sobota, 18 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (42)


K-129 i operacja „Jennifer”


SSB K-129 ze 100 załogantami i trzema ICBM na pokładzie, wyszedł w bojowy patrol po Oceanie Spokojnym w dniu 27 lutego 1968 roku. Po upływie 10 dni urwała się z nim łączność. Oficjalnie o utracie K-129 niczego się nie mówiło, ale przez dwa miesiące na Pacyfiku trwała ogromna w swym rozmachu i zasięgu tajna operacja poszukiwawczo-ratunkowa, w którą zaangażowano dziesiątki okrętów Floty Oceanu Spokojnego, statki handlowe i rybackie, samoloty i helikoptery. Niestety – nie udało się odnaleźć ani okrętu, ani jakichkolwiek śladów katastrofy.

Informacje o tym, co stało się z tym SSB posiadali Amerykanie, ale oni milczeli. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, czemu tak się stało – nasi przeciwnicy mieli w tym swój interes. Amerykańcy hydroakustycy namierzyli w głębinie Pacyfiku odgłos eksplozji, jaka miała miejsce na jego pokładzie w dniu zniknięcia K-129 – 8 marca. Miejsce katastrofy „zobaczyły” także satelity zwiadowcze USA.

Co właściwie stało się na pokładzie K-129 – tego nie udało się ustalić. Radzieccy specjaliści twierdzą, że nasz SSB zatonął po kolizji z amerykańskim SSN – USS Swordfish. Może było i tak, choć wiele temu przeczy. Zdjęcia zrobione w roku 1968 kamerami głębinowymi, wyraźnie ukazują rozdarte wybuchem dwie wyrzutnie ICBM. Tylko trzeci pocisk okazał się nienaruszonym. Tak zatem jest oczywistym, że to rakiety stały się przyczyną katastrofy.

A kiedy radzieckie służby ratownicze zakończyły poszukiwania, do akcji włączyły się US Navy i... CIA. K-129 został podniesiony z dna w trakcie ultra-tajnej operacji „Jennifer” (w literaturze podaje się także inny kryptonim tej operacji – „Clementine”). Cel był oczywisty – dobrać się do sekretów radzieckiej techniki rakietowej szyfrów, kodów, systemów łączności podwodnej i satelitarnej, etc. etc. Przeprowadzono ją przy użyciu statku badawczego RV Glomar Explorer. NB, Amerykanie podnosili wrak z głębokości 50-krotnie większej, niż ta, na której leżał nieszczęsny K-141 Kursk... [...]

Od siebie dodamy, że po obejrzeniu dokładnie wraku Amerykanie doszli do wniosku, że okręt zatonął dlatego, że usiłowano zeń wystrzelić jeden z trzech pocisków rakietowych w kierunku Hawajów, co mogłoby się stać casusem belli pomiędzy USA i ZSRR. Czyżby kolejna legenda miejska? Amerykanie uwielbiają takie sensacyjki…

K-219: Głasnost’ pod wodami Wszechoceanu...


Po utracie K-129 przez 18 lat Czerwona Flota była „zastraszona” możliwością straty rakietowego okrętu podwodnego. Wszystkie te przeszłe katastrofy, nawet jeżeli zakończyły się wieloma ofiarami w ludziach, to nie doprowadziły do utraty okrętu. Dobra passa zakończyła się w październiku 1986 roku, w pięć miesięcy po katastrofie w Czarnobylu. We wszystkich gazetach ZSRR pojawiła się krótka informacja podana przez TASS. [...] Wynikało z niej, że rankiem, dnia 3 października 1986 roku, na pokładzie radzieckiego SSBN znajdującego się w odległości około 1.000 km na NE od Bermudów (a zatem poza „tradycyjnym” Trójkątem Bermudzkim) wybuchł pożar, w wyniku którego zginęło 3 załogantów. Poza tym stwierdzono, że nie ma zagrożenia wybuchem nuklearnym reaktorów trakcyjnych okrętu oraz jego uzbrojenia. Nie było także zagrożenia dla środowiska. Reaktory wyłączono, uzbrojenie zabezpieczono i okręt zatonął w dniu 6 października 1986 roku, o godzinie 11:03 MSK, (źródła amerykańskie mówią o godzinie 22:30 EST, czyli 17:30 GMT albo 14:30 MSK) na dużej głębokości. Załoga została uratowana, poza tymi, którzy zginęli na samym początku katastrofy. I chociaż o zagładzie okrętu powiadomiono od razu – oto, czym jest głasnost’ – to o szczegółach dowiedzieliśmy się o wiele później.

