piątek, 31 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (49)


Z artykułów Cathy Zollo i programów miejscowej WINK-TV oraz radia WNOG-AM wynika niezbicie, że chociaż do dnia 20 marca 2002 roku uczeni nie dociekli przyczyny powstania tego fenomenu.


A oto, o czym pisze Cathy Zollo.


Floryda, to przede wszystkim Everglades National Park z rezerwatami aligatorów i ptaków oraz rezerwaty ryb i ptaków morskich u jej zachodnich i południowych wybrzeży, że wspomnę tylko Florida Keys National Marine Sanctuary, który rozciąga się na obszarze 2.800 mil kwadratowych - czyli około 9.000 km2. Obszar ten niezwykle urokliwy pod względem wartości przyrodniczych stanowi ostoje kilkudziesięciu tysięcy gatunków morskich ryb, ptaków, ssaków i innych zwierząt. Poza tym daje on niemal 1.000 ton doskonałej morskiej żywności, ekologicznie czystej i nieskażonej żadnymi szkodliwymi związkami chemicznymi.


Tymczasem „czarne wody” rozprzestrzeniały się stopniowo, powoli, ale nieubłaganie. Ryby i inne zwierzęta morskie uciekały z zagrożonego akwenu. Jak to widać na zdjęciu satelitarnym z 20 marca, wykonanym przez NASA z satelity SeaWiFS „czarne wody” zajęły już niemal cały akwen Zatoki Florydzkiej (Gulf of Florida) - od Key West i Marathon do Naples - i przepłoszyły z nich wszystkie ryby, a co za tym idzie także ptaki się nimi żywiące, które wyniosły się na bezpieczniejsze miejsca.


Aktualnie czarna plama ma rozmiary stanu New Jersey i wciąż się rozrasta. Co ją spowodowało? Jak dotąd, uczeni tego jeszcze nie wiedzą. Wygląda wszakże na to, że ta klęska ekologiczna została spowodowana przez masowy rozrost jakichś alg - coś w rodzaju „czerwonego przypływu” - które rozrastają się pod wpływem chemikaliów, jakie dostały się do wody Zatoki z wodami Mississippi po silnych jesiennych i zimowych deszczach i spowodowanych przez nie powodziach, a także po wiosennych gwałtownych roztopach śniegu, które także spowodowały lokalne wezbrania Mississippi. Tak jak w Polsce w roku 1997, do wody dostały się składowiska odpadów chemicznych i być może radioaktywnych położonych na brzegach tej rzeki. Całość stworzyła piekielny, toksyczny koktajl, który potem spłynął w wody Zatoki i tam mógł stać się biokatalizatorem dla jakiegoś gatunku alg, który znalazł idealne warunki do swego rozwoju i tak doszło do „zakwitu” tych drobnoustrojów fitoplanktonowych z wiadomym efektem - zagrożenie tego raju na Ziemi przez bezmyślną działalność człowieka!


Wypadek ten ma jeszcze drugą stronę medalu, bo stanowi zagrożenie dla życia ludzi. Lekarze z południowej Florydy twierdzą, że pojawiły się jakieś nowe infekcje bakteryjne i wirusowe, bardzo złośliwe i odporne. Czyżby miały związek z tym fenomenem? Bardzo możliwe...


Badania „czarnego zakwitu wody” w toku. Jak na razie sytuacja przypomina czeski film - nikt nic nie wie...


Pewnym pocieszeniem jest to, że Amerykanie już pomyśleli nad systemem wczesnego ostrzegania przed takimi zjawiskami ukryty pod kryptonimem MEERA - Marine Ecosystem Event Response & Assessment, który zaczął się w chwili pobierania pierwszych próbek „czarnych wód”.


System MEERA został powołany do życia w celu wczesnego ostrzegania uczonych o nietypowych, niebezpiecznych ekologicznych wydarzeniach we Wszechoceanie. W momencie otrzymania ostrzeżenia program zaczyna działać i zagrożenie zaczyna być śledzone przez wszystkich zainteresowanych: rybaków, oceanologów i innych ludzi morza, i przy pomocy wszelkich dostępnych środków - od łodzi z podbierakami do sztucznych satelitów Ziemi.


Jak na razie program ten otrzymał rządowy grant w wysokości 60.000 USD, z czego wydano już 48.000 USD, a w perspektywie czeka jeszcze kolejne 40.000 USD na kontynuowanie programu - pisze red. Zollo w swych artykułach.


* * *


A co to ma do nas? - może zapytać jakiś eko-sceptyk - Przecież to jest tak daleko i nas właściwie nie dotyczy???...


Owszem, nie dotyczy    n a    r a z i e   - bo proszę nie zapominać, że taki problem może w każdej chwili wyrwać się spod kontroli. Co gorsza, jeżeli te algi rozrosną się na cały Wszechocean, to właściwie nikt nie ma pojęcia, jakie mogą być implikacje takiego faktu. Zatoka umiera, wciąż umiera i nic tego na razie nie powstrzyma - pisze pani Zollo. Coś takiego może w każdej chwili uderzyć i w nas. Powodzie w Polsce z lat 1997 i 2001 stanowiły ostrzeżenie dla nas i dla Bałtyku, a Polska - niestety - jest jednym z największych producentów zanieczyszczeń, które idą do naszego jedynego morza... Sytuacja poprawiła się nieco w ostatnich latach, ale to jest wciąż jeszcze mało. I dlatego miejmy się cały czas na baczności, aby siwych i zielonych wód Bałtyku nie poplamiła czarna zaraza...


Po raz drugi Clive Cussler po wizjonersku przewidział w powieści „Sahara” konsekwencje naszych nieprzemyślanych czynów. Pierwszy raz przewidział on atak na gmachy World Trade Center w Nowym Jorku w swej ostatniej powieści, wydanej w 2001 roku w Polsce pt. „Cerber”, którą napisał on w 2000 roku. Czyżby i tym razem przewidział katastrofę ekologiczną na kilka lat naprzód? 


Nie trzeba Trójkąta Bermudzkiego, tajemniczych meteorytów czy pasażerów z UFO. Wystarczy ludzka bezmyślność, chciwość i głupota... I tutaj rację przyznaję Piotrowi Listkiewiczowi, który twierdzi, że cywilizacja kupczyków i dealerów wykończy się sama, bez niczyjej pomocy z zewnątrz i to nie z hukiem, ale ze skowytem...


Sprawa ma swój ciąg dalszy, bo w dniu 27 marca 2002 roku, otrzymuję kolejny email od Ala Rosalesa. Donosi on, że:


Dzisiaj, w dniu 27 marca, w „Miami Herald” pojawił się kolejny artykuł na temat tego fenomenu. Donoszą w nim, że strefa umierających gąbek i korali została zlokalizowana w okolicach Key West.


Potwierdzono zatem po raz pierwszy całkowite wyginięcie podwodnego życia, co spowodowało podniesienie już całkiem serio alarmu, iż ten niezwykły „blob” może doprowadzić do niesłychanej destrukcji podwodnych istnień w czasie swego dryfu przez Zatokę Meksykańską oraz Zatokę Florydzką w czasie kilku miesięcy. Martwe gąbki były zaobserwowane  w czasie weekendu w północno-zachodnim kanale Key West przez Kena Nedimyera, pracownika i członka Rady Doradczej Sanktuarium, który zbiera je w celach handlowych do akwariów. Relacjonuje on to następująco:


„Woda była niespodziewanie zielona na powierzchni i po pewnym czasie, kiedy  dosięgłem dna stała się nagle ciemna. Zauważyłem sześć gatunków gąbek, które były wyraźnie chore, w 50-75 procentach zniszczone oraz kilkanaście innych gatunków gąbek i korali, które w mniejszym czy większym stopniu były zniszczone lub umierające. Korale madreporowe i rozgwiazdy również wyglądały na chore. Jednakże ryby na tym akwenie wyglądały zdrowo, ale nie żerowały. Wyglądało także na to, że masy ‘czarnej wody’ skurczyły się.”


Jak dotąd: „Jest to zjawisko, co do którego nie jesteśmy niczego pewni” powiedział Beverly Roberts z Florida Marine Research Institute w St. Petersburg.


Uczeni są bezsilni wobec tego fenomenu. Red. Andrzej Zalewski sądzi, że to być może sama Ziemia dokonuje samooczyszczenia i następnym gatunkiem, który podlegnie procesowi zredukowania, jak to ma miejsce np. z lemingami,  będzie Homo sapiens sapiens, który przetrzebi się albo w kolejnej wojnie, albo w pandemii jakiegoś dopustu Bożego jeszcze gorszego od HIV czy Eboli... 


Ale to jeszcze nie koniec zdziwień, jako że w dniu 28 marca 2002 roku, światowe media przyniosły informację o gigantycznej ośmiornicy z gatunku Haliphron atlanticus wyłowionej u wybrzeży Nowej Zelandii, w okolicy wysp Chatham. Ośmiornica ta miała 4 m długości, ważyła 75 kg i wyłowiono ją z głębokości prawie 1 km! Co ciekawsze - jest to gatunek niespotykany na Pacyfiku i występuje tylko na Atlantyku...


