sobota, 30 listopada 2013

Trójkąty Bermudzkie... (16)

A zatem zagadka została rozwiązana? To oczywiste, że nie mogła to być żadna polska jednostka, bowiem faktu jej zaginięcia nie dałoby się ukryć, nawet w czasach tzw. „komuny” i prędzej czy później sprawa wyszłaby na jaw – szczególnie w czasach antykomunistycznej histerii w Europie Zachodniej i takiego też czarnego, antyrosyjskiego i antyradzieckiego PR uprawianego przez coraz bardziej proamerykańską „Solidarność”.


Co innego w ZSRR. Tam taka rzecz byłaby możliwa i fakt zatopienia własnej jednostki na obcych wodach terytorialnych zalegendowano by jako morską katastrofę o nieznanych przyczynach. I na tym sprawa by się zakończyła. Pokazał to dokładnie przypadek nieszczęsnego Kurska


Jest jeszcze inna rzecz, a mianowicie taka, że bardzo chciałbym wiedzieć, gdzie znajduje się wrak drugiego okrętu holowanego „na żyletki”? Bo proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby dorwali się do niego jacyś terroryści czy np. szmuglerzy narkotyków, o piratach już nie wspomnę...? Oczywiście taki okręt ma zdemontowane wszystko, co się da zdemontować – a przede wszystkim napęd i uzbrojenie oraz wszystkie przyrządy nawigacyjne, ale… Rzecz w tym, że w ZSRR można było (i nadal jest) kupić dosłownie wszystko za odpowiednią prowizję (czytaj: łapówka) daną odpowiedniemu urzędnikowi. To nie jest żadna złośliwość z mojej strony, ale gorzka prawda, z którą zetknąłem się osobiście służąc na granicy.


Jak to wyglądało? – ktoś zapyta – ano wyglądało tak, jak opisałem to kiedyś w „Polsce Zbrojnej”, za co musiałem się często-gęsto tłumaczyć w Warszawie. Przyjeżdżały na granicę autokary z wycieczkami 50-60 osób na pokładzie. Przedstawiali do kontroli całkowicie lewe Vouchery turystyczne, lewe programy wycieczki, etc. etc. I teraz wszystko zależało od dokumentów, jakie mieli przy sobie – jeżeli jechali tylko na dowody osobiste, to mieli najczęściej nadmiar gorzały albo tandety, którą opychali na targach i jarmarkach czy bazarach w dużych miastach i wyjeżdżali z zarobionymi w ten sposób złotówkami, dolarami czy markami do domu. Jeżeli paszporty, to chodziło o przedostanie się do Polski, a potem przez zieloną granicę do Niemiec. W tym celowali szczególnie obywatele Bułgarii, Rumunii – a przede wszystkim rumuńscy Romowie. Oczywiście nie zezwalaliśmy im na wjazd do Polski i wtedy zaczynały się targi. Podstawa transakcji: 50-100 baksów na osobę. Jeden autokar to mogło być 5000 zielonych do podziału na całą zmianę. A w ciągu doby takich autokarów było kilkadziesiąt i rzadko który wjeżdżał do Polski… Po każdej służbie wracało się do domu w stanie kompletnego rozbicia psychicznego. Tylko później czytałem duby smalone wypisywane w skargach na nas przez rosyjskich, ukraińskich, białoruskich, czeczeńskich, inguszewskich, kazachskich i innych przemytników z krajów WNP…


To daje jasny i czytelny obraz skali korupcji, jaka była w tych krajach! A zatem kupienie wyposażonego we wszystkie mechanizmy, w pełni sprawnego i uzbrojonego okrętu podwodnego w WNP było i nadal jest – tylko i wyłącznie – kwestią ceny. I tylko ceny, bo każdy człowiek ma swoją cenę i trzeba być bardzo odpornym, by się nie dać kupić czy sprzedać... Ale to już temat na osobną balladę.


Czy jest to tylko hipoteza? No nie bardzo – bo wprawdzie na Bałtyku nie stwierdzono aktów takiego piractwa, z użyciem okrętu podwodnego, ale na innych akwenach mogą one służyć np. do przemytu ludzi, narkotyków i towarów luksusowych – np. na Morzu Karaibskim. I faktycznie – takie przypadki są udokumentowane przez odpowiednie wydziały US Coast Guard – Straży Granicznej USA. Ale to też temat z innej ballady…


Wracajmy do dziwnych wydarzeń nad Bałtykiem.