A oto, co się stało. W jednej wyrzutni ICBM doszło do wycieku utleniacza i eksplozji. Następstwem tego był pożar w IV przedziale (rakietowym), którego nie udało się opanować. Pożar zaczął się rozprzestrzeniać po całym okręcie. Część załogi zatruła się oparami toksycznego paliwa i toksycznym dymem. Dowódca wydał rozkaz ewakuowania IV przedziału i przejścia jego obsługi do V przedziału. 3 marynarzy wyniesiono stamtąd w beznadziejnym stanie. Okręt wynurzono. Pożar w IV przedziale nie ustawał bez względu na podnoszenie się poziomu wody. Poza tym doszło do krótkiego spięcia w systemie elektrycznym prawoburtowego reaktora. Aparatura zasygnalizowała, że pręty sterujące reaktora nie doszły do dolnego położenia, co nie wygasiło reaktora...

Trzeba było zrobić to ręcznie, bo w przeciwnym razie reaktor przechodził na normalny tryb pracy, (co groziło stopieniem rdzenia reaktora i eksplozją nuklearną oraz wystrzeleniem 16 ICBM na amerykańskie miasta – przyp. tłum.). Ameryka została uratowana przez marynarza Siergieja Prieminina, któremu udało się wraz z drugim członkiem załogi opuścić pręty i wyłączyć reaktor, w nieludzkim upale +65°C, toksycznych oparach i trującym dymie, z ostatnią butlą sprężonego powietrza... Zapłacił za to życiem. Odszedł jak bohater ratując innych. Dowódca okrętu pozostał wraz z 10 załogantami, by walczyć o utrzymanie okrętu na powierzchni, ale mu się to nie udało i K-219 powoli pogrążył się w pięciokilometrowej głębinie Atlantyku.

Oczywiście powołano specjalną komisję do zbadania przyczyn katastrofy, na czele której stanął członek Biura Politycznego KC KPZR – L. N. Zajkow. Doszła ona do wniosku, że bez względu na praprzyczynę katastrofy (zderzenie z amerykańskim SSN, co dokładnie pokazano w amerykańskim thrillerze pt. „Niebezpieczne wody” z Martinem Sheenem w roli dowódcy amerykańskiego okrętu podwodnego śledzącego K-219) dowódca i załoga popełniła całą serię poważnych błędów, a przede wszystkim nie potrafili ugasić pożaru, dopuścili do jego rozszerzenia się i zatrucia okrętu toksycznymi produktami spalania. Taki wniosek znalazł się w końcowym protokole komisji.


K-278 Komsomolec – „Złota Ryba”


7 kwietnia 1989 roku zatonął następny radziecki SSBN – K-278 Komsomolec. W skład Floty Północnej wszedł on w 1984 roku. Jego uzbrojenie stanowiła 1 torpeda z głowicą jądrową (w nomenklaturze NATO typ HWT-65. Niektóre źródła NATO twierdzą, że Komsomolec miał na pokładzie 2 jednostki tej broni), kilka zwyczajnych torped 533 mm (podobno 8 jednostek) i uzbrojenie rakietowo-jądrowe. Poza tym do jego zadań należało badanie problemów technicznych i oceanograficznych.[1]

O tym jedynym w swej serii okręcie podwodnym (wg źródeł NATO, w ZSRR istniały dwie jednostki typu Mike, do którego należał Komsomolec), krążyły mity i legendy – chociaż wiele z nich nie odpowiadało prawdzie. Jedna rzecz była absolutnie prawdziwa – ten SSBN potrafił zanurzyć się najgłębiej w świecie. Do niego właśnie należy absolutny rekord zanurzenia – 1.000 metrów! Eksperyment ten przeprowadzono w dniu 5 sierpnia 1984 roku. Jak wspominał o tym szturman (nawigator) Komsomolca – kapitan III rangi (komandor podporucznik) Aleksandr Borodin – obciążenie było takie, że koję wygięło mu w łuk. Hydroakustyk z nawodnego okrętu asysty, który słyszał jak K-278 pogrąża się on w toni wodnej, wspominał potem, że: Cud, że tam nie ogłuchłem... Słychać było takie skrzypienie i trzaski... Ale tytanowy kadłub wytrzymał, i wytrzymywał jeszcze przez pięć lat, póki nie nadszedł dlań sądny dzień...

