sobota, 14 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (24)


Innym razem, latem 1985 roku, MF Pomerania wyrżnęła w świnoujską keję, przy okazji zmiatając dziobem żelbetowy postument sygnału przy terminalu promowym. Nic nikomu się nie stało, poza postumentem, który rozleciał się jak domek z kart.


Zresztą to nie mogło być przyczyną katastrofy. W swój ostatni rejs, MF Jan Heweliusz zabrał 10 wagonów kolejowych, 28 TIR-ów, 35 pasażerów – w tym 2 dzieci i 29 załogantów. Dowodził nimi kapitan żeglugi wielkiej Andrzej Ułasiewicz. Pogoda była nieciekawa: temperatura powietrza wynosiła –3°C, temperatura wody tylko +2°C. Najgorszym czynnikiem pogodowym był wiatr z NW – wiał z prędkością 110 km/h. Następnie wypadki potoczyły się tak:

13 stycznia 1993 roku:
-        23:45 CET/22:45 GMT – zakończenie embarkacji pasażerów i środków transportu.
-        24:00 – prom oddaje cumy i wychodzi z portu.

14 stycznia 1993 roku:
-            03:00 – pierwszy gwałtowny przechył na prawą burtę, który skompensowano przebalastowaniem.
-           04:25 – seria przechyłów na obie burty. Prędkość wiatru dochodzi do 150-160 km/h, wysokość fali do 15 m.
-              04:32 – gwałtowny przechył na prawą burtę.
-              04:36 -  pogłębiający się przechył na lewą burtę, kapitan wysyła sygnał MAYDAY! Ludzie opuszczają prom.
-              04:44 – sygnały z promu powodują alarm w niemieckim ośrodku MRCC na Rugii.
-              05:04 – na pomoc Janowi Heweliuszowi rusza MS Arcona.
-              05:12 – MF Jan Heweliusz przewraca się do góry stępką. Startuje niemiecki helikopter ratowniczy z Rugii.
-              05:45 – na pomoc startuje drugi helikopter z Rugii.
-              06:12 – Niemcy znajdują się nad miejscem katastrofy i zaczynają podejmować rozbitków. Startuje trzeci helikopter ratunkowy z Kilonii.
-              06:20 - Arcona przybywa na miejsce katastrofy.
-              06:35 – przylatuje duński helikopter ratowniczy.
-              09:25 – niemieccy płetwonurkowie przeszukują wrak promu w poszukiwaniu żywych ludzi. Nie znajdują nikogo żywego...
-              10:45 – na miejsce katastrofy przybywają polski helikopter ratowniczy Mi-14, statek ratowniczy MS Huragan oraz ORP Heweliusz ze Świnoujścia. Podejmują już tylko resztę zwłok.


Ta straszna katastrofa nauczyła ludzi tego, że w wodzie mogą przeżyć tylko ci, którzy mają na sobie specjalne ratownicze kombinezony chroniące przed kontaktem z lodowatą wodą. Gdyby wszyscy je mieli, żyliby do dziś dnia. W takich warunkach obowiązuje zasada: tyle minut życia, ile stopni Celsjusza ma woda.  I nie ma od tego odwołania...


Co się właściwie stało? Komisja dochodzeniowa doszła do tego, że prom wywrócił się wskutek zmiany geometrii ładunku i przemieszczenia się środka ciężkości całego statku. Wszystkiemu winne były potworne uderzenia wiatru i fal, które uderzyły w prawą burtę po przejściu statku przez linię wiatru. Kiedy wiatr wiał w lewą burtę, to jego nacisk był zrównoważony przez przebalastowaną na tą burtę wodę w zbiornikach. Wystarczyło jednak, że statek dostał uderzenie wiatru w prawą burtę i wszystko się zmieniło – prom dostał przechył powyżej 30 stopni na lewą burtę, bo siła wiatru dodała się do przebalastowania. Efekt mógł być – i był – tylko jeden możliwy. Prom położył się burtą na wodzie, a wszystko, co nie było umocowane poleciało na lewą burtę pogarszając i tak już beznadziejną sytuację. Potem prom obrócił się dnem do góry. To był koniec. Dokładnie jak na filmie „Tragedia Posejdona”...


