czwartek, 19 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (27)


A jednak rozwiązanie znalazło się po wielu latach. Były to najprawdopodobniej próby z radziecką wersją amerykańskiego programu Farside, który miał na celu wypracowanie jak najskuteczniejszego sposobu odpalania rakiet balistycznych i kosmicznych podwieszonych pod balonami, które miały za zadanie wywindować pocisk na wysokość powyżej 40 km i tam dopiero go odpalić w kierunku celu. To tłumaczyło także, dlaczego te „balony” latały nad krajami obozu socjalistycznego – miały być dla nich ostrzeżeniem i zarazem pokazem możliwości technicznych ZSRR…


* * *


I wreszcie coś na temat wizyt na Bałtyku rzadkich gości – wielorybów. W dniu 6 maja 2005 roku szwedzkie gazety „Expressem” i „Svenska Dagbladet” doniosły o tym, że na plażę Hästens – nieco na północ od portowej miejscowości Kläva k./Hönö na szkierach na północ od Göteborga, morze wyrzuciło zwłoki wieloryba. Jak podało Szwedzkie Radio, wieloryb ten miał 9-10 metrów długości. Został on znaleziony przez strażaków w poniedziałkowe popołudnie. Miejscowe muzeum historii naturalnej w Göteborgu przewiezie ten eksponat w 30-stopowym kontenerze do siebie celem wypreparowania i wystawienia na widok publiczny tego wieloryba. Poza tym zostaną pobrane próbki krwi i mięśni zwierzęcia w celu ustalenia przyczyny jego śmierci. Na razie możemy tylko przypuszczać... Sprawą zajęły się szwedzkie służby ratownictwa morskiego i ochrony środowiska, co daje nadzieję na to, że zostanie ona wyjaśniona do końca, a wyjaśnienie zostanie podane do wiadomości publicznej... Osobne dochodzenie prowadzi także Straż Przybrzeżna.


Nie był to przypadek odosobniony i takie notatki prasowe, jak zaprezentowana poniżej zdarzały się od czasu do czasu w polskiej prasie, tu w „Gazecie Krakowskiej” w 1988 roku:


Niecodzienny gość na Bałtyku
Biały wieloryb u brzegów Półwyspu Helskiego

GDAŃSK (PAP) Załogi kilku kutrów rybackich, które przed sztormową falą schroniły się niedawno w odległości 4 km od helskiej latarni, na wodach o głębokości ok. 30 m – zetknęły się z niecodziennym zjawiskiem. W pobliżu łodzi, podczas słonecznej pogody, co chwilę wynurzał się z wody biały wieloryb ok. 7-metrowej długości. Jeden z rybaków miał przy sobie aparat fotograficzny i zrobił zdjęcie przed zniknięciem morskiego ssaka w głębinach.

Podobny przypadek miał miejsce przed 3 laty, kiedy to u wybrzeży szwedzkich pojawił się kilkunastometrowy wieloryb. Do jego wypłoszenia ze stosunkowo małego morza jakim jest Bałtyk, Skandynawowie użyli nawet elektrowstrząsy. Inny z kolei wieloryb o 6-metrowej długości, znalazł się przed 10 laty w sieciach polskich rybaków poławiających w pobliżu Portu Północnego w Gdańsku. Trzeba było przeprowadzić całą akcję, by zagubionego walenia uwolnić z pułapki.

Ssaki z gatunku wielorybów co jakiś czas pojawiają się w Bałtyku, a potem nie mogą znaleźć drogi powrotnej przez wąskie Cieśniny Duńskie na północny Atlantyk. W tym roku w sieci rybaków z Jastarni złapała się młoda samica morświna, zaliczana również do gatunku wielorybowatych. Niestety, nie udało się jej utrzymać przy życiu.


Tyle „Gazeta Krakowska”.


