środa, 18 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (26)


Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, ufologiczny świat epatowały ustawicznie doniesienia o obserwowanych nad Europą i Ameryką NOL-ach w kształcie czarnych trójkątów. W kilkudziesięciu przypadkach udało się je sfotografować i sfilmować – także na obszarze Polski i terenach przygranicznych – a dokładnie na północno-zachodnich rubieżach naszego kraju: dokładnie nad Zatoką Pomorską, gdzie filmowali je Polacy, Niemcy, Rosjanie i wszędobylscy Japończycy... Tak pisze o nich w swym blogu Robert Leśniakiewicz:

Wcześniej jednak, bo w latach 60., 70. i 80. nad Polską obserwowano – i to w biały dzień – wielkie NOL-e w kolorze białym, które przez długi czas unosiły się nad naszym krajem, wzbudzając z jednej strony zainteresowanie tysięcy ludzi, a z drugiej niepokój władz i uczonych. Te NOL-e były rzeczywiście ogromne i ich rozmiary sięgały setek metrów, o czym później.

Moje pierwsze spotkanie z takim trójkątnym NOL miało miejsce pod koniec czerwca 1968 roku (nie 1967, jak podawałem we wcześniejszych publikacjach), na akwenie Zalewu Szczecińskiego. Byłem wtedy na koloniach letnich w Szczecinie-Dąbiu. W dniu 27 czerwca kierownictwo zorganizowało nam wycieczkę statkiem Żeglugi Szczecińskiej do Świnoujścia – była to, jak pamiętam, MS Alina.

Kiedy około godziny 6:30 szliśmy z tamtejszej Szkoły Podstawowej, w której byliśmy zakwaterowani, na przystań Żeglugi Szczecińskiej, to kilkoro uczniów i wychowawców zauważyło na błękitnym rannym niebie wiszący niemal nad nami, na wysokości 65-70° nad horyzontem, trójkątny obiekt. Wychowawcy orzekli, że z pewnością jest to balon-sonda meteorologiczna, zwłaszcza, że niedaleko znajdowało się lotnisko sportowe Aeroklubu i port lotniczy w Goleniowie, więc nikogo to specjalnie nie zdziwiło i takie „wyjaśnienie” nas zadowoliło...

O godzinie 7:00 odbiliśmy od przystani i wypłynęliśmy na Jezioro Dąbskie. Otoczyła nas dość gęsta mgła, której kłęby ograniczały znacznie widzialność horyzontalnie, jednakże NOL był widziany wysoko nad naszymi głowami. Wydawało się, że trochę zniżył się nad północno-zachodni horyzont, ale to mogło być złudzenie.

Około godziny 8:00 wypłynęliśmy wreszcie na Zalew Szczeciński i znów zwróciliśmy uwagę na tego NOL-a. Wydawał się bardziej odległy i wisiał niżej nad horyzontem – jakieś 45° nad Kleines Haffem, po stronie niemieckiej. Starałem się nie spuszczać go z oka. Widziałem także, że obserwowali go załoganci z holownika MS Zeus, który szedł kursem równoległym do naszego od II Bramy do Kanału Piastowskiego – potem skręcił on w kierunku Karsiboru. Poza nimi obiekt ten musiał być zauważony przez wachty trzech czy czterech frachtowców, które szły przez Zalew, a także pasażerowie i załogi dwóch wodolotów – były to duże wodoloty -  Komety: HFV Adriana i jeszcze jeden jej wielkości, które mijały nas w okolicach III Bramy.