Mówi się, że załoga nie ponosi winy. Oczywiście, załoganci zrobili wszystko, co było możliwe, by uratować ludzi i statek. Kapitan też nie ponosi winy, bo nie mógł przewidzieć, że silny, ale stały wiatr może tak bardzo fluktuować. Osobiście jestem zdania, że winę ponoszą konstruktorzy „kolejarzy”, którzy zrobili z ich kadłubów całkowicie nie-aerodynamiczne bryły o ogromnym współczynniku Cx. Gdyby MF Jan Heweliusz miał bardziej opływowy kształt, to pływałby do dnia dzisiejszego... Oczywiście ktoś może zaoponować, że MF Mikołaj Kopernik też ma niemal identyczny kształt i jakoś nie spotkała go taka przygoda. To jasne, ale nie zapominajmy, że w fatalny rejs MF Jan Heweliusz wyszedł z niesprawnymi niektórymi mechanizmami, co nie miało znaczenia przy dobrej pogodzie, ale w ekstremalnych warunkach sztormowych, wściekłego wiatru o prędkości 160 km/h, fali o wysokości 15 m   m u s i a ł o   się zamienić w piekielną maszynę egzekucyjną – zaś jej wyzwalaczem stała się ogromna powierzchnia burtowa promu – którą widać na zdjęciu. Zadziałało tutaj prawo głoszące, że jak coś się ma zepsuć, to zepsuje się na pewno, no i zwyczajne prawa fizyki. Zgromadziło się po prostu zbyt wiele negatywnych czynników, które – podobnie jak w przypadku katastrofy RMS Titanic  -  m u s i a ł y   wyładować się w potwornej katastrofie.


I się wyładowały. 16-letni prom poszedł na dno.


Jak widać, nie ma tutaj miejsca na przesądy – wszak rejs zaczął się 13! – czy na klątwę astronoma z Gdańska i znakomitego piwowara zarazem – sic! Jest to katastrofa stricte technologiczna i mieszanie do niej czynnika nadprzyrodzonego jest zwyczajnym nadużyciem!...


Jest jednak pewien tajemniczy aspekt tej katastrofy. Wydarzyła się ona niemal dokładnie w miejscu, w którym załoga MF Wawel zaobserwowała spadek trzech niezwykłych „meteorytów”, w dniu 19 marca 1986 roku (co miało miejsce na pozycji 14°30’E - 054°33’N – o czym pisałem w moim opracowaniu pt. „UFO nad granicą”, a nad którym we wczesnych latach 90. Polacy, Rosjanie, Niemcy i wszędobylscy Japończycy obserwowali oraz filmowali kamerami wideo – i to niejednokrotnie – niezwykłe, czarne i trójkątne Nieznane Obiekty Latające świecące kolorowymi światełkami po bokach – na mapce rejony te oznaczone są czarnymi trójkątami. Obecność tych UFO wiązałem z rozmontowywaną wtedy Greifswaldzką Elektrownią Jądrową Nord IV, która była równie niebezpieczna dla środowiska – a może nawet bardziej – niż Czarnobylska EJ im. W. I. Lenina. Sądziłem zatem – co napisałem w moim artykule pt. „Tajemnice Zatoki Pomorskiej” w „Nieznanym Świecie” nr 11/1999, - że Obcy obserwują rozbrajanie tej szalenie niebezpiecznej bomby ekologicznej. Dzisiaj nie jestem tego aż tak pewien, bowiem całość zebranych przez ufologów z całego świata informacji wygląda na to, że te trójkątne NOL-e mogą być ultra-sekretnymi maszynami latającymi wyprodukowanymi w Stanach Zjednoczonych, Rosji, Indiach czy Chinach i testowane są w ekstremalnych warunkach. A przeznaczone są m.in. do obserwacji instalacji jądrowych na całym świecie, czego dowodzi aktywność czarnych trójkątów nad Kanałem La Manche po skażeniu jego wód radioaktywnym trytem przez francuską Le Hague EJ. O skażeniu tym pisałem na łamach „Eko Świata” w 1999 roku.  Kto wie, czy właśnie taka maszyna przeleciała w pobliżu sztormującego MF Jana Heweliusza i odrzut z jej silników, czy też uderzenie bardzo silnego pola magnetycznego nie spowodowało zmiany kursu promu i wystawienie jego prawej burty na cios wiatru, który dokończył dzieła zniszczenia? Rzecz jest nie do udowodnienia, bowiem nie żyją ci, którzy mogliby to widzieć, a pojazdy takie budowane są w oparciu o technologię stealth. Poza tym – jak twierdzą polscy i niemieccy wojskowi – na radarach tej nocy guzik było widać, bowiem deszczowe szkwały powodowały powstanie fadingów i fałszywych ech na ekranach radiolokatorów, więc możliwość wymacania takiego celu radarem była minimalna, jak nie zerowa...


Być może kiedyś dowiemy się prawdy o przyczynach tej tragedii, ale będziemy musieli na to długo poczekać. I tylko ludzi mi żal – bo znałem załogi wszystkich promów pływających w Świnoujściu – tych, którzy zginęli w tej katastrofie, i tych, którzy ich opłakują.



* * *