Pytanie: co wygoniło te ośmiornice z ich pierwotnych legowisk i zmusiło do zmiany środowiska? Czy to nie ten sam czynnik, który spowodował powstanie czarnych „blobów” na wodach Zatoki Meksykańskiej?... Wody Pacyfiku są stosunkowo czyste, oczywiście poza radioaktywnym skażeniem na Bikini, Mururoa, Amchitki czy Enivetok, na których swego czasu odpalano ładunki nuklearne i termonuklearne, zatem ośmiornice atlantyckie przeniosły się właśnie do mało zbadanych wód w okolicach Nowej Zelandii. Podejrzewam, że takich niepokojących faktów stwierdzimy coraz więcej we Wszechoceanie z biegiem czasu.


Następne, dostarczone mi przez Łukasza Świercza, artykuły Cathy Zollo potwierdziły jedynie tezę o całkowitej bezradności uczonych, co do zidentyfikowania powodu tego niezwykłego zakwitu. Przypuszcza się, że wybuchowy rozwój tych alg został spowodowany przez związki azotowe, które zostały wpłukane do wody z gleb masowo sypanych nawozami sztucznymi. Zjawisko znane nam z polskich rzek, gdzie występuje zazwyczaj w czerwcu masowy zakwit wód na kolor jasnozielony, ustępujący po pewnym czasie. Ale Bałtyk to nie Zatoka Meksykańska z jej zasoleniem i insolacją, które to czynniki także powodują masowe rozrody alg i glonów. Poza tym Bałtyk jest morzem niemal zamkniętym, natomiast w Zatoce znajduje się zachodnia odnoga Golfstromu, która „wymiata” wodę na otwarty ocean i dalej w kierunku Europy, a konkretnie Islandii, Norwegii i Szpicbergenu. To szybki i silny prąd morski, który porusza się z prędkością niemal 4 kts. Istnieje zatem poważne niebezpieczeństwo rozniesienia się tego czarnego zakwitu i co za tym idzie katastrofy ekologicznej na cały północny Atlantyk! Sprawą tą powinni natychmiast zająć się i europejscy uczeni! Ta sprawa dotyczy także i nas! 


Wydaje mi się, że stoimy w przeddzień kolejnych odkryć potwierdzających niepokojącą tezę, że globalne ocieplenie - czego dowodem jest szybsze „cielenie się” lodowców Antarktydy, że wspomnę ostatnie oberwanie się lodowej góry giganta o powierzchni województwa świętokrzyskiego -  zatrucie chemiczne środowiska i wybuchy jądrowe powodują migracje zwierząt w wodach Wszechoceanu.



No cóż, pozostało nam tylko czekać na rezultaty dalszych badań.

wtorek, 28 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (48)


 Następną jest relacja dr Sergio Cervera, któremu kubański rybak opowiedział nieprawdopodobną historię o tym, jak to łowiąc ryby w okolicach Hawany zauważył, że woda za rufą jego łodzi zaczęła gwałtownie wrzeć i w odległości około 20 jardów (18 m) od niej wystrzelił z morza wielki srebrzysty dysk, który wzniósł się w górę i odleciał z niesamowicie wielką prędkością. Po jakichś 10 minutach, rybak patrząc w wodę zauważył kilka człekokształtnych postaci, ubranych na czarno. Postacie te okrążyły łódź i znikły z widoku. Incydent ten miał miejsce w 1959 roku.


W sierpniu 1968 roku, dwaj bracia z bahamskiej wyspy Exuma wracali do domu późną nocą, kiedy usłyszeli dziwny hałas. Rozglądając się wokół, zauważyli pod pobliskim drzewem kilka karłowatych stworzeń z wielkimi głowami. Przerażeni mężczyźni rzucili się do ucieczki.


Obszary te są także nafaszerowane archeologicznymi znaleziskami i tajemnicami. (Przypominają one do złudzenia niektóre epizody ze znanych także i u nas seriali TV w rodzaju „SeaQuest” czy australijskiego „Dziewczyna z oceanu” oraz „H2O – wystarczy kropla wody…”, których bohaterowie odkrywają dziwne podmorskie budowle, mające związek z Kosmosem i zamierzchłymi cywilizacjami.) I tak w 1970 roku, dr Ray Brown z Mesa (Arizona) nurkował wraz z przyjaciółmi w okolicach wyspy Bari w archipelagu Bahamów, w pobliżu słynnej formacji dna oceanicznego zwanej Tongue of the Ocean (Język Oceanu). W czasie jednego z zejść pod wodę, dr Brown stracił towarzyszy z oczu i zaczął ich szukać. Po chwili dał za wygraną, bo naraz ujrzał przed sobą wielki piramidalny kształt skąpany w akwamarynowym blasku. Potem dr Brown opowiedział badającym ten przypadek, że zdumiała go przede wszystkim lustrzana gładkość powierzchni kamieni, z których zbudowano tą piramidę, a których połączenia były całkowicie niewidoczne. Opływając ją dookoła wzdłuż ornamentu, który wydawał się być zrobiony z lapis-lazuri, dr Brown znalazł jakieś wejście do środka piramidy i zdecydował się wpłynąć do niej. Płynąc poprzez ciasny korytarzyk, znalazł się on wreszcie w prostokątnej komnacie z sufitem w kształcie ostrosłupa o podstawie czworokąta. Zdumiewającym było to, że ścian komnaty nie porastały algi i koralowce, jak to było z innymi wewnętrznymi ścianami piramidy. Były one całkowicie gładkie. (!!!) Zaś na dodatek, dr Brown nie miał latarki podwodnej, a mimo to mógł on widzieć wszystko na własne oczy. Pomieszczenie to było dobrze oświetlone, ale nigdzie nie było widać źródła światła.


Uwagę dr Browna przyciągnął mosiężny pręt o średnicy jakichś 3 cali (ok. 7,5 cm) zwisający w dół z najwyższego punktu sufitu. Koniec tego pręta był ozdobiony wielo-fasetowym czerwonym kamieniem szlachetnym. Tuż poniżej tego pręta i klejnotu, na samym środku komnaty, znajdował się rzeźbiony kamień zakończony od góry płaskim jak stół blatem, ze skręconymi końcami. Na tym stole znajdowała się para wykutych w brązie rąk naturalnej wielkości, które wyglądały jak osmolone czy opalone, jakby były wystawione na straszliwy żar. W dłoniach tych rąk, położonych jakieś cztery stopy pod czerwonym klejnotem, znajdowała się kryształowa kula o średnicy około 4 cali (10 cm). Dr Brown usiłował wyrwać z sufitu ten pręt, ale było to niemożliwe. Zabrał się zatem za kryształową kulę, i ku swemu zdumieniu stwierdził, że dała się łatwo zabrać z uścisku brązowych dłoni. Z kulą w prawej ręce wypłynął z wnętrza piramidy. Kiedy wypływał, to czuł czyjąś niewidzialną obecność i słyszał głosy mówiące, by tam już nigdy nie wracał. Obawiając się, że amerykańskie władze odbiorą mu cenny artefakt, dr Brown zataił istnienie tej dziwnej kuli z kryształu i nie wyjawił prawdy o swym odkryciu aż do roku 1975, kiedy to pokazał po raz pierwszy swe znalezisko na metapsychicznym seminarium w Phoenix.


W roku 1969, odkryto kamienne schody prowadzące w głąb morza na wyspie Bimini na Bahamach. Wielu badaczy stwierdziło, że są to jakieś resztki ruin pochodzących z czasów Imperium Atlantydy. Podobne schody odkryto także na zachodnim Puerto Rico i w kilku miejscach archipelagu bahamskiego.


Zgodnie z kilkoma niezależnymi źródłami prasowymi, w tym Agencji Reutera, w lipcu 2000 roku kubańscy i kanadyjscy uczeni używając specjalistycznego sonaru panoramicznego odkryli wielkie podwodne plateau, na którym znajdowały się formacje przypominające ruiny miejskiej zabudowy, częściowo zasypane przez piasek i muł. Znajdowały się tam budowle przypominające piramidy, drogi i wysokie budynki. A zatem opowiadanie dr Browna nie było aż tak fantastyczne, jak się wydaje! Znaleziono je u wybrzeży Kuby w prowincji Pinar del Rio, w rejonie miasteczka Guanacabibes. Przy pomocy miniaturowej łodzi podwodnej, badaczom udało się potwierdzić istnienie podwodnych budowli, które przypominały piramidy, a które leżały na zurbanizowanym terenie. Znajdowały się one na głębokości około 2.100 stóp (czyli 700 m) i były wybudowane około 6.000 lat temu, co oznacza, że były one starsze o prawie 1.500 lat od Wielkiej Piramidy Cheopsa w Gizie pod Kairem. To naprawdę jest cudowna budowla, która wygląda jakby znajdowała się w środku silnie zurbanizowanego obszaru - powiedziała urodzona w Związku Radzieckim kanadyjski inżynier konstrukcji morskich Paulina Zielickij z Kolumbii Brytyjskiej.