Trójkątnego NOL-a straciliśmy z oczu, kiedy MS Alina weszła na akwen Kanału Piastowskiego i przesłoniły nam go drzewa porastające południowe brzegi Półwyspu Wydrzany. Było to około godziny 9:00. W pół godziny później wylądowaliśmy na Nabrzeżu Władysława IV w Świnoujściu i od razu poszliśmy na plażę, gdzie spędziliśmy czas do 17:00. O godzinie 18:00 odbiliśmy od Władysława IV i o dziewiątej wieczorem byliśmy z powrotem w Szczecinie-Dąbiu. Smażąc się na plaży i kąpiąc w morzu nie zauważyliśmy już żadnego dziwnego obiektu, także wracając przez Zalew nie stwierdziliśmy niczego dziwnego na niebie. Natomiast uderzyła nas jedna rzecz – tego dnia od rana do południa nad Świnoujściem latały polskie samoloty wojskowe – głównie MiG, które poruszały się stosunkowo wolno i na niskich pułapach – poniżej 100 m, co powodowało straszliwy hałas. Jeden z nich nawet wystrzelił stromą świecą w górę tuż nad plażą, wydmuchując na nas strumień gorących spalin z silnika. Wtedy jeszcze nie skojarzyliśmy tych dwóch faktów: pojawienia się latającego trójkąta i kilku MiG-ów. Teraz to wydaje się zrozumiałe – nasze lotnictwo jednak coś widziało i posłało myśliwce na przechwyt nieznanego celu nad morzem...

Do dziś dnia nie wiem, co to było. Już służąc w Wojskach Ochrony Pogranicza w Świnoujściu poszukiwałem śladów tego „czegoś”, ale bezskutecznie. Jeżeli nawet istniały jakieś dokumenty na ten temat: notatki służbowe, zapisy w książkach służby czy meldunki operacyjne, to z całą pewnością zostały dawno przemielone. Był to rok 1980, a zatem 12 lat po opisanych wydarzeniach. Incydentu tego nie pamiętali nawet najstarsi stażem oficerowie sztabowi Pomorskiej Brygady WOP, z którymi na ten temat rozmawiałem. Zresztą nikt nie zawracał sobie głowy kosmicznymi mrzonkami w tych burzliwych czasach – trwała przecież Zimna Wojna... Być może – patrząc na to wszystko z perspektywy XXI wieku - miało to wszystko związek z „bratnią pomocą”, której miały udzielić nasze „bratnie” wojska „bratnim” narodom: czeskiemu i słowackiemu wraz z „bratnimi” armiami innych „bratnich” narodów?... Myślę, że to może być jedyne racjonalne rozwiązanie tej zagadki, bo każde inne nieuchronnie zaprowadzi nas albo do Kosmitów albo do Atlantów czy naszych pra-pra-pra-...prawnuków, którzy będą mogli podróżować w czasie. Incydent ten miał swe dobre strony o tyle, że to właśnie od tego czasu na serio zainteresowałem się Kosmosem i zacząłem czytać literaturę science-fiction...

Drugi raz z latającymi trójkątami los zetknął mnie w Tatrach, w dniu 13 września 1973 roku, kiedy to obserwowałem nad górami przelot dziwnego NOL-a w kształcie trójkąta równoramiennego, skierowanego najostrzejszym kątem w dół. Następnego dnia przeczytaliśmy o tej obserwacji w „Gazecie Krakowskiej” i „Dzienniku Polskim”, gdzie zamieszczono wzmianki o tym, że dwóch uczonych z Obserwatorium Astronomicznego UJ: prof. dr hab. Kazimierz Kordylewski i prof. dr hab. Zbigniew Dworak (wtedy jeszcze magister) obserwowało to UFO i dokonało stosownych pomiarów. Według nich, ten NOL w kształcie ostrosłupa miał wysokość około 100 m, był wykonany z materiału lustrzanie odbijającego światło i na dodatek wisiał na wysokości co najmniej 100 km nad Polską! Mało tego – w tych dniach odbywało się w Krakowie naukowe sympozjum poświęcone możliwościom istnienia w Kosmosie życia – a w domyśle – życia rozumnego! Od tego czasu zainteresowała mnie ufologia.  

Dalsze dwa wydarzenia miały miejsce w Świnoujściu, w latach 1984-85, kiedy to kilkakrotnie nad miastem zaobserwowano dziwne struktury, kojarzone zazwyczaj z „balonami meteorologicznymi”. Istnieje kilka takich relacji, ale mnie udało się dotrzeć do jednej z nich, a mianowicie – tej z dnia 27 czerwca 1985 roku.

