niedziela, 29 grudnia 2013

Trójkąty Bermudzkie... (31)




Hawański proces 8A. Kto kryje się pod nic nie mówiącym kryptonimem „8A”? To jest pseudonim oparty na grze hiszpańskich słów: „ocho” - osiem i „A” - które tworzą nazwisko jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci Kuby - generała Arnaldo Ochoa Sancheza.


Kimże on był? Po powrocie z Angoli, gdzie brał udział w „niesieniu bratniej pomocy narodowi angolskiemu w walce z imperializmem”, w dniu 10-12 czerwca 1989 roku, miał on zostać ministrem obrony Kuby w rządzie Fidela Castro, co dawałoby mu trzecią  pozycję w państwie po braciach Fidelu i Raulu Castro. Jego aresztowanie miało miejsce tuz po przylocie z Angoli. Poza generałem Ochoa zostali aresztowani także: Jorge Martinez Valdés, Antonia de la Guardia Fonta, Amado Padrón Trujillo, Rosa Maria Abreno-Gobin oraz kpt. MSW Miguel Ruiz Poo. Byli to członkowie rozgałęzionego spisku, dzięki któremu miano obalić dyktaturę Castrów i przywrócić na Kubie kapitalizm w amerykańskim wydaniu. Oficjalnie oskarżono ich o powiązania z Pablo Escobarrem i Kartelem z Medellin.


Jeżeli ktoś nie widział przebiegu procesów moskiewskich z lat 30., to oglądając film Orlanda Jiméneza pt. „8A” doskonale mógł sobie wyrobić ich image. Świadkami oskarżenia był jeden z szefów Directión General Informatión - gen. bryg. DGI Manuel Fernandez Crespo (szef kontrwywiadu) i agent kontrwywiadu DGI o pseudonimie „Rodolfo”. Prokurator - gen. bryg. Juan Escalona Reguera - traktował swych podsądnych w stylu swego radzieckiego odpowiednika z lat stalinowskiego terroru Andrieja Wyszynskiego: obrzucał ich wyzwiskami i inwektywami. Oskarżeni - po fatalnym dla nich dniu 13 czerwca 1989 roku - przed obliczem sądu sprawiali wrażenie zupełnie przybitych i zgnębionych potwornością swych zbrodni: błędny wzrok, drżące dłonie, trzęsący się głos... Jakże dziwnie to przypomina mi to proces o podpalenie Reichstagu. Kto wie, czy opór oskarżonych nie łamano w tym „uczciwym i otwartym” procesie przy pomocy amytalu lub pentatolu sodu, LSD, LSD-25 czy innymi środkami psychotropowymi. Niemcy i Rosjanie używali skopolaminy i jej pochodnych, ale najczęściej wystarczyła dobra pałka czy bat, wiadro wody i betoniarka...


 Za powyższym przemawiają ostatnie słowa generała Ochoa, wypowiedziane w dniu 26 czerwca 1989 roku:
- Kiedy przyjdzie czas egzekucji, to moje ostatnie myśli poświęcę Fidelowi i rewolucji, którą dał temu krajowi...


Zachował się dokładnie tak samo, jak Bucharin, Zinowiew, Kamieniew, Tuchaczewskij, Urickij, Uborewicz, Blücher i inni oskarżeni w procesach „starych bolszewików” w latach 30. i 40. Nic dodać, nic ująć... - i nie ma się czego dziwić, bowiem szkoła ta sama, metody śledcze i praktyka sądownicza rodem z kazamatów Łubianki... Zawsze śmieszyło mnie to, jak media zapłakiwały się nad losami „starych bolszewików”, których Stalin spuszczał jednego po drugim do piwnic egzekucyjnych NKWD po sfingowanych procesach pokazowych. Jak to oni - biedactwa - cierpieli za ideę, i tak dalej i temu podobnie. Prawda zaś jest taka, że wszyscy byli doborową zgrają potakiewiczów, którzy nie dość, że gorliwie popełniali najstraszliwsze zbrodnie eksterminacji ludzi nieprawomyślnych wobec systemu komunistycznego, to jeszcze sami wykazywali inicjatywę w walce z „wrogami ludu” i mieli z tego konkretne profity w czasie, kiedy miliony ludzi umierało z głodu w „ziemskim raju dla klasy robotniczej i chłopskiej”. Nie ma się co nad nimi użalać.