W 1998 roku, pewien deweloper z Miami czyścił teren pod budowę nowego, luksusowego osiedla dla multimilionerów, kiedy dokonał mimowolnie jednego z największych odkryć w całej amerykańskiej archeologii. Tzw. Miami Circle został znaleziony w odległości dosłownie stu stóp od ujścia Miami River. Archeolodzy i specjaliści gorączkowo kopali w poszukiwaniu artefaktów, by je potem zabezpieczyć, co tylko się dało. Chociaż mówi się, że to miejsce było zabudowane przez Indian z plemienia Tequesta i używano go jako miejsca kultowego, to pozostaje ogromne pytanie dotyczące wyraźnych wpływów Majów na architekturę tych budowli. Tequestowie żyli na tych terenach około 500 lat temu i znikli krótko po okupacji Florydy przez Europejczyków. Jednakże artefakty tam znalezione wskazują na to, że to stanowisko archeologiczne jest jeszcze starsze, a niektóre próbki skalne wskazują na Mezoamerykę. Testy wykazały niezbicie, że wiek Miami Circle wynosi co najmniej 2.000 lat, na co wskazują próbki znalezionego tam węgla drzewnego. Naukowców zdumiały jeszcze dwie bazaltowe siekiery, które znaleziono tamże. Problem w tym, że bazaltu nie ma na Florydzie, na której nie ma w ogóle żadnych skał wulkanicznych. Natomiast znalezione skorupy żółwi i muszle wskazują na to, że było to kiedyś miejsce uprawiania kultu religijnego.


I jeszcze na zakończenie opowieść o humanoidzie, który pilnował tych ruin. Zgodnie z relacją archeologa dr Virgilio Sancheza Ocejo, w sierpniu 1967 roku, na tym samym obszarze u ujścia Miami River, pewien rybak usłyszał głośny plusk i ujrzał kogoś, kto wyskoczył z wody i podążał w jego kierunku. Była to jakaś wysoka na 7 stóp (210 cm) włochata postać z płonącymi czerwonymi oczami. Przerażony człowiek dał drapaka do swego samochodu i zobaczył, jak stworzenie to przesadziło jednym susem wysoki na 240 cm płot i wskoczyło do rzeki. Świadek oświadczył potem, że podeszli do niego dwaj policjanci na patrolu i opowiedzieli mu, że widzieli to samo stworzenie już kilka razy przed tym incydentem na tym terenie.

Miami, 23 marca 2002 roku


* * *



Tyle nasz przyjaciel Albert S. Rosales. Faktycznie - ostatnie doniesienia medialne potwierdzają to, co pisał w swym artykule na temat tajemniczych budowli u wybrzeży Kuby. Sprawa czarnego zakwitu wody zainteresowała mnie nie tylko jako ekologa, ale także jako ufologa. Zwróciłem się z prośbą o pomoc do kolegów z CBZA, i na efekty nie przyszło mi długo czekać. Dzięki pomocy naszego geniusza komputerowego Łukasza Świercza z Krakowa (któremu w tym miejscu chciałbym podziękować za materiały) już w kilka godzin miałem w poczcie elektronicznej trzy artykuły red. Cathy Zollo pracującej dla „Naples Daily News” w Naples na Florydzie, a które dotyczyły pojawienia się i ekspansji „czarnej wody” z czarnymi „blobami” na jej powierzchni. W międzyczasie wymienialiśmy poglądy z naszymi współpracownikami i sympatykami: Tomkiem Niesporkiem z Katowic, który rzucił myśl o samooczyszczaniu się Gai, red. Andrzejem Zalewskim z „Eko Radio”, który zwrócił uwagę na możliwość zatrucia wód Zatoki jakimiś nieznanymi toksynami i Staszkiem Sawkiewiczem z Bytomia, który sądził, że może to mieć związek ze źródłami hydrotermalnymi, których aktywność mogła wyrzucić „chmurę” bogatej w związki chemiczne wody na powierzchnię Zatoki, co zaowocowało rozrostem alg... Staszek przysłał mi od razu cały wykaz filmów, których tematem jest pojawienie się na wodach dziwnych galaretowatych tworów już to przybyłych z Kosmosu, już to wyprodukowanych na Ziemi. Ze swej strony zaproponowałem spadek w wody Zatoki jakiegoś meteorytu o niezwykłym składzie, którego związki chemiczne mogły podziałać jak biokatalizator na glony - jak to miało miejsce w powieści i filmie  Clive’a Cusslera pt. „Sahara”, gdzie takim czynnikiem był kobalt spływający z biegiem Nigru do Zatoki Gwinejskiej, wszak w pobliżu Ziemi przeleciały ostatnio trzy asteroidy: 1998 WT24, 2001 YB5 i 2002 EM7, 2005 YU55... Teraz coś podobnego wyzierało ze zdjęć satelitarnych wykonanych przez satelitę SeaWiFS, i przyznaję - resztki włosów na głowie stanęły mi dęba ze strachu...

niedziela, 26 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (47)

ROZDZIAŁ 8 – Powrót Godzilli?


Godzilla to słynny potwór z japońskich i amerykańskich filmów, które już od ponad 30 lat straszą i śmieszą nas z ekranów kin i TV. Jak wiadomo, jest to przerośnięty wskutek efektów genetycznych promieniowania jonizującego po amerykańskich próbach jądrowych na jednym z atoli Pacyfiku Tyranosaurus rex. Mutacja dała mu jeszcze możliwość ziania ogniem atomowym i do tego inteligencję na poziomie modliszki, co pozwala mu na obracanie w niwecz za każdym powrotem co najmniej połowy Japonii, albo przynajmniej kilku kwartałów Nowego Jorku.


Godzilla zawsze spędza czas wolny od zajęć śpiąc na dnie Rowu Mariańskiego. Czasami się jednak budzi i płynie w kierunku lądu powodując przy okazji małe tsunami. Jej obudzenie się i płynięcie do Japonii jest obserwowane z satelitów i helikopterów i wygląda to tak, jakby ogromna czarna masa przesuwała się pod powierzchnią wody. Tym właśnie potwór manifestuje swoją obecność.


W czasie naszej pracy natrafiliśmy na dwa przypadki pojawienia się właśnie takich czarnych mas, zwanych przez Amerykanów blob (galareta, kisiel) oraz goo (bryja), o których chcielibyśmy teraz opowiedzieć. Ma to ścisły związek z działalnością człowieka, a nie kosmitów i jest odpowiedzią Wszechoceanu na naszą bezrozumną działalność.


Pierwszy przypadek przez nas śledzony wydarzył się na wodach Zatoki Meksykańskiej w roku 2002. Tak opisał to Robert Leśniakiewicz na łamach „Nieznanego Świata”:


„CZARNY PRZYPŁYW” I INNE DZIWNE ZJAWISKA NA WODACH KARAIBÓW I ZATOKI MEKSYKAŃSKIEJ



Przeciętnemu polskiemu Czytelnikowi Floryda kojarzy się głównie z przepięknymi plażami i rezerwatami przyrody znanymi z filmów o delfinie Flipperze i jego przyjaciołach z Bal Harbor. Innym Floryda kojarzy się z kosmicznym portem Ameryki, skąd startują w swe loty wahadłowce i międzyplanetarne sondy kosmiczne. Dla ufologów i łowców Nieznanego, Floryda to przede wszystkim część tajemnicy Trójkąta Bermudzkiego. I właśnie o tajemnicach tych wód traktuje ten artykuł napisany przez byłego marynarza US Navy, oficera policji i ufologa, potomka imigrantów kubańskich Alberta Rosalesa z Miami, który materiał ten opracował specjalnie dla Czytelników „Nieznanego Świata”.

* * *

Poranne wydanie dziennika „Miami Herald” z dnia 20 marca 2002 roku, przyniosło artykuł Curtisa Morgana na temat dziwnej „inwazji”, która dotknęła wody Zatoki Meksykańskiej u wybrzeży Florydy.

 Tajemnicza, gargantuiczna plama czarno zabarwionej wody dryfuje na zachód od Florida Keys. Doniesienia na jej temat złożyli jako pierwsi miejscowi rybacy, właściciele łodzi wycieczkowych i ich pasażerowie, którzy w czasie rejsów zaobserwowali coś, co opisali jako „wodę pokrytą ropą naftową” czy „czarną mieliznę”, która stanowiła przykry kontrast z cudownym, przeźroczystym szmaragdem czystych wód Zatoki Meksykańskiej i przypominała dość dokładnie „bloba” z katastroficznego filmu pod tym samym tytułem, tyle, że czarnego. Tymczasem uczeni chcą wyjaśnić to niezwykłe dziwo i potwierdzić jego istnienie. Podniósł się alarm, bowiem obawiano się, że ów czarny zakwit alg i wodorostów może być równie niebezpieczny, jak osławiony „czerwony przypływ”, który zabija ryby i inne zwierzęta morskie już to poprzez zapychanie im skrzeli, już to skażając wodę morską neurotoksynami. Rychło jednak okazało się, że czarne wody nie są zabójcze dla środowiska.

