niedziela, 12 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (39)


Pozwolimy sobie na komentarz. Artykuł ten ukazał się w rosyjskim czasopiśmie „NLO” nr 47, z dnia 21 listopada 2005 roku. Robert Leśniakiewicz przetłumaczył go, bowiem rzuca on nowe światło na historię końca II Wojny Światowej na Dalekim Wschodzie, która w Polsce jest raczej mało znaną. I niby wszystko jest w porządku i ma swe uzasadnienie, ale istnieje kilka przesłanek, które – moim zdaniem – budzą wątpliwości, co do wiarygodności podanego przez Michaiła Burlieszina materiału.


Przesłanką numer jeden są skutki eksplozji jądrowej. Gdyby do niej doszło gdzieś na morzu w pobliżu miasta, to wybuch ten miałby swe skutki przede wszystkim w postaci radioaktywnego fall-out’u na morze i ląd. Znaczna część Morza Japońskiego i Korei zostałaby skażona przez opad radioaktywnego deszczu, zaś radioaktywne obłoki mogłyby dotrzeć do Japonii, Chin i ZSRR. Po drugie – nawodna lub podwodna eksplozja nuklearna spowodowałaby wystąpienie tsunami na akwenie całego Morza Japońskiego, co musiałoby zostać odnotowane przez stacje mareograficzne. Najsilniejsza fala uderzyłaby w miasto Hynnam i okoliczne miasta na wschodnim wybrzeżu Korei oraz – słabsze, ale zawsze – na zachodnim wybrzeżu Honsiu. Poza tym zauważalny byłby efekt PM przez Japończyków i Rosjan, zakłócenia pola magnetycznego Ziemi, zakłócenia transmisji i propagacji fal radiowych, itd. itp. Chyba, że... – była to powietrzna eksplozja jądrowa – taka jak w Hiroszimie i Nagasaki, gdzie obie bomby atomowe o mocy ok. 20 kt TNT wybuchły na wysokości ok. 500 m nad celem. Wtedy faktycznie – grzyb poeksplozyjny utworzyłaby para wodna, zaś produkty rozszczepienia uranu-235 czy plutonu-240 mogły się utrzymać długo w atmosferze, by po 2 dniach mogły je zebrać samoloty amerykańskie... Tak samo fale tsunami byłyby znacznie niższe i mniej niebezpieczne, niż w przypadku nawodnej lub podwodnej eksplozji nuklearnej. Pytanie zasadnicze brzmi: czy zaobserwowano takie zjawiska? Jeżeli tak, to można będzie stwierdzić, że rzeczywiście, rankiem 12 sierpnia 1945 r. u wybrzeży Korei Północnej eksplodowała bomba jądrowa.


Wątpliwości budzi teza zawarta w książce A. Poljucha, że japońscy samuraje zdetonowali „urządzenie jądrowe”, by nie wpadło w ręce wroga. Według Kodeksu Bushido samuraj powinien zadać sobie śmierć przez sepukku w obliczu wroga, ale tak, by jak najwięcej wrogów wysłać przed sobą czy ze sobą do diabła. Taka jest logika wojny. A tutaj jakaś dziwna finta – samuraje zostawiają „kuźnię” atomowych „mieczy” i wypływają w morze, by tam wypróbować jeden z nich... na samych sobie. Czyż to nie bzdura? Czy nie bardziej logicznym – z wojskowego punktu widzenia – byłoby ściągnięcie jak największych sił radzieckich do miasta, a następnie zdetonowania głowicy jądrowej? Tym sposobem wojska radzieckie zostałyby zmasakrowane, zaś samuraje dokonaliby atomowego harakiri z imieniem boskiego tenno na ustach. Tak jednak nie zrobiono, a zatem przyczyna musiała być inna.


Miłośnicy sensacyjnych techno-thrillerów zapewne pamiętają powieść jednego z najpoczytniejszych pisarzy amerykańskich Clive Cusslera pt. „Smok” (wyd. I, Warszawa 1993), w której założył on, że samoloty dokonujące atomowych bombardowań Japonii latały parami z dwóch różnych lotnisk, by w razie niewykonania misji przez jedną załogę – wykonała ją załoga rezerwowa, która w przypadku wykonania misji przez załogę nr 1 wracała do bazy.[1] W przypadku startującego z Tinian bombowca B-29 Enola Gay  z bombą Little Boy na pokładzie, której celem była Hiroszima, rezerwową maszyną miała być Denning’s Demons z bombą Mother’s Breath, która jednak uległa katastrofie lecąc z wyspy Shemya na Aleutach na Kioto lub Osakę. Sprawdziliśmy w Internecie listę maszyn 509 Skrzydła Bombowego – Demonów Denningsa na niej nie było.[2] Niby to fikcja literacka, ale...