Nie jest to pierwszy wypadek śmierci wieloryba na Bałtyku. (Przypominam, że Kattegat należy do basenu Morza Bałtyckiego.) W latach 80. ubiegłego stulecia wieloryby kręciły się w wodach otaczających Półwysep Skandynawski i niejednokrotnie były mylone z okrętami podwodnymi. W ubiegłych latach także polskie wybrzeże było kilkukrotnie nawiedzane przez te największe w świecie ssaki. Latem 2004 roku, niektóre media przyniosły informację o tym, że morze wyrzuciło na plażę w rejonie miejscowości Skowronki na Mierzei Wiślanej ogromny płat mięsa o masie 200 kg. Szczątki zostały przewiezione do Morskiego Laboratorium na Helu, gdzie zostały poddane badaniom w celu ustalenia, do jakiego gatunku należało zwierzę, do którego należały te pozostałości.


Gazety twierdzą, że są to być może szczątki wieloryba – a dokładniej kaszalota – Physeter catodon, który był widziany w lipcu i sierpniu 2004 roku w okolicach wysp Bornholm i Rugia przez Duńczyków i Niemców. Jeżeli tak, to byłaby sensacja światowa, bowiem kaszalota ostatni raz u polskich brzegów widziano w XIII wieku... Kaszaloty są ogromne, jak na Bałtyk – długość ich ciała sięga 20 m, zaś masa – do 50 ton. Zamieszkują one wszystkie akweny Wszechoceanu, i od czasu do czasu zaglądają także na Bałtyk. Żywią się rybami i głowonogami na które polują w głębinach oceanicznych zanurzając się do 3.000 m na czas do 90 minut! Niestety – zostały one poważnie przetrzebione przez człowieka, który polował na nie m.in. ze względu na olbrot (spermacet – stąd ich angielska nazwa - spermwhale) i ambrę, które używa się w przemyśle perfumeryjnym jako utrwalacza zapachów.

Ciekawe jest to, co się właściwie stało z tym wielorybem. Jaka była przyczyna śmierci tego potężnego ssaka? Mógł on paść ofiarą jakiejś miny, na którą wpłynął przez nieuwagę, co jest jednak trudne do przyjęcia, bowiem te zwierzęta są inteligentne i nauczyły się trzymać z daleka od przedmiotów, które im mogłyby zagrażać. Istnieje możliwość, że kaszalot został „rozjechany” przez jakiś statek, który wpadł nań podczas drzemki. Takie rzeczy się w przeszłości zdarzały. Osobiście jednak jesteśmy zdania, że kaszalota (o ile był to kaszalot) mogły zgubić jego przyzwyczajenia. Wystarczyło, by zanurkował do dna Bałtyku, gdzie leżą wraki i pojemniki załadowane iperytem, iperytem azotowym i toksynami fosforoorganicznymi, które składowano tam po obu wojnach światowych w Europie, by się zatruć... A potem tylko w oszołomieniu wypłynął na powierzchnię i resztę znamy. Uderzenie dziobnicy mogło dobić morskiego giganta, a śruby napędowe dokończyły dzieła. Na brzeg morze wyrzuciło tylko 200 kg mięsa.

Na zatrucie tymi środkami jest narażone każde stworzenie, które poluje na większych głębokościach, dlatego też przeżyły inne wieloryby, które zapędziły się na Bałtyk, a nie nurkowały w jego mroczne, chłodne i zatrute gazami bojowymi tonie. Dlatego przeżył wieloryb sfotografowany w okolicach Chałup w lecie 1995 roku przez dziennikarza z „Kuriera Polskiego”, przeżył wieloryb z okolic Parłówka z 1979 roku. Przeżyły delfiny, które kręciły się po akwenie Zatoki Pomorskiej, a jeden z nich nawet wylądował na plaży w Świnoujściu w połowie lat 80. Niestety – kaszalot nie miał takiej możliwości. Najprawdopodobniej zabiły go produkty ludzkiego szaleństwa i nienawiści sprzed z górą półwiecza. A tak mówiąc, to w czym ten kaszalot miał pływać? W ciągu ubiegłorocznych wakacji[1] media doniosły o bujnym zakwicie morderczych alg skażających wodę neurotoksynami, potem pojawiły się nie wiedzieć skąd ogromne plamy ropy na Zatoce Gdańskiej mające od 2.300 do 7.500 m²...



[1] W roku 2004.