Brian Keller koordynator naukowy Florida Keys National Marine Sanctuary stwierdził w wywiadzie dla gazety, że: Mogę tylko scharakteryzować to zjawisko jako masowy rozród planktonu roślinnego (fitoplanktonu). Nie dokonaliśmy jeszcze analiz, które powiedziałyby nam nieco więcej na temat rodzaju planktonu, który jest odpowiedzialny za to zjawisko.

Plaga rozrodu alg, niezbyt jeszcze zbadana, jest wspólnym problemem na akwenie Florida Bay i całego południowo-zachodniego wybrzeża Florydy. Jak dotąd, to jeszcze nikt nie widział takiej masy glonów, którą po raz pierwszy zaobserwowano pod koniec stycznia u wybrzeży Marco Island u zachodnich brzegów Florydy. Obserwacji tej dokonali rybacy, którzy opisali to jako ogromną przestrzeń czarnych wód z wielkimi żelatynowatymi bąblami na powierzchni.

Przez ostatni tydzień, czarna masa dryfowała z prądem ku południowi i była - jak to się oceniało - wielka na kilkaset mil kwadratowych, a której krawędzie sięgały wysp Marquesas z jednej strony, Florida Keys na 30 mil (55 km) na zachód od Key West i nieco na zachód od miasteczka Marathon (Środkowe Keysy) - patrz zdjęcia satelitarne. To było coś takiego, co spotkał na tych wodach rybak i długoletni właściciel turystycznej łodzi Peter Gladding z Key West, który spotkał ten czarny kisiel rozłażący się na mile po powierzchni krystalicznie czystego morza. To wyglądało, jak czarna mielizna - oświadczył później. I dodał, że łowił tam marliny i  tuńczyki od 30 lat i nigdy na tych wodach nie widział czegoś tak niezwykłego. Jego wzrok przenikał tylko do pięciu stóp (1,5 m) w głąb wody i nie widział w niej żadnych śniętych ryb, ale nie było tam także żadnej żywej ryby i to przez całe 60 mil (111 km), które przepłynął w swej łodzi w kierunku zachodnim.

Zaalarmowani przez coraz bardziej wzrastającą ilość doniesień o zjawisku, które napływały od kapitanów statków i innych jednostek, biolodzy morza i uczeni z całej Florydy zaczynają dochodzić, co się właściwie dzieje. No i ruszyła lawina problemów - jak powiedział Beverly Roberts z Florida Marine Research Institute (FMRI) w St. Petersburg na Florydzie. Naukowcy zrazu nie mogli wykryć tego czarnego fenomenu ani na zdjęciach satelitarnych, ani także z samolotów, które latały nad podejrzanymi akwenami parę dni temu. Kiedy ów „blob” zostanie dokładnie zlokalizowany, to naukowcy pobiorą jego próbki, które zostaną zanalizowane w FMRI. Uczeni są przekonani, że północne wody Zatoki Meksykańskiej są praktycznie „martwą strefą” dla wszelkiego życia na akwenie wielkości New Jersey u brzegów Luizjany, odkąd wody powstałe z roztopionych gwałtownie śniegów, opadów deszczów i powstałej w ich wyniku powodzi przyniosły ze sobą w wody Zatoki miliony ton toksycznych zanieczyszczeń, które spłynęły z biegiem Mississippi. Poza tymi ‘czarnymi wodami” dziennikarze rozpisują się na temat dziwnego świecenia morza, która to fosforencja wydaje się być spowodowaną przez miriady żyjątek morskich - jak sądzi Keller.

Ta niezwykła sytuacja jest tylko ostatnią w długiej historii niesamowitych wypadków, które rozegrały się w tej okolicy i na tych akwenach Zatoki Meksykańskiej, Karaibów i części Atlantyku aż do Mona Channel pomiędzy Puerto Rico a Hispaniolą czyli Haiti. Akwen ten jest nazywany grobem setek, jak nie tysięcy, imigrantów dominikańskich i haitańskich, którzy są wciągani w wodę lub w inny sposób znikają bez śladu. Nie tak dawno, bo w grudniu 2001 i w styczniu 2002 roku, dwa statki wyładowane po brzegi Haitańczykami i Dominikańczykami znikły bez śladu na tej przestrzeni oceanu. Samoloty i helikoptery US Coast Guard nie znalazły niczego, żadnych skupisk rekinów, szczątków statków czy czegoś podobnego, co sugerowałoby katastrofę. W czerwcu 1980 roku, na tychże samych wodach zaginał bez wieści wraz ze swym samolotem portorykański pilot E. Maldonado. Zanim jednak to się stało, zameldował on wieży kontrolnej, że jego samolot jest ścigany przez groźnie wyglądający, metalicznie lśniący nieznany obiekt latający. Ta rozmowa została nagrana na taśmę przez portorykańskiego kontrolera lotów i tamtejszy badacz UFO Jorge Martin mógł dokładnie zbadać ten incydent. Wydarzenie to było dokładną repliką słynnego zniknięcia Valenticha z 1978 roku nad akwenem cieśniny Bassa w Australii. (Opisanego w „Nieznanym Świecie” nr 4/2002.)

Poza zniknięciami bez wieści i śladów oraz tajemniczymi czarnymi „blobami”, na tych akwenach miało miejsce kilka nieprawdopodobnych spotkań z dziwnymi stworzeniami i istotami. Wczesną wiosną 1969 roku, dr Dimiti Rebikoff badał Golfstrom wzdłuż wybrzeży Florydy przy pomocy miniaturowej łodzi podwodnej. W czasie jednego z rejsów napotkał on na coś, co wydało mu się być żyjącą skamieniałością, a na pewno było jakimś rodzajem niewielkiego wodnego dinozaura z długą i cienką szyją jak plezjozaur. Zwierzę przepłynęło obok łodzi podwodnej dr Rebikoffa kompletnie nie zaszczyciwszy go uwagą i znikło w wodnej dali.

O jeszcze dziwniejszym spotkaniu dowiedział się E. Randall Floyd, który tak opisał je w swej książce „Great Southern Mysteries”:


W roku 1988, kilka mil od wybrzeży Florydy na Oceanie Atlantyckim, zawodowy nurek Robert Foster nurkował w kierunku zagadkowych podmorskich formacji dennych, kiedy zauważył jakąś turbulencję w wodzie. Kiedy skierował ku niej wzrok, zauważył on dziwną postać zmierzającą ku niemu. Woda nagle została silnie poruszona i osady denne silnie ją zmąciły. Kiedy stworzenie to ruszyło ku niemu, zauważył on, że istota ta płynie wężowatym ruchem, a nie szybuje w wodzie. Kiedy istota ta zbliżyła się na odległość około 20 jardów, nurek ujrzał coś zaskakującego w jej wyglądzie. Miała ona macki w kształcie ramion, a każda z nich była zakończona szponiastą dłonią. W pewnym momencie istota ukazała się w całej swej okazałości i Foster zdębiał ze zdumienia, bowiem miała ona kobiece piersi, długie rozpuszczone włosy, gładką skórę i rybi ogon od pasa w dół. Wyglądała ona dokładnie tak, jak syrena. Później Foster oświadczył: „Nigdy wcześniej jeszcze nie widziałem takiej nienawiści i wściekłości w oczach żadnego człowieka czy zwierzęcia.” Zanim to stworzenie dopadło go, Foster wynurzył się i wskoczył na pokład swej łodzi. Nigdy więcej już potem nie spotkał takiego stworzenia.

piątek, 24 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (46)


Latem roku 1982, radzieccy nurkowie w ramach wojskowych ćwiczeń u zachodniego brzegu jeziora Bajkał widzieli niejednokrotnie jakichś odzianych w srebrzyste kombinezony pływaków o wzroście powyżej 3 metrów, którzy przemieszczali się z ogromną prędkością w wodach jeziora. Widziano ich na głębokości co najmniej 50 m i nie mieli oni żadnych akwalungów, czy innych urządzeń do oddychania – wypisz-wymaluj Ichtiander ze starej powieści fantastyczno-naukowej – mieli tylko srebrzyste, kuliste hełmy na głowach. Próba złapania chociaż jednego z nich w sieci skończyła się tragicznie. Troje nurków zginęło, a czworo pozostało inwalidami do końca życia. Następstwem tego wypadku był rozkaz dowództwa marynarki wojennej ZSRR nakazujący zachowanie wszelkich środków ostrożności przy nurkowaniach w jeziorach i innych akwenach, w których obserwowano świecenia, dyski, kule i inne fenomeny wiązane z obecnością UFO i USO.