Okręt wracał po samodzielnym pływaniu na niedużej głębokości. Na pokładzie była druga załoga pod dowództwem kapitana I rangi (komandora) Jewgienija A. Wanina. Do rodzinnego brzegu było na wyciągnięcie ręki...

Pierwszy sygnał alarmu rozległ się o godzinie 11:03 MSK, kiedy to na tablicy rozdzielczej dyżurnego mechanika zapalił się sygnał: TEMPERATURA W VII PRZEDZIALE WZROSŁA DO +70°C! Natychmiast podniesiono alarm przeciwawaryjny. Zaczęło się gaszenie pożaru w „siódemce”.

W ciągu 11 minut od początku pożaru okręt wyszedł na powierzchnię i poniósł peryskop. Przez niego widać było, jak wali para z rejonu VII przedziału, a przeciwkawitacyjne pokrycie (pokrycie to dawało okrętowi wyciszenie szumów do stopnia niespotykanego w tego rodzaju konstrukcjach. Komsomolec był najcichszym SSBN w świecie! To właśnie ten okręt był pierwowzorem dla Czerwonego Października z powieści Toma Clancy’ego! – przyp. tłum.) tytanowego poszycia kadłuba lekkiego zaczyna się wypuczać i marszczyć od wysokiej temperatury.

Tymczasem ogień z „siódemki” przedostał się do VI przedziału, a to oznaczało, że pomiędzy nimi rozhermetyzowała się gródź. Poza tym, kiedy okręt wyszedł na powierzchnię, pojawił się ogień także i w V przedziale... Pożar powoli przesuwał się od rufy do dziobu, zmuszając ludzi do cofania się krok po kroku... O godzinie 13:00 MSD, na okręcie pojawiły się pierwsze ofiary w ludziach – nie udało się uratować dwóch załogantów, lekarz pokładowy stwierdza zgon miczmana (polski odpowiednik: starszy bosman sztabowy) S. Bondarii i mar. W. Kulipina z powodu zatrucia toksycznym dymem. Po trzech godzinach stało się jasne, że załoga powinna zostać z płonącego okrętu szybko ewakuowana.

Komcomolec miał na wyposażeniu specjalną boję ratunkową, którą można było opuścić go w zanurzeniu. Tą drogą uratowało się tylko 5 ludzi. A okręt zaczął powoli tonąć... Ci którzy wydostali się z okrętu zostali podniesieni na pokład okrętu-bazy Aleksiej Chłobystow. Przeżyło tylko 26 załogantów...

W tej katastrofie zginęło 42 ludzi, z czego 4 w czasie pożaru, zaś pozostali albo utonęli, albo zmarli z wychłodzenia organizmu.
Oczywiście wyznaczono komisję śledczą do sprawy tej katastrofy. Liczyła ona 15 osób. Jej prace skupiły się na czterech aspektach:

1.                 wnioski do projektowania okrętów podwodnych;
2.               podwyższenie niezawodności techniki tych okrętów;
3.               lepsze przygotowanie załóg okrętów podwodnych w zakresie opanowania sytuacji kryzysowych;
4.               powołanie do życia służby poszukiwawczo-ratowniczej i pozyskanie środków technicznych niesienia pomocy w takich sytuacjach.

Zwracam uwagę Czytelnika na te cztery punkty w kontekście tego, co się stało w dniu 12 sierpnia 2000 roku, kiedy to doszło do kolejnej katastrofy. Ona tym razem zabrała aż 118 członków załogi okrętu podwodnego, z których wielu dałoby się uratować, gdyby zrealizowano chociaż ten ostatni aspekt!




[1] Rozpoznanie hydroakustyczne zwiad radioelektroniczny na akwenach NATO.