niedziela, 19 stycznia 2014

Trójkąty Bermudzkie... (43)


K-141 Kursk – ofiara bałaganu...


Ta katastrofa na Morzu Barentsa zrobiła w swym czasie sporo hałasu w świecie. Przez kilkanaście dni śledził ją z zapartym oddechem cały świat. Do dnia dzisiejszego nie udało się w pełni i w sposób zadowalający wyjaśnić zagłady SSGN K-141 Kursk z 24 skrzydlatymi rakietami na pokładzie. Podaję Czytelnikowi tą wersję, która mi najbardziej odpowiada do znanych faktów.


Tego dnia nawodne i podwodne okręty Floty Północnej znajdowały się na ćwiczeniach. Zadaniem Kurska było przeprowadzenie skrytego podejścia do okrętów „nieprzyjaciela” i ostrzelanie ich. Wszystko stało się wtedy, kiedy K-141 zajął już miejsce na pozycji i przygotowywał się do wystrzelenia torpedy. Jedna z torped okazała się wadliwa, i w momencie ładowania odpaliła jej głowica bojowa. Kadłub okrętu został poważnie uszkodzony i K-141 powoli osunął się w głębinę. W momencie uderzenia o dno, eksplodował cały zapas torped, a eksplozja zmięła w harmonijkę dwa pierwsze przedziały ze wszystkimi, którzy tam byli...


Katastrofa przebiegła szybko, i jak widzimy, opisanie jej zajęło tylko jeden akapit. Najwięcej czasu zajęło jej naświetlenie w mediach i wyjaśnienie jej przyczyn.


O katastrofie powiedziano oficjalnie dopiero po dwóch dniach, (w Rosji i WNP, bo w reszcie Europy i w Ameryce media podały tą informację jeszcze tego samego dnia), przy czym dowództwo Floty Północnej usiłowało pomniejszyć skalę katastrofy. Mówiło się tylko o tym, że Kursk legł na dnie, że trwa akcja ratunkowa, że z załogą jest łączność, że do okrętu podaje się powietrze... A to wszystko naprawdę było kłamstwem!


O tym, że okręt poszedł na dno w sztabie Floty nie wiedziano przez kilka godzin. Dopiero, kiedy Kursk nie wypłynął w ustalonym czasie w celu nawiązania łączności, nieco się zaniepokojono, chociaż zagraniczne media podały informację o wybuchach, które zarejestrowano w basenie Morza Barentsa. To po pierwsze.


Po drugie – okręt był długo poszukiwany i znaleziono go dopiero po upływie doby.


Po trzecie – nawet po znalezieniu okrętu nie wykonano żadnych czynności ratowniczych. Po prostu dlatego, że nie było czym. Rosyjska flota nie dysponuje żadnymi urządzeniami do takich operacji. A jeżeli nawet coś było, to zostało sprzedane...


Po czwarte – nie było żadnej łączności z załogą. Hydroakustycy słyszeli jakieś dźwięki z wraka, ale nie było żadnej gwarancji, że one rozlegały się z pokładu, a nie z innego źródła.


Po piąte – nie podawano powietrza do wraka.


Mimo tego jeszcze przez kilka dni dowództwo wciskało ludziom ciemnotę, że podwodniacy żyją i podejmuje się wszelkie wysiłki, by ich uratować. A na koniec w tydzień po katastrofie wszystkich uznano za zmarłych.


Po roku okręt podniesiono i załogę pochowano... Przy okazji wyszło na jaw, że co najmniej 20 załogantów żyło przez kilka dni we wraku i zmarli oni właśnie wskutek braku powietrza... Okręt podniesiono i stwierdzono, że jego przednia część została zniszczona wybuchem torpedy. Własnej torpedy…


Nieco inaczej widzi to Jurij Zołotow, który tak oto pisał na łamach tygodnika „Kalejdoskop NLO” nr 41[154]/2000:

Nie przeminął jeszcze ból po niedawnych tragicznych wydarzeniach wokół katastrofy rosyjskiego atomowego krążownika podwodnego K-141 Kursk, a już specjaliści usiłują, jak na razie bezskutecznie, wyjaśnić przyczyny tej straszliwej katastrofy. Jedna z wersji zagłady tego okrętu podwodnego głosi, że doszło tam do zderzenia z jakimś podwodnym obiektem, równym mu rozmiarami. Ufolodzy swą wersję wywnioskowali z faktu, że na kursie Kurska znalazł się jakiś Nieznany Obiekt Podmorski.  Wzmianki o obecności w wodach Wszechoceanu takich obiektów pojawiły się w literaturze marynistycznej od początków XIX wieku.