Dziwnego odkrycia dokonano z pokładu batyskafu australijskiej marynarki wojennej DSV Kalmar, w pobliżu Ziemi Ognistej. Kamery batyskafu zarejestrowały w Basenie Bellinghausena obecność... podwodnego miasta albo fabryki! Budowle tam zauważone miały owalny kształt i emitowały silne światło. Po zbadaniu filmu, specjaliści z Uniwersytetu Melbourne i Królewskiego Instytutu Oceanograficznego doszli do wniosku, że obiekty na nim utrwalone są sztucznego pochodzenia. Ponowiono zejście w ten rejon, ale tym razem kamery niczego nie zarejestrowały – tajemnicze obiekty na dnie znikły!

W roku 1997, w USA opublikowano detale z sensacyjnego zanurzenia bezludnej platformy na dno 11-kilometrowego Rowu Mariańskiego. Pod koniec zanurzenia, na monitorach TV zaczęły się ukazywać tajemnicze sylwetki jakichś morskich istot, zaś hydrofony przekazywały dźwięki jakby skrzypiącego żelastwa i głuche uderzenia. Kiedy platforma została podniesiona na powierzchnię, okazało się, że jej konstrukcja nośna została wygięta przez nieznaną, potężną siłę, zaś gruby na 2 cm stalowy kabel został przepiłowany do połowy...


* * *


Ale to już jest osobna historia z następnego rozdziału traktującego o Wodnych Ludziach. Wracając do zasadniczego tematu, jest dowiedzione, że Oni – ci z UFO i USO – interesują się naszymi, ziemskimi instalacjami jądrowymi, bowiem główne niebezpieczeństwo zagrażające naszej planecie płynie właśnie z ich istnienia.

Analizując to wszystko można wyciągnąć wniosek, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo tego, że już we wczesnych latach 50. ZSRR rozpoczął operację dywersyjną przeciwko USA polegającą na wspieraniu, pomocnictwie i poplecznictwie w fabrykacji i dystrybucji środków odurzających w Stanach Zjednoczonych i innych krajach. Podejrzewamy, że Legenda Trójkąta Bermudzkiego została celowo spreparowana w celu zamaskowania tego, co się rzeczywiście działo i nadal dzieje na Karaibach, a podawane przez Legendę fakty rzeczywiście miały swe miejsce, tyle że ich przyczyną nie byli wcale Atlantydzi czy Kosmici albo inteligentni mieszkańcy Wszechoceanu, ale amerykańskie, brytyjskie, radzieckie, chińskie i kubańskie służby specjalne. Do nich dołączyły jeszcze służby specjalne Kolumbii, Wenezueli, Meksyku i innych krajów regionu… Jak są one sprawne? Bardzo sprawne – dla przykładu powiem tylko tyle, że w czasie ćwiczeń radzieckiej jednostki specjalnej Wympieł[1] , kiedy to na opanowanie stojącego na redzie radzieckiego lodołamacza NS Sibir[2] potrzeba było spadochroniarzom – skakającym na wietrze o prędkości 15 m/s!, a przypominamy, że przepisy FAI zezwalają na skoki spadochronowe przy prędkości wiatru o prędkości maksymalnej 9 m/s – i płetwonurkom jedynie… pięciu sekund! A zaznaczamy, że NS Sibir był broniony przez ekipę innej elitarnej formacji – OSNAZ-u KGB[3], co stanowi nie pobity dotąd rekord w świecie tajnych służb. Udowodniono zatem to, że dobrze wyszkolone komando takich elitarnych formacji jak ALFA, SEALS czy DELTA FORCE jest w stanie błyskawicznie opanować dowolną jednostkę morską i w kilka sekund przekształcić ją w Latającego Holendra czy inny statek-widmo…

Drugą przesłanką jest fakt, że dwaj „kubańscy łącznicy” kartelu Calí zatrzymani w USA i skazani przez sąd w Miami Beach przyznali się do kontaktów z Raulem Castro, który udzielił im pomocy finansowej i materialnej w przerzucie 1000 kg kokainy do USA. Tak więc to byli ci „Nieznani Szefowie”, o których chciał mówić w czasie swego procesu kpt. Poo.

I jeszcze jedno pytanie: z czyich satelitów korzystali członkowie karteli Medellin i Calí podsłuchując transmisje radiowe CIA, FBI, DEA i innych służb? Amerykańskich? Nonsens – nie wyobrażamy sobie, by udostępniono najściślej strzeżone i najtajniejsze łącza satelitarne komukolwiek poza ścisłym gronem cywilnych i specjalnych służb specjalnych, a szczególnie krajom, których ekonomika jest oparta na produkcji i handlu narkotykami. Możliwość taką daje tylko Kuba na której znajduje się radziecki/rosyjski węzeł łączności i radionasłuchu satelitarnego. Być może podobne instalacje znajdą się wkrótce w Nikaragui, gdzie do władzy powrócili sandiniści i w Wenezueli pod rządami lewicowego, promoskiewskiego prezydenta Hugo Chiaveza, który ostatnio przyjął wizytę flotylli rosyjskich okrętów wojennych. Dlatego trzeba było zamknąć usta raz na zawsze generałowi Ochoa, bo nawet w więzieniu mógłby powiedzieć coś, co przedostałoby się za jego mury i do uszu opinii publicznej. Tylko umarli milczą…

Co było celem tej operacji dywersyjnej? To, co zawsze – wygranie III Wojny Światowej, do której ZSRR/Rosja szykowała się i szykuje od zakończenia tej drugiej. Podobnie jak USA, które powołały do życia kilka paktów antyradzieckich – NATO, SEATO, ANZUS i CENTO. Kilka razy w historii jej wybuch groził realnie jak nigdy indziej – ostatni raz w lecie 1984 roku. W takim przypadku liczył się każdy pomysł, nawet tak pozornie oderwany od życia jak Trójkąt Bermudzki i Trójkąt Świętego Jerzego. Ale nie zapominajmy, że nie ma lepszej zasłony dla tajemnicy, jak jeszcze większa tajemnica – zaś tą największą jest obecność Obcych na naszym globie…  

a



[1] Elitarna jednostka specjalna istniejąca do 1981 roku.
[2] NS – statek z napędem atomowym (nuclear ship).
[3] Chodzi o oddziały OSobiennowo NAZnacziennia – czyli specjalnego przeznaczenia KGB ZSRR. 

czwartek, 23 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (45)


Publikacja ta autorstwa Aleksandra Driemina ukazała się w rosyjskim czasopiśmie „Kalejdoskop NLO” nr 48 z dnia 24.11.2003 roku. Traktuje ona o dziwnych przyczynach i niektórych okolicznościach podwodnych dramatów, które stały się udziałem okrętów podwodnych na wszystkich akwenach Wszechoceanu. Dotyczy ona między innymi tajemnicy katastrofy USS Thresher.

Jedną z największych w historii żeglugi podwodnej była katastrofa, która wydarzyła się w dniu 10 kwietnia 1963 roku. Amerykański okręt podwodny z napędem nuklearnym – USS Thresher SSN-593 powinien w ten dzień zakończyć próbny rejs po kapitalnym remoncie w stoczni. Zaliczył on już kilka zanurzeń na niewielkie głębokości, a w nocy wyszedł poza zasięg szelfu kontynentalnego w zatoce Maine na wysokości Bostonu. Miał on 129 osób załogi. Thresherowi w rejsie towarzyszył okręt pomocniczo-ratowniczy USS Skylark, wyposażony w systemy podwodnej łączności z okrętami podwodnymi i niezbędnym sprzętem ratowniczym. Na okręcie znajdowała się także grupa nurków głębinowych.

Tego właśnie dnia, o godzinie 06:23 EST, USS Thresher wypłynął na głębokość peryskopową, w celu określenia swego położenia przed głębokim zanurzeniem. W tym czasie okręt podwodny znajdował się nad rozpadliną Wilkinsona, gdzie głębokość Atlantyku ostro wzrasta od 300 m do 2400 m. O godzinie 07:47 dowódca Threshera - kpt. Harvey wydał rozkaz go głębokiego zanurzenia. O godzinie 08:25 okręt doszedł do głębokości o 90 m mniejszej od maksymalnego zanurzenia, a o godzinie 09:02 kpt. Harvey nadał meldunek, że USS Thresher położył się na zadany kurs na tej samej głębokości.

Ale o godzinie 09:10 okręt podwodny nie odpowiedział na wezwanie, zaś o 09:12 z jego pokładu nadano niezrozumiały meldunek, z którego udało się wyjaśnić, że z nieznanych przyczyn okręt ma dyferencję na sterach i załoga będzie przedmuchiwała zbiorniki balastowe. Po chwili na Skylarku usłyszano ostatni meldunek z pokładu Treshera, z którego zrozumiano jedynie dwa słowa: „głębokość przekroczona”, a w ślad za nim usłyszano stłumione uderzenie...