Na temat przelotu Wielkiego Bolidu Polskiego już pisano niejednokrotnie. Przelot tego dziwnego… czegoś miał miejsce w dniu 20 sierpnia 1979 roku. Ten WBP mógł faktycznie być tylko meteoroidem: bolidem czy meteorytem, ale…


…ale żaden meteoroid nie pozostawia po sobie radiochłonnej warstwy powietrza czy skażenia radioaktywnego na terenach, na które spadł. Najprawdopodobniej był to wystrzelony z wód Morza Norweskiego międzykontynentalny pocisk balistyczny – ICBM, który przeleciał manewrując nad Norwegią, Szwecją, Bałtykiem, Polską i spadła obszarach południowej Ukrainy, przy okazji skażając substancjami radioaktywnymi węgierskich specjalistów pracujących przy budowie Rurociągu Orenburskiego. Potwierdził to senator Sam Nunn, który w raporcie do Komisji Senackiej ds. Energii Atomowej stwierdza, że Rosjanie dokonali co najmniej dwóch niekontrolowanych odpałów ICBM w końcu lat 70. i na początku lat 80.! Tak też mogło być w przypadku WBP.


Mogło tak być także w przypadku „bolidu” z dnia 2 grudnia 1983 roku, co atoli nie wchodzi już w zakres tego opracowania.[1]


Do dziś nierozwiązaną tajemnicą jest atak czerwonego BOL[2] na dwa polskie kutry rybackie: HEL-125 i HEL-127 na akwenie Zatoki Gdańskiej, co miało miejsce w dniu 18 września 1979 roku. Wydarzenie to ma bogatą literaturę, więc dodamy tylko tyle, że Robert Leśniakiewicz wraz z Bronisławem Rzepeckim wysunęli pięć hipotez:
1.      Był to fragment „złomu kosmicznego”;
2.    Meteoryt;
3.    Słabo oświetlony helikopter;
4.    UFO, i…
5.     … nowa radziecka broń psychotroniczna.


Pierwsze trzy możliwości wykreśliliśmy od razu. Ani meteoryt ani złom kosmiczny nie jest w stanie lecieć po liniach krzywych czy łamanych, a także nie potrafi zawisać w powietrzu jak helikopter.


Helikopter tez to nie był, bowiem nie ma takich śmigłowców, które miałyby idealnie wyciszone odgłosy pracy silników, turbin i płatów. Co nam pozostaje? UFO i tajna broń.


Gdyby te kutry były same na tym akwenie, to przyjęlibyśmy tego BOL jako UFO i kwita. Ale na tym akwenie w sektorze TU-5 były jeszcze radzieckie trawlery typu Tug i to stawia hipotezę o nowej broni na plan pierwszy, a to właśnie dlatego, że według źródeł zachodnich rosyjskie trawlery były wykorzystywane w misjach specjalnych KGB.


Akwen TU-5 jest położony w odległości około 70 mil od polskich brzegów i w pobliżu przebiega granica z ZSRR (teraz Federacją Rosyjską). Być może KGB miało za zadanie wypróbować na obcych rybakach nowej tajnej broni i dokonano tego. KGB potem śledził polską prasę i prace ufologiczne w ramach białego wywiadu[3] z jednej strony, zaś z drugiej mając dostęp do materiałów operacyjnych polskiej SB i odpowiednich Wydziałów Sztabu generalnego WP, co pozwoliło na kontrolowanie sytuacji.


Nie jest wykluczone, że akcję tą prowadziło GRU, co w niczym nie zmienia postaci rzeczy, bowiem na samym szczycie tej piramidy stało Politbiuro i Leonid Breżniew, Dimitrij Ustinow oraz Jurij Andropow. Zresztą niesłychanie ciekawym jest końcowy apel z moskiewskiej konferencji Bioinformenergo’89 o zaniechanie produkcji broni psychotronicznej nabiera tutaj zasadniczej wymowy. Oznacza to bowiem, że psi-broń jest nie dość że wynaleziona, to już jest produkowana na skalę pozwalającą na jej masowe użycie. Czy tym właśnie jest ten słynny ELIPTON czy ELEPTON, którym swego czasu straszył Ludzkość znany rosyjski nacjonalista Władimir Żirynowskij?





[1] Według nieżyjącego już specjalisty do spraw działań wojennych w kosmosie prof. dr inż. Zbigniewa Schneigerta, mogły to być działania wojenne z użyciem satelitów-killerów na orbicie wokółziemskiej.  
[2] Ball of Light – kula światła.
[3] Biały wywiad to działania wywiadowcze polegające na uzyskiwaniu, gromadzeniu, przetworzeniu i analizie materiałów uzyskanych legalną drogą poprzez media.