Mississippi nadchodzą dalsze dane. Okrętów jest 6 i płyną z prędkością 16 węzłów (ok. 30 km/h) w kierunku wyspy Kiska. To wystarcza – admirał wydaje rozkaz do natychmiastowego otwarcia ognia i to ze wszystkich ciężkich dział. Równocześnie niszczyciele zostają uformowane do ataku torpedowego. […] Jedynie lufy dział krążowników USS Santa Fé i USS San Francisco sterczą milcząco w noc. Radarzyści patrzą w zielone ekrany – nie ma na nich śladu okrętów wroga. A przecież ich instalacje radarowe są w porządku. Na ekranach widać nawet błyski eksplodujących pocisków. (A raczej odbicia fontann wody wznoszonych przez eksplozje).


Admirał Giffen wie, że japońskie okręty dysponują dalekosiężnymi torpedami (tzw. długie lance o zasięgu wynoszącym 21,5 mili czyli 40 km, prędkości bojowej 38 węzłów czyli 70 km/h) i dlatego utrzymuje daleki dystans od wroga, tym bardziej, że zarysy odbić radarowych są jakieś dziwne, jakby owalne. Może są to wynurzone wielkie okręty podwodne? (Japończycy posiadali 2 największe okręty podwodne tych czasów Sensuikan-toku I-400)


Jednak wróg milczy […] kontury nieprzyjacielskich okrętów na ekranach radarów zacierają się, bledną i powoli nikną. Nie pomagają nawet pociski świetlne i flary. O godzinie 02:22 zdezorientowany adm. Giffen poleca przerwać ogień. Wystrzelono 518 pocisków kalibru 356 mm i 487 pocisków kalibru 203 mm. […] W tym samym czasie, kiedy amerykańska eskadra walczy z nieznanymi okrętami, eskadra adm. Kimury przechodzi rejon patrolowany przez Amerykanów, wsłuchując się ze zdumieniem w łomot toczącej się na morzu nocnej bitwy…”


Tyle Jan Piwowoński. Gwoli ścisłości należy dodać, że niemal dokładnie w rok przed opisanymi wydarzeniami na tym samym akwenie zaginął bez wieści amerykański okręt podwodny USS Grunion, którym dowodził kmdr por. Mannert L. Abele a po którym wszelki ślad zaginął. Tak głosiła Legenda. Wrak okrętu został znaleziony w 2007 roku na dnie Morza Beringa na głębokości 1000 metrów, a znalezisko potwierdzono w 2008 roku. Prawdopodobną przyczyną jego zatopienia był ostrzał artyleryjski z pokładu japońskiego okrętu Kano Maru.


Inną wersję tej „bitwy ze światełkami” znalazłem na kanadyjskim forum internetowym Word War Two, gdzie jeden z dyskutantów tak opisuje ten incydent:

Bitwa ta zwana „bitwą z błyskającymi światłami” wzięła swą nazwę od błyskających na ekranie radaru ech obiektów na które pada wiązka fal radiowych. Takie pulsujące światełko na ekranie wskazuje kontakt radarowy z samolotem lub okrętem. W nocy 26 lipca 1943 roku, o godzinie 00:07, amerykańska latająca łódź zameldowała kontakt z 7 okrętami znajdującymi się w odległości 320 km na zachód od wyspy Attu w archipelagu Aleutów. Amerykańskie okręty patrolujące koło Kiska, na której znajdowali się Japończycy, popłynęły by to sprawdzić. One także podjęły kontakt radarowy sądząc, że mają do czynienia z nieprzyjacielskim konwojem płynącym na Kiska i otworzyły ogień.

Wystrzelono 1000 pocisków, zauważono ślady torped, meldowano flary i reflektory. Pomiędzy załogantami okrętów znalazło się kilku, którzy przeżyli szok, kiedy wyobrazili sobie bliski kontakt z nieprzyjacielem, zaś jeden doznał załamania nerwowego. Kiedy trwała ta bitwa, Japończycy ewakuowali garnizon z Kiska przez nikogo nie niepokojeni, zaś przed świtem cele pokazane przez radary zostały wreszcie zidentyfikowane jako echa radarowe szczytów górskich, które znajdowały się w odległości 160 km od eskadry.