Poszukiwania okrętu prowadzone w latach 1963-1964 częściowo się powiodły: na dnie morskim znaleziono i sfotografowano szczątki tzw. kadłuba lekkiego  okrętu podwodnego i niektórych urządzeń okrętu podwodnego umieszczonych na kadłubie sztywnym, które podniesiono z dna przy pomocy DSV Trieste.  Żadna z postawionych przez ekspertów hipotez nie odpowiadała na pytanie, co w rzeczywistości stało się z tym SSN.

W fatalnym roku 1968 miały miejsce cztery zagadkowe katastrofy okrętów podwodnych należących do różnych państw. SSN-589 czyli USS Scorpion był dumą podwodnej floty Stanów Zjednoczonych. W ciągu kilku lat eksploatacji miał on sławę jednego z najlepszych okrętów US Navy. W maju 1968 roku, USS Scorpion z setką marynarzy na pokładzie wypłynął do Norfolk, gdzie jego ETA[1]  opiewała na dzień 27 maja. 21 maja, znajdując się w odległości 250 mil morskich na południe od Azorów, o godzinie 20:00 EST, okręt wysłał do bazy rutynowy radiogram z podaniem swych współrzędnych. Był to ostatni seans łączności ze sztabem US Navy.

Chociaż na całym szelfie kontynentalnym u wybrzeży USA jest rozmieszczona cała sieć hydrofonów i sonarów biernych systemu SOSUS, to żadne z nich nie zarejestrowało przepłynięcia Scorpiona. Pod koniec lipca 1968 roku, dowództwo US Navy uznało okręt za prawdopodobnie zatopiony.

Tymczasem do prasy przedostały się informacje o tym, że dowództwo US Navy posiada nagranie magnetofonowe ostatniego meldunku z pokładu USS Scorpion, świadczący jakoby o tym, że okręt podwodny był śledzony przez Nieznany Obiekt Podmorski, który poruszał się z ogromną prędkością.

W dniu 26 stycznia 1968 roku, okręt podwodny INS Dakar  należący do marynarki wojennej Izraela z załogą złożoną z 65 członków załogi na pokładzie, wypłynął do Portsmouth w Anglii. Tam wypełnił on swe zadanie i położył się na kurs powrotny. Niestety, okręt ten już nie wrócił do portu macierzystego. Zniknął bez śladu we wschodniej części Morza Śródziemnego. Poszukiwania, w których wzięło udział 30 okrętów i kilkadziesiąt samolotów, zaś dowództwo izraelskiej marynarki wojennej nie potrafiło podać jakiegoś sensownego wyjaśnienia, co do zniknięcia okrętu.

Wiadomo tylko, że dowódca Dakara – kmdr ppor. Jacob Raanan w tym czasie otrzymał rozkaz z Tel-Awiwu zatrzymania się na dobę na wysokości Kairu.

Nocą 26/27 stycznia 1968 roku, załoga greckiego trawlera rybackiego, który łowił w odległości 40 mil morskich na północny-wschód od miejsca, z którego Dakar po raz ostatni podał swą pozycję, zaobserwowała ogromny, błyszczący, owalny i nieruchomy NOL wiszący nisko nad powierzchnią morza. Rybacy dowiedziawszy się o zniknięciu okrętu podwodnego przekazali swe spostrzeżenie odpowiednim władzom.

INS Dakar został odnaleziony na dnie Morza Śródziemnego, w odległości 270 mil morskich od wybrzeży Izraela, na głębokości 2500 m, w maju 1998 roku – w 30 lat po katastrofie...

Ale to jeszcze nie koniec, bowiem w tym samym czasie, w dniu 27 stycznia 1968 roku, w czasie manewrów morskich w okolicach Tulonu, Francja, na dużej głębokości zatonął francuski dieslowski okręt podwodny Minèrve. Rankiem tego dnia, jego dowódca zameldował, że zamierza zanurzyć się głębiej, żeby namierzyć miejsce wydobywania się nienormalnego dźwięku, który prześladował okręt. Potem okręt podwodny wraz z 50 członkami załogi na zawsze znikł w morskich odmętach. Nie udało się wyjaśnić, czym było źródło dźwięku, które śledziło ten okręt...

W dwa lata później – a dokładniej 4 marca 1970 roku – w tym samym miejscu znikł bez śladu inny francuski dieslowski okręt podwodny – Eurydice. Tak, jak w poprzednim incydencie, Admiralicja nie była w stanie podać przyczyn katastrofy.

Nieco wcześniej w tym samym rejonie poszły na dno dwie inne francuskie jednostki: były niemiecki U-boot przejęty przez Francję po II Wojnie Światowej – U-2326 i okręt podwodny Sybille – były brytyjski okręt podwodny.

Zniknięcia okrętów – przy czym niektórych niemal w tym samym czasie – wywołuje niedowierzanie i niezrozumienie. Jest pewnym, że pomiędzy tymi wydarzeniami jest jakiś związek.

Czy nie doszło tam do mieszania się jakichś sił, które znajdują się poza naszymi możliwościami pojmowania? Tym bardziej, że istnieje dosyć oficjalnych dokumentów – wprawdzie ściśle tajnych – o istnieniu w morskich głębinach jakichś tajemniczych aparatów.

W styczniu 1960 roku, okręty patrolowe argentyńskiej marynarki wojennej wykryły w swych wodach terytorialnych dwa nieznane obiekty podwodne. W czasie ostrzelania ich bombami i granatami podwodnymi, oba USO wypłynęły na powierzchnię, a potem znów się zanurzyły, zaś na ekranach sonarów zaczęły pojawiać się cuda: najpierw widziano dwa USO, a potem cztery i w końcu – sześć. A potem ta cała flotylla USO rozwinęła niesamowitą prędkość i znikła w głębinach Atlantyku...




[1] Przypuszczalny czas przybycia do portu.

środa, 22 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (44)


K-159 – ofiara niekompetencji?


Kursk nie jest ostatnim atomowym rakietowym okrętem podwodnym, który znalazł swój grób na dnie morza. W trzy lata później, w lecie 2003 roku, w basenie Morza Barentsa, przy transporcie na złomowisko doszło do katastrofy kolejnego SSBN – K-159. I chociaż na jego pokładzie nie było już rakiet, a reaktory były wyłączone, zaś załoga zredukowana do minimum – w tej katastrofie zginęło 10 marynarzy. Tylko jeden załogant uszedł z życiem...

Śmierć tych młodych ludzi kładzie się ponurym cieniem na historię floty ZSRR i dzisiejszej WNP. Oni zginęli w imię wielkomocarstwowych mrzonek swych przywódców, którym marzy się powrót do czasów, kiedy świat był podzielony na dwa obozy, co przynosiło władcom Kremla ogromne korzyści, których odmawiali oni tym, którzy za nich umierali w lodowatych głębinach Wszechoceanu. I tylko żal mi ich młodego życia...

I jeszcze jedno ciekawe wydarzenie, tym razem na dalekim Wschodzie:

4 maja 2002 roku, media przyniosły wiadomość o kolejnej podwodnej tragedii, która rozegrała się tym razem w głębinach Morza Żółtego. Ofiarami stali się chińscy marynarze – w liczbie 70 osób - z konwencjonalnego okrętu podwodnego, zbliżonego do radzieckiego typu Romeo – NB, zerżniętego z hitlerowskiego U-boota typu XX czy XXIII (źródła mówią o tym rozmaicie), którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Co ciekawe – okręt został odnaleziony i odholowany do bazy! Jak podały polskie media, śmierć 70 marynarzy z chińskiego okrętu podwodnego jest w dalszym ciągu niewyjaśniona i wypadek ten bada specjalna rządowa komisja. Przyczyną ich śmierci były „problemy mechaniczne” – jak enigmatycznie podała agencja Xinhua. Mówi się, że załoga zatruła się albo gazem trującym, albo czadem powstałym w wyniku pożaru na pokładzie.

Zainteresowała mnie ta sprawa, no bo jak to być może, że okręt podwodny tonie, a jego załoga ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, przy czym wrak zostaje wydobyty i odholowany do bazy. To znaczy, że okręt został podniesiony z dna Morza Żółtego? A może dryfował on na pewnej – niedużej – głębokości i mógł zostać po prostu uruchomiony przez ekipę poszukiwawczo ratunkową? Co spowodowało śmierć załogi tak szybko, że nie zdołała ona wynurzyć okrętu? Te i inne pytania pozostawały bez odpowiedzi, więc postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Niewiele myśląc rozesłałem emaile do moich znajomych w tamtym regionie: Kiyoshi’ego Amamia z Japonii oraz dr Ahmada Jamaludina i Patricka Monceleta z Malezji, a także nieocenionego w takich akcjach Alberta Rosalesa z Miami na Florydzie.

 Nie czekałem długo – niezawodny Al Rosales przysłał mi całą masę danych z amerykańskich mediów, m.in. „Miami Heralda”, zaś Pan Amamiya z „Tokyo Timesa”. W świetle tego, co napisano na temat tej katastrofy, sprawa przedstawiała się następująco:

Na początku maja, dokładna data nie jest znana – jak podała japońska  agencja Kyodo za chińską agencją prasową Xinhua – na Morzu Żółtym doszło w czasie ćwiczeń do awarii okrętu podwodnego chińskiej marynarki wojennej, w wyniku „problemów technicznych” zginęło 70 załogantów. Okręt został odholowany do swego macierzystego portu. To wiemy także z komunikatów PAP.