Zaczęło się od tego, że kilku moich kolegów z Granicznej Placówki Kontrolnej WOP w Świnoujściu – Baza Promów Morskich Polskiej Żeglugi Bałtyckiej - Pol Line A/B opowiedziało mi o obiekcie w kształcie świecącego białym światłem trójkąta równoramiennego, zwróconego najostrzejszym kątem w dół, który wisiał nad miastem przez kilka godzin, a potem odpłynął na zachód. Obserwowano go z czterech punktów, dzięki czemu udało mi się obliczyć, że znajdował on się niemal nad przejściem granicznym Świnoujście-Ahlbeck na wysokości około 7.900 m ± 100 m n.p.m. Obserwowano tego NOL-a z Bazy Promów Morskich, miasta Świnoujście po lewobrzeżnej stronie rzeki Świny przejścia granicznego Świnoujście-Ahlbeck i Punktu Kontroli Ruchu Rybackiego. Właśnie z PKRR obserwowano go przy pomocy silnej – 20 x lornety – i dzięki temu mamy teraz rysunek, sporządzony przez chor. Tadeusza Sz., który prawie pełnił tam służbę.

Oficjalnie podano do wiadomości, że był to balon meteorologiczny wypuszczony z Królewskiego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego w Drammen (inna wersja mówiła o miejscowości Ski) w Norwegii, który nadleciał nad Świnoujście z kierunku NE-E i poleciał dalej w kierunku zachodnim – nad Niemcy (wtedy jeszcze NRD). I tutaj rzecz ciekawa -   n i k t   nie zainteresował się bliżej tym „balonem”. Najciekawszą informację uzyskaliśmy od jednostki Marynarki Wojennej, gdzie powiedziano nam, że ten obiekt tam   w i d z i a n o , ale kiedy pomacano go radarem przeciwlotniczym, to... nie dawał on   ż a d n e g o   echa! Dla radaru ten NOL po prostu  n i e   i s t n i a ł !  A przecież gdyby był to balon meteorologiczny, to musiałby dawać silne, pełnometaliczne odbicie fal radiolokatorów, bowiem pokrywa się je metaliczną folią po to, by radar mógł je łatwo wykryć...

Jeden z mych kolegów – st. chor. Andrzej Sch. Wykonał zdjęcie swoim „zenitem”, ale niestety obraz „balonu” jest na nim ledwie czytelny. No cóż, żyliśmy w czasach, kiedy zdobycie porządnego materiału fotograficznego graniczyło niemal z cudem...

To chyba jednak nie był balon, a jeżeli nawet, to nie meteorologiczny. Czym był ten NOL, tego nie wiem do dziś dnia.

Kolejne wydarzenie z trójkątnym obiektem miało miejsce w dniu 1 października 1985 roku. Było ono tak dziwne, że zapamiętałem je doskonale. Tego wieczoru wiało paskudnie od Cieśnin Duńskich. Nie bacząc na to – a że wieczór przy pełni Księżyca był wyjątkowo i uroczo niesamowity – wybrałem się z żoną na spacer po miejskiej plaży – od granicy państwowej do falochronu. Idąc plażą patrzyliśmy na niebo i morze. Wiało straszliwie, jakby się wszyscy diabli żenili. Niebo było czyste i widzialność nieograniczona, idealne warunki do obserwacji.

Na północnym-zachodzie coś się działo. Widzieliśmy ogromną piramidę z chmur (?), straszliwie białych w zielonkawym świetle Księżyca, z której strzelały w morze biało-liliowe błyskawice. Nie słyszeliśmy grzmotów, wszystko zagłuszało wycie wiatru i łomot fal łamiących się na plaży.

Trójkątna chmura wisiała nieporuszenie nad horyzontem, w odległości jakichś 10 km od nas. Nie zmieniła swego kształtu w ciągu dwóch godzin! Z góry oświetlał ją Księżyc, z dołu fioletowe światło jaskrawych błyskawic – sceneria, jak z kiepskiego horroru czy filmu Spielberga. Zastanawiałem się potem, czy ta chmura nie kryła czasem jakiegoś NOL-a, który był odpowiedzialny za rozładowanie jej elektrycznego potencjału? Tak czy inaczej, nie mamy pojęcia, czym był ten fenomen...