Prawda jakie zręczne wytłumaczenie? Okazuje się, że radarzyści wzięli za okręty odbicia gór! Inni znów tłumaczyli to odbiciami od fal.


Czyżby miraż? Niezłe wyjaśnienie - miraż, fatamorgana – zjawisko powstania pozornego obrazu odległego przedmiotu w wyniku różnych współczynników załamania światła w warstwach powietrza o różnej temperaturze, a co za tym idzie, gęstości. Początkowo fatamorganą nazywano miraże pojawiające się w Cieśninie Mesyńskiej, gdzie są one najefektowniejsze. W Polsce pojawiają się na Pustyni Błędowskiej oraz na Wyżynie Śląskiej. Miraże dzielą się na dwa rodzaje – miraż dolny i górny.


Typowy miraż dolny obserwowany na drodze podczas upałów. Miraż dolny obserwuje się pod horyzontem. Decydującym czynnikiem warunkującym jego powstawanie jest dostatecznie silne nagrzanie dużej powierzchni podłoża (np. piasku na pustyni, asfaltowej szosy, ściany dużego budynku itp.). Promienie świetlne są wówczas zakrzywiane w górę, ku chłodniejszemu, a więc gęstszemu powietrzu. Sytuacja taka ma na przykład miejsce na obszarach pustynnych, gdzie pod wieczór piasek oddaje swe ciepło, ogrzewając warstwę powietrza tuż nad swoją powierzchnią, podczas gdy wyższa warstwa jest już chłodna. Zakrzywione promienie docierają do oka obserwatora pozornie z innego kierunku co wywołuje powstanie obrazu zwierciadlanego. Miraże dolne mogą być odwrócone lub proste. Podobnie powstaje miraż obserwowany na rozgrzanej drodze. Wygląda on jak kałuża wody, w której widzimy odbicie. Jest to efekt pozornych odbić dalekiego krajobrazu lub nieba.


Miraż górny to zjawisko załamania występujące wielokrotnie w kolejnych warstwach powietrza, powodujące że światło rozchodzi się po linii krzywej. Jeżeli obserwator znajdzie się w miejscu, gdzie dochodzi światło odbite od statku, to na przedłużeniu promieni wpadających do jego oka, zobaczy prosty obraz statku na tle nieba. (Wikipedia)


Jeżeli idzie o opisany przypadek, to za to mogłoby od biedy być odpowiedzialne zjawisko inwersji radarowej (co podaje Aleksander Grobicki), które o godz. 23:10, dnia 25 lipca 1956 roku spowodowało, że w kadłub włoskiego transatlantyka TSS Andrea Doria wbił się, wzmocniony do żeglugi w lodach, dziób statku pasażerskiego MS Stockholm. W kolizji zginęły 52 osoby. Wszystkich pozostałych - 1662 pasażerów i członków załogi - zdołano uratować przez ewakuację włoskiej jednostki, zanim ta, następnego dnia po kolizji, kilka minut po godzinie 10:00 poszła na dno. Był to jeden z pierwszych, głośnych, "podręcznikowych", przykładów kolizji "radarowej", czyli takiej, w której nawigatorzy z każdego ze statków widzieli drugi na ekranach radarów i mieli czas na właściwą reakcję, a mimo tego - przez błędne lub zbyt późne decyzje o manewrach - doprowadzili do zderzenia. MS Stockholm był - technicznie - bezpośrednim sprawcą zatonięcia włoskiego statku, ale nie winowajcą kolizji. Samobójczy, błędny manewr wykonali w ostatniej, decydującej chwili nawigatorzy statku Andrea Doria. Pogląd ten jednak jest kwestionowany przez armatora statku Andrea Doria i kilku naocznych świadków wydarzenia. (Wikipedia) Jednakże w opisywanym przypadku operatorzy radarów widzieli odbicia gór odległych o 160 km, zaś w przypadku kolizji dwóch transatlantyków, operatorzy widzieli że ich statki znajdują się w odległości co najmniej 10 mil, podczas gdy naprawdę znajdowały się one na kursie kolizyjnym w odległości kilku kabli jeden od drugiego. 