Następnego dnia, 4 maja, Reuters podaje następne informacje, z których wynika, że awarii uległ okręt podwodny typu Ming o numerze taktycznym 361 u północno-wschodnich wybrzeży Ch.R.L. Chińczycy mają 13 tego typu okrętów, które budowano wzorując się na jednostkach radzieckich. Według „Jane’s Defence Weekly” chińska marynarka posiada 90 okrętów podwodnych w ogóle, z czego większość, to konstrukcje radzieckie. W przyszłości marynarka ta wejdzie w posiadanie 8 okrętów podwodnych klasy Kilo – też poradzieckich – jak twierdzą specjaliści z JDW. Okręt 361 jest jednym ze starszych okrętów podwodnych w służbie chińskiej marynarki wojennej i strata jego załogi jest największą katastrofą podwodną w Chinach od 1949 roku.

Ciekawym jest to, że na tego typu okrętach podwodnych znajduje się 9 oficerów i 46 marynarzy – a zatem 55 osób załogi – kim zatem było pozostałych 15 osób na pokładzie 361? Czyżby powtórzyła się historia z 1968 roku i świat znów stanął na krawędzi wojny jądrowej???

W dniu 6 maja chińska CCTV nadała reportaż z wizyty na pokładzie okrętu 361 dwóch najwyższych rangą dygnitarzy Komunistycznej Partii Chin i rządu: prezydent Ch.R.L. Hu Jintao i przewodniczący Centralnej Komisji Obrony Narodowej Jiang Zemin, którzy zwiedzili go przedział po przedziale w bazie morskiej Floty Północnej w Dalian (Talian), prowincja Liaoning.

Tymczasem rosyjska agencja prasowa Interfax, cytując wysokich wojskowych w Pekinie pisze, że: ...na pokładzie okrętu 361 wybuchł pożar spowodowany krótkim zwarciem w instalacji elektrycznej. Jednakże nie było widać żadnych śladów ognia w czasie transmisji CCTV z wizyty obydwóch chińskich dostojników w Dalian...

Pod koniec tej korespondencji, agencja Kyodo podała, że strona chińska nie podała daty tego wypadku, ale gazeta „Mingbao” wychodząca w Hong-Kongu stwierdziła, że katastrofa ta miała miejsce gdzieś pomiędzy 20 a 26 kwietnia 2003 roku.

Tego samego dnia, agencja Associated Press w swej korespondencji z Pekinu podała, że: Stan zastany na pokładzie okrętu podwodnego pozwala na stwierdzenie, że załoga zatruła się jakimś toksycznym gazem albo dymem, lub ewentualnie wskutek wadliwego działania instalacji oczyszczania powietrza i klimatyzacji. [...] Zagraniczni eksperci stwierdzili, że jest to bardzo dziwne, iż nie przeżył nikt z załogi okrętu 361, i że nikt nie opuścił go, mimo tego, iż okręt ten był płytko zanurzony w wodzie. Potwierdzałoby to tezę, że załoga udusiła się lub zatruła. Jedna z teorii sugeruje, że to woda morska dostała się do akumulatorni okrętu podwodnego i w reakcji z kwasem siarkowym z baterii akumulatorów wytworzył się chlorowodór, który spowodował śmiertelne zatrucie załogi. Inni specjaliści wojskowi twierdzą, że winę za śmierć załogi ponosi nieszczelna instalacja wydechowa silników dieslowskich, wskutek czego załoga zatruła się tlenkiem węgla. W takim przypadku musiałoby dojść do zatkania tzw. „chrap” i wydmuchu spalin do wnętrza okrętu.

Tymczasem dzienniki „Boston Globe” i fiński „Helsingin Samomat” opublikowały wiadomość, że wypadek ten miał miejsce w dniu 16 kwietnia, ale okręt z martwą załogą zlokalizowano dopiero 26 kwietnia 2003 roku! Okręt ten brał udział w ćwiczeniach, których celem było unikanie wykrycia przez jednostki nawodne, podwodne i helikoptery ZOP, dlatego też załoga miała zakaz podawania swej pozycji. Z tego powodu nie można było zlokalizować jej od razu. Śmierć załogi musiała nastąpić nagle, bowiem wszystkich ludzi znaleziono na ich stanowiskach.

Japońska gazeta „The Hoshijima Daily Report” powołując się na prasę z Hong-Kongu twierdzi, że tragedia załogi okrętu 361 nastąpiła następująco: załoga udusiła się wskutek skokowego obniżenia się zawartości tlenu w powietrzu wewnątrz okrętu podwodnego, o czym poinformowały wysoko postawione osobistości z chińskiego Sztabu Generalnego. Okręt ten brał udział w 13-dniowych ćwiczeniach połączonych sił marynarki wojennej i lotnictwa wojskowego na akwenach zatoki Bo-Hai (Pohaj), Zatoki Koreańskiej i Morza Żółtego. Miał on za zadanie przepłynąć z Dalian do bazy morskiej w Wei (Weihai) na płw. Shandong tak, by nie został namierzony. Dochodzenie w sprawie śmierci załogi wykazało, że mogło dojść do zatrucia spalinami pochodzącymi z silnika dieslowskiego, który napędzał okręt idący na małej głębokości pod wodą.


Tyle informacji agencyjnych nadesłanych do mnie z USA i Japonii. A teraz z innej beczki.

niedziela, 19 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (43)


K-141 Kursk – ofiara bałaganu...


Ta katastrofa na Morzu Barentsa zrobiła w swym czasie sporo hałasu w świecie. Przez kilkanaście dni śledził ją z zapartym oddechem cały świat. Do dnia dzisiejszego nie udało się w pełni i w sposób zadowalający wyjaśnić zagłady SSGN K-141 Kursk z 24 skrzydlatymi rakietami na pokładzie. Podaję Czytelnikowi tą wersję, która mi najbardziej odpowiada do znanych faktów.


Tego dnia nawodne i podwodne okręty Floty Północnej znajdowały się na ćwiczeniach. Zadaniem Kurska było przeprowadzenie skrytego podejścia do okrętów „nieprzyjaciela” i ostrzelanie ich. Wszystko stało się wtedy, kiedy K-141 zajął już miejsce na pozycji i przygotowywał się do wystrzelenia torpedy. Jedna z torped okazała się wadliwa, i w momencie ładowania odpaliła jej głowica bojowa. Kadłub okrętu został poważnie uszkodzony i K-141 powoli osunął się w głębinę. W momencie uderzenia o dno, eksplodował cały zapas torped, a eksplozja zmięła w harmonijkę dwa pierwsze przedziały ze wszystkimi, którzy tam byli...


Katastrofa przebiegła szybko, i jak widzimy, opisanie jej zajęło tylko jeden akapit. Najwięcej czasu zajęło jej naświetlenie w mediach i wyjaśnienie jej przyczyn.


O katastrofie powiedziano oficjalnie dopiero po dwóch dniach, (w Rosji i WNP, bo w reszcie Europy i w Ameryce media podały tą informację jeszcze tego samego dnia), przy czym dowództwo Floty Północnej usiłowało pomniejszyć skalę katastrofy. Mówiło się tylko o tym, że Kursk legł na dnie, że trwa akcja ratunkowa, że z załogą jest łączność, że do okrętu podaje się powietrze... A to wszystko naprawdę było kłamstwem!


O tym, że okręt poszedł na dno w sztabie Floty nie wiedziano przez kilka godzin. Dopiero, kiedy Kursk nie wypłynął w ustalonym czasie w celu nawiązania łączności, nieco się zaniepokojono, chociaż zagraniczne media podały informację o wybuchach, które zarejestrowano w basenie Morza Barentsa. To po pierwsze.


Po drugie – okręt był długo poszukiwany i znaleziono go dopiero po upływie doby.


Po trzecie – nawet po znalezieniu okrętu nie wykonano żadnych czynności ratowniczych. Po prostu dlatego, że nie było czym. Rosyjska flota nie dysponuje żadnymi urządzeniami do takich operacji. A jeżeli nawet coś było, to zostało sprzedane...


Po czwarte – nie było żadnej łączności z załogą. Hydroakustycy słyszeli jakieś dźwięki z wraka, ale nie było żadnej gwarancji, że one rozlegały się z pokładu, a nie z innego źródła.


Po piąte – nie podawano powietrza do wraka.


Mimo tego jeszcze przez kilka dni dowództwo wciskało ludziom ciemnotę, że podwodniacy żyją i podejmuje się wszelkie wysiłki, by ich uratować. A na koniec w tydzień po katastrofie wszystkich uznano za zmarłych.