Potem już się nie słyszało o tego rodzaju obiektach latających. Osobiście jestem przekonany, że obiekty te mogły być – ale oczywiście nie musiały – jednak jakimiś ziemskimi konstrukcjami latającymi, tyle że zbudowanymi w oparciu o nieznane technologie – m.in. stealth. Możliwe, że dokonywano prób, które później zaowocowały pojawieniem się „czarnych latających trójkątów”, które są typowymi konstrukcjami stealth. Zatem dlaczego puszczano je nad krajami Paktu Warszawskiego? Wyjaśnienie jest proste – bo o to właśnie chodziło, żeby je próbowano wykryć i zestrzelić! Radary tego nie wykrywały, ergo nie było żadnego niebezpieczeństwa. NOL wyglądał jak balon meteo, więc przyjmowano wersję balonu. Kto wie, czy nie były to radzieckie balony meteorologiczne czy zwiadowcze. A wtedy nie można było nawet palcem kiwnąć, bo to była własność Wielkiego Brata. I kropka.

W przypadku obserwacji z 13 września 1973 roku uznano, że owszem – to było UFO – ale i tak nie można go było zestrzelić, bo leżało to daleko powyżej możliwości naszej OPL. Mimo tego, że obiekt był wielki jak stodoła, ale niestety wisiał na wysokości ponad 100 km, a zatem w jonosferze, zaś nasze możliwości nie sięgały tak wysoko... I tylko ten obiekt zasługuje na miano prawdziwego NOL-a.

Ciekawą sugestię wysunął pierwszy polski kosmonauta gen. pil. Mirosław Hermaszewski, z którym spotkałem się na planie programu TVN „Rozmowy w toku” red. Ewy Drzyzgi, w dniu 8 kwietnia 2003 roku. Otóż gen. Hermaszewski stwierdził, że oba trójkąty zaobserwowane nad Zalewem Szczecińskim i Tatrami mogły być radzieckimi lub amerykańskimi eksperymentami z rozwieszaniem na LEO[1] rozkładanych luster, które odbijałyby promienie Słońca w kierunku naszej planety tworząc na jej powierzchni słonecznego „zajączka”, który oświetlałby znaczne tereny Ziemi. Faktycznie, Rosjanie bodaj w roku 2000 usiłowali dokonać takiego eksperymentu ze stacją Mir, na której zainstalowano zwierciadło paraboliczne o średnicy 25 m, a które miało puścić takiego „zajączka” w kierunku Syberii. Ten eksperyment o kryptonimie Пятно -2½[2] nie powiódł się, bowiem zwierciadło nie rozłożyło się do końca. Być może te trójkąty były takimi urządzeniami umieszczonymi na LEO – gen. Hermaszewski stwierdził przy tym, że były takie plany w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, ale zarzucono je ze względu na negatywne ekologiczne efekty takich działań. Faktycznie – pamiętam niektóre programy popularno-naukowe w których lansowano takie propozycje. Zakładano w nich, że na polarne orbity należałoby wyrzucić miliardy kryształków, które utworzyłyby „halo” wokół Ziemi, na którym załamałyby się promienie Słońca i oświetliłyby Ziemię tworząc dzień na nocnej półkuli... Ziemia przypominałaby Saturna, ale jej pierścień byłby ustawiony prostopadle do promieni słonecznych. Na szczęście porzucono ten pomysł, który byłby straszliwym naruszeniem i tak już kruchej równowagi ekologicznej na naszej planecie!

Osobiście mnie wyjaśnienie gen. Hermaszewskiego nie satysfakcjonuje w pełni, bowiem trudno przypuścić, by w latach 60. i 70. XX wieku można było wystrzelić w Kosmos konstrukcje o długości ≥ 100 m i rozkładane, jak markiza. Oczywiście mógłby to być balon stratosferyczny, ale trudno jest przypuścić, by taki balon latał na wysokości LEO... Z drugiej strony, te 100 km, to jeszcze stosunkowo gęste warstwy jonosfery i o ile nie sprawia to kłopotu niewielkim satelitom czy statkom kosmicznym i wahadłowcom, to duża konstrukcja może stawić już znaczny opór, wyhamować swą prędkość i spaść na Ziemię, lub spalić się w atmosferze... Prędkość lotu tej konstrukcji była niewielka, a zatem raczej to   n i e   m ó g ł    być jakiś sztuczny satelita. To tyle, co mam do powiedzenia na ten temat.

* * *




[1] Niska Orbita Wokółziemska.
[2] Dosł. Plama-2½.