A może jednak UFO/USO? Relacje marynarzy wskazują na to, że w głębinach oceanów coś się dzieje dziwnego. Malezyjski ufolog Patrick Moncelet zwrócił moją uwagę na dwa przypadki obserwacji UFO, które opublikowano niedawno na stronie internetowej NUFORC, a które dowodzą faktu penetracji hydrosfery Ziemi przez Nieznane Obiekty Latające. A oto ten przypadek, który miał miejsce na morzach Arktyki:


Data: rok 1943
Godzina: ok. 23:00
Czas trwania: 1 godzina
Miejsce obserwacji: Morze Beringa, AK, USA
Świadkowie: 8 albo 12
Kształt UFO: Inny
Ilość UFO: 1

Uwagi: Jest to obserwacja linearnie ułożonych czterech świateł czerwonego koloru na Morzu Beringa.

Relacja: Na początku roku 1943, w czasie Drugiej Wojny Światowej znajdowałem się na pokładzie niszczyciela USS Williamson. Pogoda była doskonała i morze spokojne. Noc była bardzo ciemna. W czasie, kiedy zdarzył się ten incydent, patrolowaliśmy wody wokół Alaski i płynęliśmy na północ z prędkością 20 kts.

Miałem wachtę na sterburcie na stanowisku 20-milimetrowego działka plot. na drugim pokładzie. Było około godziny 23:00. Ze swego stanowiska miałem doskonałe, niczym nie ograniczone pole widzenia na 360 stopni dookoła na morze i niebo wokół okrętu. Było nas czterech na stanowisku, pamiętam ich nazwiska i nazwisko dowódcy okrętu.

Naraz naszą uwagę przykuł rząd czerwonych świateł, które poruszały się kursem równoległym, nieco wyprzedzając nas po łuku przed dziób okrętu. Nie widziałem, kiedy te światła zbliżyły się do nas po raz pierwszy i nie widziałem skąd one się pojawiły na morzu. Potem było już osiem świateł w rzędzie, dokładnie rozdzielone, umieszczone pod kątem 15 stopni do linii horyzontu. Jak oceniam, te światła nie mogły być dalej, niż 100 jardów (90 m) od okrętu. Światło od światła oddalone było o jakieś 10 stóp (ok. 3,3 m) Wydaje mi się, że najniżej położone światło znajdowało się jakieś 30 stóp (10 m) nad wodą. 

Oceniam, że można by zasłonić pojedyncze światło za pomocą kantalupy umieszczonej w odległości wyciągniętego ramienia. Nie widziałem żadnej struktury, która wiązałaby ze sobą światła. Czerń pomiędzy światłami była taka sama jak czerń nocy. Światła te były bardzo czerwone i nie wydzielały żadnych promieni. Poruszały się równolegle do kursu okrętu przez cały czas trwania obserwacji.

Światła śledziły nasz okręt, co trwało co najmniej jedną godzinę. Zszedłem z wachty o północy. Kiedy zszedłem pod pokład, światła wciąż były widzialne. Byłem zbyt zmęczony na to, by je obserwować, więc poszedłem spać. Potem dowiedziałem się od chłopaków z następnej wachty, że dowódca zmienił kurs i próbował dogonić te światła, ale nie wiem jaki był wynik tych manewrów. Nie wiem też, w jakich okolicznościach te światła znikły. Ale wiem jedno, nigdy nie widziałem czegoś podobnego przedtem ani potem.



Takich relacji jest więcej, ta jest tylko przykładowa. Obserwacje czerwonych świateł czy nawet UFO typu BOL nie należą do rzadkości nawet na Bałtyku.