Po roku okręt podniesiono i załogę pochowano... Przy okazji wyszło na jaw, że co najmniej 20 załogantów żyło przez kilka dni we wraku i zmarli oni właśnie wskutek braku powietrza... Okręt podniesiono i stwierdzono, że jego przednia część została zniszczona wybuchem torpedy. Własnej torpedy…


Nieco inaczej widzi to Jurij Zołotow, który tak oto pisał na łamach tygodnika „Kalejdoskop NLO” nr 41[154]/2000:

Nie przeminął jeszcze ból po niedawnych tragicznych wydarzeniach wokół katastrofy rosyjskiego atomowego krążownika podwodnego K-141 Kursk, a już specjaliści usiłują, jak na razie bezskutecznie, wyjaśnić przyczyny tej straszliwej katastrofy. Jedna z wersji zagłady tego okrętu podwodnego głosi, że doszło tam do zderzenia z jakimś podwodnym obiektem, równym mu rozmiarami. Ufolodzy swą wersję wywnioskowali z faktu, że na kursie Kurska znalazł się jakiś Nieznany Obiekt Podmorski.  Wzmianki o obecności w wodach Wszechoceanu takich obiektów pojawiły się w literaturze marynistycznej od początków XIX wieku.

Jak powszechnie wiadomo, ¾ powierzchni naszej planety jest pokryte wodą. I nie dziwota, że UFO pojawiają się nie tylko nad lądami, ale także nad wodami Oceanu Światowego. Często Nieznane Obiekty Latające pogrążają się w jego głębiny albo - a są na to relacje wielu świadków - wylatują z głębiny w powietrze. Wyglądałoby zatem na to, że gdzieś tam, w toni Wszechoceanu, znajdują się podmorskie bazy Pozaziemian. Ale to tylko domysły...


W „Dzienniku Andrew Blockhama”, opublikowanym w 1824 roku, jest opisane zagadkowe wydarzenie, które wydarzyło się w nocy 12 sierpnia 1824 roku:
Nasz statek znajdował się na wodach Oceanu Atlantyckiego, kiedy wachtowi zauważyli, jak spod wody wyleciał ogromny, świetlisty obiekt, który wkrótce znikł w obłokach. Marynarze nie zdążyli jeszcze ochłonąć, kiedy fale rozstąpiły się i w ślad za pierwszym w ciemne niebo poleciał drugi taki sam przedmiot...


W 1845 roku, świadkami podobnego wydarzenia stała się załoga brygantyny Victoria, znajdującej się na Oceanie Indyjskim. Ponad 2.400 mil morskich oddzielało statek od brzegów Azji Południowo-Wschodniej, kiedy w odległości pół mili od okrętu, z wody wyleciały trzy świecące kule. Wedle zeznań marynarzy, kule te miały średnice większe od widomej średnicy Księżyca, który akurat świecił na niebie, i były one połączone ze sobą świetlistymi promieniami!


Następna informacja o USO pojawiła się po upływie 42 lat. W rejonie Cape Race załoga brytyjskiego statku RMS Siberian  zaobserwowała, jak spod wody wynurzył się ogromny, świecący dysk. Następnie zawisnął nad statkiem na wysokości około 20 metrów, a po pewnym czasie powoli uniósł się w zachmurzone niebo.


Podobne obserwacje miały miejsce także i w XX wieku. W pewien sierpniowy wieczór 1965 roku, w odległości 2 mil od radzieckiego statku SS Raduga płynącego po Morzu Czerwonym, z wody wyleciała około 60-metrowej średnicy ognista kula, która zawisła na wysokości około 100 metrów nad morzem, oświetlając jego powierzchnię. A najdziwniejszym było to, że za kulą podniósł się ogromny wodny słup, który po kilku sekundach runął w dół.


W maju 1975 roku, niemal spod burty lotniskowca USS Franklin Delano Roosvelt, który płynął wzdłuż brzegów Italii, wyleciał ogromny dysk z owalnymi iluminatorami, zrobił krąg nad okrętem i znikł.


Niekiedy zdarzają się informacje o UFO, które nie startują spod wody, ale na odwrót - wpadają do niej, a czasami ponownie wylatywały w powietrze.  W roku 1962, mieszkańcy atlantyckiego wybrzeża Argentyny, w zatoce San Matias, widzieli świecący obiekt, który przez pół godziny to pogrążał się w morzu, to wynurzał się na podobieństwo ogromnego delfina! W tym samym roku, prasa argentyńska rozpisywała się o trzech dziwnych obiektach, które unosiły się przez długi czas na wodach tej zatoki.


Zdecydowana większość takich informacji napływa od kapitanów statków i dowódców okrętów oraz od funkcjonariuszy i żołnierzy ochrony wybrzeża z różnych krajów. Ciekawym jest to, że nawet lód, skuwający wody północnych mórz, nie stanowi żadnej przeszkody dla manewrów tajemniczych, „nurkujących” obiektów. W 1966 roku, przed dziobem kanadyjskiego lodołamacza na północnym Atlantyku, przebiwszy trzymetrową warstwę lodu, wyleciał z wody ogromny, srebrzystego koloru obiekt! W powietrze wyleciały odłamki lodu, a woda w tej sztucznie wytworzonej płoni jeszcze długo wrzała i burzyła się.


Zeznania naocznych świadków mówiły o tym, że w czasie pojawiania się zagadkowych obiektów, które jeszcze na dokładkę wykonywały jakieś skomplikowane manewry, łączność radiowa i radiolokatory od razu odmawiały posłuszeństwa. Znany jest przypadek, kiedy USO spotykały się z okrętami podwodnymi. Jeden z okrętów podwodnych Floty Oceanu Spokojnego  w czasie bojowego patrolu wykrył wokół siebie... sześć podmorskich obiektów, które nie poddawały się żadnej klasyfikacji! Okrętowi temu nie udało się „oderwać” od śledzących go UUO przy pomocy tradycyjnych sztuczek podwodniaków polegających na manewrowaniu i zmianach głębokości czy chowaniu się pod termoklinę, itp. itd., aż dowódca - naruszając wszystkie zasady regulaminów i instrukcji - dał rozkaz do wynurzenia. Okręt podwodny wynurzył się a za nim poszło w górę wszystkich sześć USO, które jednak nie zatrzymały się na powierzchni wody, a z ogromną prędkością wystrzeliły w niebo!...


W wielu akwenach Wszechoceanu, sonary odnotowują pojawianie się zagadkowych obiektów podmorskich. US Navy takie obiekty wykryła w Morzu Karaibskim w rejonie wyspy Puerto Rico, w Zatoce Meksykańskiej i w pobliżu półwyspu Floryda.  Te USO poruszały się w wodzie z prędkością czterokrotnie większą od prędkości najszybszych ziemskich okrętów podwodnych i na głębokościach im do dziś dnia niedostępnych! Niekiedy dowódcy torpedowych okrętów podwodnych wydawali rozkazy do niszczenia „podwodnych intruzów”, w czasie których to ataków dochodziło do wyłączenia całej elektroniki na pokładach tych okrętów, a tajemnicze obiekty znikały...


Kilka lat temu, amerykańska prasa opublikowała odtajnione dokumenty Pentagonu i USAF, w których m.in. znajdowała się tajna instrukcja z dnia 16 września 1951roku, opisująca, jak powinno działać wojsko w przypadku zaobserwowania UFO. Znajdują się tam takie zdania:

... natychmiast meldować wojskowymi kanałami łączności o pojawieniu się:

- nieznanych okrętów podwodnych;
- nieznanych okrętów nawodnych;
- UFO;
- samolotów.

W marcu 1954 roku ta dyrektywa została przeredagowana i od tego czasu głosiła ona, że:

Dane o wszystkich nieznanych obiektach, w tym USO, powinny być przekazywane tak, jak wszelkie informacje o pierwszorzędnym znaczeniu dla obronności kraju.


W załączniku do tej dyrektywy zamieszczono także wzór meldunku o UFO, przekazywanemu drogą radiową lub teleksową:

Trzy nieznane obiekty latające, lecące kursem NW, na wysokości 5.000 metrów, kształt cygara, długość około 15 metrów.



Bez względu na paranoiczne utajnianie wszystkich danych o UFO, relacje o tych wydarzeniach i o nich wciąż pojawiają się tak za granicą, jak i u nas w kraju. USO były niejednokrotnie obserwowane przez całe załogi okrętów nawodnych i podwodnych. Znane są próby podawania wyjaśnień przez uczonych faktów zawisania obiektów, które wyleciały z wody i ich manewrów wokół okrętów i statków, poprzez wydobywanie się na powierzchnię Oceanu Światowego gazów z podwodnych wybuchów wulkanicznych czy podwodnymi odpaleniami rakiet balistycznych z rakietowych okrętów podwodnych w zanurzeniu. Jednakże te wszystkie próby racjonalnego wyjaśnienia nie wytrzymują krytyki. Opierając się na ogromnym materiale statystycznym, ufolodzy są przekonani o tym, że przedstawiciele Innego Rozumu „zamieszkują” nie tylko powietrzna przestrzeń Ziemi, ale także i oceaniczne głębiny…