Jak powszechnie wiadomo, ¾ powierzchni naszej planety jest pokryte wodą. I nie dziwota, że UFO pojawiają się nie tylko nad lądami, ale także nad wodami Oceanu Światowego. Często Nieznane Obiekty Latające pogrążają się w jego głębiny albo - a są na to relacje wielu świadków - wylatują z głębiny w powietrze. Wyglądałoby zatem na to, że gdzieś tam, w toni Wszechoceanu, znajdują się podmorskie bazy Pozaziemian. Ale to tylko domysły...


W „Dzienniku Andrew Blockhama”, opublikowanym w 1824 roku, jest opisane zagadkowe wydarzenie, które wydarzyło się w nocy 12 sierpnia 1824 roku:
Nasz statek znajdował się na wodach Oceanu Atlantyckiego, kiedy wachtowi zauważyli, jak spod wody wyleciał ogromny, świetlisty obiekt, który wkrótce znikł w obłokach. Marynarze nie zdążyli jeszcze ochłonąć, kiedy fale rozstąpiły się i w ślad za pierwszym w ciemne niebo poleciał drugi taki sam przedmiot...


W 1845 roku, świadkami podobnego wydarzenia stała się załoga brygantyny Victoria, znajdującej się na Oceanie Indyjskim. Ponad 2.400 mil morskich oddzielało statek od brzegów Azji Południowo-Wschodniej, kiedy w odległości pół mili od okrętu, z wody wyleciały trzy świecące kule. Wedle zeznań marynarzy, kule te miały średnice większe od widomej średnicy Księżyca, który akurat świecił na niebie, i były one połączone ze sobą świetlistymi promieniami!


Następna informacja o USO pojawiła się po upływie 42 lat. W rejonie Cape Race załoga brytyjskiego statku RMS Siberian  zaobserwowała, jak spod wody wynurzył się ogromny, świecący dysk. Następnie zawisnął nad statkiem na wysokości około 20 metrów, a po pewnym czasie powoli uniósł się w zachmurzone niebo.


Podobne obserwacje miały miejsce także i w XX wieku. W pewien sierpniowy wieczór 1965 roku, w odległości 2 mil od radzieckiego statku SS Raduga płynącego po Morzu Czerwonym, z wody wyleciała około 60-metrowej średnicy ognista kula, która zawisła na wysokości około 100 metrów nad morzem, oświetlając jego powierzchnię. A najdziwniejszym było to, że za kulą podniósł się ogromny wodny słup, który po kilku sekundach runął w dół.


W maju 1975 roku, niemal spod burty lotniskowca USS Franklin Delano Roosvelt, który płynął wzdłuż brzegów Italii, wyleciał ogromny dysk z owalnymi iluminatorami, zrobił krąg nad okrętem i znikł.


Niekiedy zdarzają się informacje o UFO, które nie startują spod wody, ale na odwrót - wpadają do niej, a czasami ponownie wylatywały w powietrze.  W roku 1962, mieszkańcy atlantyckiego wybrzeża Argentyny, w zatoce San Matias, widzieli świecący obiekt, który przez pół godziny to pogrążał się w morzu, to wynurzał się na podobieństwo ogromnego delfina! W tym samym roku, prasa argentyńska rozpisywała się o trzech dziwnych obiektach, które unosiły się przez długi czas na wodach tej zatoki.


Zdecydowana większość takich informacji napływa od kapitanów statków i dowódców okrętów oraz od funkcjonariuszy i żołnierzy ochrony wybrzeża z różnych krajów. Ciekawym jest to, że nawet lód, skuwający wody północnych mórz, nie stanowi żadnej przeszkody dla manewrów tajemniczych, „nurkujących” obiektów. W 1966 roku, przed dziobem kanadyjskiego lodołamacza na północnym Atlantyku, przebiwszy trzymetrową warstwę lodu, wyleciał z wody ogromny, srebrzystego koloru obiekt! W powietrze wyleciały odłamki lodu, a woda w tej sztucznie wytworzonej płoni jeszcze długo wrzała i burzyła się.