Czy to koniec sprawy? Ależ nie, byli w niej jeszcze… Nieznani Szefowie. Najciekawsze były zeznania kapitana MSW Miguela R. Poo, który co chwilę mówił o „tych, co na górze”, „przełożonych” i enigmatycznym „szefostwie”, a które to stwierdzenia wywoływały dziwną reakcję prokuratora. Gen. Escalona zmieniał temat przesłuchania lub po prostu zamykał usta oskarżonemu rycząc na niego z wściekłością i obrzucając stekiem wyzwisk. A co na to obrona? Obrona milczała, chociaż w każdym normalnym kraju rzuciłaby się na jego zeznania, jak sępy na padło, i od razu zażądałaby od sądu przesłuchania tych tajemniczych świadków. No cóż, obrona zachowywała się tak dziwnie, bowiem po prostu musiała się zgodzić z aktem oskarżenia i nie próbowała go podważyć w ani jednym punkcie. Oskarżeni zostali bowiem skazani zanim zapadł wyrok. Jak w Moskwie, Warszawie, Budapeszcie czy Pradze...




A zatem kogo osłaniał Castro? Czy tajemniczym „szefem” był sam El Commendante? W świetle tego, co tutaj napisaliśmy, można powiedzieć, że tak, ale - jak podejrzewamy - El Compañero No. Uno był jedynie parawanem dla prawdziwego „szefa”, którego siedziba znajdowała się tysiące kilometrów na wschód od Kuby. To właśnie w Moskwie zbiegały się wszystkie nici spisku, a generał Ochoa stał się kozłem ofiarnym dla działalności radzieckich tajnych służb szmuglujących prochy do USA. Czy to było możliwe? Oczywiście - tak, jak była możliwa afera Iran - Contras czy wspieranie Osamy ben-Ladena... Amerykanie robili symetrycznie dokładnie to samo, więc nie ma co się nad nimi użalać. Wedle stawu grobla!  


Po prostu nie dało się dalej utrzymać w tajemnicy radzieckiego udziału w produkcję i dystrybucję narkotyków w Ameryce i ktoś musiał wyciągnąć Czarnego Piotrusia - a był nim gen. Ochoa - zwycięski dowódca z Angoli, Salwatoru i Nikaragui. Jakże mi jego los przypomina los marszałka Michaiła Tuchaczewskiego! Ochoa wyrósł ponad Castro i musiał za to zapłacić głową. Stał się bowiem niezmiernie popularny - nie bez kozery na murach Hawany wypisywano „8A”. W ostatecznym zabiła go jego sława i popularność, a nie handel narkotykami. Castro upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu: pozbył się konkurenta do władzy i oczyścił Kubę (w tym także ZSRR) od zarzutów przemytu i dystrybucji narkotyków w USA i Kanadzie. Komuniści na Kubie i w ZSRR bardzo potrzebowali tego procesu - właśnie zbliżała się we wschodniej Europie „Jesień Ludów” i misternie trzymane siłą Imperium Radzieckie rozpadało się po kawałku, wymykało spod władzy Kremla i KGB. W tym kontekście, proces w dalekiej Hawanie był rzeczywiście sygnałem ostrzegawczym!...


Tak zatem El Compañero osłonił swych radzieckich przyjaciół. Przyjaciele ci przebywali na Kubie już od 1961 roku, czyli od czasu ataku na koszary Moncanda i obalenia proamerykańskiego reżimu dyktatora Fulgencio Batisty y Zaldivara. Sowiecki gensek Nikita Siergiejewicz Chruszczow nie na darmo nazwał Kubę swym niezatapialnym lotniskowcem, i w październiku 1962 roku przeistoczył ja w radziecki niezatapialny okręt rakietowy... jak strategicznie ważna dla ZSRR była Kuba, to wiedzą doskonale eksperci i analitycy z CIA, ONR, NSA i innych amerykańskich służb specjalnych. Czy to koniec tajemnicy Diabelskich Trójkątów? - ależ nie!


Skąd zatem kartele narkotykowe mają „midgety” do transportu swego towaru do Ameryki? Oczywiście z Kuby, od radzieckich doradców z Łubianki. Istnienie i działalność Karteli była jeszcze jedna operacją dywersyjną wymierzoną w USA. Gros USO zaobserwowanych przez Straż Przybrzeżną zapewne było made in USSR! W akcjach przeciwko nim brały udział jednostki ZOP  wspierane z wody i powietrza - w sumie około 100 jednostek - a wszystko koordynowane z pokładu dwóch samolotów E3A Sentry AWACS. Nie wiem, czy ktoś sobie zdaje sprawę z ogromu tych operacji rozgrywanych na akwenach Zatoki Meksykańskiej, Morza Karaibskiego, Trójkąta Bermudzkiego...