Zakładając, że jednak 12 sierpnia 1945 roku, we wczesnych godzinach rannych doszło do eksplozji nuklearnej u wybrzeży Korei Północnej, musimy odpowiedzieć, kto mógł jej dokonać. Japończycy? – bardzo wątpliwe. Rosjanie – to bez sensu – nie mieli jeszcze własnej bomby A, a gdyby nawet mieli, to odpaliliby ją nad miastem, a nie Morzem Japońskim. Chińczycy i Koreańczycy nie liczyli się w tej grze – jeszcze nie, a zatem pozostali Amerykanie. Sytuacja w dniu 12 sierpnia przedstawiała się następująco: Japończycy zastanawiali się nad kapitulacją i twardo bronili się przed Aliantami. Rosjanie maszerowali na Hynnam i inne miasta na południe od niego wzdłuż Półwyspu Koreańskiego. No i wyobraźmy sobie, że z Aleutów leci na południe B-29 Superfortess z czwartą bombą atomową na pokładzie, która ma zrzucić w morze w okolicach Hynnam. Po co? Odpowiedź jest prosta – to mogła być (i najprawdopodobniej była) demonstracja siły. I to nie przed Japończykami tylko przed Rosjanami. Znając pokrętność polityki Amerykanów w stosunku do swych sojuszników (odczuliśmy to w Iraku), mogli sobie oni pomyśleć tak: „A zatem Uncle Joe wie o naszej super-bombie, ale tylko z przekazów wywiadu i kanałów dyplomatycznych, więc my mu pokażemy ten pikadon nieco bliżej jego brzegów, na oczach jego wojskowych, przy okazji dowie się, że z nami nie ma żartów i kto tu naprawdę rządzi na Pacyfiku”. I tak też zrobili. W 24 godziny później Hynnam padło, a w ciągu trzech następnych dni Japonia się poddała, zaś ZSRR otrzymał bardzo wyraźny sygnał, że zaczęła się Zimna Wojna. Nie w Fulton od wystąpienia sir Winstona Churchilla (1874-1965) w dniu 5 marca 1946 roku, nie pod niebem Skandynawii w lecie 1946 roku, ale od wybuchu amerykańskiej bomby atomowej przed oczami dowódców wojsk radzieckich na Dalekim Wschodzie, bladym świtem 12 sierpnia 1945 roku...


To, co tu napisaliśmy jest tylko hipotezą, która będzie trudno zweryfikować choćby dlatego, że od opisanych wydarzeń upłynęło już 60 lat. Świadkowie już nie żyją, a jeśli nawet, to mieszkają w komunistycznej Korei Północnej i raczej nie pisali pamiętników. Ślady tych wydarzeń zapewne znajdują się w archiwach Moskwy, Pekinu, Phenianu, Seulu, Tokio i oczywiście Waszyngtonu, ale nie ujrzą one światła dziennego wcześniej, niż za 40 lat... Dlatego też tą hipotezę będą mogli zweryfikować dopiero nasi potomkowie.


* * *

Rosjanie nie pozostali dłużni i po czterech latach oni też weszli w posiadanie własnej bomby A. Podobnie było z bombą H i innymi BMR. Wydawałoby się, że ZSRR eksportuje głównie broń – ich artykuł przemysłowy numer jeden. Amerykanie też nie są lepsi i w roku 2009 osiągają na tym rynku absolutny haniebny prymat. Zimna Wojna i rywalizacja dwóch Supermocarstw odcisnęły swe piętno na środowisku naturalnym Ziemi. Apogeum tej rywalizacji przypada na początek lat 80. I tu rzecz ciekawa: na sowieckie plany podboju Europy (a w zamyśle reszty tzw. „wolnego świata”) USA odpowiadają defensywnym w zamyśle, a w rzeczywistości jeszcze bardziej agresywnym planem znanym jako SDI/NMD czyli po prostu Gwiezdne Wojny. Notabene, mało kto wie, że ich prekursorem był Stanisław Lem, który w swej powieści „Obłok Magellana” (Warszawa 1955) opisał bojową platformę kosmiczną służącą do atomowych bombardowań naszej planety, ale opierał się on już na konkretnych planach snutych przez Amerykanów i Rosjan…


No a potem pojawił się wirus HIV i AIDS…


Zastanówmy się na chwilę – wielu autorów piszących o UFO i ich interakcjach z biosferą Ziemi skupiało się na AIDS jako jednym z efektów ubocznych tych kontaktów, czy – jak  mistrz Lucjan Znicz-Sawicki – stwierdzało wprost, że wirus HIV przybył na Ziemię z Kosmosu w ramach panspermii czy nawet kierowanej panspermii.