Zeznania naocznych świadków mówiły o tym, że w czasie pojawiania się zagadkowych obiektów, które jeszcze na dokładkę wykonywały jakieś skomplikowane manewry, łączność radiowa i radiolokatory od razu odmawiały posłuszeństwa. Znany jest przypadek, kiedy USO spotykały się z okrętami podwodnymi. Jeden z okrętów podwodnych Floty Oceanu Spokojnego  w czasie bojowego patrolu wykrył wokół siebie... sześć podmorskich obiektów, które nie poddawały się żadnej klasyfikacji! Okrętowi temu nie udało się „oderwać” od śledzących go UUO przy pomocy tradycyjnych sztuczek podwodniaków polegających na manewrowaniu i zmianach głębokości czy chowaniu się pod termoklinę, itp. itd., aż dowódca - naruszając wszystkie zasady regulaminów i instrukcji - dał rozkaz do wynurzenia. Okręt podwodny wynurzył się a za nim poszło w górę wszystkich sześć USO, które jednak nie zatrzymały się na powierzchni wody, a z ogromną prędkością wystrzeliły w niebo!...


W wielu akwenach Wszechoceanu, sonary odnotowują pojawianie się zagadkowych obiektów podmorskich. US Navy takie obiekty wykryła w Morzu Karaibskim w rejonie wyspy Puerto Rico, w Zatoce Meksykańskiej i w pobliżu półwyspu Floryda.  Te USO poruszały się w wodzie z prędkością czterokrotnie większą od prędkości najszybszych ziemskich okrętów podwodnych i na głębokościach im do dziś dnia niedostępnych! Niekiedy dowódcy torpedowych okrętów podwodnych wydawali rozkazy do niszczenia „podwodnych intruzów”, w czasie których to ataków dochodziło do wyłączenia całej elektroniki na pokładach tych okrętów, a tajemnicze obiekty znikały...


Kilka lat temu, amerykańska prasa opublikowała odtajnione dokumenty Pentagonu i USAF, w których m.in. znajdowała się tajna instrukcja z dnia 16 września 1951roku, opisująca, jak powinno działać wojsko w przypadku zaobserwowania UFO. Znajdują się tam takie zdania:

... natychmiast meldować wojskowymi kanałami łączności o pojawieniu się:

- nieznanych okrętów podwodnych;
- nieznanych okrętów nawodnych;
- UFO;
- samolotów.

W marcu 1954 roku ta dyrektywa została przeredagowana i od tego czasu głosiła ona, że:

Dane o wszystkich nieznanych obiektach, w tym USO, powinny być przekazywane tak, jak wszelkie informacje o pierwszorzędnym znaczeniu dla obronności kraju.


W załączniku do tej dyrektywy zamieszczono także wzór meldunku o UFO, przekazywanemu drogą radiową lub teleksową:

Trzy nieznane obiekty latające, lecące kursem NW, na wysokości 5.000 metrów, kształt cygara, długość około 15 metrów.



Bez względu na paranoiczne utajnianie wszystkich danych o UFO, relacje o tych wydarzeniach i o nich wciąż pojawiają się tak za granicą, jak i u nas w kraju. USO były niejednokrotnie obserwowane przez całe załogi okrętów nawodnych i podwodnych. Znane są próby podawania wyjaśnień przez uczonych faktów zawisania obiektów, które wyleciały z wody i ich manewrów wokół okrętów i statków, poprzez wydobywanie się na powierzchnię Oceanu Światowego gazów z podwodnych wybuchów wulkanicznych czy podwodnymi odpaleniami rakiet balistycznych z rakietowych okrętów podwodnych w zanurzeniu. Jednakże te wszystkie próby racjonalnego wyjaśnienia nie wytrzymują krytyki. Opierając się na ogromnym materiale statystycznym, ufolodzy są przekonani o tym, że przedstawiciele Innego Rozumu „zamieszkują” nie tylko powietrzna przestrzeń Ziemi, ale także i oceaniczne głębiny…