Zgoda, ale czy nie zastanawia fakt, że wirus HIV przenosi się drogą płciową i jako taki uderza w określony sposób i w określone grupy ludzi? Innymi słowy mówiąc, wirus ten stał się narzędziem eksterminacji całych grup ludzi nieprzystosowanych: narkomanów, meneli, a także w mniejszości seksualne, etniczne, religijne i inne nie spełniające standardów życia lansowanych przesz Zachód a w szczególności przez Amerykę – jednym słowem ludzi wymykających się społecznej tolerancji w niektórych społeczeństwach na Zachodzie. Nie oskarżamy nikogo, ale ktoś bardzo postarał się, by społeczeństwo zostało czysto i w białych rękawiczkach oczyszczone z tzw. „dewiantów”. Z czyich laboratoriów wypuszczono wirusa HIV? Z czyich laboratoriów wypuszczono wirusy Lassa, Ebola, Hanta…? Z czyjego sztucznego satelity nastąpił ich wysiew nad Afryką?


Eksperymenty z bronią jądrową na pustyniach USA w Newadzie, Nowym Meksyku czy Arizony, na atolach Pacyfiku: Bikini, Enivetok, Johnson Island i… Amchitka wraz z Francuzami (na Mururoa i w Algierii) i Brytyjczykami. Ci ostatni znaleźli sobie poligony atomowe w Australii (Maralinga).[3] Rosjanie poza Semipałatyńskiem dokonywali wybuchów jądrowych i termojądrowych na Syberii (Jakucja, Nowa Ziemia), na Ukrainie, Orenburszczyźnie… Z kolei Chińczycy detonowali swe ładunki jądrowe na pustyni Gobi, Ałaszan i Takla Makan. Hindusi i Pakistańczycy dołożyli swe 10 próbnych eksplozji na pustyni Thar. Przerażająca jest kronika ludzkiej bezmyślności. Od 1945 do 2000 roku na Ziemi odpalono około 2085 różnej mocy głowic nuklearnych i termonuklearnych. To, co zrobiono z Naturą w tych rejonach woła o pomstę do nieba!


Nasze społeczeństwo dopiero po lekcji Czarnobyla zrozumiało, czym naprawdę jest energia jądrowa. Pierwsi zrozumieli to Amerykanie po wysadzeniu w powietrze Amchitki, kiedy to wstrząs spowodowany wybuchem wstrząsnął także uskokiem St. Andrews. Drugą lekcja była awaria elektrowni na Three Mile Island k./Harrisburga, PA. Obie te lekcje nie dotarły do włodarzy Kremla, którzy zlekceważyli sobie wszelkie ostrzeżenia czego dowód mieliśmy w kwietniu i maju 1986 roku, kiedy doszło do katastrofy z Czarnobylskiej EJ im. Włodzimierza Ilicza Lenina. Postępowanie polskich władz w tym przypadku stało się jeszcze jednym gwoździem do trumny komunizmu w Polsce. Niestety – w imię interesów wąskiej grupki polskich atomistów i energetycznego lobby powraca się obecnie do planów postawienia w Polsce kilku (mówi się nawet o 10) elektrowni jądrowych i obowiązuje w tej chwili (2009 rok) trend do redukowania, pomniejszania i lekceważenia skutków katastrofy w Czarnobylu. A przecież wciąż umierają ludzie na nowotwory, wciąż żyją poczarnobylscy hibakusza[4], z wyrokiem śmierci wskutek różnych schorzeń popromiennych.[5]




[1] Zob. C. Cussler – “Smok”, ss. 7-20 oraz 443-447.
[2] Źródła: “The Manhattan Project Heritage: Planes” - http://www.childrenofthemanhattanproject.org/HISTORY/H-07a3.htm oraz “Welcome to the 509th Composite Group” - http://home.att.net/~sallyann4/509.html.
[3] Zob. R. Leśniakiewicz – „UFO i Czas”, Tolkmicko 2011.
[4] Ofiary skutków wybuchów jądrowych w Hiroszimie i Nagasaki. Są to ludzie, którzy wskutek skażenia po tych wybuchach zapadają na różne choroby. W Japonii jest to ponad 250.000 osób, w przypadku Czarnobyla – kilka milionów Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, Polaków i innych. 
[5] Do tej kroniki ludzkiej bezmyślności doszła katastrofa nuklearna w Daichii-Fukushima I EJ po trzęsieniu ziemi i tsunami w dniu 11.III.2011 roku.